Blog

Grzebień dla łysego czyli PO jeszcze nie umarła …

Posted on

 

 

Można powiedzieć, że PO w ostatnich wyborach prezydenckich dostała KO… To oczywiście żart, bo w języku boksu KO oznacza porażkę przed czasem. A tymczasem Trzaskowski nie przegrał przez nokaut tylko na punkty, choć jednak wyraźnie, bo prawie pół miliona głosów to nie drobiazg i piechotą nie chodzi.

 

Można by rzec, że Platforma przegrywając siódmy raz z rzędu –  już po raz siódmy zyskała bezcenne doświadczenie. Oni z każdą kolejną porażką zyskują  kolejne doświadczenie  i tak to już trwa latek sześć. Z tym doświadczeniem to przypomina mi się chińskie przysłowie (mam nadzieję, że w mojej proamerykańskiej –  i słusznie – ojczyźnie  można jeszcze cytować chińskie mądrości…), które mówi „Doświadczenie jest niczym grzebień ofiarowany przez naturę łysemu”.

 

Ba, nie będę kopał leżącego, ale owa PO uzyskująca  po raz n-ty doświadczenie, a nie wiktorię, zasługuje na przypomnienie złotej myśli amerykańskiego pisarza Dona Stanforda: „Doświadczenie jest tym, co otrzymujesz, jeśli nie otrzymujesz tego, czego chciałeś”. Teraz kandydat na prezydenta, przepraszam, wirtualny prezydent Rafał Trzaskowski oświadczył w Gdyni – jak na prezydenta Warszawy przystało – że będzie budował nowy ruch obywatelski. Cóż, od razu mi się przypomniała maksyma rosyjskiego pisarza (mam nadzieję, że w moim proamerykańskim – i słusznie – kraju można jeszcze cytować rosyjskich pisarzy…), ale nie MG- Maksyma  Gorkiego, tylko znacznie lepszego MG czyli Mikołaja Gogola. Tenże Gogol napisał kiedyś, iż: „Stare jeszcze nie umarło, nowe jeszcze się nie urodziło, a jedno i drugie wciąż zagraża żyjącym”….No, tak: PO razem z KO jeszcze nie umarło, nowy tych obywatelski jeszcze się nie urodził, a jedno i drugie…

 

Po przegranej numer 7 opozycja szuka winnych. Szybko znalazła: Podkarpacie, telewizja publiczna, niewykształceni mieszkańcy, ze wsi, staruchy. Czyli stara śpiewka. Akurat minęło 13 lat, gdy ten obóz postępu i tolerancji głosił hasło: „zabierz babci dowód”.  Kiedyś się udało, ale teraz babcie pokazały gest Kozakiewicza komu trzeba i jak trzeba.

 

Zatem opozycja szuka i znajduje  winnych. Oficjalnie wśród pisiorów. Nieoficjalnie, po cichu wśród swoich – ale za chwilę będą te brudy prać publicznie. Już się zaczęło trzaskanie po pyskach między lewicą a Platformą. Towarzysze z SLD nie chcą wystąpić w roli przystawki  pożartej przez Jaśnie Państwa Liberałów, między jednym cygarem a drugim. Nad Warszawą unosi się tez zapach szorstkiej,  męskiej przyjaźni między Budką a Trzaskowskim.

 

Charakterystyczne, że wedle badań większość zwolenników PO chce, aby ich partia… uciekła od tej nazwy kojarzonej z przegrywaniem wszystkiego, co można przegrać i stworzyła nową formację.

 

Dosłownie przed chwilą usłyszałem, że Koalicja Obywatelska domaga się powtórzenia II tury wyborów prezydenckich. Oto spełniło się marzenie Lecha Wałęsy, by uczynić z Polski „drugą Japonię” . PO-KO przypomina bowiem jako żywo owych japońskich żołnierzy, którzy jeszcze trzydzieści lat po zakończeniu II wojny światowej ukrywali się w lasach przed Amerykanami…

 

Czy to nie świetny pretekst, aby Sławomir N. zafundował sobie za kratkami dietę ryżową?

 

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej” (29.07.2020)

Blog

Dziedzictwo II Rzeczpospolitej: doceniać, nie zohydzać…

Posted on

 

 

Komunistyczna propaganda traktowała odrodzone po latach Państwo Polskie – II Rzeczpospolitą – jako „tarczę strzelniczą”.

II Rzeczpospolita „tarczą strzelniczą” dla komuny…

Niepodległa państwowość przedstawiana była w karykaturze. Szablon był taki, jak ten w wydawnictwach PWN (Państwowe Wydawnictwo Naukowe): „Odrodzona Polska była państwem biednym, gospodarczo i kulturalnie niezintegrowanym (….), z wysoce zaognioną kwestią społeczną, chłopską, robotniczą”. To dosłowny cytat z pseudonaukowego podręcznika  historii, który ukazał się bynajmniej nie w latach stalinizmu, lecz pod koniec „liberalnych” lat 1970. Pokazuje jaka była obowiązująca narracja nie tylko publicystyczna, ale też historiograficzna.. Tymczasem Polskie Państwo w latach 1918-39 z jego wszystkimi grzechami, autentycznymi napięciami politycznymi i społecznymi, z zapóźnieniem gospodarczo cywilizacyjnym – wszak szybko pokonywanym – było nie tylko własne, swoje, ale też mogło poszczycić się bardzo wieloma osiągnięciami. W ostatnich kilku artykułach w „Gazecie Polskiej Codziennie” („II Rzeczpospolita – polska duma i obawy obcych” z 21.05, „Siedem cudów II Rzeczypospolitej” z 25.05, „Polska droga, czyli II RP silna nauką i kulturą” z 08.06) podkreślałem fenomen kraju, który harmonijnie scalił się, mimo stuparodziesięcioletnich rozbiorów.

Polskie ustawodawstwo społeczne – najlepsze w Europie

Godny też podkreślenia jest fakt uchwalenia dwóch konstytucji. Obie były kością w gardle dla komunistycznej propagandy i historiografii. Uwaga, nie chodziło tylko o Konstytucję Kwietniowa z 1935 roku, krytykowaną jeszcze w II Rzeczypospolitej – przyznajmy to uczciwie – przez dość szerokie spektrum sił politycznych w Polsce – od socjalistów, po ludowców i  narodowców. Jednak również Konstytucja Marcowa z roku 1921 była łatwym celem dla reżimowych pismaków za PRL. Jeszcze w latach 1980-ch w pracach historyka Józefa Buszko poddawano ostrej krytyce tę pierwszą polską konstytucję od czasów pierwszej europejskiej konstytucji czyli Ustawy Zasadniczej z 3 Maja 1791 roku. O uchwalonej 130 lat po tamtej pisano jeszcze parę lat przed upadkiem PRL w sposób skrajnie propagandowy. Podkreślano miedzy innymi „klasowy” charakter Konstytucji Marcowej. Podnoszono, iż była „demokratyczna w formie, burżuazyjna w treści”. Szczególnie atakowano jej artykuł 99. Mówił on, nomen omen, o… nietykalności własności prywatnej ! Komunistyczny atak na własność prywatną dokonywany i w teorii i w praktyce był jednocześnie negacją jednej z podstaw Nauki Społecznej Kościoła i w ogóle cywilizacji współczesnej.

Konstytucja Marcowa była, nie tylko na papierze, jedną z najbardziej demokratycznych w Europie. Ale praktyka – „burżuazyjna w treści” – dorównywała teorii. Ustawodawstwo społeczne II Rzeczypospolitej, przyjęte w pierwszych latach państwowości i system opieki socjalnej były najlepsze i najbardziej rozwinięte w skali europejskiej. Wynikały one wprost z konstytucyjnych zapisów głoszących, iż praca jest pod szczególną opieką państwa. Państwa deklarującego ochronę i ubezpieczenia społeczne na wypadek utraty pracy, wypadku czy choroby.

Odrodzona Polska państwowość postawiła na powszechną edukację, dzięki czemu o 21 %-do 90 w 1939 roku – wzrosła liczba dzieci objętych obowiązkiem szkolnym. Jedna z  przyczyn był fakt, że dynamicznie rozwijało się szkolnictwo prywatne. Kwitły uczelnie wyższe, na których – o (rzekomy) paradoksie! – studiował większy procent młodzieży ze środowisk robotniczych i wiejskich niż to było w PRL!

Teatr dziadka Henryka i wieczornice Słowackiego

Niemal sto lat przed odzyskaniem przed Polskę niepodległości Maurycy Mochnacki głosił specyfikę, wręcz wyjątkowość polskiego teatru na tle Europy – bo nasz teatr zawsze był instrumentem Sprawy Narodowej. Dodajmy, że tak było już od „Odprawy posłów greckich” Jana Kochanowskiego. Nie mogło też być zaskoczeniem, że właśnie w odzyskanym państwie polskim teatr przeżywał rozkwit. Zaraz po „wybuchu Niepodległości” powstały teatry w Bydgoszczy (1919), w Toruniu (1920) czy Katowicach (1922). Trzy lata przed agresją niemiecką i wybuchem II wojny światowej mieliśmy w Polsce już 26 zawodowych teatrów, w tym 10 w samej stolicy. Co charakterystyczne i całkowicie podważające tezy taniej komunistycznej propagandy – szczególnie rozwijał się amatorski teatr robotniczy, który po II wojnie światowej niemal zamarł.  Coś wiem o tym z przekazów rodzinnych, bo mój rodzony dziadek, Henryk Karol Czarnecki założył teatr w Sosnowcu, który miał charakter teatru „plebiscytowego” w okresie Powstań Śląskich. Właśnie podczas nich miał gościnne występy w Katowicach, po raz pierwszy w historii grając w tym mieście operetki i sztuki teatralne w języku polskim. Dziadek grał więc i w Zagłębiu Dąbrowskim – zatem w dawnym zaborze rosyjskim, jak i w Katowicach, jeszcze będących pod jurysdykcja niemiecka, a potem już przywróconych do polskości. Później zorganizował teatr w Grudziądzu, który wyjeżdżał ze sztukami na Wybrzeże (wcześniej, będąc na Śląsku regularnie, co roku grywał dla kuracjuszy w Ciechocinku). Jeszcze zanim Polska „wybiła się na niepodległość” Henryk Karol Czarnecki wystawił premierę „Halki” w Łodzi – było to w lutym 1918 roku. Szkoda, że władze tego miasta z nadania PO nie uczciły w najmniejszy chociaż sposób niedawnej, 100-rocznicy tego wydarzenia…

Jednak nie o sam teatr w sensie formalnym chodziło. Gdy do Polski z Francji przypłynęły szczątki ukochanego poety Piłsudskiego – Juliusza Słowackiego, zostały umieszczone na rzecznym statku „Mickiewicz”(!) i Wisłą płynęły do Krakowa, zatrzymując się po drodze w wielu miejscowościach – to zespół dziadka Henryka Karola dawał w każdej z nich wieczornice (czasem występy było rano) z poezja Wieszcza, kończąc je bodaj w Płocku…

Doceniać, nie zohydzać

Polska muzyka w II RP to jeden z najbardziej znanych w Europie kompozytorów Karol Szymanowski, ale też Jerzy Fitelberg. A z młodszych, którzy kulturalną Europę podbili już po II wojnie światowej wymienić należy oczywiście wielkiego Witolda Lutosławskiego oraz zmarłego na emigracji Andrzeja Panufnika.

W naszym malarstwie europejski wymiar osiągnął  mieszkający w Paryżu Józef Pankiewicz i skupiona wokół niego grupa młodszych artystów, z których największe międzynarodowe uznanie zdobył Józef Czapski. Polska grafika podbiła Europę, a najwięcej sukcesów międzynarodowych i medal Igrzysk Olimpijskich – jeszcze w czasach, gdy przyznawano je artystom – uzyskał Władysław Skoczylas. Oryginalne, odrębne piętno na europejskim tle wycisnął polski drzeworyt a także plakat.

Polskie Radio kojarzyło się w świecie z jedną najsilniejszych na globie stacją radiową w Raszynie (o mocy 120 kW) i najdłuższej w tym  czasie na ziemi antenie. Polskie Radio zaczęło nadawać w 1926 roku, po roku miało już cztery rozgłośnie, a tuż przed najazdem Niemiec aż dziesięć.

Warto wiedzieć o osiągnieciach Polski i Polaków w okresie II Rzeczpospolitej, gdy współczesna kosmopolityczna „pedagogika wstydu”, tak jak niegdyś propaganda komunistyczna, usiłuje tamte i późniejsze czasy zohydzać.

*Tekst ukazał się w  „Gazecie Polskiej Codziennie” (15.06.2020)

 

Dziedzictwo II Rzeczpospolitej: doceniać, nie zohydzać…

 

Komunistyczna propaganda traktowała odrodzone po latach Państwo Polskie – II Rzeczpospolitą – jako „tarczę strzelniczą”.

II Rzeczpospolita „tarczą strzelniczą” dla komuny…

Niepodległa państwowość przedstawiana była w karykaturze. Szablon był taki, jak ten w wydawnictwach PWN (Państwowe Wydawnictwo Naukowe): „Odrodzona Polska była państwem biednym, gospodarczo i kulturalnie niezintegrowanym (….), z wysoce zaognioną kwestią społeczną, chłopską, robotniczą”. To dosłowny cytat z pseudonaukowego podręcznika  historii, który ukazał się bynajmniej nie w latach stalinizmu, lecz pod koniec „liberalnych” lat 1970. Pokazuje jaka była obowiązująca narracja nie tylko publicystyczna, ale też historiograficzna.. Tymczasem Polskie Państwo w latach 1918-39 z jego wszystkimi grzechami, autentycznymi napięciami politycznymi i społecznymi, z zapóźnieniem gospodarczo cywilizacyjnym – wszak szybko pokonywanym – było nie tylko własne, swoje, ale też mogło poszczycić się bardzo wieloma osiągnięciami. W ostatnich kilku artykułach w „Gazecie Polskiej Codziennie” („II Rzeczpospolita – polska duma i obawy obcych” z 21.05, „Siedem cudów II Rzeczypospolitej” z 25.05, „Polska droga, czyli II RP silna nauką i kulturą” z 08.06) podkreślałem fenomen kraju, który harmonijnie scalił się, mimo stuparodziesięcioletnich rozbiorów.

Polskie ustawodawstwo społeczne – najlepsze w Europie

Godny też podkreślenia jest fakt uchwalenia dwóch konstytucji. Obie były kością w gardle dla komunistycznej propagandy i historiografii. Uwaga, nie chodziło tylko o Konstytucję Kwietniowa z 1935 roku, krytykowaną jeszcze w II Rzeczypospolitej – przyznajmy to uczciwie – przez dość szerokie spektrum sił politycznych w Polsce – od socjalistów, po ludowców i  narodowców. Jednak również Konstytucja Marcowa z roku 1921 była łatwym celem dla reżimowych pismaków za PRL. Jeszcze w latach 1980-ch w pracach historyka Józefa Buszko poddawano ostrej krytyce tę pierwszą polską konstytucję od czasów pierwszej europejskiej konstytucji czyli Ustawy Zasadniczej z 3 Maja 1791 roku. O uchwalonej 130 lat po tamtej pisano jeszcze parę lat przed upadkiem PRL w sposób skrajnie propagandowy. Podkreślano miedzy innymi „klasowy” charakter Konstytucji Marcowej. Podnoszono, iż była „demokratyczna w formie, burżuazyjna w treści”. Szczególnie atakowano jej artykuł 99. Mówił on, nomen omen, o… nietykalności własności prywatnej ! Komunistyczny atak na własność prywatną dokonywany i w teorii i w praktyce był jednocześnie negacją jednej z podstaw Nauki Społecznej Kościoła i w ogóle cywilizacji współczesnej.

Konstytucja Marcowa była, nie tylko na papierze, jedną z najbardziej demokratycznych w Europie. Ale praktyka – „burżuazyjna w treści” – dorównywała teorii. Ustawodawstwo społeczne II Rzeczypospolitej, przyjęte w pierwszych latach państwowości i system opieki socjalnej były najlepsze i najbardziej rozwinięte w skali europejskiej. Wynikały one wprost z konstytucyjnych zapisów głoszących, iż praca jest pod szczególną opieką państwa. Państwa deklarującego ochronę i ubezpieczenia społeczne na wypadek utraty pracy, wypadku czy choroby.

Odrodzona Polska państwowość postawiła na powszechną edukację, dzięki czemu o 21 %-do 90 w 1939 roku – wzrosła liczba dzieci objętych obowiązkiem szkolnym. Jedna z  przyczyn był fakt, że dynamicznie rozwijało się szkolnictwo prywatne. Kwitły uczelnie wyższe, na których – o (rzekomy) paradoksie! – studiował większy procent młodzieży ze środowisk robotniczych i wiejskich niż to było w PRL!

Teatr dziadka Henryka i wieczornice Słowackiego

Niemal sto lat przed odzyskaniem przed Polskę niepodległości Maurycy Mochnacki głosił specyfikę, wręcz wyjątkowość polskiego teatru na tle Europy – bo nasz teatr zawsze był instrumentem Sprawy Narodowej. Dodajmy, że tak było już od „Odprawy posłów greckich” Jana Kochanowskiego. Nie mogło też być zaskoczeniem, że właśnie w odzyskanym państwie polskim teatr przeżywał rozkwit. Zaraz po „wybuchu Niepodległości” powstały teatry w Bydgoszczy (1919), w Toruniu (1920) czy Katowicach (1922). Trzy lata przed agresją niemiecką i wybuchem II wojny światowej mieliśmy w Polsce już 26 zawodowych teatrów, w tym 10 w samej stolicy. Co charakterystyczne i całkowicie podważające tezy taniej komunistycznej propagandy – szczególnie rozwijał się amatorski teatr robotniczy, który po II wojnie światowej niemal zamarł.  Coś wiem o tym z przekazów rodzinnych, bo mój rodzony dziadek, Henryk Karol Czarnecki założył teatr w Sosnowcu, który miał charakter teatru „plebiscytowego” w okresie Powstań Śląskich. Właśnie podczas nich miał gościnne występy w Katowicach, po raz pierwszy w historii grając w tym mieście operetki i sztuki teatralne w języku polskim. Dziadek grał więc i w Zagłębiu Dąbrowskim – zatem w dawnym zaborze rosyjskim, jak i w Katowicach, jeszcze będących pod jurysdykcja niemiecka, a potem już przywróconych do polskości. Później zorganizował teatr w Grudziądzu, który wyjeżdżał ze sztukami na Wybrzeże (wcześniej, będąc na Śląsku regularnie, co roku grywał dla kuracjuszy w Ciechocinku). Jeszcze zanim Polska „wybiła się na niepodległość” Henryk Karol Czarnecki wystawił premierę „Halki” w Łodzi – było to w lutym 1918 roku. Szkoda, że władze tego miasta z nadania PO nie uczciły w najmniejszy chociaż sposób niedawnej, 100-rocznicy tego wydarzenia…

Jednak nie o sam teatr w sensie formalnym chodziło. Gdy do Polski z Francji przypłynęły szczątki ukochanego poety Piłsudskiego – Juliusza Słowackiego, zostały umieszczone na rzecznym statku „Mickiewicz”(!) i Wisłą płynęły do Krakowa, zatrzymując się po drodze w wielu miejscowościach – to zespół dziadka Henryka Karola dawał w każdej z nich wieczornice (czasem występy było rano) z poezja Wieszcza, kończąc je bodaj w Płocku…

Doceniać, nie zohydzać

Polska muzyka w II RP to jeden z najbardziej znanych w Europie kompozytorów Karol Szymanowski, ale też Jerzy Fitelberg. A z młodszych, którzy kulturalną Europę podbili już po II wojnie światowej wymienić należy oczywiście wielkiego Witolda Lutosławskiego oraz zmarłego na emigracji Andrzeja Panufnika.

W naszym malarstwie europejski wymiar osiągnął  mieszkający w Paryżu Józef Pankiewicz i skupiona wokół niego grupa młodszych artystów, z których największe międzynarodowe uznanie zdobył Józef Czapski. Polska grafika podbiła Europę, a najwięcej sukcesów międzynarodowych i medal Igrzysk Olimpijskich – jeszcze w czasach, gdy przyznawano je artystom – uzyskał Władysław Skoczylas. Oryginalne, odrębne piętno na europejskim tle wycisnął polski drzeworyt a także plakat.

Polskie Radio kojarzyło się w świecie z jedną najsilniejszych na globie stacją radiową w Raszynie (o mocy 120 kW) i najdłuższej w tym  czasie na ziemi antenie. Polskie Radio zaczęło nadawać w 1926 roku, po roku miało już cztery rozgłośnie, a tuż przed najazdem Niemiec aż dziesięć.

Warto wiedzieć o osiągnieciach Polski i Polaków w okresie II Rzeczpospolitej, gdy współczesna kosmopolityczna „pedagogika wstydu”, tak jak niegdyś propaganda komunistyczna, usiłuje tamte i późniejsze czasy zohydzać.

*Tekst ukazał się w  „Gazecie Polskiej Codziennie” (15.06.2020)

 

 

Blog

Feliks Koneczny – „reakcyjny” geniusz i jego wielość cywilizacji

Posted on

 

W komunistycznej „Encyklopedii Powszechnej” z 1974 roku napisano o nim: „twórca reakcyjnej historiozofii, ujmujących dzieje jako układ ścierających się cywilizacji” . Zupełnie inaczej widział tę postać niemiecki filozof Anton Hilckman: „ (…) jeden z wielkich geniuszów rodu ludzkiego, jeden z tych, którzy ogólnemu dorobkowi duchowemu Europy zapewnili trwałe zdobycze, którego nazwisko nie może pozostać nieznane i niezapoznane, nawet jeżeli niewielu znało go poza ojczyną”. Mowa o Feliksie Konecznym (1862-1949) uważanym za jednego z trzech najwybitniejszych historiozofów na świecie, obok Niemca Oswalda Spenglera i Anglika Arnolda Toynbee’ego. Ten ostatni przez wielu uważany za swoistego „konkurenta” Feliksa Konecznego tak pisał o naszym rodaku: „specjalistyczne studia Konecznego jako historyka, łącząc się z jego narodową spuścizną Polaka, uczyniły go wrażliwym na różnice między cywilizacjami i to stało się natchnieniem jego studiów nad suma dziejów ludzkości z punktu widzenia różnorodności cywilizacyjnej. Uczyniło także żarliwym patriotą świata zachodniego. To mu jednak nie przeszkodziło być zarazem patriotycznym Polakiem i żarliwym rzymsko-katolickim chrześcijaninem”. Paradoksalnie, nawet owa PRL-owska „Encyklopedia Powszechna” (jaki ustrój – tacy encyklopedyści, jak mawia mój Ojciec) musiała przyznać, iż „według Konecznego najwartościowszym elementem cywilizacji katolickiej jest kultura polska”.
„Reakcjonista”- bo patriota…
Zatem reakcjonista czy geniusz? A może autor słynnej już dziś teorii wielości cywilizacji, a jednocześnie autor popularnych książek dla młodzieży o historii Polski i polskiego Kościoła (np. „Święci w dziejach Narodu Polskiego”), był dla komunistów „reakcjonistą”, bo dla nich pojęcie „reakcyjny” jest tożsame z pojęciami: „katolicki”, „patriotyczny”, „prawdziwie polski”?
Pozwolę sobie na dość subiektywny wybór najważniejszych wątków twórczości Feliksa Konecznego. Subiektywny z dwóch powodów. Po pierwsze artykuł ten nie jest praca naukową mającą streścić dokonania naszego wybitnego myśliciela. Po drugie: nie stać mnie na „oko i szkiełko mędrca”, bom zafascynowany wizja i przemyśleniami Konecznego od lat bez mała czterdziestu. Jedna uwaga: często przypisuje się Feliksa Konecznego do Obozu Narodowego, endecji, prawicy narodowej. Rzeczywiście tam chyba ma najwięcej zwolenników, a nawet wyznawców. Jednak tymi, którzy jako pierwsi zaszczepili mi podziw dla dokonań najwybitniejszego polskiego historiozofa nie byli narodowcy, ale jednej strony zadeklarowany piłsudczyk, od lat dyrektor Biblioteki „Ossolineum” we Wrocławiu, a mój wykładowca na Uniwersytecie Wrocławskim , doktor Adolf Juzwenko, a z drugiej zafascynowany myślą innego polskiego myśliciela Józefa Hoene Wrońskiego, major AK Władysław Bruliński.
Feliks Koneczny: religia najważniejszym dziedzictwem…
Oto, według mnie, najważniejsze wątki charakteryzujące spuściznę Konecznego.
1. Historia – jako dziedzictwo i jej kreacyjne funkcje
2. Cywilizacjo-twórcza rola Kościoła Katolickiego
3. Sprawa „uświecania życia publicznego”
4. Praca człowieka jako środek do zbawienia – czyli „uświęcenie pracy”
5. Kultura materialna a duchowa
6. Geneza reform ustrojowych i postępu społecznego
7. Moralność a polityka
8. Problem równości
9. Cywilizacja katolicka a inne cywilizacje: wyznaczniki podziału
10. Pojęcie Narodu i Ojczyzny.
Precz z determinizmem!
Pisał Feliks Koneczny: „Praca około przyszłości nie może wydać dobrych skutków bez znajomości przeszłości” („Święci w dziejach narodu polskiego”, str. 7). A także: „historia wyjaśnia współczesny stan spraw naszych. Nie może ich znać dobrze nikt , kto ich nie pozna historycznie. Złymi też bywają doradcami w życiu publicznym tacy, którym brak wykształcenia historycznego”. Jednocześnie Koneczny nie byłby sobą, gdyby nie postawił sprawy jasno: „Najważniejszym dziedzictwem jest religijne”.
Dla twórcy nauki o wielości cywilizacji podstawą było zdefiniowanie cywilizacji właśnie jako „metody życia zbiorowego”. Nasz rodak odrzucił dotychczas przyjęty jej deterministyczny rytm: narodziny, rozwój, upadek, śmierć – a przez to śmierć narodów, państw, wszelkich wspólnot tworzących cywilizację- bo według niego długość trwania cywilizacji, jej rozwój oraz jej przyszłość zależy od prawdy i woli narodów i społeczeństw. Jest to zatem teza o nieśmiertelności (niektórych) cywilizacji i (niektórych) narodów.
Feliks Koneczny wyróżnia następujących siedem cywilizacji: 1. łacińska – stanowi ją m. in kultura polska, angielska, skandynawska, chorwacka. 2. bizantyńska – kultura niemiecko-bizantyńska, serbska, rumuńska, 3. chińska z kulturą m. in japońską i koreańską, 4. turańska z kulturami turecką, afgańska, ajgurską. 5. arabska z kulturą bagdadzką i mauretańską, 6. żydowska z kultura litwacka i … socjalizmem (!). 7. bramińska.
Katolicyzm: jedność w różnorodności
Według Konecznego ani rasa, ani język nie decydują o przynależności do cywilizacji. Na przykład języka niemieckiego używają narody należące do różnych cywilizacji. Natomiast dużo ważniejszym od kryteriów rasowych i językowych jest kwestia religii: między religią a cywilizacją jest olbrzymia współzależność. Feliks Koneczny uznał, że niektóre religie przystosowały się do cywilizacji – wymienia tu islam i prawosławie, ale inne – przeciwnie, tworzyły cywilizacje sakralne . W tym kontekście wymienia bramińską i żydowską. Katolicyzm natomiast oczekuje, aby to cywilizacje przystosowały się do niego, wcielały w życie jego postulaty w dziedziny życia zbiorowego. Absolutnie jednak nie oznacza to jednostajności form czy monolityczności. Wręcz przeciwnie: „jedność katolicka rozwija się w rozmaitości” („O ład historii”, s. 17.). Koneczny twierdzi, że „wytworzył Kościół nową cywilizację (…), cywilizację łacińską” . To cywilizacja zgodna co do podstawowych wyznaczników wiary, ale też różnorodna w formach. To zasługa Kościoła, „który dopuszczał i dopuszcza zawsze rozmaitość, nawet obrządków religii, umiejąc zachować jedność bez jednostajności”.
Współcześni liberałowie pewnie byliby zachwyceni tezami Feliksa Konecznego, że nie ma nic złego w bogactwie i bogaceniu się. Nasz historiozof dowartościowuje sens posiadania i chęć posiadania. Pisze: „od samego (…) zarania nie dadzą się żadną miarą rozdzielić w życiu kultury materialna a duchowa”. I dalej: „zamożność nie jest bynajmniej niższą moralnie od ubóstwa”. Ci sami liberałowie pewnie biliby brawo, czytając także i te słowa Konecznego: „Do równości można zmierzać tylko przymusem i gwałtem, a to obniżając poziom u wszystkich i we wszystkim”.
Feliks Koneczny był polskim patriotą. Podsumowaniem jego przemyśleń na temat Ojczyzny są słowa: „Dobro powszechne wymaga, żeby Polska była silna w Europie”…
*Tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (28.05.2020)

Blog

Siedem cudów II Rzeczypospolitej

Posted on
Gdy na ostatnim okrążeniu biegu na 3 km z przeszkodami podczas Igrzysk Olimpijskich w Moskwie Bronisław Malinowski, chłopak z Grudziądza odrabiał kilkadziesiąt metrów do straty do Tanzańczyka Filberta Bayi, rozemocjonowany i szczęśliwy – jak my wszyscy, w tym wówczas 17 – letni autor tego tekstu – wielki komentator, a wcześniej żołnierz  AK Bohdan Tomaszewski krzyczał – „zwyciężyła polska siła, polska krzepa ”. To prawda. Jednak dla mnie  – w innym wymiarze – przejawem niebywałej polskiej siły, potęgi, tężyzny narodu było zrośnięcie się niepodległego państwa polskiego –  II Rzeczypospolitej – z ziem trzech różnych zaborów po formalnie 123 latach niewoli, a praktycznie po dwóch wiekach podległości. Aby uprzytomnić, jak niebywale trudne było stworzenie jednolitego państwa,  przytoczmy choćby fakt, że początkowo na terenie odrodzonej Polski obowiązywało aż… pięć kodeksów prawnych (!). Pierwszy był to kodeks cywilny Napoleona – na terenie dawnego Królestwa Polskiego. Drugi to kodeks cywilny rosyjski, który funkcjonował jeszcze przez jakiś czas na tzw. Ziemiach Zabranych czyli Kresach Wschodnich. Trzeci to rosyjski kodeks karny, obejmujący cały były zabór rosyjski. Czwarty –  austriacki. Piąty –  pruski.
Cud czy fenomen polskości?
W jakich kategoriach, jeśli nie cudu – lub fenomenu polskości – należy widzieć inny fakt, że wtedy, gdy jeszcze nie były ustabilizowanie granice dopiero odradzającego  się polskiego państwa, Sejm Ustawodawczy uchwalił Konstytucję Marcową – drugą polską konstytucję po pierwszej w Europie i drugiej na świecie – Konstytucji 3 Maja, uchwalonej równo 120 lat wcześniej.
 A przecież wcześniej wybory do pierwszego sejmu niepodległej Polski odbyły się, gdy na połowie terytorium państwa toczyły się walki (!).
Tak, to były dwa „cudy”. Jeden, kodeksowy, prawny. Drugi, konstytucyjny, ustrojowy. Trzecim była niewątpliwie gospodarka. Startowaliśmy w sytuacji dramatycznej. Podczas I wojny na ziemiach Polski zginęło prawie milion koni i 1,8 miliona sztuk bydła. W Galicji plony zmniejszyły się o jedną trzecią, a obszar upraw zbóż i ziemniaków z 2,8 mln ha z roku 1914 do 1,5 mln ha cztery lata później.
Wyborcze prawa kobiet: Polska przed Francją o 27 lat!
Czwarty cud to była polska demokracja. Oto zmartwychwstała Polska przyznała prawa wyborcze kobietom 27 lat przed jedną z ojczyzn  feministek – Francją! Gdy dziś słucham pouczeń francuskich europosłanek (choć też i europosłów), którzy wymądrzają się o łamanych  „prawach kobiet” w Polsce za rządu PiS-u, to ryczę jak ranny łoś, bo ich ojczyzna przyznała paniom prawo wyboru parlamentarzystów rok po II wojnie światowej, a  moja -parę miesięcy po zakończeniu I wojny światowej. Jest różnica?
Piąty cud to niewątpliwie gospodarka. Przecież polskie ziemie podzielone między zaborców były częścią krwiobiegu gospodarczego Niemiec, Austrio-Węgier i carskiej Rosji. Dla przykładu w tzw. dzielnicy pruskiej dwie trzecie obrotów stanowił handel z Niemcami, a  tylko jedna dziesiątą z innymi ziemiami polskimi. Warszawa nie posiadała bezpośrednich połączeń komunikacyjnych z Krakowem i Poznaniem! Zresztą stolica Małopolski ze stolicą Wielkopolski –  również nie. Oczywiście Śląsk nie miał tez żadnej komunikacji z Gdańskiem.
Po Austro-Węgrzech odziedziczyliśmy, o czym się w ogóle nie mówi, lewostronny ruch i na kolei i na drogach w dawnym zaborze austriackim.
Oświata i „Rzeczpospolita Akademicka” w II RP – więcej młodych ze wsi niż za PRL!
Cud szósty to oświata. Polskie państwo – to polskie szkoły, ale także dużo więcej szkół. W 1914 roku na ziemiach polskich funkcjonowało 18,4  tysiąca szkół, aby po ośmiu, dziewięciu latach wzrosnąć o jedną trzecią  –  do 27, 5 tysiąca szkół. W 1914 roku mieliśmy w  Polsce 2,4 miliona uczniów, by w roku 1922 osiągnąć 3,2 miliony – a w ostatnim roku przed wybuchem II wojny światowej mieć ich już 4,7 miliona. U progu niepodległości tylko niewiele ponad dwie trzecie polskich dzieci było objęte obowiązkiem szkolnym, ale już tuż przed II wojną światową było to 90 procent. Wbrew komunistycznej propagandzie poziom nauczania w szkołach w II Rzeczpospolitej był bardzo wysoki. Wiązało się to z dominacją szkolnictwa prywatnego. Na przykład, gdy chodzi o szkolnictwo średnie to w 1923 roku na 762 szkoły aż 502 były to szkoły prywatne. Charakterystyczne, że w szkolnictwie zawodowym szkoły prywatne stanowiły  jeszcze wyższy procent dochodzący do dwóch trzecich (252 szkoły prywatne do 126 państwowych).
Akurat skądinąd szkolnictwo zawodowe w Polsce niepodległej przeżywało niewątpliwy „boom”. W ciągu 11 lat, między 1923 a 1934 rokiem liczba tych szkół wzrosła do 814, a uczniów z 31 tysięcy do 70 tysięcy.
Proszę wybaczyć te może i monotonną wyliczankę, ale ona świetnie pokazuje, jak wiele państwo polskie miedzy I a II wojna zrobiło w dziele upowszechnienia oświaty, jak i scalenia szkolnictwa w jednolity ogólnopolski system.
Jeśli mowa o oświacie, powiedzmy słowo o wielkim renesansie szkolnictwa wyższego-i to był ten cud nr 7! Przed 1914 rokiem „Rzeczpospolita  Akademicka”  to były cztery uczelnie rzeczywiście polskie: dwie  w Krakowie – Uniwersytet Jagielloński i Akademia Umiejętności oraz dwie we Lwowie – Uniwersytet Jana Kazimierza oraz Politechnika Lwowska. Już podczas tzw. „Wielkiej Wojny” spolonizowano dwie uczelnie w Warszawie: uniwersytet i politechnikę. W 1919 roku powołano Uniwersytet Poznański – na zachodzie Polski i Uniwersytet Stefana Batorego  w Wilnie –  na wschodzie kraju. Dodajmy do tego jeszcze KUL, a także Szkołę Główną Gospodarstwa Wiejskiego  w Warszawie i Akademię Górniczą – późniejszą Akademią Górniczo-Hutniczą – w Krakowie. O ile w 1923 roku mieliśmy 17 uczelni wyższych i 38 tysięcy studentów, o tyle dwa lata przed II wojną światową już 32 uczelnie i 50 tysięcy studentów.
Jednym z największych łgarstw propagandy komunistów było zarzucanie II Rzeczypospolitej rzekomo niskiego procenta studentów z rodzin chłopskich i robotniczych. Tymczasem w odrodzonej Polsce stanowili oni aż 20% wszystkich „akademików” i było to … procentowo znacznie więcej niż w okresie PRL!
Polska lat 1918-1939, mimo niewątpliwe szeregu wad, dzięki wysiłkom Polaków stawała się państwem coraz silniejszym, zamożniejszym – a społeczeństwo coraz bardziej wykształconym.  Pokolenia Polaków właśnie z państwem polskim wiązały nadzieje na własny rozwój. Udało się dzięki temu ograniczyć w pewnym stopniu olbrzymią emigrację: przed I wojną światową co roku z ziem polskich emigrowało około 130 tysięcy osób! To w sposób znaczący obniżało możliwości gospodarcze przyszłej polskiej państwowości, a dynamizowało rozwój gospodarczy naszych europejskich sąsiadów, a także krajów za „Wielką Wodą”, typu USA czy Brazylia. Tak wielki proces emigrowania można było zaobserwować ponownie w PRL-u (potem jeszcze w jakiejś mierze po roku 2004)  z dramatycznie złymi dla Polski skutkami.
Jeśli powstanie i rozwój II Rzeczypospolitej było cudem, to Polacy pomogli Panu Bogu…
*Tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie”  (25.05.2020)
Blog

Bruksela przed wyborami Komisji Europejskiej: ostatnie rozgrywki

Posted on

Zaaferowani kampanią wyborczą zapominamy- a przynajmniej niektórzy z nas- że przed 13 października, bo już we wrześniu w Brukseli i  Strasburgu zapadną strategiczne decyzje odnośnie unijnych personaliów . Prawdę mówiąc nie tylko przed wyborami w Polsce ale i po nich UE czeka już nie tyle personalne co polityczno- gospodarcze trzęsienie ziemi: będzie nim Brexit czyli opuszczenie Unii przez Wielką Brytanię . Wszystko to odbędzie się z naszej, zaiste polonocentrycznej ( nic w tym złego!) perspektywy w cieniu wyborów do Sejmu i Senatu w drugą niedzielę października. Tyle , że i nowe europejskie rozdanie personalne zarówno w Komisji Europejskiej ale też ,o czym się zapomina , w Parlamencie Europejskim będzie miało wpływ na sytuację Polski i wokół Polski.

Jeden kraj – jeden komisarz…

Komisja Europejska składa się z 28 członków , ale europarlament we wrześniu wybierze tylko 26 z nich. Z jednej strony Niemcy mają już przewodniczącą Komisji Europejskie Ursule Gertrud von der Leyen i w związku z tym nie zgłoszą kandydata na komisarza,a z drugiej strony Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej demonstracyjnie nie wystawia kandydata na komisarza ,co ma być czytelnym sygnałem i dla brytyjskiej opinii publicznej i dla Brukseli , że premier Jej Królewskiej Mości Boris Johnson kategorycznie myśli o Brexicie , nawet gdyby to miał być „no deal” czyli wyjście bez żadnego porozumienia.

Nowa Komisja  Europejska będzie wybrana w myśl funkcjonującej od czasów EWG zasady :jeden kraj -jeden komisarz. Traktatowo nie jest to oczywiste , bo Traktat Lizboński dopuszcza sytuację w której nie każde państwo musi mieć swojego reprezentanta w KE. Jednak na razie nikt takiego zamachu na realną partycypację państw narodowych w europejskich strukturach ponadnarodowych nie dokonał i na pewno we wrześniu AD 2019 nie dokona. Jeżeli by się tak kiedyś stało będzie to symboliczne pożegnanie się z ideą Europy Ojczyzn czy Europy Narodów jako drogowskazem mającym przyświecać Unii Europejskie. Zapewne jesteśmy do tego bliżej niż dalej.

Von der Leyen: połowa tek w Komisji dla kobiet !

Poza parytetami narodowymi Komisja Europejska uwzględni w jakiejś mierze parytety płci . Pytanie jest nie „ czy uwzględni” tylko: „w jakiej mierze, na jaką skalę” uwzględni? . Tu glossa historyczna . Gdy w czerwcu i lipcu 2014 konstytuowała się Komisja Europejska państwa członkowskie na 27 miejsc ( Luksemburg miał i tak już szefa KE -skądinąd już po raz trzeci wywodzącego się z tego małego Wielkiego Księstwa ) zgłosiły aż 23 mężczyzn i 4 kobiety . Żeby uniknąć poczucia totalnej maskulinizacji Komisji Jean Claude Juncker wymusił na krajach członkowskich zamianę 4 panów na 4 panie w efekcie czego nowa Komisja Europejska składała się z 8 kobiet -komisarzy i 19 mężczyzn -komisarzy . Parytet kobiet wyniósł więc niemal jedną trzecią .

Teraz nowa przewodnicząca Komisji Europejskiej i pierwsza w jej historii szefowa- kobieta szykuje prawdziwą rewolucję oznajmiając , że chce aby w jej „ europejskiej drużynie” obowiązywały parytety skandynawskie , a więc „połowa kobiet- połowa mężczyzn”. Nie za bardzo wierzę , że to się uda. Dlaczego? Już teraz bowiem von der Leyen poniosła pierwszą porażkę , bo jej kategoryczne zadanie skierowane wobec państw członkowskich ,aby zgłaszały na komisarza dwoje kandydatów : mężczyznę i kobietę zostało przez szereg państw członkowskich w praktyce odrzucone. Na przykład przez Polskę : rząd premiera Mateusza Morawieckiego również nie spełnił tego warunku i przedstawił tylko jedną kandydaturę- „jedynie”( albo „aż”) profesora Krzysztofa Szczerskiego. Oczywiście formalnie takiego wymogu,jaki postawiła niemiecka przewodnicząca KE nie było i nie ma-był to pewien polityczny manewr ,tyle że okazał się nieskuteczny. Zapewne także dlatego ,że dotychczasowa praktyka była zupełnie inna: obowiązywała niepisana reguła ,że państwa ,które mają komisarzy -kobiety mogą w następnym politycznym rozdaniu zgłosić mężczyzn z gwarancją ,że taki kandydat będzie na pewno przyjęty. Chyba, że jego kandydaturę odrzuci Parlament Europejski -ale wtedy również zastąpić go może przedstawiciel tej samej płci.

No,właśnie : dochodzimy do procedury przyjmowania -lub nie -kandydatów na komisarzy przez europarlament. Kiedy to nastąpi ? Tuż po wakacjach ,w pierwszej połowie września ma dojść do pierwszych przesłuchań  na poziomie komisji Parlamentu Europejskiego w jego siedzibie w Brukseli. Formalne zatwierdzenie pełnego składu Komisji Europejskiej nastąpić może 17 lub 18 września ,już w Strasburgu.

Europarlament:  „ścieżka zdrowia” dla kandydatów na komisarzy

Oczywiście nie należy wykluczać-a nawet wręcz przeciwnie ! -scenariusza ,który jest realizowany co pięć lat . Chodzi o odrzucenie jednego lub dwóch kandydatów na komisarzy . W roku 2004 Parlament Europejski zdyskwalifikował przedstawicieli dwóch krajów członkowskich . Jednego moim zdaniem słusznie- słabego merytorycznie kandydata z Łotwy . I drugiego ze względów czysto ideologicznych -Włocha ,profesora Rocco Buttilione ,znającego skądinąd język polski doktora honoris causa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego . Włoski naukowiec wypowiedział się na temat homoseksualistów niezgodnie z „polityczną poprawnością” i to było powodem zagłosowania przeciw jego kandydaturze ze strony lewicy socjalistycznej i postkomunistycznej ,Zielonych oraz liberałów .

W 2009 roku PE odrzucił już „tylko” jedną kandydatkę -z Bułgarii. Zastąpiła ją zresztą Kristalina Georgijewa z Banku Światowego ,która dziś jest jedynym kandydatem na prezesa IMF czyli Miedzynarodwego Funduszu Walutowego w miejsce Francuzki Christine Lagarde . Ta z kolei ma objąć jedno ze stanowisk w ramach unijnej „TOP 5” -konkretnie szefa Europejskiego Banku Centralnego z siedzibą we Frankfurcie nad Menem. Ma to nastąpić na Wszystkich Świętych czyli 1 listopada -tego dnia EBC osieroci Włoch Mario Draghi ,tak często stojący na kursie kolizyjnym z rządem w Berlinie…

Przed pięcioma laty europarlament odrzucił kandydaturę na komisarza byłej premier Słowenii. Alenka Bratusek skądinąd reprezentowała formacje funkcjonująca w międzynarodówce liberałów ,co jest dowodem na to ,że trup w Brukseli ściele się gęsto (politycznie,nie dosłownie) i nie zawsze takie „egzekucje”dotyczą osób ze środowisk „politycznie niepoprawnych”( choć akurat ekspremier z Lublany i takie wypowiedzi miała na koncie).

Jak będzie w tym roku? W brukselskich kuluarach mówi się ,że środowiska lewicowe i liberalne szczególną uwagę poświęca kandydatom z sześciu krajów. Jeden z nich to reprezentant „starej Unii” i członek -założyciel Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali ,a potem EWG – Włochy . Reszta to państwa naszego regionu Europy będące „na cenzurowanym” już w mijającej kadencji Komisji Europejskiej . Chodzi o Węgry,Rumunię,Czechy oraz ewentualnie Słowację i Polskę . Ciekawe – vide casus liberałki ze Słowenii ,byłej premier tego kraju- że dwa z tych państw rządzone sa przez socjalistów ( Bukareszt i Bratysława ) ,a jeden przez nominalnych liberałów (Praga). Jak będzie ostatecznie -zobaczymy w ciągu najbliższych trzech tygodni .

* Artykuł ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennej” 26.08.2019 – parę godzin przed rezygnacją prof. Krzysztofa Szczerskiego
Blog

Damy i Huzary

Posted on
Zapraszam do lektury wywiadu ,którego udzieliłem jako wiceprezes PZPS p. Januszowi Uznanskiemu w trakcie siatkarskich Mistrzostw Europy kobiet. Odbywają się one w Polsce,w Łodzi . Rozmowa w całości poświęcona jest siatkówce . Ukazała się na oficjalnej stronie internetowej Polskiego Związku Piłki Siatkowej (PZPS).
Część sezonu reprezentacyjnego już na półmetku i był to bardzo dobry czas dla naszych reprezentacji narodowych. Jednak druga część będzie nie mniej emocjonująca i może nam przynieść jeszcze wiele powodów do radości. Jakich? Na ten temat spekulujemy z Ryszardem Czarneckim – wiceprezesem Polskiego Związku Piłki Siatkowej.

pzps.pl: Jesteśmy w drugiej części sezonu reprezentacyjnego. Po udanych występach naszych kadr w Ligach Narodów i awansie męskiej reprezentacji do turnieju olimpijskiego Tokio 2020 czuje pan satysfakcję?
Ryszard Czarnecki – wiceprezes PZPS: Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Rzeczywiście – na razie bierzemy wszystkie cele bojem. Najpierw Final Six Ligi Narodów kobiet, co było dla niektórych pewną niespodzianką, dalej brązowy medal panów, i to grając niemal 30-osobowym składem – co było pewnym elementem wojny psychologicznej z rywalami, bo pokazaliśmy, jak mamy wielki potencjał, jak wielki możliwości i długą ławkę. Turniej kwalifikacyjny mężczyzn wygrany niemal w cuglach, a u pań minimalne niepowodzenie. We wrześniu do rywalizacji w mistrzostwach Europy panowie mogą przystąpić z „czystą” głową i nie kryjmy – do walki o medale, a dziewczyny powinny potwierdzić w Łodzi, że dołączyły do europejskiej i nawet światowej czołówki Tym bardziej, że Łódź jest miejscem szczęśliwym dla naszej dyscypliny, szczególnie kadry kobiet, bo przecież dziesięć lat temu tutaj właśnie zdobyliśmy brązowy medal mistrzostw Europy, co wówczas też było trochę niespodzianką.

A nie obawia się pan prezes w przypadku męskiej reprezentacji „grzechu pychy”?
Pycha to jest najgorsza rzecz, która może się przydarzyć w różnych zawodach i należy być zawsze pokornym. Przypuszczam, że Vital Heynen będzie rotował składem i na mistrzostwa Europy pojadąpp części też zawodnicy, którzy nie grali w Gdańsku, a którzy grali w Lidze Narodów. Mam przekonanie, że i oni będą wszystkich chcieli przekonać, że są pełnoprawnymi reprezentantami. Nie kryjmy, to też początek rywalizacji o miejsce w olimpijskiej kadrze. Rywalizacja i ogromna ambicja naszych siatkarzy – z kapitanem Michałem Kubiakiem na czele – sprawiają, że słowo pycha w naszej sytuacji pochodzi ze Slownika Wyrazów Obcych.

W nieco odmiennej sytuacji jest trener Jacek Nawrocki, który nie ma takiego kłopotu bogactwa i tworzy węższy trzon drużyny, na którym opiera grę.
Trener Nawrocki jest w odmiennej sytuacje, ale potrafi  wykorzystać posiadany potencjał  i osiągać bardzo dobre wyniki. Te wyniki go absolutnie bronią. Widać postęp w porównaniu do poprzedniego sezonu, kiedy to Polki były na 9-ym miejscu w Lidze Narodów, choć wówczas niewiele zabrakło do Final Six-ale zwłaszcza w porównaniu z tym ,co widzieliśmy dwa lata wstecz . W tym roku obecność w finale Big -6 Ligi Narodow i minimalne niepowodzenie w walce o czołową czwórkę. Z kolei mecz z wrocławskich kwalifikacji olimpijskich z Serbkami będzie się nam pewnie śnić po nocach, kiedy to mogliśmy prowadzić 2:0, a potem doprowadzić do tie breaka… Tu w Łodzi jest okazja na potwierdzenie aspiracji naszej żeńskiej drużyny narodowej. Nie tylko wyniki seniorek dają podstawy do pozytywnych prognoz. Nasze juniorki po kilkunastu latach nieobecności stanęły w ubiegłym roku na podium mistrzostw Starego Kontynentu i dobrze -choć bez Magdy Stysiak-wypadły w tegorocznych mistrzostwach globu. Dotychczas była taka prawidłowość, że okresy świetności żeńskiej reprezentacji przeplatały się z okresami sukcesów męskiej kadry. Najpierw w latach 50 i 60-ych medalowe plony zbierały Damy. Kolejna dekada należała do Huzarów. Początek nowego wieku, to znów dominacja pań, a potem na podiach różnych imprez międzynarodowych regularnie pojawią się panowie. Rok 2019 jednak się jeszcze nie zakończył, więc nie pora na podsumowania. Poprzedni sezon był znakomity, a w tym idzie też bardzo pomyślnie.

Wspominał Pan już rok 2009, a wówczas obydwie nasze reprezentacje zdobyły medale mistrzostw Europy…
Tak, tak. Panie brązowy, panowie złoty, ale nie wywierajmy presji, choć naturalnie męska reprezentacja jest faworytem do medali-jesteśmy badz co badz dwukrotnymi z rzędu mistrzami swiata. Panie zapewne też marzą o medalu, a miejsce w „ósemce” to będzie chyba takie minimum. Nie mniej powtórka sprzed dziesięciu lat byłaby bardzo miła-jednak żadnej presji nie ma co wywierać .

Pieniądze nie są czynnikiem kluczowym w sporcie. Nie mniej dzięki nagrodzie przyznanej siatkarzom przez Premiera Mateusza Morawieckiego za mistrzostwo świata oraz dofinasowaniu w tym sezonie przygotowań i startów kadr seniorskich można stwierdzić, że nasze zespoły narodowe miały możliwość do optymalnego przygotowania. Przykład: może to w przypadku osób o normalnych parametrach wzrostowych nie stanowi nadzwyczajnej niedogodności, ale w przypadku siatkarek i siatkarzy lotnicze podróże międzykontynentalne w klasie biznes są bardzo istotne. Dzięki środkom przekazanym przez Pana Premiera udało się takie warunki zapewnić. Takie udogodnienie mogło mieć wpływ na dyspozycję Czy teraz, po awansie męskiej kadry do turniej olimpijskiego i niewykluczonym wykorzystaniu szansy przez kobiecą reprezentację w styczniowych kwalifikacjach kontynentalnych do IO 2020 taki model inwestycji w siatkówkę uda się powtórzyć?
Absolutnie trzeba o to walczyć i jest na to spora szansa. Pieniądze nie decydują o wszystkim ,bo np.-  bez złośliwości to mówię –  dowodzą tego wyniki naszych klubów piłkarskich, które mimo znacznie wyższych budżetów niż kluby z Białorusi, Czech i Słowacji, jednak mniej niż one osiągają w europejskich pucharach. Wracając do siatkówki i mówiąc bardzo konkretnie: może ten mecz w Lidze Narodów nie był specjalnie analizowany, mówię o spotkaniu Polska – Bułgaria, 3:0 w Lidze Narodów, kiedy to Bułgarzy grali po 30-godzinnej podróży w klasie ekonomicznej, a Polacy przystąpili do turnieju po locie w klasie biznes i parodniowej aklimatyzacji. W następnych dniach Bułgaria grała już znacznie lepiej. Niemniej dla obydwu drużyn to spotkanie było kluczowe. Dla nas – bo otwieraliśmy sobie drogę do awansu, a w przypadku rywali było to w praktyce zamknięcie drogi do Final Six. Takie pozorne detale mogą decydować. Jeśli nawet  nie o wyniku wprost, to dają pewną przewagę psychologiczną. Rolą związku jest zapewnienie super-siatkarzom optymalnych warunków przygotowań i startów, tak by nie zajmowali sobie głowy tym, że może nieco zamożniejsi przeciwnicy zyskują przewagę przed rywalizacją na boisku. Dlatego będę przekonywał kolegów z rządu do inwestowania w siatkówkę, bo jest ona obciążona minimalnym stopniem ryzyka.
Albo inaczej: siatkówka gwarantuje wysoką stopę zwrotu inwestycji…

Zadam Panu pytanie, jako parlamentarzyście Parlamentu Europejskiego. Mistrzostwa Europy 2019, zarówno kobiet, jak i mężczyzn rozgrywane są w nowej formule. Po 24 kraje w turniejach  finałowych, po cztery państwa w roli gospodarzy. Czy taka formuła służy promocji dyscypliny, czy może wyprzedza czas…
Wyrazy uznania dla Prezydenta Boricicia i dla Europejskiej Konfederacji Piłki Siatkowej. Nowe rozwiązanie będzie służyć promocji naszej dyscypliny w krajach, gdzie siatkówka nie jest tak popularna, jak w Polsce. U nas bez wątpienia jest sportem wiodącym. Naturalnie niektórzy mogą narzekać, że turnieje trwają tygodniami, że zdarzać się będą mecze, gdzie w setach będą wyniki do 10-ciu, czy 12-u, ale z punktu widzenia promocji dyscypliny w moim przekonaniu to jest właściwa droga. Widać już pewne ożywienie w krajach, które dotychczas były na uboczu nurtu głównego. Mamy w Zawierciu pierwszego Portugalczyka, dwa profesjonalnie budowane kluby w Portugalii. To naturalnie pierwsze przykłady z brzegu. Będę bronił tego projektu – nie  możemy się zasklepiać w takiej wąskiej formule, bo owszem –  chcemy być mistrzami, ale w dyscyplinie, która jest popularna, powszechna, a nie jest dyscypliną niszową.

Blog

Blok senacki a sejmowy próg 5%

Posted on
Rozgrywka  o Senat nie zdecyduje kto będzie Polską rządził- bo to Sejm RP głosuje nad powstaniem(odwołaniem zresztą też) rządu. Jednak gdyby po raz pierwszy od czasu wprowadzenia nowej,większościowej formuły wyborów do Senatu zdarzyło się, że większość senacka będzie  inna niż ta w Sejmie byłoby to utrudnieniem dla rządzących. Może nie najbardziej uciążliwym-w przeciwieństwie na przykład do  wyboru prezydenta RP z innej opcji-  ale jednak i symboliczne i w praktyce politycznej niedobrym . To, że opozycja jest absolutnie podzielona,gdy chodzi o wybory sejmowe,a jednoczy się w walce o Senat świadczy o jednym: „antyPiS” nie wierzy w wygraną w najważniejszych wyborach czyli tych, które decydują o powstaniu rządu. Gdyby wierzył to chcąc nie chcąc, płacząc i zgrzytając zębami wystawiłby „neo-FJN” czyli reprezentacje wszystkich tych,którzy budzą się rano z nienawiścią do Prawa i Sprawiedliwości i Jarosława Kaczyńskiego. A swoją droga co powie wyborca PSL ,gdy dowie się,że jego formacja zawarła-nawet nieformalne-porozumienie z „tęczowym” Biedroniem? Co powie  wyborca Kukiz 15,gdy zobaczy ,iż jego lider idzie do Senatu pod pachę z postkomunistycznym SLD? Mogą nie zagłosować na tę partie do Sejmu !
* Artykuł ukazał się w „ Gazecie Polskiej Codziennie” 25.08.2019
Blog

Ojciec opowiada czyli powstańcza opaska

Posted on

Sierpień. Ojcu zebrało się na wspomnienia i opowiada rodzinną historię powstańczą. Polskie losy. Przyrodnia siostra Taty wyszła za spolonizowanego Austriaka, handlowca, w którego pustym biurze na Nowym Świecie między Smolną a Pierackiego (dziś: Foksal) przekoczowali część Powstania. Siostra Ojca, Isia, była w czasie Powstania sanitariuszką AK, jej mąż, antykomunista, przed komuną uciekł do Wiednia, a gdy i tam wkroczyła Armia Czerwona (była w austriackiej stolicy aż do 1955 roku) popełnił samobójstwo. Dokładnie tak, jak Witkacy na Kresach Wschodnich RP na wieść o wkroczeniu Sowietów  na terytorium Rzeczypospolitej.

Ojciec opowiada, a mi aż żal, że tego nie nagrywam. O opasce, którą zachował do dzisiaj i ma ją dalej, biało-czerwoną, choć wyblakłą ,z orzełkiem w  koronie i z napisem „Sztab Generalny WP” i numerem oddziału. Miał też legitymację z funkcją: „goniec”. Ale podczas ewakuacji do obozu w Pruszkowie podarła ją jakaś obca pani, żeby 10-latek „nie miał problemu z Niemcami”.  W Powstaniu przemykał miedzy barykadami i ulicami a między jedną, drugą, trzecią drukarnią,  które drukowały na rzecz Biura Propagandy AK. Drukarnia jego dziadka, a mojego pradziadka Bronisława, o którym wspomniałem tydzień temu funkcjonowała do 7 września.

Ojciec miał troje starszego rodzeństwa. Różnica wieku miedzy nimi była duża . Do tego stopnia, że córka jego siostry Marysi była starsza od swojego „wujka Henryka” o pięć czy sześć lat. Jej mama zmarła przy porodzie. Dziewczynkę zamordowali Niemcy w 1941 roku. Ciocia Marysia – której nigdy nie poznałem, bo zmarła wiele lat przed moim urodzeniem wyszła za mąż za spolonizowanego rosyjskiego arystokratę Tołstikowa. To jeden z tych „białych” Rosjan, których do Polski przywiódł lęk przed „czerwoną Rosją”. W historii wiele rzeczy się powtarza. Rodacy Tołstikowa trzysta, czterysta lat wcześniej uciekali na teren Pierwszej Rzeczypospolitej przed carem-dyktatorem tłumiącym wolność swoich poddanych, także tych najwyżej urodzonych. Wybierali polską wolność od ojczystego samodzierżawia. Minęło kilkaset lat i eksodus się powtórzył. Słynny „agent numer jeden”, bohater dwóch narodów: Polski i Grecji, Jerzy Iwanow Szajnowicz, który walczył z Teutonami i zginął z ich ręki w Helladzie, też przecież był synem „białego Rosjanina”.

Po wojnie ciocia Isia, owa sanitariuszka AK, wdowa po spolonizowanym Austriaku czy może raczej Polaku o austriackich korzeniach wyjdzie za mąż za żołnierza AK. Wujowi Wiesławowi  po kilkunastu latach duszenia się w PRL-u udało się wyjechać za „Wielką Wodę”, a potem ściągnąć rodzinę do USA. Pracował w „Głosie Ameryki” i w organizacjach niepodległościowych. Ciocia Isia (Henryka) po odzyskaniu wolności przez Polskę wróciła do Ojczyzny, mieszkała w niej niemal ćwierć wieku, zmarła niedawno, dobrze po dziewięćdziesiątce.

Polskie losy. Pytajmy najbliższych o historię naszych rodzin, aby ocalić od zapomnienia to, co zapomniane być nie może.

* Felieton ukazał się w „ Gazecie Polskiej” 14.08.2019

Blog

Wroclaw potencjalnie silniejszy od Zielonej Góry

Posted on

Sezon zuzlowy zbliża się finałowych rozstrzygnięć: i w najsilniejszej lidze swiata (polskiej Ekstralidze) i mistrzostwach swiata (Grand Prix) i mistrzostwach Europy(SEC). Z tej okazji pozwalam sobie przypomnieć wywiad ze mna opublikowany przez bardzo popularny portal branżowy „pobandzie.pl”. Rozmowę przeprowadził red. Lukasz Malaka.

 

Europoseł Ryszard Czarnecki, w nawale zawodowych obowiązków, nie zapomina o sporcie. Na bieżąco uczestniczy w wydarzeniach żużlowych oraz siatkarskich. To przecież, przypomnijmy, ambasador speedwaya, ale też wiceprezes PZPS. Nam opowiedział o ostatnich wrażeniach.

Panie Ryszardzie, Betard Sparta wygrała dosyć łatwo w Zielonej Górze. Nie uważa Pan, że to swoista „zasłona dymna” ze strony lubuskiego klubu?
Oczywiście, doświadczony trener robi tor taki, aby okazał się inny od tego na ewentualny mecz półfinałowy obu drużyn. Nie mam o to żadnych pretensji. Podejrzewam, że trener Śledz niekoniecznie będzie chciał mieć ten sam tor na mecz z Lesznem w fazie zasadniczej, jak i później na ewentualną potyczkę w play-offach . Absolutnie nie krytykuję Adama Skórnickiego i nie będę hipokrytą w sytuacji, gdy przyznaję prawo takich samych manewrów Dariuszowi Śledziowi. Obaj jako byli świetni zawodnicy doskonale wiedzą, jak takie rzeczy robi się najlepiej i mogą czynić takie „numery”. To takie trochę przeniesienie szachów do żużla. Swoją drogą obecnie potencjał Wrocławia wydaje mi się wyższy aniżeli Zielonej Góry i tym samym kolejna wygrana Betard Sparty przy ul. Wrocławskiej, na innej już nawierzchni, sensacją dla mnie nie będzie.
Uczestnicy play-off są już znani. Jaki zatem widzi Pan finał  tegorocznych rozgrywek?
Myślę, że finał będzie taki sam jak dwa lata temu, czyli Wrocław – Leszno. Dodam tylko, że przedwczesne koronowanie Unii wcale nie musi wyjść na dobre „Bykom”. Jest takie powiedzenie w Kościele – „kto wchodzi na konklawe papieżem, wychodzi kardynałem”. Tak samo z żużlem – jak ktoś czuje się mistrzem przed finałem, to niekoniecznie tym mistrzem zostanie.
Przed nami ostatnia runda SEC, której Pan honorowo patronuje. Ostateczne wyniki są sprawą otwartą, zapowiada się więc doskonały żużel na Śląskim…
Po pierwsze, sądzę, że będzie więcej kibiców aniżeli te ponad 30 tysięcy w ubiegłym roku. Po drugie, cieszę się, że Stadion Śląski kontynuuje tradycję goszczenia w „kotle czarownic” najlepszych zawodników świata. Dla mnie Stadion Śląski to też podróż sentymentalna . Tam zakochałem się w żużlu, kiedy 46 lat temu mistrzostwo zdobywał Jerzy Szczakiel. Teraz dla mnie Jurek, bo jesteśmy po imieniu. Boże… trochę przy tym sporcie już jestem.  Genialnie ułożyły się zawody SEC w Danii dla polskich kibiców i żużlowców. Jest szansa, że po raz pierwszy na podium końcowym SEC-u może stanąć dwóch Polaków. Wcale nie jest powiedziane, że Łaguta będzie mistrzem, a Pedersen medalistą. Kacper Woryna ma za sobą dwa świetne występy. Ma tym samym wielkie szanse na medal. Nie zapominajmy o Bartku Smektale, który też swietnie jedzie i też ma realne dane,aby zdobyć medal. Zapowiada się wspaniały finał. Szkoda mi mieszkającego przecież w Polsce Leona Madsena. Miał szansę jako pierwszy zawodnik w historii, wywalczyć w tym samym roku tytuł mistrza świata i mistrza Europy. Pokiereszowany po wypadku skupił się na walce o złoto w Grand Prix.
Przeskoczmy do siatkówki. Polacy przebrnęli przez turniej eliminacyjny i jadą do Tokio. A Pan już bilet sobie na samolot  zarezerwował?
Panie Redaktorze, proszę nie mówić :”przebrnęli”. Siatkarze z hukiem przelecieli przez turniej eliminacyjny. Zdemolowanie Francji 3:0 to fenomenalny wynik. Ten mecz przypominał mi trochę zdeklasowanie Brazylii podczas finału mistrzostw świata przed rokiem w Turynie. Co do Tokio – to tak, oczywiście się wybieram. Do tej pory siatkarzy na igrzyskach olimpijskich widziałem raz i wie pan, to jest taki trochę chichot historii, ponieważ było to w Atenach i był to przegrany mecz z … Francją w stosunku 0:3. W ogóle warto zauważyć i podkreślić , że na siedem ostatnich igrzysk aż sześciokrotnie występowali w nich polscy siatkarze-łącznie licząc z tymi w Japonii w następnym roku . Nie mamy drugiego takiego sportu drużynowego, który byłby tak często obecny na igrzyskach jak polska siatkowka. Szansę na awans, nie zapominajmy, mają również siatkarki, które w przyszły piątek rozpoczynają mistrzostwa Europy w Łodzi. Uważam, że będą walczyły o medale w ME. Dodam jeszcze, że w tym samym czasie, gdy polscy siatkarze triumfowali w Gdańsku, największy sukces w historii odniosła polska  siatkówka plażowa. Nasze zawodniczki w Moskwie zdobyły tytuł wicemistrzyń Europy. Minimalnie uległy Łotyszkom w finale. Nieźle spisali się również mężczyźni, prowadzili 1-0 w setach i 16-15 w drugim secie w walce o finał, ale jeden z zawodników doznał kontuzji. Może być więc tak, że i nasze tandemy siatkówki plażowej będą walczyły o medale w Tokio.
Czyli w Tokio będzie złoty medal siatkarzy?
Jestem przeciwny, aby nadmuchiwać balon oczekiwań. To nie powinno być robione, tu Pana przepraszam, przez Was,dziennikarzy i nas,działaczy. Jednak skoro taki cel formułuje wprost kapitan zespołu Marcin Kubiak, to Polskiemu Związkowi Piłki Siatkowej nie pozostaje nic innego ,jak tylko stworzyć całej Biało- Czerwonej druzynie siatkarzy ,jak najlepsze warunki przygotowań do Tokio.
Dziękuję za rozmowę.
Dziękuję również.

Blog

Światowa siatkówka czyli polska dominacja…

Posted on

Wielu z nas zastanawia się jak to jest, że polscy siatkarze dwa razy z rzędu zdobywają tytuł mistrza świata (jako jedyny sport zespołowy w historii Polski !), a nasze kluby piłkarskie odpadają z europejskich pucharów już w … sierpniu. Jak to możliwe? Czyżbyśmy mieli w naszym narodzie „siatkarski gen”, a  nie mieli smykałki do futbolu? Nie, to absurd. Przecież pamiętamy lata 1970-te, gdy siatkarze zdobywali pierwszy w historii (ale nie ostatni) tytuł mistrza świata, a później tytuł mistrza olimpijskiego (pierwszy i ostatni, przynajmniej na razie…) to wówczas  piłkarze byli mistrzami i wicemistrzami olimpijskimi, a na piłkarskich mundialach zdobywali pozycję  trzecią, piątą i na początku lat 1980. znowu trzecią! Zatem to nie jest tak, że  Polacy nie rodzą się piłkarzami i w Polsce nie ma zdolnych młodych futbolistów. Pewien prezes zasłużonej dla polskiego sportu spółki Skarbu Państwa powiedział mi całkiem niedawno, że do niedawna uważał, że Polacy zupełnie nie nadają się do koszykówki. Odpowiedziałem mu, że przecie z w tymże basketballu byliśmy w 1960 latach wicemistrzami Europy, a także dwukrotnymi medalistami ME. Piłkarze ręczni też w dziejach polskiego sportu nie byli od macochy, skoro mieliśmy brąz na IO w Montrealu. Skądinąd na tych igrzyskach, na których zdobyliśmy najwięcej złotych medali w  historii aż trzy polskie reprezentacje sportów drużynowych stanęły na podium: obok piłkarzy i piłkarzy ręcznych także siatkarze.  A po kolejnych 30 latach nasz „szczypiorniak” ( historyczne określenie piłki ręcznej ,wywodzące się z obozu dla internowanych legionistów w Szczypiornie pod Kaliszem, gdzie Polacy po raz pierwszy zagrali w „handbal”) zdobył trzy medale Mistrzostw Świata (srebro i dwa brązy) oraz czwarte miejsce na Igrzyskach Olimpijskich w Rio de Janeiro, o ćwierćfinałach na IO  nie wspomnę.

Polskie władze wspierają „narodowa dyscyplinę” – siatkówkę

Powstaje więc pytanie dlaczego takie sukcesy odnosi dziś polska siatkówka w porównaniu z innymi sportami zespołowymi? Przy czym nie towarzysza jej, inaczej jak w przypadku innych dyscyplin, okresy krótkich wzlotów, przeplatane następnie  długimi okresami upadku. Niech przemówi statystyka: na siedem ostatnich igrzysk olimpijskich, łącznie z tymi za rok w Japonii, nasza męska reprezentacja uzyskała awans z kwalifikacji aż sześć razy (w tym ten ostatni, sprzed tygodnia to piąty raz z rzędu!). To nieporównywalne z żadną inną dyscypliną. Nasi siatkarze, jako jedyni w historii polskiego sportu obronili tytuł mistrzów świata (mistrzostwa w  Polsce A.D.  2014 oraz w Bułgarii i Włoszech A.D. 2018). Jednocześnie warto podkreślić, że polska siatkówka to nie tylko mężczyźni .Sukcesy w tym sporcie odnosiły i odnoszą kobiety. W tym roku zameldowały się w  pierwszej szóstce na świecie, wyłanianej w wyniku szeregu turniejów ,w którym bierze udział 16 najlepszych zespołów na globie. Wygrane z mistrzyniami olimpijskimi z Chin czy Brazylią, a także niedawno minimalnie przegrany turniej kwalifikacyjny do igrzysk w Japonii, gdzie po ciężkiej walce uległy tylko aktualnym mistrzyniom świata – Serbii, stawia Polki w roli pretendentów do medali w zbliżających się szybkimi krokami mistrzostwach Europy A. D. 2019. Odbędą się one po raz pierwszy w  formule  czterech państw – gospodarzy.  Dzięki sprawności organizacyjnej Polskiego Związku Piłki Siatkowej  udało się zdobyć prawo do  współorganizacji tego turnieju wraz z Węgrami, Słowacją i Turcją. Z bycia współgospodarzem mistrzostw kontynentu zrezygnowały Czechy, których federacja siatkarska nie uzyskała potrzebnych do przeprowadzenia imprezy gwarancji rządowych. Warszawa natychmiast wskoczyła na miejsce Pragi.

I w tym tkwi sedno sprawy.  Oto bowiem siatkówka w naszym kraju ma olbrzymie wsparcie władz państwowych. Premier Mateusz Morawiecki w  październiku 2018 roku, parę tygodni po zdobyciu przez Polskę złotego medalu w mistrzostwach świata ,w imieniu Rady Ministrów przeznaczył 15 milionów złotych jako nagrodę dla siatkarzy, a także na rozwój siatkówki w Polsce. Pieniądze te posłużyły m.in. przygotowaniu omawianych już tu turniejów kwalifikacyjnych do igrzysk olimpijskich. To, że Polacy zagrali u siebie – w Gdańsku, a Polki również były gospodarzami turnieju we Wrocławiu zależało od sprawności mobilizacyjnej rodzimej federacji siatkarskiej, ale też  wymagało znaczących środków finansowych. Za turniej mężczyzn kwota wymagana przez FIVB wynosiła 500 tysięcy euro, a za turniej kobiet 200 tysięcy euro. Dzięki dotacjom rządowym wydatek rzędu około 3 milionów złotych był dla Polskiego Związku Piłki Siatkowej znacznie łatwiejszy do spełnienia.

Polska jako organizator najważniejszych turniejów

Oczywiście decyduje boisko, a  nie pieniądze, ale jeśli najlepsi siatkarze świata, czyli Biało-Czerwoni mają wsparcie najlepszej publiczności świata czyli polskiej (tak to oceniają eksperci i dziennikarze) to oczywiste, że ich szanse rosną. Czy wygrana z Francją 3:0, która zdecydowała w dużej mierze o awansie do Tokio A. D.  2020 byłaby możliwa na francuskim terytorium? Pewnie tak, ale jednak zdecydowanie łatwiej się gra, gdy publiczność jest gremialnie „za”, a nie gremialnie „przeciw”.

Państwo polskie finansuje od lat SOS-y czyli Siatkarskie Ośrodki Szkolne. Tysiące polskich uczniów w zasadzie profesjonalnie trenuje siatkówkę łącząc to z nauką  w szkołach, których zadaniem jest właśnie koncentrowanie w poszczególnych województwach najzdolniejszej siatkarsko młodzieży. Tego nie ma w innych krajach, a przynajmniej nie w takim stopniu.

Właśnie ta siatkarska „piramida” współdecyduje o sukcesach reprezentacji seniorskich. Tworzą ją: bardzo szeroka podstawa w postaci sportu szkolnego i młodzieżowego, liczne rozgrywki klubowe na poziomie kilku szczebli ligowych, wreszcie kadry narodowe.

Mistrzowie świata grają w polskich klubach

Rzeczą znamienną jest, że odwrotnie niż w piłce nożnej, najlepsi polscy siatkarze grają w klubach we własnym kraju. Polska PlusLiga jest jedną z trzech najsilniejszych w Europie, obok rosyjskiej i włoskiej. W sezonie 2018/2019 tylko dwóch Polaków, w naszej drużynie mistrzów świata grało poza krajem (w Japonii i Grecji). To z jednej strony podnosi poziom rozgrywek, z drugiej przyciąga sponsorów, z trzeciej –  młodsi polscy siatkarze spotykają się i rywalizują co tydzień ze „złotymi” zawodnikami, uzyskując w ten sposób nieustający bodziec do pracy i – z czasem – awansu do kadry narodowej.

Niemal niespostrzeżenie dla szerszej opinii publicznej w Polsce przeszedł fakt, że  w tym samym czasie, gdy nasza reprezentacja zajmowała trzecie miejsce na turnieju „Final Six”  Ligi Narodów w USA akademicka reprezentacja Polski zdobyła srebro na Uniwersjadzie we Włoszech, minimalnie w finale ulegając gospodarzom 2:3. Polskie juniorki w zeszłym roku, po parunastu latach przerwy zdobyły brązowy medal mistrzostw Europy w swojej kategorii wiekowej. W drużynie „dorosłych” mistrzów świata gra dwóch zawodników z niepokonanej w 33 meczach drużyny polskich kadetów i juniorów – mistrzów Europy i świata w tych właśnie kategoriach wiekowych. To pokazuje ciągłość polskiej siatkówki. I to, że przyszłość należy do Biało-Czerwonych. Czy weszliśmy w erę dominacji Polaków w tej dyscyplinie sportu? Nie ma co dmuchać balonu oczekiwań i presji, ale wielu ekspertów na świecie uważa, że polskie panowanie na siatkarskiej planecie potrwa długo. Zróbmy wszystko, aby tak było.

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (19.08.2019)

Blog

O siatkówce, „demokracji medialnej” i Kukizie zjadającym własny język …

Posted on

Nie tylko z archiwalnych, ale przede wszystkim z merytorycznych względów polecam radiowy wywiad, jakiego udzieliłem redaktorowi Marcinowi Fijkowi dla Poranka Rozgłośni Katolickich „Siódma 9”,emitowanego na falach Radia Warszawa, Radia Nadzieja, Radia Glos i Radia Bobola. Mowa jest o siatkówce, lotach polityków i unijnej układance. Zapraszam do lektury i nadsyłania uwag/polemik…

Gościem „Poranka” jest Ryszard Czarnecki, europoseł Prawa i Sprawiedliwości. Dzień dobry.

– Witam Pana, witam Państwa

Zanim  o polityce, to o innej Pana roli – bo tez jest Pan wiceprezesem Polskiego Związku Piłki Siatkowej. Dzisiaj rusza turniej kwalifikacyjny do Igrzysk Olimpijskich w Tokio w Gdańsku. Awansujemy?

– Wierzę, że tak. Rzeczywiście, już o 17-stej mecz z Tunezją. Potem grają Francuzi ze Słoweńcami, a jutro chyba decydujący mecz  z Francją, czołowym zespołem świata, który ma jednego z najlepszych siatkarzy na świecie – Laurenta N’Gapeta. To jest trudny mecz, tym bardziej, że Polska jest mistrzem świata, jest faworytem, występuje przed własną publicznością. I niejako oczekiwania kibiców i naszego Związku są jednoznaczne – muszą ten turniej wygrać i już teraz sobie niejako kupić – to metafora – bilety do Tokio na Igrzyska Olimpijskie, choć oczywiście w odwodzie są jeszcze inne możliwości wejścia na igrzyska poprzez turniej interkontynentalny. Natomiast chcemy to zrobić  w Gdańsku, wierzymy, że tak się stanie. Żeby mieć prawo być gospodarzem tego turnieju zapłaciliśmy światowej Federacji 500 tysięcy euro, ponad dwa miliony złotych i wierzymy, że  ten turniej wygramy i że będzie to kolejny sukces polskiej siatkówki. A przypomnę, że już za dwa tygodnie rozpoczynają się w  Polsce mistrzostwa Europy siatkarek i wierzymy, że drużyna naszych dziewcząt pod wodzą trenera Jacka Nawrockiego może powalczyć o medale.

Oby w niedzielę nasi siatkarze już zamawiali bilety lotnicze do Tokio na lgrzyskaOlimpijskie w 2020 roku. No, ale bilety lotnicze to taki temat niezręczny, Panie Pośle, bo Marek Kuchciński poleciał, a zasadzie wylądował – jak piszą dzisiaj tytułu prasowe – w związku z tymi lotami. 64-te urodziny dzisiaj Pana Marszałka, a państwo mu robią taki „prezent”- dymisję.

– Myślę, że dymisja pana Marszałka Kuchcińskiego jest dowodem jego odpowiedzialności za Państwo Polskie, za wizerunek Sejmu Rzeczpospolitej. To decyzja trudna w sensie psychologicznym, trudna osobiście dla niego, ale pokazująca, że wyżej od własnego interesu ceni interes wspólnoty, interes państwa – i za to mu chwała. I też chwała za pewne wyższe standardy – on prawa nie złamał, obyczaju nie złamał.

A nagiął standardy, Pana zdaniem?

– On robił dokładnie to, co robili jego poprzednicy.

A miało być lepiej? Miało być inaczej.

– Tak, ale podkreślam, nie złamał ani obyczaju, ani prawa, a mimo to uznaliśmy, pan Marszałek uznał, uznaliśmy, że powinien złożyć dymisję. Bo jest tak, że od nas się wymaga więcej. Ludzie głosujący na Prawo i Sprawiedliwość właśnie chcą, abyśmy byli inni niż Platforma Obywatelska, PSL, SLD i tak dalej. I tę poprzeczkę prezes Kaczyński stawia nam wysoko.

A czy można tę poprzeczkę – używając żargon sportowy – zrzucić?

– Powiem  w ten sposób: pan marszałek  poruszał się w pewnym określonym schemacie, należały mu się loty samolotem przez 24 godziny, to druga osoba w państwie.

Nikt mu tego nie odmawia. Pytanie jednak o częstotliwość i sensowność tych lotów.

– Częstotliwość, myślę, to nie jest tu problem, natomiast jak rozumiem problemem dla opinii publicznej były osoby towarzyszące Panu Marszałkowi. I tutaj Prawo i Sprawiedliwość wychodzi z inicjatywą. Nie uczynił tego przez osiem lat rząd PO-PSL, przez dwie kadencje również rząd SLD-PSL. Tak na marginesie: PSL to jest teraz partia, która głośno krzyczy, a była w pięciu rządach. Ale wracając do tematu – to właśnie Prawo i Sprawiedliwość wprowadzi regulację, która będzie bardzo przejrzysta i transparentna, która precyzyjnie określi, na jakich zasadach mogą korzystać politycy z samolotów rządowych, helikopterów rządowych

Mamy już instrukcję HEAD, wystarczy jej przestrzegać, a wszystko będzie lege artis.

– Też na jakiej zasadzie mogą w tych samolotach przebywać, na przykład ministrowie, wiceministrowie, parlamentarzyści, członkowie gabinetów politycznych, poszczególnych VIP-ów . Takie jasne określenie – tak, żeby nikt nie miał wątpliwości – będzie na pewno krokiem ku większej transparentności życia publicznego

A kończąc wątek Pana Marszałka i trochę nawiązując do tej transparentności życia publicznego – nie oburzało Pana, że komunikaty Sejmu wprowadzały w błąd ? Mówiąc wprost wyglądało to, jak krętactwo zwykłe. Sprzeczne informacje, że tych lotów było tyle, że leciał czy nie leciał z rodziną. Później okazało się, że te dane się nie weryfikowały z rzeczywistością.

– To mnie zaskoczyło. Czy to wynika z niewiedzy czy z innych powodów – nie wiem, ale rzeczywiście wiem, że to zbulwersowało opinię publiczną.

A kto będzie nowym Marszałkiem Sejmu?

– To już jest decyzja, która będzie ogłoszona dosłownie za parę godzin. Klub parlamentarny mający większość w Sejmie zgłosi kandydata lub kandydatkę. Mamy szereg świetnych ludzi, którzy by tę funkcję godnie sprawowali. Proszę jeszcze dać nam trochę czasu. Kandydat już jest znany, ale nie moją rolą jest to, aby go ujawniać.

A możemy mieć takie oczekiwanie, że nowy Marszałek Sejmu będzie organizował konferencje prasowe przed posiedzeniami, będzie dostępny dla dziennikarzy, będzie bardziej komunikatywny – nie chcę używać słów zbyt daleko idących, ale pan marszałek Kuchciński nie współpracował dobrze z dziennikarzami. To bardzo okrągłe zdanie wypowiedziałem teraz, dalece dyplomatycznie.

– Myślę, że w XXI wieku, w czasach „demokracji medialnej” polityk powinien być otwarty na media i wierzę , że nowy marszałek Sejmu, druga osoba w Państwie będzie otwarty na kontakty z dziennikarzami. Zwłaszcza, że będzie to osoba, która wcześniej te kontakty miała dobre.

Pani Pośle obawiacie się w PiS sojuszu nowego, „agrarno-antysystemowego” PSL-u z ruchem Kukiz’15? Bo i Paweł Kukiz i Kosiniak -Kamysz mówią – idziemy po wyborców centroprawicowych, chcemy , by obdarzyli nas zaufaniem, a  to przecież także baza, o którą walczy Prawo i Sprawiedliwość?

– Doceniam Pańskie poczucie humoru, zwracam jednak uwagę, że Paweł Kukiz publicznie zjada własny język. On budował swoją pozycję osiągając świetny wynik w wyborach prezydenckich mówiąc, że walczy z systemem. I z kim się teraz wiąże? Z kim podejmuje taki polityczny romans? Z najbardziej systemową partią w Polsce – bo Platforma byłą dwa razy w rządzie, SLD było dwa razy w rządzie, a PSL – był w pięciu rządach… I nie ma większej egzemplifikacji, uosobienia  partii , która jest częścią tego establishmentu i na szczeblu centralnym i na szczeblu wojewódzkim, powiatowym niż właśnie PSL. Paweł Kukiz walcząc  z establishmentem, teraz do tego establishmentu się przytulił za cenę „jedynki” w Opolu. Czy to mu wyjdzie na dobre? Może Kukizowi wyjdzie, bo może do Sejmu wejdzie, jeżeli PSL wejdzie. Natomiast mam wrażenie , że ci wyborcy, którzy wierzyli w  Pawła Kukiza, że jest on takim nonkonformistą, że chce innej, świeżej polityki, innej, czystej- ci wyborcy teraz są głęboko rozczarowani.

A czy ci posłowie, działacze Ruchu Kukiz’15, którzy też są przeciwni temu sojuszowi z PSL-em odnajdą się na listach Prawa i Sprawiedliwości? Wiceprezes Ruchu Kukiz ’15 rzuca dziś legitymacją partyjną, Tomasz Jaskóła też daje wyraźne sygnały, że z ludowcami to on nie idzie, bo nie po to wchodził do polityki – czy mogą liczyć na to, ze przygarnie, przytuli ich Prawo i Sprawiedliwość? Tomasza Rzymkowskiego już przytuliliście na przykład.

– Jest faktem, że na naszych listach na pewno paru posłów Kukiz ’15 będzie. Jeśli chodzi o Tomasza Rzymkowskiego to jest człowiek, który jasną postawę prezentował od lat, bardzo konserwatywną, patriotyczną, narodową – więc tutaj nie było żadnych wątpliwości. Też pan Norbert Kaczmarczyk z Tarnowskiego na naszych listach będzie, jak sadzę. Powiem tak : rejestracja list, z tego co wiem, jest na początku września.

No, dobrze, zostawmy polską politykę ,do wyborów jeszcze sześćdziesiąt parę dni. Przenieśmy się do Brukseli, do Strasburga – czy kandydatura Krzysztofa Szczerskiego na polskiego komisarza  w Brukseli  to dobry wybór, Panie Pośle? Jakie są nasłuchy w Parlamencie Europejskim jeśli chodzi o jego ocenę działania?

– Ciekawe pytanie. Merytorycznie jego wybór jest świetny – bo nawet tak patrzę na publikacje w polskich gazetach i w ogóle nie przeczytałem nigdzie informacji, to o tym powiem, także u Państwa, że przecież Krzysztof Szczerski, poza tym, że był wiceministrem spraw zagranicznych, o czym wszyscy ci, którzy się tym interesują – wiedzą, poza tym, że kierował sprawami międzynarodowymi w Kancelarii Prezydenta, to przecież był „insiderem”, gdy chodzi o Unię Europejską :  pracował w jednej z głównych instytucji UE – w Parlamencie Europejskim,. Był szefem takiego „unitu”, takiej struktury, która odpowiadała za planowanie polityki zagranicznej , problemy strategiczne- wiec on Unię Europejską zna dobrze od wewnątrz.

To mu pomoże w tych negocjacjach?

– Gdy chodzi o kwestie merytoryczne, mucha nie siada. Jest świetny. Natomiast pytanie, na ile Parlament Europejski będzie chciał przy przesłuchaniach kandydatów z 26 krajów -26, ponieważ mamy już przewodniczącą Komisji Europejskiej, więc Niemcy maja już swoja osobę w Komisji Europejskiej, a Wielka Brytania nie wystawia swojego kandydata, więc  w sumie będzie już UE-27, mimo że jeszcze brexitu formalnie nie ma- tak więc PE na ile będzie chciał przy przesłuchaniach tych kandydatów, a to się odbędzie w pierwszych dwóch tygodniach września w Brukseli, kierować się kryteriami merytorycznymi?

Pan zna świetnie Parlament Europejski i może przewidzieć to, jak zachowają się europosłowie, a także odpowiednie komisje, ciała w tym urzędzie?

– Mam wrażenie, ze w sposób szczególnie wnikliwy, żeby nie powiedzieć agresywny, będą przepytywani kandydaci z sześciu państw. Te państwa to: Włochy, Węgry, Rumunia, Czechy, Słowacja i Polska – a więc jest jeden kraj ze „starej Unii”, z „Piętnastki” czyli Włochy i pięć krajów z naszego regionu.  Wszystko to są kraje, które narażały się tej lewicowo-liberalno-zielono-komunistycznej większości. Narażały się poprzez to, że rządy tych państw prowadziły samodzielną politykę.

Czyli rozumiem może być scenariusz, w którym kandydatura Krzysztofa Szczerskiego będzie odrzucona?

– Ja zakładam zawsze pozytywny scenariusz. Uważam, że pod względem merytorycznym jest to kandydat świetny. Ale oczywiście kandydaci z naszego regionu Europy będą pod szczególną lupą. I te przesłuchania mogą nie być łatwe. Wierze jednak, że minister Szczerski w sensie merytorycznym będzie tak dobry, że przekona europosłów.

A wierzy Pan, że Komisja Europejska pod kierownictwem Ursuli von der Leyen będzie nieco inna niż dotychczas, jeśli chodzi o działania względem naszego regionu, ale także względem Rosji? Przy okazji Nord Stream II przy okazji tych postulatów, na których Warszawie bardzo zależy?

– To nie kwestia wiary, ale już wiedzy. Pani przewodnicząca von der Leyen wisi na polskich głosach, na głosach Prawa i Sprawiedliwości, wygrała dziewięcioma głosami..

No, nie tylko dzięki polskim głosom…  Węgrzy mówią, że to dzięki nim. Włosi mówią, że to dzięki nim.  Każdy teraz…

– Tak, no ,ale właśnie dlatego, że jak pisał „Financial Times” to byłby najgorszy scenariusz, gdyby głosami prawicy ona wygrała. Ten czarny sen londyńskiego dziennika się sprawdził. Ona już przyjechała do Polski jako do drugiego kraju po Francji. To jest sygnał bardzo czytelny, że chcąc nie chcąc z Polską będzie musiała się liczyć. Po drugie a propos NordStreamu to bardzo słuszne pytanie – już powiedziała bardzo wyraźnie, inaczej niż rząd niemiecki, że jest tutaj sceptyczna. Zmieniła swoje przekonanie.

Może to taka kurtuazja?

– Ja myślę, podkreślam, że ona może niekoniecznie z entuzjazmem, ale wiem, że będzie ona musiała się liczyć z polskimi racjami, z polskimi interesami. To jest kwestia też praworządności – przedtem Timmermans sobie hasał, ponieważ Juncker powiedział rok wcześniej, że rezygnuje ze stanowiska i nie trzymał specjalnie w ryzach tej Komisji Europejskiej. Pani von der Leyen jest z największego kraju w Unii Europejskiej, najbogatszego płatnika netto, a nie z małego Luksemburga, więc jej pozycja będzie znacząca, nawet jeśli Timmermans będzie jednym z siedmiu wiceprzewodniczących Komisji Europejskiej, to jej pozycja będzie dużo silniejsza. Po  drugie ona ma swoje ambicje – naprawdę chce walczyć o dwie kadencje jak Barroso, bo Junckerowi to się nie udało. Dlatego też chce mieć spokój, nie chce mieć sił odśrodkowych, nie chce mieć walk. I dlatego będzie traktowała z szacunkiem i podmiotowo kraje naszego regionu – stąd też o praworządności wypowiadała się pani von der Leyen w taki sposób dla nas i ciekawy i do przyjęcia, że nie poszczególne kraje będą specjalnie w tej kwestii inwigilowane, ale że wprowadzi procedurę oceny stanu praworządności we wszystkich krajach członkowskich Unii Europejskiej – także na przykład we Francji, gdzie „żółte kamizelki” co tydzień dostają lanie od policji francuskiej czy w Hiszpanii w kontekście Katalonii. Jest to procedura dla nas dużo lepsza niż to, co było za czasów Timmermansa.

Kto by pomyślał, Panie Pośle, że doczekamy czasów, że polski rząd będzie wiązał nadzieje z niemiecką polityk jako szefową Komisji Europejskiej…

– Dzięki nam została przewodniczącą. A teraz dzięki nam dalej może funkcjonować w sytuacji ,gdy na przykład trzy niemieckie partie – co łamie stereotyp o niemieckiej solidarności ponad podziałami politycznymi – głosowały przeciwko niej. I niemiecka SPD – koalicjant CDU i CSU -głosował w Parlamencie Europejskim przeciwko niej i niemieccy Zieloni  i niemieccy postkomuniści, a nawet część liberałów, mniejsza część, ale też głosowała przeciwko niej. Dlatego siłą rzeczy ona musi orientować się bardziej na tych, którzy ją popierali –  jak na przykład europosłowie Prawa i Sprawiedliwości.

Ryszard Czarnecki, jeden właśnie z europosłów  Prawa i Sprawiedliwości, dziękuję za rozmowę.

– Dziękuję bardzo.

Blog

O burzeniu pomników w USA,wizycie Trumpa i płonącym Hamburgu

Posted on

Polecam lekturę mojego wywiadu ,który dla Radia Kraków przeprowadził red. Marcin Makowski,stały współpracownik tygodnika „Do Rzeczy” i portalu „Wirtualna Polska”. Dotyczy on głównie naszej historii i polityki międzynarodowej

Dzień dobry, przed mikrofonem Radia Kraków Marcin Makowski, moim i Państwa gościem jest europoseł, były przewodniczący Parlamentu Europejskiego, Ryszard Czarnecki. Dzień dobry Panu.

– Witam Pana, witam Państwa.

Chciałbym zacząć od historii, ale historia nieubłaganie w ostatnich miesiącach łączy się z  teraźniejszością i z polityką – jak Pan obchodził 75. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego i czy sądzi Pan, że takie wydarzenia mogą jeszcze nas łączyć  jako Polaków? Czy nawet w takich chwilach, być może nieuchronnie coraz bardziej różnić?

– To dla mnie szczególna rocznica, ponieważ moi rodzice i dziadkowie urodzili się w Warszawie. Mój tata uciekł z domu na Wareckiej 9., żeby pomagać przy powstańczej poczcie, potem uciekł z transportu niemieckiego, babcia i prababcia przeszły przez obóz dla ludności cywilnej w Pruszkowie pod Warszawą, a więc Powstanie Warszawskie to dla mnie coś bardzo ważnego – dla historyka, dla Polaka, ale też jest to część historii mojej rodziny – „Powstanie chłopców pełne, / Powstanie pełne snów,/ I tamte pieśni rzewne,/ I tamten pożar głów” – pisał ks. Jan Twardowski, wtedy jeszcze żołnierz Armii Krajowej, a nie ksiądz.

Ledwo pierwsza minuta minęła audycji, a już Pan poseł cytuje poezję. Erudyta.

– Ja myślę, że Powstanie Warszawskie jest dla mnie czymś szczególnym, choć pewnie byśmy długo dyskutowali, ja wcale – tu pewnie Pana zaskoczę – nie jestem entuzjastą idei Powstania Warszawskiego i nie tylko Powstania Warszawskiego, natomiast mam największy szacunek dla tych, którzy w nim walczyli, ginęli za Polskę.

Jest Pan przedstawicielem tej szkoły historycznej, że heroizm indywidualnych żołnierzy, jak najbardziej , ale dowódcy jednak popełnili strategiczny błąd?

– Wie Pan, ja dosłownie dzisiaj skończyłem tekst do tygodnika „Gazeta Polska”, gdzie mówię o tym, iż dla mnie nie jest argumentem, że Warszawiacy chcieli Powstania, dlatego ono musiało wybuchnąć i że to był odwet za pięć lat egzekucji i poniżania przez Niemców, bo  oczywiście emocje ludzkie są ważne, ale one nie powinny decydować o właśnie strategicznych decyzjach polityków czy dowódców wojskowych. Ale zostawmy to, ja mam wielki kult dla powstańców warszawskich – ale także dla tych, o których się mówi mniej, dla ludności cywilnej, bo zwracam uwagę, Panie Redaktorze, że…

…No rzeź Woli to była hekatomba ludności cywilnej stolicy.

– Tak, to prawda. Mało może przypominana i bardzo się cieszę, że ukazała się na ten temat książka ostatnio i powstał również film o zamordowaniu kilkudziesięciu tysięcy Polaków przez Niemców i była to ludność cywilna. I chwała Piotrowi Gursztynowi, który tę książkę napisał,  a także Rafałowi Geremkowi, który ten film nakręcił. Natomiast wracając do wątku głównego – Pan zapytał czy ta różnica może łączyć?

No właśnie, bo chciałbym również skupić się na teraźniejszości, jak widać ta rocznica polaryzuje nawet dzisiaj – w Warszawie widnieją, pojawiły się takie banery: „Warszawa wolna od faszyzmu” , „Gazeta Wyborcza” na pierwszej stronie tego dnia napisała, że czczą bohaterów, a  za chwilę będą czcić faszystów – to w kontekście państwowych obchodów rocznicy  i również oddawania czci żołnierzom Narodowych Sił Zbrojnych. To są jednak mocne słowa. Myśli Pan, że przegraliśmy tą wolność w takim wymiarze symbolicznym, że nie potrafimy nawet takiego jednoznacznie pozytywnego dziedzictwa świętować wspólnie?

– Pan powiedział, że mocne. Ja bym powiedział, że mocno obrzydliwe. Pan jest wśród polskich dziennikarzy jednym z  lepszych specjalistów od polityki amerykańskiej, więc Pan doskonale wie, że nawet tam, po – ba, stu kilkudziesięciu latach od wojny domowej – nagle te podziały wracają i nawet są próby korygowania historii …

…Burzy się pomniki Konfederatów…

–  Tak. Dlaczego? Ponieważ jest to element walki politycznej. Żałuję bardzo, że Powstania Warszawskiego „Gazeta Wyborcza” nie uszanowała czy też różne środowiska polityczne nie uszanowały . Wydaje mi się, że trzeba oddawać chwałę bohaterom. Także tym, którzy ginęli za Polskę już po II wojnie światowej, walcząc o Wolną,Całą Niepodległą Rzeczypospolitą. Natomiast mam wrażenie , że niektóre środowiska, niektóre również media usiłują za wszelką cenę uzyskać jakiś oręż do walki z obozem niepodległościowym, patriotycznym, a  częścią tego jest zohydzanie polskiej historii. W tekście, o którym  przed chwilą wspominałem, napisałem o tym, że jest coś, co łączy komunistów i kosmopolitów w Polsce. Mianowicie sa to próby zohydzania Powstania Warszawskiego, a ja nie będąc jakimś entuzjastą Powstania Warszawskiego, będę zawsze bronił honoru żołnierzy i ludności cywilnej. Tych, którzy w Powstaniu brali udział i tych,którzy wspierali żołnierzy, którzy w nim walczyli.

Kontynuując ten wątek historyczno-polityczny, chciałbym jeszcze się zapytać Pana o opinię na temat tego komunikatu, który pojawił się na stronie miasta Gdańsk – a mianowicie, że obchody 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej odbędą się w jakimś takim mieszanym osobliwym wstawiennictwie Żydów, Niemców, Polaków, w „radosnym pochodzie, w radosnym świętowaniu” przejdą wszyscy razem, żeby pokazać, ze można się pojednać. Te słowa o radosnym świętowaniu wzbudziły kontrowersj – tak samo zresztą , jak boje o to czy Państwo Polskie może przejmować czy to w Warszawie, czy na Westerplatte takie tereny czy nie? Czy Pana zdaniem te obchody w Gdańsku zakończą się jakimś skandalem? Czy jednak jest to taki typowy polityczny kapiszon i de facto na koniec dnia nic takiego się nie wydarzy?

– Nie chciałbym, żeby był skandal, bo Polacy, którzy ginęli we Wrześniu 1939, gdy Niemcy zaatakowały Polskę i od tego rozpoczęła się II wojna światowa -zasługują  na upamiętnienie . Ja to powtarzam, ponieważ nie myślałem, że trzeba będzie takie rzeczy powtarzać – od czego się zaczęła II wojna światowa i kto był katem, a kto był oprawcą, a jednak wprost powtarzać trzeba i to głośno – także w Parlamencie Europejskim, także na Zachodzie…Ta rocznica zasługuje na powagę, na oddanie czci naszym rodakom, którzy walczyli i ginęli za Najjaśniejszą Rzeczypospolitą. Natomiast myślę, że prezydent Gdańska nie dorosła do roli gospodarza jednej z największych polskich metropolii. Ja byłem bardzo krytyczny nieraz wobec pewnych wypowiedzi  prezydenta Adamowicza, ale jednak za jego czasów „radosne pląsy” i „radosne” obchody rocznicy napaści Niemiec na Polskę nie byłyby możliwe…

Ryszard Czarnecki zatęsknił za Pawłem Adamowiczem?

Nie, ja po prostu myślę, że ta poprzeczka został bardzo obniżona. Ja się spierałem ze ś. p. prezydentem Gdańska Pawłem Adamowiczem w wielu sprawach, ale jednak on nie dopuściłby do sytuacji, w której obchody 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej, która zaczęła się, powtórzę, „ceterum censeo…”, od napaści Niemiec na Polskę, że tam będą jakieś radosne pląsy… Muszę powiedzieć, że to jakaś autokompromitacja Pani Dulkiewicz, ale zostawmy to… Oczy całego świata czy przynajmniej bardzo wielu krajów będą zwrócone na Warszawę, będzie prezydent najważniejszego państwa świata…

Właśnie o to chciałem zapytać, bo wspomniał Pan o wizycie amerykańskiej. Biały Dom już potwierdził, wieczór 30 sierpnia, no i pewnie popołudnie 2 września – to będzie ten czas, w którym Donald Trump wraz z małżonką Melanią Trump odwiedza Polskę. Myśli Pan, że tak jak w przypadku przemówienia dotyczącego Powstania Warszawskiego, tak i 1 września w Warszawie wybrzmi takie mocne przemówienie Donalda Trumpa, który przypomni światu o tym, jak wyglądała naprawdę II wojna światowa? Czy my po prostu wyolbrzymiamy takie wydarzenie, a  z obowiązku reporterskiego się o nich mówi, ale nikt poza Polakami tego nie będzie słuchał?

–  Chciałbym, żeby Donald John Trump  czyli 45. prezydent w dziejach USA miał taką samą historyczną mowę, jaką miał podczas swojej pierwszej wizyty w naszej Ojczyźnie. Warto podkreślić, że do Polski przyleciał jako do pierwszego kraju w  Europie, gdy chodzi o wizytę bilateralną, dwustronną – bo wcześniej był w Belgii,ale na szczycie NATO,

…w Watykanie

Tak i na  szczycie na G-8. Natomiast w wymiarze takich wizyt dwustronnych, ta w Polsce była pierwsza i przez te lata, które minęły od tej wizyty Polska wypromowała się na sojusznika numer jeden USA w Unii Europejskiej w kontekście Brexitu, a przestała być nim Wielka Brytania. Polska też przyjęła rolę, którą za czasów prezydenta Obamy i kanclerz Merkel pełniły Niemcy – role takiego swoistego pośrednika między Waszyngtonem a Unią i to jest dla znaczenia Polski w świecie, dla strategicznej roli Polski bardzo ważne. Natomiast myślę, że zwłaszcza teraz, gdy polska historia jest w świecie zohydzana, przekręcana, zaklamywana, wypowiedzenie słów prawdy i oddanie hołdu Polsce, Polakom, polskim bohaterom, polskim dziejom przez prezydenta najpotężniejszego państwa na świecie, byłoby rzeczą niesłychanie ważną. Na to liczę. Ale też powiem tak – Pan doskonale wie, że prezydent  Trump, którego politykę oceniam dobrze jest człowiekiem, który ma duże ego. Bardzo duże ego.

…To delikatnie powiedziane

– olbrzymie ego. I ja myślę, że to dobrze dla nas, bo w polityce są także emocje. To są pewne odczucia. Politycy nie są robotami. Jeżeli do nas przyjeżdża prezydent Trump, gdy przyjechał za pierwszym razem, powitała go entuzjastyczna Warszawa. Było widać, że tamtych ludzi nikt nie spędził, że ludzie chcieli przyjść.

Tak polubił tę atmosferę, że dlatego jest drugi raz w ciągu dwóch lat?

– Nie. Prosto z Warszawy, kiedy go Polska witała chlebem, solą i serdecznie, tak od serca, ze staropolską gościnnością, pojechał po tym do Hamburga na szczyt G-20, Pan pamięta?

Milo tam nie było…

– Hamburg płonął. Były protesty antyglobalistów. Melanie Trump nie była w stanie wyjść z hotelu na spotkanie, na mowę, którą miała wygłosić, ponieważ hotel został zablokowany i Trump, który ma niemieckie korzenie,przypomnijmy, on mógł porównać tą ciepłą, serdeczną, z sercem na dłoni Polskę, która witała amerykańskiego prezydenta, jego, Donalda Trumpa i te Niemcy, te pożary, te zajścia, te zamieszki – taką antyamerykańską obsesję, która się unosiła w powietrzu, zarówno wśród tych antyglobalistów, którzy podpalali samochody, ale też wśród niemieckiej klasy politycznej i wielu zresztą elit europejskich . Zatem myślę, że on tu przyjeżdża do Polski, gdyż wie, że tu będzie naprawdę miło witany. Nie tylko przez polityków, przez prezydenta doktora Andrzeja Dudę, zresztą Pańskiego krajana, ale również przez polski naród. I myślę, że dlatego będzie Trump wobec nas pewnie cieplejszy niż wobec Niemców, którym cały czas wypomina- i słusznie – że nie spełniają wymogu płacenia 2% własnego budzetu na obronność.

Oczywiście miło jest słuchać, jak prezydent USA jest witany w Polsce chlebem i solą, ale to są kwestie międzynarodowe – a ja jeszcze chciałbym, bo zmierzamy do końca …

– Na pewno nie będzie tak, jak z George’em Bushem juniorem, którego niegdyś witano w Albanii bardzo serdecznie, ale na koniec, jak wrócił do hotelu i jak potem opowiadała zaśmiewając się Condoleezza Rice, Sekretarz Stanu, okazało się że prezydent George Walker Bush uściskał tysiące dłoni i okazało się, że nie miał zegarka na koniec tego dnia spędzonego w Tiranie. Tak na pewno w Warszawie nie będzie.

No ,nie sądzę, żeby ktoś się na zegarek Donalda Trumpa połasił, ale przechodzę do polskiej polityki, bo to są tematy, jak koszula bliska ciału. Serdecznie wita także Prawo i Sprawiedliwość posłów Ruchu Kukiz ’15 . Niektórzy ironicznie mówią, że w takim tempie zostanie z Ruchu Kukiz’15 tylko apostrof w nazwie. Czy Prawo i Sprawiedliwość w tym gorącym okresie przedwyborczym ma zamiar wchłonąć Ruch Pawła Kukiza. To jest ta strategia? Żeby zneutralizować konkurencję na prawicy? Z drugiej strony przecież może przez to zabraknąć potencjalnego sojusznika.

– Już za kilka dni pan prezes Jarosław Kaczyński ogłosi pełne listy naszych kandydatów do Sejmu i do Senatu, ale mogę powiedzieć, że według mojej wiedzy będzie paru tych posłów – to nie jest tak, że będziemy cały  klub przyjmować. Zostało przyjętych dwóch, pan poseł Tomasz Rzymkowski i poseł Norbert Kaczmarczyk, zresztą z Małopolski. Natomiast nie słyszałem o następnych, ale oczywiście decyzja należy do władz PiS-u i prezesa Kaczyńskiego.

A jeżeli Kukiz już niemal oficjalnie będzie się jednoczył z Konfederacją , to jest sygnał, ze po wyborach koalicji z PiS-em już nie będzie? Bo Konfederacja to na prawicy największy wróg Prawa i Sprawiedliwości, mówiący, że jest to partia, która jest uległa wobec Izraela, wobec Ameryki, no i właściwie mało patriotyczna.

– To są banialuki i ja macham ręką, jak słyszę takie opowieści dziwnej treści, natomiast zwracam też uwagę, że szereg różnych polityków Kukiz’15 oficjalnie lub nieoficjalnie ogłasza, że jeżeli ich lider, pan Paweł Kukiz pójdzie z Konfederacją, ze skrajną prawicą, to wówczas na listach ich nie będzie z ich własnego wyboru. Mówią to postaci znaczące i medialne twarze  tego ugrupowania.

Gdzie nie pójdą, jak nie do PiS-u?

– Ja w tej chwili nie chcę o tym mówić, pewnie część z nich nie wystartuje w wyborach. Myślę, że pan Kukiz podejmuje bardzo ryzykowny manewr polityczny. Jego sprawa.

A jakie manewry – i to tak dosłownie i w przenośni – podejmuje w tej chwili pan marszałek Sejmu Marek Kuchciński, ponieważ coraz bardziej wokół niego ta pętla polityczna się zaciska. Ta kwestia lotów, jak informują media, być może również śmigłowcem na wesele chrześnicy do Białegostoku. To jest coś, co politycznie ciąży nad Prawem i Sprawiedliwością w okresie przedwyborczym. Czy Pana zdaniem ta sprawa na tym finiszu kampanii zostanie jednoznacznie zamknięta i nie będzie wracać, czy pod tym znakiem te wybory upłyną? Jednak ta sprawa ludzi bulwersuje.

– Prezes Kaczyński jest w takich sprawach jednoznaczny. Stad pan marszałek Kuchciński zapowiedział, że zwróci te pieniądze na cele charytatywne, do Caritasu. Myślę, że to dobra reakcja. Tutaj, pan prezes Jarosław Kaczyński wymaga od nas bardzo jasnych sytuacji. I to dobrze.

Jakoś tak bez przekonania Pan mówi

– Nie, nie. Właśnie sobie przypominam kolejny cytat. Już sobie przypomniałem w tej chwili. Sytuacja jest poważna, ale tak troszeczkę mówiąc żartobliwie można określić stosunek prezesa Kaczyńskiego do działaczy jego partii, do nas, słowami Wachmistrza Soroki z „Ogniem i mieczem” Henryka Sienkiewicza o Andrzeju Kmicicu: „Nasz Pan dla wrogów okrutny, ale dla swoich też nie lekki”.

Albo jak Leszek Miller użył znanego cytatu  – „Dobry car, źli bojarzy”?

– Jednak ja wolę Sienkiewicza niż Millera, Pan pozwoli.

Na koniec, bo przyjechał Pan do Krakowa na Memoriał Huberta Wagnera, co nie jest tajemnicą zajmuje się Pan też sportem, oprócz polityki – i prosiłbym o takim okiem eksperckim człowieka, który na styku tych światów żyje, o analizę tego czy Kraków potrzebuje europejskiej olimpiady? Czy to jest w ogóle coś, co Pana zdaniem jest dobrą inicjatywą, która rozwinie Kraków  i Małopolskę czy to jest impreza, której nikt nie chciał, wpadła do Krakowa, rząd ją przytulił i tak już zostało?

– Jako członek prezydium Polskiego Komitetu Olimpijskiego i członek zarządu głosowałem właśnie za tym pomysłem.

Głosował Pan, ale się nie cieszył, czy ..

– Nie, nie. Ja jestem entuzjastą tutaj tej idei – od razu mówię. Uważam, że to jest genialna promocja i Polski, i Krakowa, i Małopolski, bo przecież te konkurencje będą rozgrywane w całej Małopolsce. Uważam, ze to jest bardzo dobre i dla polskiego sportu, ale także dla promocji Krakowa, Ziemi Małopolskiej w kontekście turystyki. W tej chwili coraz większą część, to powie Panu każdy fachowiec od turystyki, coraz większą część turystyki stanowią tzw. turyści sportowi. To się będzie zwiększać w skali świata zresztą. To jest taki proces. Wydaje mi się, że tutaj przy gwarancjach rządowych, a one są, podkreślam, w sytuacji, gdy rząd będzie w dużej mierze brał na siebie koszty te igrzyska będą dla Krakowa dobra promocja.

Czyli Kraków nie zostanie pozostawiony samemu sobie?

– Nie. Ja myślę, że to jest „win-win situation”: dla Polski świetnie, dla Krakowa świetnie, dla sportowej turystyki tez swietnie.

Dziękuję bardzo za wywiad. Gościem Radia Kraków był były przewodniczący Parlamentu Europejskiego, europoseł PiS.  Ryszard Czarnecki. Audycję poprowadził Marcin Makowski.

– Dziękuję bardzo