W Prasie

2014: co zapamiętałem…

Posted on

logo-GP

„O roku ów!” ‒ tak pisał o roku 1812 Adam Mickiewicz w „ Panu Tadeuszu”. Czy ktoś tak napisze o minionym roku 2014? Dobre pytanie. Wtedy, pomijając szlacheckie „zajazdy” na Wileńszczyźnie, autor „Dziadów” skupił się na biciu Moskala przez Polaków i wojska napoleońskie, co dawało szansę na naszą niepodległość. Minęły dwa wieki. Zamiast Mickiewicza mamy Jarosława Marka Rymkiewicza. Nie ma już, niestety, wśród żywych Zbigniewa Herberta i Marka Nowakowskiego. Zamiast księdza Robaka jest ksiądz Stanisław Małkowski, ale Moskale jak mieszali, tak mieszają, a „Dziady” jak były, tak są dalej, dziady jedne.

Czy 2014 był rokiem szczególnym? Tak i nie. Nie, bo Polska dalej nierządem stoi. Tak, bo jednak partia władzy przegrała wybory po raz pierwszy od 9 lat, a Ojczyźnie przybył nowy święty i to jaki ‒ polski papież.Co zapamiętam z roku, który minął? Szopkę wyborczą ‒ i do tego: szopkę na raty. Pierwsza rata miała miejsce pod koniec maja, gdy Polska liczyła najdłużej w Europie głosy do Parlamentu Europejskiego (poza Belgią, ale tam w tym samym czasie odbyły się jeszcze wybory samorządowe, co znacząco zwiększyło ilość głosów do policzenia). Druga rata wyborczej szopki miała miejsce kwartał później, na początku września, strasznie długo liczono głosy w wyborach uzupełniających do Senatu na Górnym Śląsku, Mazowszu i w Świętokrzyskiem, pomimo skądinąd bardzo niewielkiej frekwencji. Co było potem wszyscy pamiętają, bo sytuacja z wyborami samorządowymi to już nawet nie szopka tylko szopa, a nawet obora.

Zapamiętam też sztukmistrza z Gdańska ‒ zegarmistrza Sławomira Nowaka. Ten, co prawda nie wiedział, że Pendolino nie ma lokomotywy, ale na dobrych markach zegarków znał się świetnie, zwłaszcza gdy były one prezentami. Ten ex baron pomorskiej PO tak obiecywał, że złoży mandat poselski. jak sójka obiecywała, że poleci za morze. Zapewne w myśl zasady: „tak czy owak poseł Nowak”.

Zapamiętam też właściciela wirtualnego auta ministra ‒ marszałka Sikorskiego. Pan Radek to nowa wersja „Pana Samochodzika”. Jego automobil poszedł w ślady św. Ojca Pio. Tamten osiągnął sztukę bilokacji, a auto absolwenta Oxfordu też stało jednocześnie w garażu i w tym samym czasie jeździło że hej.

Zapamiętam też to, że jednak nowa premier okazała się mało uwodzicielska i nie uwiodła Polaków na tyle, aby Platforma wygrała wybory samorządowe. PO dostało po nosie mimo „cudów nad urną”.

„Cuda nad urną” też godne zapamiętania, boć to kompromitacja na skalę światową, a stały się w kraju, który pierwszy w Europie i drugi na świecie przyjął konstytucję. Pełny Obciach (PO) ‒ można rzec…

Skądinąd w tym kontekście oficjalne, niespełna 0,5 procentowe zwycięstwo PO nad PiS-em w wyborach europejskich jest mocno podejrzane. Nie zdziwiłbym się, gdyby w przyszłości jakaś nowa Główna Komisja Badania Zbrodni na Narodzie Polskim uzyskała zeznania świadków, z których by wynikało, że wictoria partii Tuska w wyborach w ostatnią niedzielę maja była tak naprawdę porażką.

Ale na szczęście ten rok obfitował również w chwile wzniosłe i piękne. Byłem, wraz z Jarosławem Kaczyńskim, na Placu Świętego Piotra w Rzymie w czasie kanonizacji naszego rodaka ‒ papieża. Takich chwil się nie zapomina. Na taką chwilę Jan Paweł II ‒ ten gigant ducha pracował całe swoje dorosłe życie.

Nie zapomnę też podwójnego triumfu Kamila Stocha w skokach narciarskich na igrzyskach w rosyjskim Soczi ani też „złotego” biegu Justyny Kowalczyk ze złamaną stopą w tymże Soczi oraz Mazurka Dąbrowskiego na rosyjskiej ziemi, gdy łyżwiarz Zbigniew Bródka, który na co dzień pracuje jako zwykły strażak , wygrał z Holendrem o jedną tysięczną sekundy.

A potem nasi lekkoatleci stawali na podium mistrzostw Europy tak często, jak nigdy od niemal czterech dekad, a nasi siatkarze zostali w Polsce mistrzami świata, po drodze pokonując – co smakowało szczególnie ‒ Rosjan i Niemców. Wreszcie nasi piłkarze pierwszy raz od starożytności, stłukli Teutonów na kwaśne jabłko.

A więc Polacy: i można i da się.

W Prasie

Konformiści: od kamienia łupanego do europarlamentu

Posted on

“Nowe Państwo”

Czarnecko to widzę…

Już za okresów dawno minionych: kamienia łupanego, malarstwa naskalnego, gospodarki zbieraczy, gospodarki łowców osobnicy słabsi genetycznie nie próbowali być samcami alfa i przyjmowali rolę konformistów. Trwało to długo, bardzo długo. Dopiero w czasie Wielkiej Rewolucji Francuskiej (przez tradycjonalistów i konserwatystów zwanej słusznie Wielka Rewolucją Antyfrancuską) zażądano od konformistów dodatkowej lojalności w postaci tańczenia wokół gilotyny. Z tymi fanaberiami dopiero Napoleon zrobił porządek. Też dyktator, ale jakże pragmatyczny.

Po blisko wieku powtórzyła się historia i konformiści musieli się wykazać dodatkowymi predyspozycjami. Chodziło tym razem już nie tylko o umiejętności choreograficzne, które mogły im wystarczyć sto lat wcześniej w czasie okołogilotynowych pląsów (skądinąd to nie przypadkiem nazwa „gilotyna” narodziła się we Francji od nazwiska Josepha Guillotina). Tym razem konformiści – oczywiście w trosce o życie, zdrowie i możliwości twórcze – musieli się wykazać również talentami wokalnymi, piejąc: „O Wodzu Narodów Radzieckich Stalinie”. Nieco późniejsza wersja „priwislanska” brzmiała: „Sto lat” dla towarzysza Wiesława. Dla młodych, którzy nie pamiętają: towarzysz Wiesław to pierwszy sekretarz Władysław Gomułka, tak jak towarzysz Tomasz to jeden z jego poprzedników, zmarły w Moskwie pierwszy sekretarz Bolesław Bierut.

Skończyły się tamte czasy, minął „okres błędów i wypaczeń” – konformiści zostali. Skądinąd to był zabawny eufemizm z tymi „błędami i wypaczeniami”, bo przecież chodziło, mówiąc wprost, o mordowanie i torturowanie elity Narodu, zabieranie ludziom majątku, wyrzucanie ze studiów i pracy, „wilcze bilety” dla „nieprawomyślnych”. Także zresztą eufemizmem było określenie „stalinizm”, tak jakby sugerujący, że całe zło komunizmu to tylko Stalin. Gruzina Stalina (albo Osetyńca – spór trwa) szlag trafił, a komuna została ku przerażeniu milionów ludzi na świecie. Ciekawe zresztą, że akurat w PRL zaostrzenie kursu wobec Kościoła Katolickiego nastąpiło właśnie po śmierci Stalin: prymasa Wyszyńskiego aresztowano przecież już po pogrzebie Generalissimusa Józefa Wisarionowicza.

Konformiści byli, są i będą. Mądry jednak naród nie czyni z konformistów elit polityczno-intelektualnych czy artystycznych, a z konformizmu głównego drogowskazu i ideologii wspólnoty narodowej.

Piszę te słowa w Strasburgu, na 12 pietrze Parlamentu Europejskiego. Piszę z gmachu, gdzie konformizmem jest bronić praw wszelakich mniejszości – poza religijnymi. A mówiąc ściślej: poza chrześcijanami. Nawet muzułmanów broni się tu bardziej żwawo niż religii, która ukształtowała Stary Kontynent. Nie oczekiwałbym zbyt gorliwej obrony ludzi wierzących od liberałów, lewicy (socjalistycznej czy postkomunistycznej). Ale można tego wymagać od przedstawicieli tych partii, które określane są jako „chrześcijańsko-demokratyczne”. Gdy słyszę pokrętne wywody europosła z hiszpańskiej partii Partido Popular (Partii Ludowej), historyka sztuki, który broni wolności sztuki rozumianej jako możliwość spektakularnego obrażania chrześcijan (katolików) poprzez dzieła, o których za parę lat nie wspomni pies z kulawą nogą, nie mające żadnej rangi artystycznej, a ich jedynym uzasadnieniem jest to, że są prowokacją antychrześcijańską – to jest mi po prostu wstyd. Takie zażenowanie, ogarniające mnie w tych europarlamentarnych sytuacjach, nie jest, niestety, czymś sporadycznym.

Rozumiem konformistów z okresu kamienia łupanego, bo oni po prostu chcieli przeżyć. Ale jak usprawiedliwić konformistycznych polityków, którzy za pozory poklasku i złudzenie akceptacji klasy politycznej czy medialnej „głównego nurtu” (zwanego też „mętnym nurtem”) wyrzekają się tego, w co wierzyli ich dziadkowie, rodzice, do niedawna może i oni sami, a na pewno jeszcze wierzy duża część ich wyborców?

W Prasie

Polak mały

Posted on

logo

Mój najmłodszy syn ma 4,5 roku i to najwyższy czas, aby zająć się poważnymi tematami. W pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia zabraliśmy się zatem do nauki „Katechizmu polskiego dziecka” Władysława Bełzy. „Kto Ty jesteś?” ‒ pytałem i Staś odpowiadał: „Polak mały”. I potem, jak miliony najmniejszych Polaków przed nim, na pytanie: „Jaki znak Twój?”, mówił: „Orzeł biały”.

Gdy tak czytaliśmy kolejne pytania i odpowiedzi, gdy Stanisław zapytany: „Czym ta Ziemia?”, odpowiedział z powagą ‒ bo to przecież nie zabawa – „Mą Ojczyzną”, przypomniały mi się słowa, że polskość to przeznaczenie. A później pomyślałem, że może byłoby mu łatwiej w życiu, gdybym go nie uczył „Katechizmu” Lwowiaka Bełzy i czytał, co kiedyś czytała mi moja Mama.

Może więc byłoby mu łatwiej bez pytań o Ojczyźnie: „Czym zdobyta?” i odpowiedzi: „Krwią i blizną”. I staroświeckich ‒ dla niektórych – wyznań: „Czy ją kochasz?” . I odpowiedzi: „Kocham szczerze”. Ale ja bym nie chciał, żeby mu było w ten sposób „łatwiej” ‒ tak, jak moi rodzice nie chcieli, żeby mi było „łatwiej”.

Mam nadzieję, że Stanisław kiedyś też nie będzie chciał, żeby jego dzieciom było „łatwiej”. Także dlatego, że mu w przyszłości powiem o słowach polskiego Papieża: „Nie chciejcie Ojczyzny, która Was nic nie kosztuje”.

W Prasie

Antyprezent

Posted on

logo-GP

Piszę w okresie świątecznym, ale niestety o czymś, co trudno uznać za prezent. Przynajmniej nie dla nas, Polaków. Jeśli już – to dla zupełnie innej nacji.

Mam przed sobą książkę: „Wysiedlenia, wypędzenia i ucieczki 1939-1959. Atlas ziem Polski. Polacy, Żydzi, Niemcy, Ukraińcy”. Pozycja ukazała się nakładem wydawnictwa Demart, liczy 240 stron i – uwaga, to bardzo ważne w kontekście tego artykułu – została dofinansowana przez Radę Ochrony Pamięci Walk i i Męczeństwa (chodzi o walkę i męczeństwo Narodu Polskiego, choć jakoś dziwie zniknęło to z nazwy instytucji).

W tejże książce na stronach 70-71 mowa jest o: „Obozach przejściowych dla ludności Warszawy – wypędzonej po Powstaniu Warszawskim (1944)”. Tak, to nie pomyłka! Dwie strony na 240!! Czyli mniej więcej 0,8% zawartości – tyle miejsca znalazło się na gehennę Warszawiaków. Podkreślam: to nie jest historia świata i wypędzeń w skali globalnej w wieku XX, bo wtedy pewnie bym aż tak nie pomstował. Jednak cała książka dotyczy ziem Polski. Cóż za niebywała dyskryminacja! A w zasadzie raczej autodyskryminacja… To słowo „dyskryminacja” jest konieczne, bo o ileż więcej uwagi i materiału poświęcono „wypędzeniom” Niemców oraz przesiedleniom Ukraińców. Trawestując ‒ o cudzym mówicie ‒ swojego: własnej tragedii ‒ nie znacie.

W posiadaniu mojej rodziny są dwa opracowania tegoż egzemplarza. Ten drugi jest „fabrycznie” zafoliowany. Pod przezroczystą foliowaną obwolutą jest fotografia pana Władysława Bartoszewskiego. Towarzyszy jej faksymile tegoż eksministra i byłego przewodniczącego Rady Nadzorczej PLL LOT (z nadania premiera Marcinkiewicza). Obok zdjęcia i zamaszystego podpisu widnieje tekst „Patronat honorowy prof. Władysław Bartoszewski”. Cóż, ciekawe po co autor prac o Powstaniu Warszawskim i okupacji niemieckiej w Polsce autoryzuje książkę, która minimalizuje polską tragedię z okresu drugiej wojny światowej? W jakim celu ten do niedawna doradca premiera Tuska uwiarygadnia pozycję, która musi być odebrana jako wielce kontrowersyjna z racji szczupłości materiału poświęconego mieszkańcom Warszawy i asymetrycznej obfitości materiału o innych nacjach?

Czyżby profesor – nie będę polemizował z tą formą tytułowania pana Bartoszewskiego ‒ nie zapoznał się z książką, którą poleca? Albo oszukano go i dał swój podpis jakby brał udział w telewizyjnym programie „Randka w ciemno”? A może po prostu pan Władysław ma już problem z pamiętaniem faktów, zdarzeń, książek i też jest po prostu bezbronny? Chyba jednak nie, skoro z taką werwą nagrywał klipy w samorządowej kampanii wyborczej PO, co zresztą było swoistą „recydywą”, bo to samo usłużnie robił przy majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego…

Wykluczam też, że ktoś zrobił mu psikusa i przełożył okładkę książki z jednej na drugą (fakt zafoliowania jednego z egzemplarzy!).

To jakaś choroba, epidemia narodowa. My, Polacy, media w naszym kraju, ale też coraz bardziej politycy namiętnie podkreślamy cudze dramaty, a jednocześnie jakoś mało eksponujemy dramaty własne. Cóż, mogę jedynie życzyć, aby tej książki Państwo pod choinkę nie dostali. Cholera by Was wzięła, szlag jasny trafił, piorun by w Was trzasnął, a krew by zalała.

Mamy w Polsce wolność (?) słowa i publikacji, każdy może wydać co chce, łącznie z własnymi grafomańskimi wierszami. Jestem oburzony na dysproporcję i asymetrię, ergo dyskryminację Polaków w tej książce, ale mogę grzmieć i co najwyżej książki nie kupić. Jednak jest rzecz gorsza i tu – jako obywatel – ryczę jak ranny łoś: dlaczego bez wiedzy polskiego podatnika tegoż polskiego podatnika zmuszono, żeby za ową książkę płacił. Bo przecież Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa nie jest utrzymywana przez sierotkę Marysię i krasnoludków, lecz funkcjonuje wyłącznie dzięki dotacjom z budżetu – a więc z naszej kieszeni.

Książka wyszła już kilka lat temu, ale ból pozostał. Gdyby to były Święta Wielkanocne, to napisałbym, że mamy niezły pasztet. Ale jest Boże Narodzenie i mogę tylko powiedzieć, że komuś trzeba dać rózgę pod choinkę i, że zapachniało nie tyle siankiem, co Dziakiem Mrozem.

W Prasie

Gra o Ukrainę

Posted on

logo-GP

GEOPOLITYKA POLSKA

W co grają najwięksi światowi i pomniejsi „playmakerzy”, gdy chodzi o Ukrainę? Warto zadać sobie to pytanie, aby uniknąć rozczarowań, złudnych nadziei, z drugiej strony, aby tymi złudzeniami nie karmić naszych sąsiadów i sojuszników – Ukraińców. Chodzi też o to jednak, abyśmy my w Polsce podejmowali realistyczne decyzje w zakresie polityki wschodniej Rzeczpospolitej, których podstawą będzie realna ocena rzeczywistości takiej jaka ona jest, a nie jakiej byśmy chcieli lub jaka mogłaby być. A owa rzeczywistość kształtowana jest w niemałej mierze przez tych właśnie największych światowych graczy.

Taktyka szeroko rozumianego „Zachodu” (czy też układu euroatlantyckiego, jak kto woli) wydaje się być nie tylko zupełnie inna niż w przypadku napadu Rosji na Gruzję podczas igrzysk olimpijskich 2008 roku, ale też rzeczywiście inna niż bardzo często dotąd w relacjach z Moskwą. Nieco bowiem generalizując, dotychczas Zachód nierzadko werbalnie potępiał Kreml w kwestii praw człowieka i obywatela lub też fatalnego traktowania niektórych zagranicznych inwestorów (jak np. British Petroleum) ‒ natomiast w praktyce dalej utrzymywał poprawne czy więcej niż poprawne stosunki z Federacją Rosyjską. Istnieją poważne przesłanki, że to się teraz jednak zmienia. Zapewne USA i Unii Europejskiej nie chodzi o antyrosyjską krucjatę przeciwko Moskwie jako takiej, lecz raczej o takie jej osłabienie, aby, mniej lub bardziej stopniowo, zmuszona została do rezygnacji ze statusu euroazjatyckiego mocarstwa. Oczywiście nawet po zredukowaniu jej roli do roli quasi-mocarstwa regionalnego Rosja nadal będzie silnym, choć słabnącym ekonomicznie państwem.

Przeanalizujmy to, co jest celem poszczególnych państw będących „rozgrywającymi” w sytuacji na wschodzie Ukrainy.

Nowy Afganistan” Rosji?

Waszyngton pozbył się, jak się wydaje, naiwnych złudzeń i swoistego „wishful thinking” (myślenia życzeniowego) względem Kremla. Obama, przynajmniej częściowo, odrobił lekcję i w drugiej kadencji dużo ostrożniej patrzy na Moskwę niż podczas swojej pierwszej kadencji. W interesie Białego Domu jest, mówiąc wprost, przedłużanie konfliktu rosyjsko-ukraińskiego i dalsze wciąganie weń strony rosyjskiej. Wyraźnie słabnąca ekonomicznie Moskwa traci olbrzymie pieniądze ze względu na swoje zaangażowanie militarne, a do tego dochodzą jeszcze poważne koszty ekonomiczne cichego wspierania Donbasu i jawnego utrzymywania Krymu. „Pełzający konflikt militarny” na terenach wschodniej Ukrainy jest dla Rosji „studnią bez dna”. Do tego dochodzą poważne koszty natury wizerunkowej, które przekładają się na gospodarkę: spirala wzajemnych sankcji, na których oczywiście traci Zachód, ale jeszcze bardziej państwo rosyjskie. Taki scenariusz „na wzajemne przetrzymanie” jest dramatyczny w sytuacji Moskwy, której budżet nie może się domknąć na wskutek gwałtownego, ale trwającego już dłuższy czas spadku cen ropy, w której rubel leci na łeb na szyję (w dniu, gdy pisze tę słowa spadł o kolejne 10% i nawet manewry stopami procentowymi nie zahamowały tego spadku i w którym siła nabywcza ludności spadła w ciągu roku o prawie 50%. Federacja Rosyjska nie jest częścią Zachodu, gdzie rządy obala się kartką wyboczą lub – rzadziej ‒ „referendum ulicznym”, a więc wzrost cen żywności w poszczególnych kategoriach od 30-50% (a to stało się w Rosji) byłby dla władzy zabójczy – tym niemniej jest to również na dłuższą metę niebezpieczne dla ekipy Putina.

Zatem ów nowy, przy zachowaniu wszystkich proporcji „Afganistan” na rosyjskiej granicy jest dla USA wymarzonym scenariuszem: dzieje się daleko od USA, nie wymaga bezpośredniej interwencji militarnej Amerykanów, zatem Waszyngton nic nie traci na tym konflikcie propagandowo, a jednocześnie bardzo osłabia Rosję, która w wielu sprawach w polityce zagranicznej zajmowała stanowisko inne lub wręcz konkurencyjne niż USA. Wszystko to może przypominać – choć nie wszystko jest takie samo ‒ sytuację z lat 1980., gdy sowieckie uwikłanie właśnie w Afganistan, połączone z wyreżyserowanym przez Ronalda Reagana (i OPEC) drastycznym spadkiem cen ropy – spowodowało znalezienie się komunizmu na równi pochyłej i w w efekcie wypadnięcie na ponad dekadę Moskwy z globalnej rozgrywki.

Trudno mówić o jednolitym stanowisku Unii Europejskiej. Wspólna polityka zagraniczna UE jest wciąż fikcją, choć pewnie łatwiej jest uzgadniać wspólne decyzje, zwłaszcza w niekontrowersyjnych sprawach, niż dekadę temu. Wolę więc tradycyjnie ocenić interesy i cele poszczególnych głównych państw Unii Europejskiej.

Niemieckie ciastko: zjeść i mieć

Na początek: Niemcy. To najbogatsze państwo Unii jest jednocześnie jedynym, które ma w miarę konsekwentną „politykę wschodnią” skierowaną na obszar postsowiecki. Zafiksowany głównie na dawnych koloniach francuskich w Afryce Paryż w tej sprawie raczej jest – jeśli w ogóle – membraną Berlina (znaczące inwestycje ekonomiczne Francji kończą się raczej, gdy chodzi o poważniejszą skalę, na granicy UE z Ukrainą i Rosją, głównie zresztą w Polsce). Niemcy jednocześnie „chcą mieć ciastko i zjeść ciastko”. Jako beneficjent specjalnych relacji między RFN a FR chcą ten uprzywilejowany dla siebie status w Unii zachować, co daje im gospodarczą przewagę nad innymi państwami unijnymi. Z drugiej strony, nie mogą dać się wodzić za nos Putinowi, który, jak się wydaje, łamie wszelkie poufne ustalenia z kanclerz Merkel. Pytanie, na ile niemiecka polityka zagraniczna jest rzeczywiście jednorodna(!), skoro wyraźnie widać różnicę zdań w kwestii stosunku do Ukrainy i Rosji między panią kanclerz z CDU i ministrem spraw zagranicznych Frankiem-Walterem Steinmeierem z SPD.

Berlin wie, że Ukraina jest relatywnie bardzo dużym państwem i że wcześniej czy później wybije się na realną niepodległość ‒ a z czasem dobrobyt – i nie warto odwracać się do Kijowa plecami. Niemiecka filozofia utrzymania bliskich relacji z Rosją „dopóki się da” i pogodzenie tego z ideą swoistego „patronatu” nad Ukrainą (i wyprzedzeniem w tej sprawie dość biernej Polski) jest w tej chwili drogowskazem, ale też najważniejszym wyzwaniem dla Berlina.

Pekin i „bagno”

Chiny zwykle w sytuacjach kłopotliwych dla państw, które łamią prawa człowieka i obywatela wykazują daleko idącą powściągliwość w potępianiu takich krajów – cóż, łatwo byłoby zarzucić im hipokryzję. W sprawie agresji Rosji na Ukrainę było identycznie. Co ciekawe jednak, owa chińska „aprobatywna neutralność” nie przełożyła się bynajmniej, wbrew oczekiwaniom obserwatorów, na ułatwienie Moskwie „deali” gospodarczych z Pekinem. Rosjanie zabiegali w ChRL o wieloletnie kredyty związane z różnymi inwestycjami – i nie dostali ich. Widocznie władze Chińskiej Republiki Ludowej uznały, że jest to jednak inwestycja dużego ryzyka.

Europejskie „bagno” skupia kraje, które w sprawach Ukrainy nie chcą się za bardzo wychylać, ale nic nie miałyby przeciwko temu, żeby antyrosyjskie sankcje znieść lub złagodzić. W grupie tych państw są starzy przyjaciele Rosji, jak Grecja i Cypr. Ale też takie państwa, które zmieniają zdanie w zależności na przykład, od presji opinii publicznej. Myślę tu przede wszystkim o Holandii i Włoszech. Królestwo Niderlandów z pozycji „gołębia” przeszło na pozycję „jastrzębia” niedługo po tragedii malezyjskiego samolotu nad Donbasem, w której zginęło przeszło 200 Holendrów. A teraz „wańka-wstańka” z Hagi znów wróciła na pozycję sprzed tragedii i jest w czołówce krajów, które, dyskretnie oczywiście, na forum dyplomatycznym, sugerują zawieszenie sankcji ekonomicznych wobec Moskwy. Natomiast będące w dramatycznej sytuacji gospodarczej Włochy szukają rosyjskiego wsparcia ekonomicznego w każdej formie i Ukrainę po prostu przehandlowują. Nie oni jedni, niestety.

Większość najważniejszych państw traktuje wszak Ukrainę nie jako odrębny temat geopolityczny, ale jako część wschodniej układanki. Jak długo?

W Prasie

Otwarte drzwi

Posted on

logo

Piszę te słowa w Armenii, gdzie spotkałem się Prezydentem Serżem Sarkisjanem, szefem parlamentu Galustem Sahakjanem oraz liderami partii rządzących i opozycyjnych. Przeszło rok temu Erywań zerwał niespodziewanie negocjacje dotyczące umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską, zwrócił się w stronę Rosji i stał się członkiem moskiewskiej Unii Celnej. Rosjanie wykręcili Ormianom ręce, aby ci za bardzo nie zbliżyli się do Europy.

A mimo to nie możemy zamykać europejskich drzwi Erywaniowi. Ten kraj jako pierwszy na świecie przyjął chrześcijaństwo, ma przytknięte pistolety do głowy, bo ma u siebie rosyjskie wojska, które zresztą obsadziły dwie z pięciu granic Armenii.

Nie spisujmy więc na straty „Hajastanu” ‒ tak brzmi Armenia po ormiańsku (Polska to Lehastan…) ‒ i nie odwracajmy się plecami, tak jak nie skreślajmy Białorusi czy Kazachstanu, bo też, chcąc nie chcąc, weszły do Unii Celnej Putina.

Chodzi o to, by wszystkim państwom powstałym na gruzach ZSRR usilnie pokazywać, że to Europa jest jedyną realną alternatywą dla Rosji.

W Prasie

Polityka międzynarodowa A.D. 2014: wszystko, co najważniejsze

Posted on

logo

Druga połowa grudnia to najlepszy moment na podsumowanie tego, co było najważniejsze w polityce międzynarodowej A. D. 2014.

Oto, jakże subiektywny, przegląd wydarzeń, które miały największy wpływ na politykę światową w mijającym roku. Te decydujące o kształcie światowej polityki fakty pozwalam sobie podać nie zważając na porządek chronologiczny.

1. Zajęcie Krymu, okupacja Donbasu.

To, co niektóry mędrkom z Zachodu wydawało się zupełnie niemożliwe ‒ czyli interwencja militarna Moskwy poza granicami Federacji Rosyjskiej ‒ stało się rzeczywistością w lutym tego roku. Putin stracił politycznie Ukrainę, ale starał się ratować resztki swoich półkolonii na Zachodzie. Ta jego „ucieczka do przodu” uratowała mu stanowisko (zapewne elity KGB dokonałyby zmian personalnych na Kremlu), ale zdewastowała wizerunek Rosji i spowodowała spiralę sankcji ekonomicznych oraz udanych prób zbijania przez USA i kraje arabskie cen ropy naftowej. To z kolei postawiło Moskwę w najtrudniejszej sytuacji gospodarczej od 1998 roku. Rok 2014 zapisze się więc jako jednocześnie rok poszerzenia terytorium rosyjskiego o Krym i utworzenia prorosyjskich quasi-państewek tuż przy rosyjsko-ukraińskiej granicy, ze znalezieniem się Moskwy na ekonomicznej równi pochyłej i faktycznym, wyraźnym słabnięciem tego państwa na arenie międzynarodowej.

2. Nowa geografia polityczna Europy

Wybory europejskie w ostatniej dekadzie maja pokazały spadek poparcia dla dwóch głównych politycznych nurtów na Starym Kontynencie: chadecji i socjalistów oraz przesunięcie się konserwatystów z piątego na trzecie miejsce wśród europejskich sił politycznych. Wyraźne zmniejszenie znaczenia liberałów i zielonych szło w parze z istotnym wzrostem poparcia dla eurosceptyków, którzy ‒ choć mocno skłóceni i nieumiejący wyłonić jednej reprezentacji politycznej ‒ dysponują w PE około 100 mandatami na przeszło 750.

3. ISIS Państwo Islamskie

Powstanie na terenie Iraku i Syrii struktur quasi-państwowych zarządzanych przez radykalnych islamistów pokazało siłę i umiejętności organizacyjno-militarne muzułmańskiego radykalizmu. Spowodowało też konieczność zmiany relacji w tym regionie, bo aby pokonać Państwo Islamskie, a przynajmniej je osłabić, Ameryka i Europa musiały zrewidować swoje relacje z Syrią Assada i Iranem Rowhaniego. To nieładne, gdy odpuszcza się krajom-dyktatorom, ale w praktyce Waszyngton i Unia Europejska wybrały, przynajmniej czasowo, „mniejsze zło”.

4. Decydujący rok dla powstania Państwa Kurdyjskiego

Największy naród na świecie pozbawiony państwa czyli Kurdowie. Podzieleni między Turcję, Irak, Iran, Syrię i inne państwa regionu. Dysponujący liczną i prężna diasporą nie cofającą się przed radykalnymi krokami (okupacja parlamentu w Hadze i gmachu europarlamentu w Brukseli), potrafili wykorzystać znaczące osłabienie Bagdadu i, choć teraz współrządzą Irakiem, praktycznie przesądzili o powstaniu własnego państwa. Oczywiście nie może się podobać to krajowi mającemu z nimi tradycyjnie największe problemy czyli Turcji ‒ która wbrew presji Zachodu ‒ zachowała neutralność w walkach między Państwem Islamskim a bojownikami kurdyjskimi.

5. Stopniowa rewizja polityki USA

Wydarzenia na Ukrainie przyśpieszyły weryfikację polityki międzynarodowej Białego Domu w kierunku powrotu do koncepcji „okrążenia” Rosji. Słynny „reset Obamy” oznaczał oddanie naszego regionu na pastwę Moskwy za cenę rosyjskich ustępstw w kwestii nuklearnych ambicji Teheranu oraz Palestyny. Amerykanie kupując względną neutralność Moskwy w tych dwóch obszarach jednocześnie wyraźnie uszczupliły swoją strefę wpływów na terenie postsowieckim: w Europie Środkowo-Wschodniej, na Bałkanach, Kaukazie Południowym i dawnych azjatyckich republikach ZSRS. Teraz odrabiają straty, coraz bardziej ekonomicznie „osaczając” Kreml.

6. „South Stream” czyli UniaRosja 1:0

Zaniechanie przez Moskwę budowy Gazociągu Południowego i teatralne próby rekompensowania go nowymi inicjatywami rosyjsko-tureckimi jest spektakularnym zwycięstwem tradycyjnie krytykowanej za nieskuteczność Unii Europejskiej. Tymczasem, akurat w obszarze polityki energetycznej, UE potrafi dbać o interesy własne (czytaj: koncernów energetycznych jej głównych krajów członkowskich). Nie ma to skądinąd nic wspólnego z zadeklarowaną na papierze ‒ i od razu zanegowaną przez Niemcy – wspólną europejską polityką energetyczną. Ten sprzeciw wobec South Streamu jest przecież kontynuacją polityki Brukseli, która sprzeciwiła się odpisaniu przez…. Polskę i Rosję niekorzystnego i dla naszego kraju i dla UE kontraktu gazowego.

7. Personalne europuzzle

W cieniu głównych wydarzeń światowych odbyła się ciekawa rozgrywka polityczna na Starym Kontynencie. Zawarcie niespodziewanego sojuszu między dotąd zwaśnionymi ekskonkurentami o fotel szefa Komisji Europejskiej: zwycięzcą Junckerem i przegranym ‒ ale wciąż będącym wpływowym szefem europarlamentu ‒ Schulzem było o tyle zaskakujące, że zmieniało dotychczasową unijną praktykę polegającą na permanentnym konflikcie między Komisją a Parlamentem Europejskim. Oznaczać to może problemy dla kanclerz Angeli Merkel, bo ten sojusz wymierzony jest ewidentnie w nią.

8. Degrengolada Grupy Wyszehradzkiej

„Każdy sobie rzepkę skrobie” ‒ przynajmniej w naszym regionie Europy. Fakt praktycznego zaniku realnej współpracy w czworokącie Warszawa‒Budapeszt‒Praga‒Bratysława nie wstrząsnął światową polityką, ale dla nas był ważny, bo ukazał fiasko grania przez Polskę wyłącznie na Berlin, Budapesztu na Moskwę, podobnie, choć w mniej spektakularny sposób, Bratysławy oraz chodzenia od ściany do ściany przez Pragę.

Rok 2014 był jednym z najciekawszych i najbardziej dynamicznych okresów w polityce międzynarodowej ostatniej dekady. Niedługo warto pokusić się o prognozę tego, co będzie się działo w roku następnym.

W Prasie

Polski cyrk, światowa normalność

Posted on

logo-GP

Właśnie mijają 22 lata, gdy po raz pierwszy ‒ oficjalnie ‒ obserwowałem wybory poza własną ojczyzną. Był listopad 1992. Na zaproszenie ACYPL (American Council of Young Political Leaders) pojechałem obserwować „jak to się robi w Ameryce”. Oglądałem pasjonującą kampanię, mechanizmy wyborcze i w końcu spektakularne zwycięstwo Billa Clintona, który przerwał dwunastoletnią hegemonię Republikanów. Od tego czasu, przez te ponad dwie dekady, widziałem wybory na czterech kontynentach, w kilkunastu krajach. Były to zarówno państwa przykładnej demokracji ‒ jak poza USA, Wielka Brytania (maj 1997, wybory do House of Common na zaproszenie Partii Konserwatywnej) oraz Królestwo Danii (wrzesień 1994, wybory do Folketinegetu na zaproszenie tamtejszego MSZ). Byłem też w państwach, które dopiero raczkowały na drodze do demokracji parlamentarnej. Wymienię tytułem przykładu: w Kosowie, gdy ten kontrowersyjny dla wielu kraj wybijał się na niepodległość właśnie kartką wyborczą, ale też i w sąsiedniej Albanii, również muzułmańskiej. Obserwowałem dwukrotnie wybory w Gruzji i też dwukrotnie w sąsiedniej Armenii. Żeby dopełnić tej południowo-kaukaskiej wyborczej geografii- widziałem też elekcję w Azerbejdżanie. Dwukrotnie monitorowałem wybory w afrykańskiej Mauretanii, ale też w położonym na końcu świata (leci się tam najłatwiej przez… Australię), katolickim ‒ choć sąsiadującym z islamską Indonezją ‒ Timorem Leste. To po prostu Timor Wschodni, mówiąc po naszemu. Tam widziałem ‒ jak w wielu zresztą innych krajach ‒ długie, cierpliwe kolejki do urn, ale akurat w Timorze Wschodnim stało w nich masę dzieci. Zdziwiony zapytałem: o co chodzi? Okazało się, że prawo do głosowania posiada się tam od 17 roku życia, a Timorczycy wyglądają jednak młodziej niż Amerykanie czy Europejczycy, stąd miałem wrażenie jakbym obserwował kolejkę do szkolnej stołówki.

W Autonomii Palestyńskiej, gdzie byłem obserwatorem wyborów z ramienia europarlamentu, rozdawano, przynajmniej w niektórych regionach, kamizelki kuloodporne. Ja akurat byłem w Hebronie, gdzie wbrew pozorom nie należało się obawiać ‒ przynajmniej akurat wtedy ‒ walk Żydów z Palestyńczykami, ale przeciwnie: batalii żydowsko-żydowskiej z udziałem osadników, przeważnie bardzo religijnych z żołnierzami z armii izraelskiej.

Były też wybory, na które nie dotarłem, bo nie wpuścili mnie spadkobiercy NKWD na granicy. Chodziło o Białoruś (wybory prezydenckie w 2006 ). Pogranicznicy wygarnęli mnie w pociągu do Brześcia, pilnie strzeżony posiedziałem trochę w towarzystwie żołnierzy z automatami i wróciłem na ojczyzny łono szybciej niż myślałem.

Największe doświadczenie mam jednak ‒poza Kaukazem Południowym – gdy chodzi o wybory na Ukrainie. Pierwszy raz byłem tam w 2002 roku, już nie jako poseł, ale jeszcze nie jako europoseł. Szacher-macher przy urnach był ewidentny. Były to wybory parlamentarne. Po kolejnych dwóch latach, w wyborach prezydenckich szacher-macher był znów, ale Ukraińcy nie chcieli się z tym pogodzić i uznać, że są szaleńcami skoro nie akceptują wyniku wyborów. I nie uznawali go. Dopatrywania się ewidentnych oszustw wyborczych nie nazywali podnoszeniem ręki na państwo. Nie dali się wtedy ogłupić nachalnej propagandzie mediów i ówczesnemu prezydentowi Leonidowi Kuczmie, który – choć sam nie brał udziału w wyborach – to miał wszak interes, aby zakonserwować ówczesny układ władzy. Potem byłem jeszcze na Ukrainie szereg razy. Ostatnio podczas wyborów prezydenckich (2009), parlamentarnych (2012) i wreszcie znowu parlamentarnych (2014). I muszę ze smutkiem i niejako z zazdrością przyznać, że na Ukrainie jest progres, postęp, od całkowitych fałszerstw do normalności. Szkoda, że u nas zupełnie na odwrót…

W Prasie

Bahrajn czyli prawdziwe wybory w islamie

Posted on

logo-GP

Geopolityka

Chciałbym, aby Polska nie była ani drugą Japonią, ani drugą Irlandią tylko… drugim Bahrajnem. Przynajmniej, gdy chodzi o wybory. Mówię śmiertelnie poważnie. Miałem okazję w tym niewielkim kraju nad Zatoką Perską obserwować wybory do parlamentu i jednocześnie lokalne. Odbyły się one dokładnie 6 dni po naszych samorządowych. Gdy je kończono ‒ aby następnego dnia podać wyniki! ‒ akurat PKW w Polsce podawała rezultaty elekcji sprzed blisko 150 godzin. To porównanie Rzeczypospolitej z krajem, który parlament ma raptem od 2001 roku wypada dla nas fatalnie. Mimo, że Bahrajn jest, gdy chodzi o demokrację, jak powiedział mi tamtejszy ambasador brytyjski, zresztą Szkot, Iain Lindsay, niczym „little baby”.

Komisje wyborcze na… lotnisku i w centrach handlowych

Skoro w Manamie czyli stolicy kraju w lokalach wyborczych widziałem przezroczyste urny, to niby dlaczego takich być nie może w Warszawie, Wrocławiu czy pod Poznaniem? Skoro tutaj ‒ bo piszę te słowa jeszcze w Bahrajnie ‒ można było zrobić osobne urny dla wyborów municypalnych (z zielonym wiekiem) i osobne do parlamentarnych (z wiekiem czerwonym) to dlaczego nad Wisłą, Wartą i Odrą w ostatnich wyborach wrzucaliśmy karty do głosowania na cztery(!) rożne szczeble władzy lokalnej do jednej, oczywiście nieprzezroczystej, urny? Czemuż to, czemuż w egzotycznym, islamskim Bahrajnie władze robiły wszystko, aby zwiększyć frekwencję wyborczą, a u nas wręcz przeciwnie? Warto nad tą ostatnią sprawą się zatrzymać. Byłem obserwatorem na wyborach parlamentarnych i prezydenckich w kilkunastu krajach na trzech kontynentach, ale takiej pomysłowości w ściąganiu obywateli do urn jeszcze nie widziałem. Lokale wyborcze umieszczono w dwóch największych galeriach handlowych w stolicy kraju. Ludzie przychodząc tam z rodzinami na weekendowe zakupy, restauracji czy kina ‒ zupełnie jak w Polsce, to znamię współczesnej cywilizacji ‒ szli zagłosować. Skądinąd mógł tu zadziałać instynkt stadny: stały tam długie kolejki do urn… Spędziłem tam sporo czasu i widziałem ludzi, którym zależało na oddaniu głosu, bo mimo sprawnej pomocy członków komisji wyborczej trzeba było tam odstać co najmniej godzinę. Ale zagłosować można było w wyborczą sobotę także… na lotnisku pasażerskim albo przed mostem króla Fahda, imponująco długim (26 km) łączącym Bahrajn z zaprzyjaźnioną Arabią Saudyjską. Tam właśnie tłumy obywateli tego niewielkiego królestwa (1,35 miliona mieszkańców w tym roku) co weekend udają się do sąsiada przez Zatokę Perską. Władzom zależało na frekwencji ze szczególnego powodu: radykalnie islamistyczna proirańska opozycja wezwała do bojkotu wyborów nie będąc w stanie ich wygrać.

Część bahrańskich wyborców, zwłaszcza wiekowych to ludzie nie umiejący czytać ‒ im pomagali członkowie komisji. Ale generalnie zadbano o maksymalna prostotę: karty do głosowania były w dwóch kolorach, zielonym i czerwonym, identyczne kolory umieszczono na urnach – tak, aby wszyscy odróżnili wybory do ichniego parlamentu i do samorządu. Frekwencja była znana już w nocy po glosowaniu, wyniki następnego popołudnia. Oczywiście liczba ludności jest nieporównywalna, ale chodzi wszak o system i wolę polityczną ‒ mam wrażenie, że w ostatnich wyborach w Polsce nie było ani jednego, ani drugiego. Kampania profrekwencyjna u nas w zasadzie nie istniała: zapewne władza przeliczyła, że niska frekwencja opłaci się tym razem koalicji rządowej. U nas ‒ sam udział w wyborach był obojętny z punktu widzenia państwa, w Bahrajnie świadczył o utożsamianiu się z państwem.

Szyici kontra sunnici

Znajomy Brytyjczyk, jeden z 10 tysięcy poddanych Jej Królewskiej Mości, mieszkających w tym państewku, które niepodległość uzyskało dopiero w 1971 roku (odrywając się od Wielkiej Brytanii skądinąd) powiedział mi, że Bahrajn to kraj, w którym cudzoziemcowi najtrudniej nauczyć się arabskiego. Dlaczego? Bo 95 proc. mieszkańców mówi po angielsku. Zresztą w Zatoce Perskiej tych, dla których to język ojczysty jest mnóstwo: w samym tylko Katarze żyje 100 tysięcy obywateli Zjednoczonego Królestwa. W języku tym mówią niby wszyscy, ale przewodniczący Zjednoczonego Zgromadzenia Narodowego dr A. Latif Mahmud Al Mahmud na pewno nie. To jeden z wielu polityków, których tu spotkałem. Wszystkich ich łączy lojalność do rodziny królewskiej. Królewskiej, bo od 2001 roku panuje tu już nie emir, a król Hamad ibn Isa Al Chalifa. Nie należy mylić go z najdłużej na świecie urzędującym premierem ‒ 43 lata! ‒ choć szef rządu nazywa się z naszego punktu widzenia bardzo podobnie: Chalifa ibn Salman Al Chalifa. Jest on, jak cala niemal elita tego kraju, muzułmaninem – sunnitą. Ludność natomiast w większości jest szyicka. To, co nie przeszkadzało latami, teraz stało się nagle bardzo ważne i jest cynicznie rozgrywane zarówno przez sąsiedni Teheran, jak i rodzimych fundamentalistów.

Oczywiście walki między szyitami i sunnitami, to ogniska zapalne w wielu krajach świata arabskiego, ale tak dotąd w Bahrajnie nie było. Sympatyczna Sawsan Taqawi, dotychczasowa przewodnicząca Komisji Spraw Zagranicznych, Komisji Obrony i Bezpieczeństwa Narodowego Izby Reprezentantów mówi mi, że jej 16-letni syn dopiero od niej dowiedział się, że mama jest szyitką i musiała mu tłumaczyć, że to nieprawda, że szyici to nie muzułmanie. Ta matka czworga dzieci wyszła za mąż jako studentka w wieku 18 lat, a jej przyszły mąż na pierwsze spotkanie umówił się poprzez… jej rodziców. Składając wizytę w ich domu i zapowiadając, że chce się z nią ożenić… To rzeczywiście obyczaje inne niż te europejskie. Ale małżeństwo ma niemal ćwierć wieku i całkiem dobrze się ma.

Jak jednak zinterpretować, że pani Taqawi, ale także również chociażby inny dotychczasowy członek parlamentu z władz Izby Handlu i Przemysłu Al Hakim Szammary nie kandydowali w tych wyborach. Jak to interpretować? Tym bardziej, że szefowa prestiżowej komisji zajmującej się polityką międzynarodową i kwestiami obronności zapowiada start za 4 lata. Oboje jednak chętnie tłumaczą nam teraz zawiłości polityki wewnętrznej Bahrajnu. Oboje zresztą ubrani są w tradycyjne stroje: ona z obowiązkową chustą na głowie, on w białej szacie zwanej thobe też z charakterystycznym nakryciem głowy (kefija? i służący do jej utrzymania agal) . I choć widziałem kobiety, zwłaszcza młodsze bez chust na głowie, to nie widziałem żadnej parlamentarzystki tego kraju bez tej obowiązkowej islamskiej chusty.

Ropa i perły

Zastępcą premiera – sunnity Chalifa ibn Salmana Al Chalify jest wicepremier – szyita Jawad bin Salem Al Arrayedh. Gdy go spotykam, gratuluję mu tłumu przy urnach, nic już nie mówię, że zazdroszczę, że te urny są przezroczyste, bo to byłby jednak wstyd dla Polski. Mój rozmówca jest też przykładem długowieczności politycznej: jest wiceszefem rządu ponad dwie dekady. Zresztą w krajach arabskich – pomijając te dotknięte „Arab’ Spring” ‒ funkcjonowanie w polityce wygląda zupełnie inaczej niż w Europie. Tam życie toczy się wolniej, a polityczne kariery trwają dłużej…

Oglądam imponujący, kosztowny budynek, który powstał z okazji ustanowienia w tym kraju parlamentu (przy jednoczesnej zamianie: emir stał się królem czyli wzmocniła się władza monarsza, ale też szczęśliwy był naród skoro dostał władzę ustawodawczą). Bardzo nowoczesna ekspozycja („National Action Charter Monument”) pokazująca historię państwowości, że szczególnym podkreśleniem roli islamu, niewątpliwie wzorowana na podobnych w Europie, USA i Izraelu. Można samemu odtworzyć sobie, głównie niestety w języku arabskim, wystąpienia nie tylko monarchy, ale też i innych polityków. Sporo jest filmów i fotografii, ale też specjalne ekspozycje poświęcone dwom bogactwom narodowym Bahrajnu. Jednym jest ropa naftowa, drugim są perły. Dzięki tym bogactwom stać było króla, aby na owym budynku, gdzie odbywają się wszystkie uroczystości państwowe wyryć w kamieniu nazwiska… wszystkich obywateli Bahrajnu!

Czas podsumować krótką wizytę. Bahrajn to kraj w miarę „łagodnego” islamu. Nasi rozmówcy podkreślają, że chrześcijanie i żydzi mają swoich przedstawicieli w parlamencie, a nawet Żyd z Bahrajnu jest ambasadorem tego raju w Ameryce. Warto też dodać, że chrześcijanka Alees Thomas Samaan w 2005 roku była, co prawda bardzo krótko, symbolicznie, ale jednak wiceprzewodniczącą parlamentu.

Czy Bahrajn stanie się kolejną areną podsycanego z zewnątrz konfliktu między szyitami a sunnitami? Oby nie.

W Prasie

Ivy – pierwszy spin

Posted on

“Nowe Państwo”

Czarnecko to widzę…

Czytam w polskiej prasie zachwyty ‒ lub wręcz przeciwnie ‒ nad propagandą Tuska, Kopacz, rządu, itp., itd. Eksperci analizują rzekomo nowatorskie sztuczki i inne PR-owskie figle. Uśmiecham się. Przecież wszystko to już było. Spece od rządowej propagandy, uprawianej za pieniądze polskiego podatnika, tak naprawdę tylko powielają różne chwyty, które inni już dawno wymyślili. Tak, jak wtórny był sztab Tadeusza Mazowieckiego ‒ kandydata na prezydenta RP w 1990 roku, gdy ówczesnemu premierowi wymyślono hasło „Siła spokoju”, a było ono przecież ściągnięte żywcem z pierwszej kampanii prezydenckiej Francoisa Mitterranda. Ten późniejszy dwukrotny prezydent Francji wygrał wybory operując sloganem: „Spokojna siła”.

Ojcem współczesnego marketingu politycznego jest człowiek, którego równą 80-tą rocznicę śmierci obchodziliśmy dopiero co (8 listopada). Ten pierwszy w dziejach „spin doktor” urodził się w USA, w stanie Georgia w 1877 roku. Ukończył prestiżowy Princeton, a potem był dziennikarzem w New York Times i New York World. Ożenił się w wieku 24 lat, a po ośmiu latach miał już trójkę dzieci. Dla światowego PR na szczęście w tamtym czasie reporterzy byli słabo opłacani i stąd, aby utrzymać pięcioosobową rodzinę, Ivy Ledbetter Lee ‒ czas ujawnić w końcu nazwisko tego pioniera propagandy ‒ zaczął pracować w kampanii Setha Lowa w trakcie, gdy ten skutecznie walczył o fotel burmistrza Nowego Jorku.

I. L. Lee nie był od początku geniuszem PR: w 1904 roku mimo jego pomocy sędzia Alton B. Parker przegrał wybory na prezydenta USA z Teodorem Rooseveltem. Zaraz potem założył z byłym dziennikarzem Georgem F. Parkerem firmę Public Relations, którą nazwali swoimi nazwiskami. Mottem firmy było: „Dokładność, Autentyczność i Interes”.

Ivy jako pierwszy uznał, że najlepszą metodą jest nie tyle ukrywać złe wydarzenia, lecz przeciwnie pokazywać je, jednocześnie kontrolując przekaz („narrację”). Tak było, gdy wybronił z tarapatów magnata kolejowego Goerge’a F. Baera. Po katastrofie pociągu Ivy Lee nie tylko poinformował dziennikarzy o tym co się stało, ale ‒ rzecz szokująca na tamte czasy ‒ zaprosił ich na miejsce dramatu. Media to „kupiły”.

Gorzej poszło mu, gdy reprezentował właścicieli kopalni antracytu. Ojca amerykańskiego PR-u oskarżono wtedy o wówczas o uprawianie zwykłej propagandy. Tymczasem to, co wówczas robił Mr Lee było formą delikatnej perswazji w porównaniu z chamską, łopatologiczną propagandą jego następców w Europie i USA przez następne stulecie. Ale właśnie wtedy wymyślił Declaration of Principles. Owa Deklaracja Zasad jest przez wielu uważana za przełom w branży PR.

W czasie wielkiego górniczego strajku Lee skutecznie zasugerował właścicielom kopalń „ucieczkę do przodu” przez przeproszenie górników i podwyżkę ich pensji co spowodowało, że media mówiły głównie o tym, a nie o śmierci górników brutalnie spacyfikowanych przez policję. Dzięki sławie wówczas zdobytej zatrudnił go najbogatszy Amerykanin John D. Rockefeller. Amerykański milioner miał fatalną reputację – ale Ivy dokonał cudów. Rockefeller wystąpił w filmiku (dziś nazwalibyśmy to spotem): grał w nim w golfa i … rozdawał dzieciom dziesięciocentowe monety. Przez następne niemal ćwierć wieku do śmierci magnata amerykańskich finansów w 1937 roku wszyscy Amerykanie wspominali kultowe dziesięciocentówki Rockefellera i mało już kto chciał pamiętać o masakrach robotników, łamaniu strajków i niszczeniu związków zawodowych.

W czasie I wojny światowej, gdy było, jak nigdy dotąd, tak wielu rannych i zaginionych ‒ i w związku z tym kluczową rolę odgrywała organizacja Czerwonego Krzyża ‒ I. L. Lee został asystentem szefa Amerykańskiego Czerwonego Krzyża i brylował w mediach.

Pod koniec życia podejrzewano go, że po cichu doradzał Związkowi Sowieckiemu, dążąc do poprawy relacji handlowych między Moskwą a Waszyngtonem. Do tego sugerowano, że współpracował, ze słynną firmą I. G. Farben w hitlerowskich Niemczech. Obu oskarżeń nigdy jednak nie udowodniono.

Spin doktorzy III RP mogliby mu czyścić buty.

W Prasie

Kto szkodzi państwu?

Posted on

logo

W czasach komuny władza najbardziej bała się międzynarodowego nagłośnienia jej grzechów. Stąd tak zaciekle atakowała Radio Wolna Europa i inne rozgłośnie, z furią reagowała na przekazywanie na Zachód informacji o działalności opozycji i prześladowania tejże przez rząd PRL. Oczywiście przy okazji ubierała się w pióra patriotów(!) oburzonych, że „elementy antysocjalistyczne” szkalują – przecież wspólną! ‒ ojczyznę. Propaganda ta szczególnie spektakularna była w stanie wojennym.

Dzisiaj mamy powtórkę tamtych mrocznych czasów. Próba „umiędzynarodowienia” przez europosłów PiS na gruncie europejskim wyborczych nieprawidłowości (a raczej fałszerstw) spotkała się z identyczną reakcją PO-PSL i „zaprzyjaźnionych telewizji” ‒ jak ta, która przed ponad trzema dekadami objawiała się na łamach „Trybuny Ludu”, „Żołnierza Wolności” i konferencjach Urbana.

Gdy po wyjściu ze studia TV w prywatnej rozmowie zapowiedziałem jednemu z medialnych liderów PO, że w sprawie „cudów na urną” PiS zorganizuje w Parlamencie Europejskim tzw. „public hearing” („publiczne wysłuchanie”), owa osoba odparła mi emocjonalnie: „oskarżymy was, że szkodzicie państwu”.

Cóż, może szkodzimy państwu Komorowskim czy państwo Tuskom. Bo Państwu Polskiemu szkodzą rządy ludzi, którzy chcą utrzymać się u władzy na szczeblu lokalnym (czy tylko?), uciekając się do „poprawiania” wyniku wyborów.

W Prasie

Umiędzynarodowić wyborczy skandal w Polsce

Posted on

logo

Dziewięć lat temu w Strasburgu w siedzibie Parlamentu Europejskiego prestiżową nagrodę Sacharowa przeznaczoną dla tych, którzy na całym świecie walczą o wolność dostała międzynarodowa organizacja dziennikarska „Reporterzy bez granic”. Pamiętam dobrze tę uroczystość. „Reporterzy” zostali uhonorowani, bo bronili (i dalej bronią) dziennikarzy, którzy w wielu krajach na świecie są cenzurowani, prześladowani, zamykani w więzieniach, a nawet zabijani. Chichot historii polega na tym, że gdy do stolicy Alzacji, do siedziby PE przyjechał doktor Denis Mukwege, laureat tegorocznej nagrody Sacharowa, lekarz i obrońca afrykańskich kobiet, w tym samym czasie jeden z poprzednich laureatów tej nagrody ‒ właśnie organizacja „Reporterzy bez granic” ‒ protestowała przeciwko uwięzieniu w Polsce dwóch dziennikarzy relacjonujących wydarzenia z Państwowej Komisji Wyborczej. To wydarzenie komentowane jest – podobnie jak wejście służb specjalnych do redakcji jednego z tygodników, gdy ujawniona została „afera podsłuchowa” ‒ jako przejaw standardów raczej białoruskich czy rosyjskich niż europejskich.

Utracony kontakt z przyzwoitością

Grupa (frakcja) Europejskich Konserwatystów i Reformatorów jednogłośnie(!) przyjęła projekt rezolucji Parlamentu Europejskiego, która jednoznacznie potępia machinacje wyborcze w Polsce podczas wyborów do samorządów lokalnych. Próbowaliśmy też tą sprawą zainteresować europarlament już dzień wcześniej, wznosząc to jako „urgent” czyli pilny wniosek o zmianę porządku obrad. Okazało się jednak, że ważniejsza od uznania oczywistych faktów była dyscyplina partyjna i np. frakcja EPP (Europejska Partia Ludowa – tam gdzie jest PO i PSL) miała odgórne zobowiązanie wobec swoich europosłów, aby projekt ten odrzucić. Na tym tle, paradoksalne, lepiej zachowali się Zieloni, którzy co prawda naszego wniosku nie poparli, ale przynajmniej w większości wstrzymali się od głosu, a więc przynajmniej nie stracili kontaktu wzrokowego z przyzwoitością.

Ciekawe, że przeciwko temu wnioskowi byli również socjaliści. Pokazuje to skądinąd, że przełożenie SLD na arenie europejskiej jest więcej niż niewielkie, bo przecież ta partia protestowała, wraz z Prawem i Sprawiedliwością, gdy trwał żenujący festiwal PKW. O tyle to dziwna sytuacja, że lewica w Polsce jest w opozycji, a nie u władzy (mówimy o formalnej lewicy), a więc europejscy socjaliści powinni nie mieć hamulców, aby skrytykować przebieg wyborów w Polsce. Skądinąd pamiętam jak ci sami eurosocjaliści byli bardzo skorzy, aby potępiać „łamanie demokracji” w innym kraju członkowskim Unii czyli w rządzonych przez centroprawicę Węgrzech.

Nie trzeba głośno mówić”???

Gdy partia Jarosława Kaczyńskiego postawiła sprawę skandalicznego przebiegu wyborów samorządowych w Polsce na forum Parlamentu Europejskiego, odezwały się głosy oburzonych polityków Platformy krzyczących, że to skandal, iż PiS umiędzynaradawia tę, przecież wewnątrzpolską, sprawę… . Cóż, zapomniał wół, że cielęciem był. Pamiętam, jak w 2006 roku europosłowie PO, wspólnie między innymi z Niemcami, atakowali rząd PiS za to, iż uznał, że Polska nie może być krajem świętych krów i odstępstw dla jednostek od stosowania prawa ‒ i procedurze lustracyjnej, takiej samej dla wszystkich, musi się poddać ś. p. profesor Bronisław Geremek. W Strasburgu odbył się żenujący spektakl – sąd nad Polską, w której rzekomo łamane są prawa człowieka – a konkretnie europosła Bronisława Geremka (Unia Wolności). Wtedy politycy

Platformy, ale też SLD uznali za stosowne „umiędzynarodowić” tę sprawę. Po ośmiu latach standardy PO się widać zmieniły, dzięki czemu mogliśmy oglądać we Francji, w siedzibie Parlamentu Europejskiego cyrk pełen hipokryzji. Cóż, dla obecnej władzy „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Widocznie uznano, że dla bardzo partykularnych interesów władzy i osobistych należy przenieść – to dobre określenie ‒ zmowę milczenia w sprawie wyborów w Polsce AD 2014 na forum międzynarodowe. Pasuje tu, jak ulał, tytuł książki Józefa Mackiewicza „Nie trzeba głośno mówić”. Kolejny chichot historii to fakt, że wniosek EKR został przedstawiony m. in. przez profesora Ryszarda Legutko, który pięć dni przed wyborami samorządowymi w naszym kraju został laureatem właśnie nagrody im. Józefa Mackiewicza.

Wybory jak eurobumerang

Niech nikt nie myśli – nad Wisłą, Odrą czy Wartą, ale też nad Renem czy Sekwaną ‒ że sprawę tę w w europarlamencie odpuścimy. Oczywiście będziemy dalej uparcie ją podnosić na forum międzynarodowym. Zdajemy sobie sprawę, że będą nas spotykały zarzuty identyczne, jak te, które podnoszono w dobie antyPRL-owskiej opozycji w latach 1970. Wówczas komunistyczna propaganda – także potem w stanie wojennym – atakowała opozycjonistów za to, że śmią nagłaśniać na Zachodzie łamanie praw człowieka, ale też, uwaga, fałszowanie wyborów w latach 1980. Dziś, po trzech dekadach widać gołym okiem, że zmieniło się w Polsce wiele, aby nic się nie zmieniło: dalej fałszuje się wybory i dalej słyszymy, że ci, którzy o tym śmią informować Zachód są „gorszymi Polakami” i że to „przejaw braku patriotyzmu”.

Jestem przekonany, że na najbliższej sesji Parlamentu Europejskiego w Strasburgu, już w połowie grudnia, podejmiemy tę kwestię ponownie, mając w ręku silny argument jednogłośnie przyjętego przez grupę Europejskich Konserwatystów i Reformatorów projektu rezolucji w sprawie skandalu wyborczego w Polsce. Poza Polakami poparli ją także Brytyjczycy, Niemcy, Finowie, Duńczycy, Holendrzy, Belgowie, Irlandczycy, Grecy, Czesi, Słowacy, Bułgarzy, Łotysze, Litwini i Chorwaci.

Wiemy, że historia to nas obdzieli racją, a ich ‒ obrońców wyborczych przekrętów – wstydem.