W Prasie

Bronisław Komorowski i gąska

Posted on

logo

Bronisław Komorowski ma straszliwego pecha. Najpierw wydukał w telewizji swoje pierwsze wyborcze przemówienie, co chwila zerkając na pulpit. Nawet żonę pozdrowił… z kartki! Proszę wszystkie czytelniczki o poinformowanie innych dam, że urzędujący prezydent to facet, który własną małżonkę pozdrawia, jak mu to napiszą i jeszcze musi się upewnić, czy aby dobrze czyta.

Komorowski od razu zaatakował kontrkandydatów. Choć nie wymienił nazwiska Andrzeja Dudy, to wiadomo, że o kandydata PiSu mu chodziło. Najwyraźniej go się obawia – to dobry znak. Ktoś, kto jest pewny wygranej, raczej by udawał męża stanu, a nie atakował. Kandydat PO już przed tygodniem miał kwaśną minę: koalicyjny PSL wystawił własnego kandydata.

Oznacza to dla niego nie tylko kilka procent głosów mniej – choć to także – ale przed wszystkim utratę argumentu, że urzędujący prezydent jest kandydatem szerszego obozu. Bycie kandydatem wyłącznie partyjnym – to minus.

Doktor Andrzej Duda z PiSu jest kandydatem szerokiej koalicji prawicowej, składającej się z czterech partii i wielu środowisk – w odróżnieniu od partyjnego kandydata PO Komorowskiego. Dlatego Komorowski niech nie wita się z gąską…

W Prasie

Izrael. Dziennik polityczny

Posted on

logo-GP

GEOPOLITYKA

Znowu, po latach, jestem w Izraelu. Szczególny naród, szczególny kraj. Żydowska wyspa na arabskim oceanie – patrząc z demograficznego punktu widzenia. Który to mój pobyt w regionie zwanym w Polsce Bliskim Wschodem a na całym zachodnim świecie – „Środkowym Wschodem”? Ósmy? Dziewiąty? W tym jednak dwa pobyty w Autonomii Palestyńskiej, raz jako oficjalny obserwator wyborów z ramienia Parlamentu Europejskiego. Kto jeździ tylko do Izraela, a nie był nigdy w Autonomii, na Zachodnim Brzegu w strefie Gazy lub kto jeździ tylko do Autonomii, a nie rozmawia z Żydami w Tel-Avivie, Jerozolimie czy opiewanej przez Marka Hłaskę Hajfie, nie zrozumie relacji izraelsko-palestyńskich wciąż przecież przypominających węzeł gordyjski.

Pamiętam rożne wizyty na ziemi izraelskiej, na której zresztą coraz więcej jest Palestyńczyków (wyższy wskaźnik urodzin, mimo że w tradycyjnych rodzinach żydowskich też jest on duży). Wtedy, gdy obserwatorom na wybory dawano kamizelki kuloodporne. Wtedy, gdy pojechałem do Hebronu, obawiając się nie tyle strać Żydów z Palestyńczykami, ale walk pomiędzy Żydami: osadnikami, zwykle bardzo religijnymi i żołnierzami izraelskimi, którzy musieli usuwać ich z nielegalnie zajętych domów ‒ wbrew planowi pokojowemu uzgodnionemu z Palestyńczykami. Wtedy, gdy przyjął mnie sędziwy prezydent Szimon Peres. Wtedy, gdy rozmawiałem z Polkami, żonami Palestyńczyków z Autonomii, przerażonymi o los swoich rodzin i poczuwających się do polskości dzieci.

Tym razem byłem w Izraelu jako przedstawiciel AECR czyli Alliance of European Conservatives and Reformists ‒ europejskiej partii zrzeszającej ugrupowania konserwatywne, eurorealistyczne i wolnorynkowe (a wśród nich brytyjska, rządząca Partia Konserwatywna, polski PiS, założony przez byłego prezydenta Czech Vaclava Clausa ODS, rządząca Turcją partia prezydenta Erdogana i premiera Davatoglu AKP oraz szereg innych ugrupowań zarówno ze „starej”, jak i „nowej” Unii, ale też państw, które w UE nie są, choćby cztery partie z Kaukazu Południowego, Partia Postępu rządząca Islandią czy ugrupowanie z Bośni skupiające miejscowych Chorwatów).

Rozmawiamy z ugrupowaniem, które jest główną partią rządzącej koalicji, zresztą kolejny raz. Mowa o Likudzie – partii premiera Benjamina „Bibi” Netanjahu. Pamiętam go, gdy przyjechał do Polski w 1998 roku i razem szliśmy w Marszu Żywych w Auschwitz. Już wtedy był premierem. Niestety, szliśmy osobno: Netanjahu z izraelską ekipą, a ja jako minister do spraw europejskich i szef KIE z premierem Buzkiem. Szkoda, że nie był to Marsz bardziej wspólny.

Politycy w UE zakładnikami muzułmanów

Minęło 17 lat. Pierwsze spotkanie w Jerozolimie po nocnym lądowaniu z Brukseli odbywa się w Kancelarii Premiera. Naszym rozmówcą jest minister do spraw wywiadu Yuval Steinitz. Członek rządu z Likudu mówi nam o sytuacji państwa otoczonego znacznie liczniejszymi arabskimi sąsiadami. Wyczuwam, że chyba jest trochę zawiedziony miękkim stanowiskiem krajów UE wobec kwestii bliskowschodniej. Odpowiadam, że na przestrzeni ostatniej dekady – a widać to szczególnie dobrze z perspektywy Parlamentu Europejskiego ‒ zmienia się stosunek elit politycznych Europy do Izraela. Jest on coraz bardziej sceptyczny. Nie wynika to bynajmniej z jakiejś rewizji historii czy, Boże broń, antysemityzmu, lecz ze zmian demograficznych w najbogatszych krajach Unii. Główne partie polityczne w zachodniej Europie liczyć się bowiem muszą z narastającą liczbą islamskich wyborców. Ba, po części stają się nawet ich zakładnikami. Nie chcą drażnić czy zrażać muzułmanów zbytnio proizraelską polityką. Skądinąd coraz więcej muzułmanów odgrywa rolę nie tylko w narodowych parlamentach, ale również (Francja, po części Wielka Brytania) we władzy wykonawczej.

Doktor filozofii Steinitz, autor popularnych w Izraelu książek filozoficznych, były minister finansów, wie, że Izrael musi się bronić. Ale też, że podziały między krajami arabskimi działają na rzecz Tel-Avivu.

W maju odbędą się w Izrael wybory. Likud ma szansę na zwycięstwo, ale proces stworzenia rządu może potrwać długo. Czy znów będzie zakładnikiem kilku małych, ale ważących o „być lub nie być” koalicji rządowej partii religijnych fundamentalistów?

Objeżdżamy system umocnień w Jerozolimie, zbudowany za rządów Izaaka Rabina, po tym, gdy muzułmański terrorysta zdetonował bombę w autobusie pełnym izraelskich dzieci. Architekt tej swoistej fortecy to Danny Tirza, były wojskowy, który pracował w kancelarii premiera Rabina i pamięta jego wściekłość po masakrze dzieciaków w Jerozolimie. Władze izraelskie nie chciały być bezczynne i postawiły mur, który ‒ choć kontrowersyjny dla różnych międzynarodowych organizacji praw człowieka ‒ jednak zmniejszył liczbę ofiar bombardowań rakietami z terenów zamieszkałych przez Palestyńczyków.

Czy paryski szok zmieni stosunek do Izraela?

Spotkanie z kolejnym ważnym człowiekiem Likudu Zeevem Elkinem. Od niespełna roku pełni funkcję szefa chyba najważniejszej komisji w Knesecie (jednoizbowy parlament izraelski) – Komisji Spraw Zagranicznych i Obrony. Wcześniej był wiceszefem MSZ. Ale urodził się w ukraińskim Charkowie i do wyjazdu do Izraela w grudniu 1990 roku aktywie działał w ruchu tamtejszej żydowskiej diaspory Bnei Akiva. Jest posłem po raz trzeci, ale pierwszy raz został wybrany z listy partii Kadima, której liderem była Tzipi Livni, niegdyś szefowa MSZ, w swoim czasie żelazna kandydatka na premiera państwa Izrael. Skądinąd ‒ jak wielu izraelskich polityków – przed polityczną karierą służyła w izraelskich służbach specjalnych (a wcześniej była porucznikiem w wojsku, po którym przeszła do Mossadu). Jej ojciec Eitan Benozowicz Livni pochodził z Polski. Była wysoko w partyjnej hierarchii Likudu, ale gdy notowania tej partii bardzo spadły, założyła własną centroprawicową partię. Okazało się jednak, że albo prawicowi wyborcy w Izraelu (i nie tylko w Izraelu) są dość konserwatywni i lubią stare szyldy, albo nie ma tyle charyzmy i zdolności przywódczych, co Netanjahu i choć Kadima jest dalej w parlamencie, to odgrywa znacznie mniejszą rolę niż Likud.

Kneset, jeden z najpilniej strzeżonych budynków w Izraelu, jest pusty o tej porze. Oglądam tableau z czarno-białymi zdjęciami 120 członków parlamentu, przy czym przewodniczący komisji, w drodze wyróżnienia mają zdjęcia… kolorowe. Bardzo nowoczesny gmach w bardzo starym mieście. Mieście szczególnym zarówno dla Żydów, jak i Palestyńczyków, bo to jedno z trzech świętych miejsc dla muzułmanów. Obie strony roszczą pretensję do Jerozolimy i jest to jeden z wielu powodów, dla których konflikt izraelsko-palestyński, według mnie, mimo wszelkich planów pokojowych, Nagród Nobla, amerykańskich nacisków będzie trwał do końca świata i o jeden dzień dłużej.

Rozmowa w Hotelu King David, który gościł Menachema Begina (urodził się jako Mieczysław Biegun w Brześciu nad Bugiem), który wcześniej przeprowadził w nim zamach terrorystyczny (!), Anwara Sadata, Jimmy’ego Cartera i wszystkich świętych ‒ z Davidem Horowitzem redaktorem naczelnym anglojęzycznego „The Times of Israel”. Ten znany dziennikarz jest jednym z wielu przykładów ludzi urodzonych poza Izraelem, którzy jednak przyszłość związali z ojczyzną przodków. Urodził się w Londynie w 1962 roku i jako 21-letni brytyjski obywatel wyemigrował do Państwa Izrael. Pisze też dla „New York Timesa”, „Los Angeles Times”, gazet brytyjskich i irlandzkich, jest stałym komentatorem CNN i BBC oraz współautorem biografii Izaaka Rabina.

Kolacja z wiceszefem Narodowej Rady Bezpieczeństwa Izraela Eranem Lermanem. On też przyszedł do administracji ze służb specjalnych, w których służył przez wiele lat. Inaczej niż szereg komentatorów w Europie Zachodniej, zagrożeń upatruje nie tyle w radykałach islamskich, co w islamie jako religii z istoty swojej nietolerancyjnej wobec ludzi, którzy nie wierzą w Mahometa.

Po ostatnim zamachu w Paryżu można sądzić, że izraelska walka o przetrwanie w oceanie islamu będzie jednak nieco łatwiejsza: wielu ludziom, choć na pewno nie wszystkim, otworzył on oczy.

W Prasie

Antypolski festiwal

Posted on

logo-GPSiedemdziesiąta rocznica uwolnienia pozostałych przy życiu więźniów – żydowskich, polskich i wielu innych nacji w Auschwitz-Birkenau znów stała się okazją do antypolskiego festiwalu. To była zgroza. Oszczerstwa o „polskich obozach” rozlały się niczym szambo po zagranicznych mediach. Używano też określeń: „polskie obozy eksterminacji”, „polskie obozy zagłady” czy „obozy w Polsce”. Lista hańby mediów europejskich i amerykańskich jest długa. Dłuższa niż niektórzy się spodziewali. Może i dłuższa niż w ostatnich latach.

Oto media, które łgały jak pies, na chama zmieniając historię: 1. USA – tygodnik „Time” , dziennik „Star Tribune”, CNN. 2. Wielka Brytania – „Evening Standard”, „Daily Mail”. 3. To już szczególny tupet: Niemcy ‒ „Frankfurter Allgemeine Zeitung” (FAZ), „Mannheimer Morgen”, „RheinNeckarZeitung”, RTL. 4. Francja: „Liberation”, „Le Monde”(!), LCI i niemal wszystkie inne telewizje informacyjne. 5. Włochy: „Il Giornale”, „Corriere della Sera”. 6. Izrael, niestety: „Jewish Journal”. 7.Czechy: Česká Televize (nadawca publiczny!) i międzynarodowe: Euronews oraz MTW News.

Szczególnie bolesny był fakt, że nawet na stronie internetowej działającego w Izraelu Instytutu Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu Yad Vashem pojawiło się takie obrzydliwe zakłamanie.

Jak te antypolskie brednie wyglądały w praktyce? Oto francuska LCI, na lewej stronie ekranu, na górze, napis ‏‒ w trakcie relacji na żywo z uroczystości w Auschwitz ‒ „Direct Auschwitz Pologne”… . Inne francuskie telewizje informacyjne rozwinęły ten wątek: Niemcy zrobili obóz w Auschwitz, ponieważ… najwięcej antysemitów było w Polsce.

Żeby nie być gołosłownym polecam – starannie myjąc ręce po wyklikaniu tego kłamstwa, co innym też sugeruję ‒ następujący link:

http://www.francetvinfo.fr/monde/europe/auschwitz/video-les-commemorations-du-70e-anniversaire-de-la-liberation-d-auschwitz-se-preparent_806925.html

W niemieckiej RTL 26 stycznia w poniedziałek w dzienniku o 19:30 można było usłyszeć, że w Auschwitz byli tyko Żydzi. A także, że tylko Armia Czerwona „zauważyła” ten obóz i postanowiła go oswobodzić – a w tym czasie w Polsce panował koszmar antysemickich nastrojów.

Muszę gwoli uczciwości dodać, że we francuskich telewizjach była też mowa o tym, że Żydzi byli mordowani przez już nie anonimowych, bez przynależności narodowej „nazistów”, ale konkretnie ‒ przez Niemców. Brawo za nazwanie rzeczy po imieniu, ale moralna kula w łeb za parszywe, nikczemne kłamstwa o „polskich obozach”.

Osobiście odbierałem esemesy, mejle, telefony od słusznie rozwścieczonych Polaków. Wściekł się polski Waszyngton, wściekł się polski Paryż, dygotała z gniewu polska Bruksela. Widział to każdy, kto ogląda zachodnie telewizje i nie zamyka oczu, gdy plugawią polską historię.

Najłatwiej złapać takich medialnych gangsterów, gdy ogłoszą coś drukiem, lub – co coraz częstsze ‒ na portalu internetowym. Papier plami – mówi stare polskie powiedzenie. Gorzej, gdy takie zniekształcanie historii ma miejsce w telewizji czy radiu. Proste: trudniej takim hultajom udowodnić, trzeba sięgać do archiwum, itd. Ale właśnie tym bardziej uderzenie w polską historię poprzez tego typu media elektroniczne jest szczególnie parszywe, bo ma większą siłę rażenia, a trudniej się bronić.

Nie powinniśmy poprzestać na odruchach wściekłości i reakcjach oburzenia w naszym, polskim, środowisku – w kraju i na emigracji. Powinniśmy wyjść z tym na zewnątrz. Niech każdy zacznie od siebie. Należy powiedzieć o tych kłamstwach cudzoziemcom – ja uczynię to kolegom-cudzoziemcom-europosłom w instytucji, w której pracuję. Podniosę to na sesji Parlamentu Europejskiego w Strasburgu w lutym, bo nasze zbiorowe i indywidualne, polskie milczenie jest najgorszą reakcją: zachęca tylko do powielania takich kłamstw.

PS. Piszę ten tekst w złości. I szybko, bo czasu mało: właśnie musiałem wypełniać przeszło godzinę w internecie formularz wizowy na stronie ambasady USA. Amerykanie przestańcie w końcu z tymi wizami!

W Prasie

Nie taki grecki diabeł straszny…

Posted on

logo

Niegrzeczne europejskie dzieci są straszone przez Brukselę nowym rządem Grecji. Z tego przekazu wynika, że Unia Europejska w ogóle, a strefa euro w szczególe, to krainy stabilnej szczęśliwości, które mogą być teraz poddane próbie awanturniczej polityki populistów z Aten. Efektownie to wygląda, ale jest to tylko próba wygodnego dla najbogatszych państw UE „spozycjonowania” rządu (i kraju), który nie chce tańczyć, jak mu zagra Berlin z Paryżem oraz Brukselą w tle. Jest to także dość umiejętna ucieczka od własnych europejskich, unijnych, „eurolandowych” przewinień i grzechów wobec Aten. Mówienie, że relacje Europa ‒ Grecja to biało-czarny film, obsadzony przez pozytywnego bohatera: Unię i przez „szwarccharakter” w postaci leniwego narodu, który akurat wybrał ‒ o zgrozo! ‒ populistyczny rząd to doprawdy więcej niż uproszczenie. To politycznie umotywowane kłamstwo.

W Grecji wybory wygrała bardzo lewicowa i eurosceptyczna Syriza. Gdy ją zakładano w latach 1990, była zlepkiem komunistów, eurokomunistów, maoistów i alterglobalistów. Powoli zdobywała zaufanie Greków, bo zdecydowany program prosocjalny umiejętnie łączyła z patriotycznym sprzeciwem wobec „szarogęszenia” się tzw.„Trojki” czyli instytucjonalnego połączenia UE z międzynarodowymi instytucjami finansowymi. Symbioza odwołania się do wspólnoty narodowej oraz negacja dyktatu ekonomicznego ze strony „Brukseli” (czytaj: Niemiec) okazała się bardzo skuteczna.

Nic o Unii bez Greków!

W tej wiktorii lewicowych eurosceptyków pomogła też wyjątkowa na skalę europejską grecka ordynacja wyborcza. Nie tylko buduje ona więzy rodzinne, bo nakazuje obywatelom głosować w miejscu swojego urodzenia, a nie zamieszkania, ale przede wszystkim premiuje partie z najlepszym wynikiem specjalnym bonusem w postaci aż 50 dodatkowych mandatów. Syriza wygrała wyraźnie, ale ten dodatkowy ordynacyjny podarunek umożliwił jej wykreowanie bez żadnego wysiłku koalicji z ‒ uwaga, bo to rzadko się podkreśla ‒ z prawicową, też eurosceptyczną partią „Niezależni Grecy”. Cóż, można powiedzieć, że Grecy A.D. 2015 twórczo przerobili słynne hasło Karola Marksa „Proletariusze wszystkich krajów łączcie się” na „Eurosceptycy całej Hellady łączcie się”. Łączcie się ‒ dodajmy ‒ w Radzie Ministrów…

Nie nastąpiła, póki co, po zmianie rządu, wbrew strachom medialnym i eksperckim, żadna zmiana w polityce zagranicznej Aten. Grecja nie zawetowała przedłużenia sankcji wobec Rosji ‒ mimo, że sam czytałem wypowiedzi szeregu „analityków”, że tak właśnie „na pewno” się stanie. Groźba tego weta, która faktycznie miała miejsce ze strony nowego szefa MSZ Nikos Kotzias, miała charakter sygnału dla Brukseli: „nic o nas bez nas”, „musicie się z nami liczyć” . Nowa Hellada chciała wymusić szacunek dla nowego rządu i ustawić relacje z Brukselą na zasadach przynajmniej w jakimś stopniu podmiotowych. I to uzyskała.

Aleksis Cipras nie chciał być Donaldem Tuskiem, który w 2009 roku, zajęty zwalczaniem PiS-u w Sejmie RP spóźnił się do Brukseli i decyzję o wyborze Hermana Van Rompuya na szefa Rady Europejskiej podjęto poza nim i Polską – a szef rządu w Warszawie tylko ją biernie akceptował.

Ateny w kieszeni UE , a nie Moskwy

Jest faktem, przyznajmy, że rosyjskie media pokładają dużą nadzieję w nowym lewicowo-prawicowym eurosceptycznym rządzie. Wystarczy posłuchać radia Sputnik czy poczytać portale. Tymczasem mogą to być złudne nadzieje. W jakim sensie? Oczywiście Grecja pozostanie sobą czyli prawdopodobnie najbardziej prorosyjskim krajem w Unii Europejskiej i NATO. Naturalnie to się nie zmieni. Wynika to ze względów kulturowo-cywilizacyjno-religijnych (solidarność narodów prawosławnych!), ale też po części historyczncyhc, bo przez setki lat prawosławna Grecja i prawosławna Rosja miała problemy z muzułmańską Turcją – a to zbliża (właśnie stąd skądinąd prorosyjskie nastroje w wielu krajach bałkańskich choćby Bułgarii czy Serbii). Jednak nie należy się spodziewać, aby, będąca w europejskiej (niemieckiej, francuskiej) kieszeni Grecja dokonywała diametralnego, zdecydowanie prorosyjskiego zwrotu w swojej polityce zewnętrznej. Pod tym względem będzie jak było. Zresztą Ateny zawsze były inne. Pamiętam swoją wizytę w Atenach jako ministra do spraw europejskich – szefa KIE w 1998 roku i spotkania z prezydentem Grecji Konstandinosem Stefanopulosem oraz premierem tego kraju Kostasem Simitisem i punkt rozbieżności w postaci zakupów przez Ateny broni w… Rosji. To pokazuje, że Grecja należąca do struktur europejskich (EWG) od 34 lat, a do NATO od 63 lat zawsze miała tam specjalną pozycję. Wskazując na dotychczasową prorosyjskość Grecji, należałoby zwrócić uwagę, że dużo bardziej brzemienne w skutkach są przychylne względy, jakimi Moskwa cieszy się w Wiedniu, Hadze czy Paryżu – choć tak, jak w przypadku Aten nie przekłada się to na decyzje w sprawie sankcji (choć w kwestii importu żywności Rosji do Francji ‒ już tak).

Jeżeli gazety „głównego nurtu” w naszym kraju oburzają się wizytą lidera „Niezależnych Greków” Panosa Kammenosa w Moskwie kilka tygodni przed wyborami – został właśnie w koalicyjnym rządzi szefem resortu obrony – to mogę tylko się uśmiechnąć. Te same media jakoś w ogóle nie przejęły się faktem, że to wielka Francja, a nie mała Grecja złamała unijną solidarność w kontekście decyzji o eksporcie do Rosji produktów żywnościowych, te same media ignorują w zasadzie całkowicie specjalne relacje Berlina z Moskwą – nawet jeśli są one teraz zamrożone, co wynika zresztą wyłącznie z tego, że Niemcy chcą od Rosjan ugrać jak najwięcej i rzecz w cenie, jaką chcą wytargować, a nie w samym fakcie bliskiej współpracy.

Grecja – wbrew obiegowym opiniom – nie chce wychodzić z eurolandu ani tym bardziej z UE. Nie chce natomiast realizować drastycznego planu oszczędnościowego narzuconego do spółki przez „trójkąt bermudzki” w składzie: Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Europejski Bank Centralny, Unia Europejska. Planu oszczędnościowego skądinąd krytykowanego przez wielu zachodnich ekonomistów. Wrzucanie Grecji do worka z napisem „beztroscy utracjusze” jest de facto zaśpiewaniem w berlińsko-brukselskim chórze, który wszak śpiewa hymn pochwalny dla interesów własnych i własnych banków. A to doprawdy fałszywa melodia.

W Prasie

Dwie Polski

Posted on

NowePanstwo

Tytuł jest przewrotnym nawiązaniem do eseju Jana Józefa Lipskiego o dwóch Polskach („Ten jest z ojczyzny naszej”). Ale to też po prostu nazwanie rzeczywistości AD 2014/2015 po imieniu. Oto jak po marszu, zorganizowanym przez PiS 13 grudnia, mówił minister od Komorowskiego Tomasz Nałęcz: „W Polsce jest wolność. Każdy może stanąć pod Belwederem i kłamać. I włos mu za to z głowy nie spadnie”. Z tego wynika, że pan Nałęcz, zresztą profesor (!), jest z zupełnie innego kraju niż ja ‒ i my. Wolność ‒ według prezydenckich urzędników i ich patrona, ale także partii pana prezydenta ‒ jest i basta. Trwa od ćwierćwiecza, od 1989 roku, gdy odbyły się, jak teraz słyszymy, pierwsze wolne wybory. Zadekretowano ją odgórnie. Wersję tę głosi m.in. pan Komorowski – ten sam Komorowski, który te wybory przed 25 laty zbojkotował, bo wówczas jako człowiek związany ze środowiskiem „Głosu” Macierewicza i Naimskiego (pamiętam m.in. zebrania redakcji z jego udziałem w mieszkanku na warszawskim Żoliborzu, a konkretnie na Sadach Żoliborskich) uważał, że nie należy brać udziału w czymś, co uwiarygadnia komunistów, a „Solidarności” daje raptem jedną trzecią miejsc w Sejmie PRL (sic!). Teraz wół Bronek nie pamięta, że cielęciem był i swój ówczesny akt bojkotu woli wymazać gumką-myszką.

A więc jest wolność – szkoda, że nie dla wszystkich. Dla czworga dziennikarzy, którzy relacjonowali wydarzenia w PKW jakoś wolności zabrakło. Do tego stopnia, że upomniała się o nich prestiżowa organizacja dziennikarska „Reporterzy bez Granic”, która zresztą z PiS i Kaczyńskim ma tyle wspólnego, co ja z chińskim baletem i nurkowaniem głębinowym. Wolność jakoś nie objęła twórcy strony internetowej „Antykomor”. Młodego człowieka zabrano o szóstej rano, a więc o porze zarezerwowanej ponoć dla zbirów z PiS-owskiego CBA, przetrzymała go policja. Zaś owa strona, w ramach wolności, nie istnieje.

O tym mówiłem właśnie przed Belwederem 13 grudnia. Dla mnie to smutne, ale bezsporne fakty, które wpisują się we wspólny mianownik o nazwie „brak wolności”. Dla pana ministra Nałęcza z prezydenckiej kancelarii, skądinąd delegata na ostatni zjazd PZPR i świadka pamiętnej sceny, gdy wreszcie padła komenda: „sztandar wyprowadzić” ‒ to kłamstwo.

Pytania o wolność są ważne. Pamiętam, gdy je zadawaliśmy jako kilkunastolatkowie w pierwszych miesiącach stanu wojennego. Pamiętam język tamtej obrzydliwej, komunistycznej propagandy. Wówczas „umiędzynaradawianie” Sprawy Polskiej, występowanie zagranicą w sprawie internowanych było traktowane przez „Żołnierza Wolności”, „Trybuny Ludu” oraz dzisiejszego wyborcę PO Jerzego Urbana jako działania przeciwko państwu polskiemu. Dziś słyszę ten sam, nienawistny bełkot, gdy umiędzynaradawiamy sprawę wyborów samorządowych w naszym kraju na forum Parlamentu Europejskiego. Ta rzeczywista mowa nienawiści powróci, gdy będziemy czynić to ponownie – a będziemy – i na forum europarlamentu, i na forum mieszczącego się w Strasburgu Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy.

„Wolność krzyżami się mierzy” ‏‒ śpiewamy w „Czerwonych makach”, upamiętniających chwałę polskiego zwycięstwa pod Monte Cassino. Cóż, zniknięcie krzyża z Giewontu w spocie MSZ, który miał promować Polskę jest jedną wielką metaforą: krzyża nie ma, wolności też coraz mniej.

Widziałem na tradycyjnym marszu, bo przecież to już trzeci rok, gdy maszerujemy ‒ choć tym razem dłużej i znacznie liczniej ‒ bardzo, bardzo wielu wolnych Polaków. Nałęcza tam nie widziałem. Za to do komentarzy był pierwszy i wypadał z każdego właściwie telewizora.

Gdy tak szliśmy Ujazdowskimi, przypomniałem sobie słowa wiersza Wiktora Woroszylskiego: „W wielkiej rzece żywych i młodych dzielących się/ Połówką papierosa łykiem gniewu/ Dreszczem niepokory tchnieniem nadziei/ ja też/ byłem z bruku tego/ bijącym źródłem”.

Ale tego wiersza pewnie nie zna specjalista od wolności wykształcony na PZPR-owskich czytankach Tomasz Nałęcz.

W Prasie

Rząd ma UE w nosie

Posted on

logo

Amerykański „The Wall Street Journal” nazwał ministra finansów Mateusza Szczurka „eksbankierem”, podkreślając jego wciąż ścisłe związki z sektorem bankowym (skądinąd w Polsce w wielkim stopniu opanowanym przez kapitał zagraniczny – inaczej niż w dużych krajach UE). Jak widać w odległej Ameryce lepiej dostrzegają powiązania nad Wisłą niż w samej Polsce, gdzie obrodziło od ślepców, którzy tychże uwikłań nie widzą lub pozornych głupców, którzy udają głupiego, mówiąc, że ich w ogóle nie ma.

Rząd PO-PSL nie wcielił w życie dyrektywy UE „W sprawie konsumenckich umów o kredyt związanych z nieruchomościami mieszkalnymi”. Dlaczego? Bo interesy banków są ważniejsze niż obywateli, którzy wzięli kredyt w obcej walucie i teraz mają lub mogą mieć nóż na gardle.

Czemu rząd ryzykuje, że będzie musiał płacić kary Unii za niewdrażanie brukselskich regulacji? Choćby takie, jak te po 61 tysięcy euro za dzień (!) za niewprowadzenie w życie prawa o odnawialnych zasobach energii (OZE) – i to poczynając od 2013roku!

W najbliższym czasie Europejski Trybunał Sprawiedliwości może wydać wyrok korzystny dla kredytobiorców w obcych walutach, a niekorzystny dla banków. Czy rząd Kopacz też będzie miał w nosie decyzję ETS?

Tylko Białoruś i Ukraina mają od nas większy koszt pieniądza. Przypadek? A może efekt „dealów” i powiązań rządowo-bankowo-finansowych, o których wreszcie trzeba głośno mówić.

W Prasie

Antynagrody Czarneckiego A.D. 2014

Posted on

logo-GP

Rok w rok przyznaję – w A.D. 2015 już po raz piąty ‒„Antynagrody Czarneckiego”. Dostają je ci ludzie i te instytucje, którzy zgrzeszyli wobec własnego kraju, którzy swój udział w życiu publicznym Rzeczypospolitej zaakcentowali z jak najgorszej strony.

„Laureatami” w 2010 roku byli: „menadżer” Michał Tusk, Jan Grzechowiak (redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” na Pomorzu), aktor Andrzej Chyra, aktor Daniel Olbrychski, reżyser Jan Kidawa-Błoński, reżyser Roman Polański, szołmen Kuba Wojewódzki, celebryta Krzysztof Materna, celebryta Wojciech Fibak, trener Franciszek Smuda, były reżyser Kazimierz Kutz, były aktor i reżyser Stanisław Tym, biskup Tadeusz Pieronek, generał Mieczysław Cieniuch (szef Sztabu Generalnego WP). W sumie zatem 14 osób.

Z kolei za 2011 rok niechlubnie wyróżnieni zostali: Polski Związek Piłki Nożnej (PZPN), Ewa Kopacz, Cezary Grabarczyk, Jerzy Miler, Joanna Kluzik-Rostkowska, Radosław Sikorski, Paweł Graś, Donald Tusk, Hanna Gronkiewicz-Waltz – a więc ośmiu polityków PO, a także Stanisław Żelichowski – polityk PSL, prezydent Bronisław Komorowski i dziennikarka Janina Paradowska. W sumie 11 osób i jedna instytucja.

Z kolei, chronologicznie, za 2012 rok „Antynagrody Czarneckiego” otrzymali: „Ladies first” − Joanna Mucha i Hanna Gronkiewicz-Waltz (wyjątek od reguły – antynagroda po raz drugi!), nagrody zbiorowe: „Gazeta Wyborcza” oraz Solidarna Polska, a także Jan Dworak, Jan Vincent Rostowski, Grzegorz Hajdarowicz, Radosław Sikorski (znowu wyjątek: po raz drugi…), sędzia Ryszard Milewski z Gdańska, Andrzej Śmietanko, Donald Tusk (to już nie wyjątek, to już reguła: po raz drugi!), Kuba Wojewódzki i Michał Figurski, Bronisław Komorowski (też reguła czyli po raz drugi, pewnie nie ostatni…). W sumie 11 osób i dwa „podmioty zbiorowe”.

Za 2013 rok ‒ Philipp Kadelbach (reżyser filmu „Nasze matki, nasi ojcowie”), Edite Estrela (portugalska socjalistka, eurodeputowana), Jerzy Stuhr, zawodowy pajac Kuba Wojewódzki (po raz drugi…), aktor Daniel Olbrychski, ówczesna minister edukacji Krystyna Szumilas (po przyznaniu jej „Antynagrody Czarneckiego” przegrała wybory do Parlamentu Europejskiego z listy PO na Górnym Śląsku, uzyskując dopiero czwarty wynik na dziesięcioro kandydatów).

Natomiast „Antynagrody Czarneckiego” za 2014 rok przyznaję następującym osobom i podmiotom:

Tygodnik Powszechny” ‒ za reanimowanie Goebbelsa stanu wojennego Urbana. Tak, tak, tego właśnie, którego pokolenie urodzone w stanie wojennym zapamiętało m.in. z tekstu „Obwoźne sado-maso” (z 2002 roku w „Nie”). „Tygodnik Powszechny” reanimuje (może raczej rekultywuje) osobnika, który zwracał się do papieża Jana Pawła II: „Choruj z godnością, gasnący starcze, albo kończ waść, wstydu oszczędź”.

Zarząd TVP – za likwidację bezpłatnej TVP Historia i TVP Kultura poza Polską i ograniczenie jej nadawania w Polsce. Dzieje się to wszystko w tym samym czasie, gdy inne kraje np. Rosja odnoszą światowy sukces poprzez masowe udostępnianie swoich ofert medialnych ‒ propagandowa „Russia Today” jest dostępna tam, gdzie tylko się da…

Radosław Sikorski – po raz trzeci! ‒ za sztukę bilokacji: jednocześnie „tłukł” kilometry prywatnym autem i jeździł służbowym z BOR-em. Cóż, PO ma takiego „Ojca Pio” na jakiego zasługuje.

Bartłomiej Sienkiewicz ‒ za piętrowe przekleństwa w trakcie biesiady z prezesem NBP (który też nie był dłużny). Bycie wnukiem Noblisty, który władał wyśmienitym językiem i kochał polskość, nie zwalnia ze starania się o respekt dla mowy ojczystej.

Państwowa Komisja Wyborcza za wyjątkowe, spektakularne spartaczenie wyborów. „Choroba” PKW trwa ‒ choć od wyborów samorządowych minęły dwa miesiące, na stronie internetowej tej instytucji wciąż nie ma tak podstawowych danych, jak te o liczbie nieważnych głosów oraz frekwencji.

Rodrigo Garcia, argentyński pseudoartysta ‒ za tzw. sztukę „Golgota Picnic”. To, że to szmira i jeszcze antyreligijna dostrzegło 62 tysiące Polaków, którzy podpisali pisemną petycję przeciwko niej na portalu protestuj.pl. Przedstawianie Chrystusa jako antyspołecznego oszusta, patrona Kościoła promującego molestowanie nieletnich jest poniżej poziomu kreta na Żuławach, ale dla tzw. Salonu to uczta duchowa.

Jan Hartman – za promocję kazirodztwa. Cytat: „Jeśli udaje się powiązać harmonijnie miłość macierzyńską albo bratersko-siostrzaną z miłością erotyczną, to osiąga się nową, wyższą jakość miłości i związku”. Cóż za antycywilizacyjny bełkot.

W Prasie

Rosyjski kij i marchewka

Posted on

logo

Moskwa ekonomicznie słabnie, ale nie rezygnuje ze starych – skutecznych przez wieki ‒ metod.

Starorzymską dewizę „divide et impera” odnosi szczególnie do krajów Unii Europejskiej. Chce rozbić unijną solidarność, aby znów dogadywać się z najbogatszymi państwami UE kosztem „nowej Unii”.

Uzgodnione z Brukselą zniesienie embarga na unijną żywność – ale „po uważaniu” Moskwy ‒ temu właśnie służy. Kupią od – a więc nagrodzą (to jest „marchewka”) – krajów prorosyjskich, jak Grecja, Cypr, Węgry, Francja, Austria czy, ponownie niestety, Holandia, a zbojkotują Polskę, Litwę i inne „antyrosyjskie” kraje UE.

Nie przypadkiem wybrali taki moment. UE bowiem za półtora miesiąca będzie decydować czy przedłuży roczne sankcje wobec rosyjskich oligarchów wprowadzone w marcu 2014 roku (kolejna decyzja o ewentualnym przedłożeniu sankcji wobec już samej Federacji Rosyjskiej jako takiej będzie we wrześniu) czy też je odwoła, zawiesi, ograniczy. Ta styczniowa „marchewka” ma zachęcić niektóre państwa do zawetowania przedłożenia sankcji – a do tego wystarczy sprzeciw tylko jednego kraju.

Moskwa ma coraz słabsze karty, ale licytuje ponadto, co w nich ma.

I pokazuje cały czas kija w postaci kolejnych tysięcy rosyjskich żołnierzy wchodzących na Ukrainę, jak nóż w masło.

W Prasie

Nagrody Czarneckiego A.D. 2014

Posted on

logo-GP

Już od 2010 roku – a więc teraz po raz piąty ‒ przyznaję honorowe „Nagrody Czarneckiego”. Otrzymują je ludzie, którzy w danym roku swoją działalnością publiczną czy zawodową szczególnie zasłużyli się Rzeczpospolitej i mogą stanowić wzór dla reszty Rodaków. Nagroda ta przyznawana jest Polakom niezależnie od miejsca zamieszkania (w kraju i na emigracji). Przy czym otrzymują ją artyści, historycy, księża, sportowcy, politycy, ludzie mediów oraz instytucje (nagrody zbiorowe).

Oto lista nagrodzonych w ubiegłych latach:

2010 – profesor Jadwiga Staniszkis, dziennikarki Maria Dłużewska i Joanna Lichocka (jedyny nagrodzony duet), blogerka Kataryna, profesor Zdzisław Krasnodębski, pisarz Jan Maria Rymkiewicz, pisarz Marek Nowakowski, pisarz Marcin Wolski, pisarz Marek Krajewski, reżyser Jerzy Zalewski, rysownik Andrzej Krauze, publicysta Jan Pospieszalski, bokser Tomasz Adamek.

2011 – aktorka Katarzyna Łaniewska, sportsmenki: Agnieszka Radwańska i Justyna Kowalczyk, profesor Andrzej Nowak, reżyser Antoni Krauze, kompozytor Michał Lorenc, aktor Jerzy Zelnik, rysownik Janusz Kapusta, publicysta Rafał Ziemkiewicz, muzycy: Michał Skarżyński i Andrzej Dziubek („De Press” − jedyny nagrodzony duet), senator Stanisław Kogut, poeta Wojciech Wencel, bloger Foxx, raper Pjus, uczestnicy marszy 11 listopada i 13 grudnia.

2012 − aktorka Halina Łabornarska, sportsmanka Zofia Noceti-Klepacka, biskup Antoni Dydycz, profesor Stanisław Żerko, polityk Marek Jurek, raper „Tadek”, Polacy na Litwie (nagroda zbiorowa), polska młodzież (nagroda zbiorowa), polscy kibice na Euro 2012 i poza nim (nagroda zbiorowa), Radio Wnet, Parlament Europejski (za wyrzucenie ACTA).

2013 Ś.P. Wojciech Kilar, Biskup Wacław Depo, Krzysztof Szwagrzyk, Kamil Stoch, raper Evtis (Mariusz Chojnacki), TV Republika, Fundacja „Reduta Dobrego Imienia”, Koronka Koniakowska

Za rok 2014 Nagrodę otrzymują:

Joanna Szczepkowska – za odwagę. Niełatwo jest porzucić mainstream i profity z tego wynikające. Choć laureatka za mówienie tego, co myśli zapłaciła cenę pewnego ostracyzmu w życiu zawodowym i publicznym, to jednak pozostała sobą. Nie pisze już felietonów do „Wysokich Obcasów”’, ale za to może wysoko podnosić głowę. Jej wypowiedź w programie Moniki Olejnik na temat końca „homoseksualnego dyktatu w Polsce” dla niektórych jest przejawem homofobii, a dla innych po prostu zdrowego rozsądku: „Myślę, że jeśli coś się ma skończyć, to taryfa ulgowa”.

3000 polskich lekarzy, położnych i studentów medycyny (nagroda zbiorowa) – za podpisanie Deklaracji Wiary, której zasady odrzucają tzw. aborcję czyli zabijanie dzieci nienarodzonych.

Tomasz Gzell (PAP), Jan Pawlicki, Michał Rachoń (obaj TV Republika). Za bycie odważnym reporterem – a w przypadku Tomasza Gzella fotoreporterem ‒ i wierności ideałom dziennikarstwa.

Ks. prof. Tomasz Kaczmarek – postulator procesu kanonizacyjnego błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki, za trud przygotowania kanonizacji. Ten związany z Wyższym Seminarium Duchownym we Włocławku kapłan jest skuteczny, skoro był już postulatorem beatyfikacji księdza Jerzego, który został wyniesiony na ołtarze przed czterema laty.

Barbara Fedyszak-Radziejowska za książkę „Przemyśleć Polskę”. Rzecz wydana co prawda w grudniu 2013, ale do intelektualnego krwiobiegu Polski weszła w 2014 roku. Stała się ważna dla tych, którzy uważają, że Polacy są w stanie dokonać rzeczy wielkich.

Tygodnik „Wprost” ‒ za obronę prawa do tajemnicy dziennikarskiej.

Protestujący przeciwko bluźnierczemu spektaklowi „Golgota Picnic” za obywatelskie nieposłuszeństwo, w tym zwłaszcza dla aktora Teatru Nowego w Łodzi Marka Cichuckiego, który został zwolniony z pracy, bo odmówił czytania tekstu „sztuki”, a „Golgotę Picnic” określił po imieniu czyli jako „bełkot”.

Bloger „Matka Kurka” czyli pisarz Piotr Wielgucki za konsekwencję w głoszeniu niewygodnych prawd.

Wszystkim laureatom dziękuję za to, co zrobili dla Polski i Polaków.

W Prasie

Kopacz, węgiel, Unia…

Posted on

logo

Przed Nowym Rokiem Komisja Europejska tradycyjnie, jak zwykle o tej porze, ogłosiła plan prac na 2015 rok. 23 inicjatywy, które po części są kontynuacją, po części są nowe, to rozwinięcie 10 „priorytetów politycznych” przedstawionych przez nowego szefa KE Junckera w lipcu 2014.

Jedna z tych propozycji jest dla Polski i polskiego przemysłu tykająca bombą. Chodzi o postulat „dekarbonizacji” Unii”. Tłumacząc to na normalny język: Bruksela zakłada odejście od węgla. Dla kraju takiego, jak Polska, którego 90% energii pochodzi z kopalń, byłaby to katastrofa.

Ogłoszono to trzy tygodnie temu i od tej pory nie zająknął się o tym ani słowem nawet rządowy pies z kulawą nogą. Ta cisza źle wróży. Premier Kopacz się nie oburza, minister Schetyna nie zapowiada akcji dyplomatycznej, marszałek Sikorski, zajęty nabijaniem kilometrów, milczy wyniośle. Tymczasem trzeba zdecydowanej akcji – czy już nowego rządu? Aby Unia nie wylała polskiej gospodarki z ekologiczną kąpielą.

A może władza nie tyle śpi, co wie co robi? Ciekawa jest ta chronologia: Kopacz obiecuje żonom górników, że ich mężowie będą mieli gdzie pracować, Bruksela ogłasza dekarbonizację, po czym Kopacz nagle przystępuje do zamykania kopalń. Jakiś „deal”?

A Tusk w Brukseli, który maju obiecał, że nie zlikwiduje żadnej kopalni, wznosi kieliszek szampana i cytuje ministra Sawickiego: „frajerzy”.

W Prasie

Łotwa przewodzi Unii

Posted on

logo

Sześciomiesięczną prezydencję w Unii Europejskiej objęła Łotwa, bodaj najbardziej antyrosyjski kraj w UE. To ciekawy czas dla Europy, ale też dla Polski jako że z Rygą mamy tradycyjnie dobre relacje. Tak było przed II wojną światową, tak jest teraz. Można powiedzieć, że ogniwo które nas spaja czyli podobna historia, wspólne opresje to właśnie Rosja.

Polacy w Polskich Inflantach

Ciekawe, że z dwóch krajów bałtyckich mających sporą mniejszość polską Łotwa potrafiła generalnie respektować jej prawa i ułożyć sobie bardzo poprawne relacje z RP, a Litwa ‒ wręcz przeciwnie.

Symbolem świetnej współpracy łotewskich Polaków ze znowu niepodległym, po pół wieku, państwem jest pierwsza prezes Związku Polaków na Łotwie Ita Kozakiewicz, tragicznie zmarła we Włoszech w 1990 roku. Polacy na Łotwie uznali, że niepodległa Łotwa jest także ich szansą i wiedzieli, że dążenia narodowe Łotyszów nie są skierowane przeciwko nim. Polacy na Litwie mieli, niestety, obserwując działania nowego litewskiego państwa, wręcz przeciwne odczucia.

Podobno łotewski komisarz i były premier Valdis Dombrovskis ma polskie korzenie. Wiem, że szereg łotewskich polityków przyznaje się do nich publicznie, łącznie z byłymi szefami służb specjalnych i resortów siłowych. Takie stanowiska powierza się zwykle „pewnym” ludziom, co ma szczególne znaczenie w państwie, którego połowa ludności to mniejszość (?) rosyjska.

Gdy chodzi o Polaków, to niespełna 12,5 tysiąca to „bezpaństwowcy”, bo osiedlili się na Łotwie po drugiej wojnie światowej (to ledwie 3,5 % wszystkich „nieobywateli”). W sumie Polaków jest w tym państwie Polskich Inflant około 50 tysięcy. Odwiedzałem ich parokrotne nie tylko w Rydze, ale tez w owym Dźwińsku (Daugavpils), Rzeczyca (Rezekne) czy w Jakubowie (Jēkabpils). Wszędzie tam istnieją polskie szkoły i dobre relacje z miejscowymi. Ale nie tylko szkoły. Także, właśnie w Dźwińsku, tablice i obeliski upamiętniające bohaterstwo żołnierzy Armii Krajowej, którzy, opierają się o miejscową ludności, prowadzili działalność dywersyjną, wysadzali pociągi. Tak właśnie działali szturmowcy ze słynnego Zagra-Linu. Skądinąd imponująca działalność dywersyjna, prowadzona setki kilometrów poza granicami będącej pod niemieckim butem Warszawy, docierała aż do Berlina, Wrocławia (wtedy Breslau) czy wreszcie Dźwińska.

Ból głowy Rygi

Owa rosyjska mniejszość to stały ból głowy dla Rygi. W dawnym polskim Dźwińsku, czyli Dyneburgu (dzisiaj Daugavpils), gdzie skądinąd bardzo liczna jest mniejszość polska, Rosjanie stanowią większość, a Łotysze muszą ścigać się o drugie miejsce z Polakami. W początkach swojej drugiej niepodległości Łotwa prowadziła specjalną politykę nadawania obywatelstwa mieszkającym tam Rosjanom tak, aby zneutralizować wpływy rosyjskich towarzyszy osiedlanych tam od czasów sowieckich, szczególnie w ostatnich paru dekadach.

Stąd protesty rosyjskiej mniejszości, która w niemal połowie, choć mieszka od dawna na terenie Łotwy, wciąż nie ma obywatelstwa tego kraju. Łotysze też postarali się, aby system edukacji nie był instrumentem rusyfikacji. To z kolei wywoływało i wywołuje protesty miejscowych Rosjan. Pamiętam jeden z nich przed budynkiem Parlamentu Europejskiego w Strasburgu, gdzie nastolatkowe – łotewscy Rosjanie – rozdawali ulotki po angielsku, jakiej to są poddawani dyskryminacji w państwie, w którym legalnie mieszkają. Sprawa ta zresztą powraca w różnych wystąpieniach na forum PE, a także kilkakrotnie pojawiła się w europarlamencie na specjalnej intergrupie poświęconej mniejszościom narodowym na Starym Kontynencie. Ma zresztą kto tę sprawę podnosić, skoro aż troje na ośmiu europosłów z Łotwy to Rosjanie! Pod tym względem sytuacja jest dla Łotyszy gorsza niż ta z lat 2004-2009, gdy na dziewięciu europarlamentarzystów tylko jedna osoba – Tatiana Zdanoka ‒ reprezentowała łotewskich Rosjan. Zresztą jest ona wciąż europosłem. Problem tkwi nie tylko zresztą w łotewskim obywatelstwie, ale też w prawach wyborczych tamtejszych Rosjan. Z 650-tysięcznej mniejszości rosyjskiej tylko 11 na 20 ma obywatelstwo. Pozostali są „bezpaństwowcami” i mają takowe paszporty (po łotewsku: nepilsona pase). Żeby ograniczyć Rosjanom wstęp do łotewskiego parlamentu i samorządów, jeszcze 12 lat temu kandydatów na polityków obowiązywał obowiązkowy egzamin z języka łotewskiego. Ten wymóg zlikwidowano, ale jednocześnie przed sześcioma laty, znacząco rozszerzono – z niespełna 50 do 1200(!) ‒ listę zawodów, które można wykonywać tylko znając łotewski. Wśród nich są też zawody, które takiej biegłej znajomości jako żywo nie wymagają: striptizer, akrobata, ochroniarz, kominiarz, kreślarz.

Cierpliwi Bałtowie, gniewne Południe

Wybory w tym kraju wygrała partia rosyjskiej mniejszości. Ale to partie niepodległościowe utworzyły koalicję rządową. Latvijas Republika ma więc premiera Łotyszkę ‒ Laimdotę Straujumę. Łotewska prezydencja w UE zaczęła się od terrorystycznego trzęsienia ziemi w Paryżu. Trochę to przypomina, choć ma większe natężenie, początek czeskiej prezydencji w Unii, gdy doszło do poważnych perturbacji na Bliskim Wschodzie. Wtedy niespecjalnie aktywni Czesi kiepsko sobie z tym radzili, oddając inicjatywę największym państwom UE. Prezydencja jednego z najmniejszych państw Unii (około 2 milionów obywateli czyli 143 miejsce na świecie pod względem liczby ludności) w sposób oczywisty, z racji wielkości, wpisywać się będzie przede wszystkim w unijne priorytety. Jeśli łotewska premier w Strasburgu, w Parlamencie Europejskim mówi, że priorytetem półrocznego przewodnictwa jej kraju w UE będzie praca na rzecz Europy „konkurencyjnej, cyfrowej i silnej na arenie międzynarodowej”, to widać wyraźnie, że jest to dokładnie to, co dwa tygodnie wcześniej przedstawił szef Komisji Europejskiej Jean Claude Juncker jako zamierzenia prac KE na 2015 rok. Owa „agenda cyfrowa” jest jakby żywcem wyjęta z programu 23 unijnych inicjatyw na rok bieżący. Nic więc dziwnego, ze sam przewodniczący Juncker w Strasburgu nie szczędził Rydze ciepłych słów: „Prezydencja Łotwy jest symbolem europejskiego pojednania. Trzydzieści lat temu nikt nawet nie mógł marzyć o takim rozwoju losów”. Zapewnił też poparcie dla planowanych działań prezydencji czyli de facto… własnego programu.

Generalnie UE chwali Łotwę, także Estonię i Litwę z prostego powodu. Kraje te, w odróżnieniu od państw Europy Południowej, takich jak Włochy Hiszpania, Portugalia, Grecja, Cypr potrafiły zacisnąć pasa w jeszcze większym stopniu niż kraje Południa i i nie wygenerowało to żadnych poważniejszych społecznych buntów, demonstracji i nastrojów antyunijnych. Być może „najbliższa zagranica” czyli Rosja jako alternatywa dla UE jest wystarczającym straszakiem i uśmierza wszelkie wątpliwości natury ekonomicznej. A te akurat okresowo były na Łotwie bardzo duże, co zaowocowało nie tylko wzrostem nastrojów prorosyjskich, ale też szyderczą, lecz podchwyconą w mediach propozycję, aby Łotwa… stała się częścią Szwecji. Jednak to, co dzieje się na Ukrainie pokazuje Łotyszom – i szerzej Bałtom, ale przecież nie tylko im… ‒ że dla politycznej Europy nie ma alternatywy.

W każdym razie braciom Łotyszom na najbliższe półrocze i nie tylko mówimy: Dievs, sveti Latviju! Boże błogosław Litwę!

W Prasie

Studnia doktor Ewy

Posted on

logo-GP

Maturzystka Ewka ma studniówkę. Matura – czyli wybory parlamentarne – nie w maju, jak zwykle, ale jesienią. Pewnie założy z tej okazji buty ze szpilkami, a potem opowie rodakom, że bardzo bolą ją nogi od chodzenia w takim obuwiu („a tatuś musi” ‒ powiedział ojciec, podnosząc kolejny kieliszek wódki). Może też założy jakąś fajną garsonkę (uwaga – produkt lokowany!). Pod względem garsonek Kopacz już wygrała. Przynajmniej ze swoją podwładną, wiceprzewodniczącą PO Hanną Gronkiewicz-Waltz. Estetycznie. Inna sprawa, że to akurat nie było trudne.

Sejmowi dziennikarze, nie wiedzieć czemu coraz bardziej złośliwi wobec Platformy, określili sto pierwszych dni nowego, a w zasadzie nowego-starego, rządu jako „studnię Kopacz”. A ja się pytam: jakie, u licha, sto dni? Sto? Przecież nie sto, tylko osiem, nie dni, tylko lat. Tyle rządzi biedną Polską koalicja PO-PSL. Z czego połowę czasu, a nawet więcej, Polki i Polacy przeżyli (dzięki znanej w świecie naszej narodowej determinacji) z panią doktor Ewą jako minister zdrowia. Jak ona teraz mówi o nowym rządzie, to ja się pytam: a kto był w gabinecie Tuska przed Arłukowiczem? Sierotka Marysia? Krasnoludek?

Namolne próby pokazywania nowości, świeżości, etc, byleby tylko wcisnąć obywatelom kit o „nowej jakości”, to rozpaczliwa próba reanimowania rządowego gruchota, który od dawna toczy się z zepsutymi światłami i przeciekającym bakiem po drodze donikąd. Rząd-widmo.

Skądinąd Komorowski, apelując o sto dni spokoju dla „gabinetu doktór Ewy” (określenie moje, nie głowy państwa), wszedł, nomen omen, w buty też, mój Boże, prezydenta PRL generała Jaruzelskiego. Pan Wojciech 33 lata przed panem Bronisławem apelował również o sto dni spokoju. Było to wiosną 1981 roku, gdy „elementy antysocjalistyczne” podnosiły wirtualną rękę na komunistyczną władzę, a ta konkretnie pałowała działaczy „Solidarności” obu płci w siedzibie Wojewódzkiej Rady Narodowej w Bydgoszczy. Skądinąd do stanu wojennego było wtedy jeszcze sporo czasu, ale żeby go sprawnie przeprowadzić, potrzebne było właśnie owe sto dni – i więcej – spokoju po stronie opozycji.

Nie ma już byłego ministra obrony Jaruzelskiego, jest były minister obrony Komorowski, ale apele do opozycji o spokój pokazują kontynuację i ciągłość władzy.

Studniówka maturzystki Ewy została podsumowana jakże dynamiczną (sorry, jaka propaganda, taki żart) konferencją prasową. Pani premier siedziała, a nie stała. Słusznie, bo jak wcześniej stała, to zapomniała czy była w ZSL. Jak stała, to gadała coś o ryglowaniu domu przed bandytą i nie można było tego bez wódki zrozumieć. Wódki polskiej czy ukraińskiej, wszystko jedno.

Częścią obchodów 100 dni pani premier i jej przyjaciół (płci obojga, choć zdaje się z zachwianymi parytetami w tym zakresie…) było również ogłoszenie zwycięstwa w wojnie z lekarzami. Wiktoria ta, osiągnięta w wyniku porozumienia, miała miejsce, co za przypadek, w dniu konfy prasowej pani Prezes Rady Ministrów. To też skądinąd śmierdzi Jaruzelskim: pamiętacie Państwo tegoż generała koncepcję „porozumienia i walki”? Wypisz i wymaluj jak teraz: najpierw nazywa się lekarzy szantażystami oraz odsądza od czci i wiary, a potem negocjuje i podpisuje.

Merkel ma ponoć w swoim gabinecie portret carycy Katarzyny. Kopacz może powiesić Jaruzela. Tym bardziej, że przecież miło go wspomina ze stanu wojennego…