Blog

STRASBURG – STARCIE PIERWSZE

Posted on

Rola Parlamentu Europejskiego wzrosła na znaczeniu w sposób automatyczny po 1 maja 2004. Nie tylko i nie głównie dlatego, że liczy on więcej deputowanych (z 626 do 732), ale przed wszystkim dlatego, że stał on się reprezentacją nie 15 a już 25 narodów.

Wzrost roli PE przewiduje również Konstytucja Europejska, czy mówiąc precyzyjniej Traktat Międzyrządowy, zwany potocznie Konstytucją UE. Wzrost znaczenia władz wykonawczych UE w sposób dość naturalny będzie również powodował konieczność kontroli tych władz nie tylko przez Europejski Trybunał Obrachunkowy w Luksemburgu (Euro-NIK), ale również Parlament Europejski.

Najprostsza podręcznikowa analiza porównawcza stopnia zaawansowania integracji europejskiej z tą mającą miejsce w Afryce (OJA – Organizacja Jedności Afrykańskiej) w Ameryce Środkowej czy Azji, jednoznacznie pokazuje jak bardzo daleko – na tle innych – zaawansowany jest w tym procesie Stary Kontynent. Miałem okazję przekonać się o tym naocznie zwiedzając siedzibę MERCOSUR-u, czyli odpowiednika UE na kontynencie latynoamerykańskim. Mieści się ona w stolicy Urugwaju – Montevideo. Stanowi ją paropiętrowy budynek, którego część pomieszczeń wynajmowana jest w celach komercyjnych. Stopień realnej integracji ekonomicznej, celnej, nie mówiąc o walutowej jest porównując z Europą daleko z tyłu. Oczywiście: cos za coś. Integracja europejska implikuje systematyczny wzrost eurobiurokracji. Im więcej państw liczy UE, im bardziej jest to system obejmujący coraz większą ilość dziedzin życia ekonomicznego i społecznego – tym więcej urzędników generuje. Albo – albo. Może to irytować (mnie irytuje), ale raczej trudno się temu dziwić. To, co drażni jest, przynajmniej po części, usprawiedliwione.

Podobnie jest z chętnie wyśmiewanymi eurodziwactwami typu: precyzyjne dekretowanie poprzez dyrektywy długości i stopnia zakrzywienia standardowego banana lub też uznanie marchewki za owoc. W tym szaleństwie jest metoda. Skrupulatne mierzenie bananowych parametrów miało wyeliminować i w dużym stopniu wyeliminowało, import bananów z krajów, których związki ekonomiczne (postkolonialne) z czołowymi państwami europejskimi są słabe. Podobnie z ową marchewką: uznanie jej za owoc nie było przejawem szaleństwa skretyniałego eurokraty, lecz wyrazem troski o narodowe interesy ekonomiczne Portugalii, która dzięki temu zyskiwała możliwość większej produkcji i promocji swojego, tradycyjnego, historycznego marchewkowego dżemu. Nie wszystko więc jest eurokratyczne, co się biurokratycznie świeci.

Parlament Europejski zainicjował swoja nową, pięcioletnią kadencję. Pierwsza sesja tradycyjnie we francuskim Strasburgu (jeżeli nie chcemy urazić Francuzów wymawiajmy jego nazwę Strasburg, a nie z niemiecka Sztrazburg) była efektywna, interesująca, a momentami irytująca.

Efektywna, bo wybrano nowego przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Hiszpana, a właściwie Katalończyka Borrella. Wybór nastąpił od razu w pierwszej turze – inaczej niż 5 lat temu. To pierwszy od 10 lat socjalista na tym stanowisku. Ja glosowałem na Geremka, w ramach solidarności narodowej, choć nie wszyscy polscy eurodeputowani tak postąpili. Uznałem, że nie należy przenosić krajowych, nawet uzasadnionych sporów na forum europejskie. Innego zdania byli posłowie LPR-u, PSL-u, cześć lewicy i prawdopodobnie część PO. Wybrano również 14 wiceprzewodniczących PE, w tym dwóch Polaków (Saryusz-Wolski i Onyszkiewicz). Wiceszef PE wiceszefowi jednak nierówny. Zastępcy przewodniczącego Parlamentu mają swoje “numerki” i na tym polega ich hierarchia ważności (nasi mają numery odległe. Zaakceptowano też, po burzliwej, ciekawej debacie, w sposób daleki od jednomyślności kandydaturę Portugalczyka Barroso na Szefa Komisji Europejskiej. Głosowałem na niego uważając, że choć nie jest to na pewno kandydat idealny, to jego wizja godzenia idei Europy Narodów z integracją europejską jest mi osobiście bliska. A ponadto pochodzi z kraju leżącego na obrzeżach Unii – w ten sposób naturalny nasuwa analogię do też geograficznie peryferyjnej Polski. Nie będzie też prawdopodobnie rzecznikiem państw wielkich czy bogatych – jego ojczyzna nie jest ani taka ani taka.

Pierwsza sesja plenarna PE była ciekawa – dla mnie z trzech powodów. Po pierwsze dla tego, że wszystko, co nowe, to ciekawe. PE to olbrzymia wielonarodowa machina, która funkcjonować musi i funkcjonuje na zasadzie konsensusu, choć nie raz wymuszanego siłą (choć niedosłownie-chodzi o siłę poszczególnych grup politycznych oraz ilość “szabel” – potrzebnych do głosowania). Po drugie – to arena nie raz fascynujących popisów oratorskich. Poettering, Schulc (obaj Niemcy), Brytyjczyk Watson, Włoszka Frassoni czy Franco – Niemiec czy Niemiecko-Francuz Cohn-Bendit – to świetni aktorzy Europarlamentu. Po trzecie wreszcie – interesująca jest w PE gra polityczna, która pozwala z jednej strony na podzielenie stanowisk między 2 największe grupy polityczne: socjalistów i chadeków (po obecnym szefie PE Borrellu z lewicy przyjdzie chadek Poettering), z drugiej zaś na wyłanianie parytetowe wiceszefów PE i szefów Komisji, co nie przeszkadza słownym, ostrym harcom i polemikom między poszczególnymi partiami, a także narodowościami. Dzisiejsi sojusznicy w głosowaniu mogą być przez siebie nawzajem niemiłosiernie karceni także w dzisiejszej debacie.

Ta sesja była również irytująca. My w Polsce narzekamy na demokrację, ale przyzwyczailiśmy się do niej i bardzo odczuwamy gdy coś jest z nią nie tak. Obojętnie czy na Białorusi czy w UE. A w Unii mamy deficyt demokracji. Dotyczy to zarówno Komisji Europejskiej uważającej się za pępek świata i mającej w nosie opinie obywateli krajów członkowskich UE. Dotyczy to także, tak teoretycznie demokratycznej instytucji jaką powinien być Parlament Europejski. Oto przykłady. Na 14 wiceszefów PE było… 14 kandydatów poczułem swąd PRL-u. Mimo głosów z sali przewodniczący parlamentu nie dopuścił żeby kandydaci na funkcje zastępców przedstawili się. Następnego dnia ten sam “numer” powtórzył się przy wyborze kwestorów, czyli osób mających kontrolować finanse PE. Tym razem łaskawie zgodzono się, aby kandydaci na to stanowisko (było 6 na 5, ale tylko dlatego, że najstarsza posłanka obecnego Europarlamentu, zbuntowała się przeciwko własnej grupie politycznej – chadekom. Stanęła do wyborów samowolnie, by je zresztą wygrać…). Mogli przynajmniej wstać i ukłonić się. O wyborach na przewodniczących i wiceprzewodniczących komisji w PE zapomnijmy. Tu działa maszynka D’Hondta i funkcje te są przydzielana wg parytetów. Szanuję realny układ sił, jestem z polityce od lat, ale budzi to swoisty niesmak.

Parlament Europejski – ta wielka i coraz ważniejsza instytucja budzi różne reakcje, sprzeczne oceny, a czasem emocje. Nie da się go określić jednym, wartościującym zadaniem. Wiem jedno: jest to fascynujące miejsce, w którym znalazłem się w arcyciekawym czasie największego poszerzenia Unii Europejskiej. Ze wszystkimi tego plusami i minusami. Jednak władzom UE: Komisji Europejskiej oraz Radzie trzeba patrzeć na ręce. Może i powinien to robić PE, który już raz doprowadził do zbiorowej dymisji Komisji. Również władzom Parlamentu należy uważnie patrzeć na ręce, aby instytucja ta nie stała się maszynka do głosowania z jedynie demokratycznym sztafażem. Tak bywało w czasie pierwszej, lipcowej, francuskiej sesji.

Blog

23 lipca 2004

Posted on

Nie było już wolnego pokoju w hotelu w Strasburgu. W związku z tym cztery ostatnie noce siedziałem w małym hoteliku w Lingholmsheim. Jedzie się stamtąd do Parlamentu Europejskiego rano, równe pół godziny. Hotelik przytulny, nastawiony w dużym stopniu na eurodeputowanych. Ma jednak dwie specyficzne cechy. Po pierwsze: nie mogą go odnaleźć nawet taksówkarze, po drugie: funkcjonuje pod trzema różnymi nazwami – jedna jest na hotelu, druga na drogowskazach, a pod trzecią jest powszechnie znany. Urocze. Aha, jeszcze jeden szczegół – jest potwornie akustyczny, jak w schronisku młodzieżowym, czy niektórych akademikach. Jak sąsiad kichnie w pokoju, możesz mu krzyknąć sto lat. To może być krępujące, choć nie musi, co kto lubi…
Upał potworny, znów parno, a przede mną 10-godzinna droga autem do Wrocławia. Będzie niezły czyściec.
Dziś w PE tylko techniczne sprawy do załatwienia, w związku z tym pojawiam się w dżinsach (beżowych) i koszulce z krótkim rękawem (pasiak). Ponieważ jeszcze dziś odbywają się posiedzenia paru komisji, szereg posłów w garniturach pod krawatami. A ja luzik. Fajne zderzenie, ale to ja mam lepszy humor.
 
 

W samochodzie słucham Placido Domingo, który ćwiczy dwóch włoskich klasyków: Verdiego i Pucciniego. Majestatyczna muzyka, w sam raz na długą trasę. Rzeczywiście daje power. Przypomina mi się “Aida”  i “Nabuco” Verdiego, którą w naszej, wrocławskiej Hali Ludowej wystawiła Ewa Michnik. To były ciekawe inscenizacje, bo np. z udziałem zwierząt cyrkowych oraz prezentowane w miejscu gdzie normalnie odbywają się mecze koszykówki oraz organizowane są wystawy …np. sztuki cmentarnej. Na te przedstawienia przychodziła młodzież, która nigdy nie trafiłaby do normalnej opery. W każdym razie na pograniczu francusko-niemieckim Placido Domingo brzmi godnie i dostojnie.
Przy okazji sprostowanie. Uważni czytelnicy mojego blogu – melomani zwrócili mi uwagę, że mógłbym słuchać (w drodze do Francji) Koncertów Brandenburskich Bacha, a nie Sonaty Brandenburskiej. No i mieli rację, ale to dalej ten sam Bach i motywy Brandenburgii.
Kolejna osoba, tym razem koleżanka z liceum pisze do mnie maila, że za ostro napisałem w blogu o napadzie na Bartka, że użyłem zbyt mocnych słów. To już czwarta czy piąta taka reakcja, a ja wyraziłem po prostu to, co czułem. Rzeczywiście nieparlamentarnym językiem. Nie będę przecież cenzurował własnego blogu. Jako rodzic jestem usprawiedliwiony, jako polityk – chyba nie.

Moje biuro znajduje się na 6 piętrze głównego budynku PE. Widok niestety na dachy Parlamentu. Składa się z dwóch pokojów, jeden dla asystenta, drugi dla mnie. W moim jest też kanapka. Regulamin Parlamentu zabrania jednak spania w biurze, choć z tego co wiem, niektórzy posłowie (raczej obserwatorzy) z nowych krajów członkowskich tego próbowali. Wiem na pewno o pewnym młodym polskim pośle (prawica), który – chcąc zaoszczędzić na hotelu – zanocował w PE (w swoim biurze!). Wkrótce pojawiła się ochrona, ponieważ czujniki wykazały obecność żywego człowieka na obszarze chronionym. Myślano, że to złodziej, a to był tylko oszczędny deputowany. Przez litość nazwiska nie wymienię. W każdym razie poseł już się nauczył i obecnie śpi w hotelu.
Tuż koło mojego swoje biuro ma były premier Francji, obecnie deputowany kolejnej kadencji Michelle Rocard. Skądinąd liczba byłych premierów i ministrów jest olbrzymia i to zarówno z nowych jak i starych krajów członkowskich. Jest na przykład premier Polski (Buzek), Łotwy (Kraats) czy Włoch (ekskomunista d’Alema). W debacie, w której uczestniczyłem, zabrał głos, tyle, że po mnie i krócej, były premier Belgii i do niedawna wiceprzewodniczący Konwentu Europejskiego (który wypichcił eurokonstytucję) Jean-Luck De Hane. Bez związku z byłymi premierami czy ministrami , ale tylko wspomnę, że w każdym biurze jest łazienka z prysznicem i oczywiście można wziąć zimny prysznic… Ale ciepła woda też jest.
Socjaliści (polscy) składają nam niedwuznaczne propozycje przejścia do ich frakcji. Liberałowie tak samo. Jacek Saryusz-Wolski powiedział pół żartem pół serio: “Przejdźcie do nas, ale najpierw zmieńcie szefa”. Jesteśmy więc łakomym kąskiem, ale do niczyjej politycznej gęby nie wybieramy się.
 

Po drodze w środkowych Niemczech nagle po obu stronach drogi wyrastają dwie rzeki fioletowych wieżowców. Taki swojski pejzaż środkowo-wschodnio-europejski, do którego chętnie się wraca, bo i nasz cieszy oko.
Już wieczorem burza z błyskawicami rozrywającymi granatowe niebo, ściana płaczu, znowu gigantyczna ulewa, jak ta niedawna francuska. Aż trudno jechać. Trzeba się przebijać w strugach wody. Już niedaleko granicy, przed Chemnitz.

Blog

22 lipca 2004

Posted on

Dzisiaj głosowałem za Portugalczykiem Jose Barroso na szefa Komisji Europejskiej. Nie jest to idealny kandydat, ale będzie lepszy od Romano Prodi. Co prawda – to nie trudne. Jest to człowiek z kraju leżącego na obrzeżach UE – podobnie jak Polska. Podkreśla, że Unia ma być Europą Narodów – co jest mi bliskie. No i pochodzi z kraju świetnych piłkarzy – może więc będzie nie najgorszym politykiem. Zaprezentował się, wbrew opiniom dosyć dynamicznie i z pewną wizją przyszłości Unii. Powiem żartobliwie, że wygląda na polityka sprytnego, ale jaki może być inny (były) Premier kraju, który wymyślił dżem marchewkowy.

Gdyby ktoś mnie zapytał, kto jest najlepszym mówcą w Parlamencie Europejskim, to po zaledwie paru dniach “przesłuchań” palmę pierwszeństwa przyznałbym komuś z bardzo odległej politycznej bajki, jakim jest jeden z przywódców “Zielonych” Daniel Cohn – Bendit. W 1968 roku był przywódcą majowych demonstracji młodzieży w Paryżu. Nie były to pokojowe protesty. Studenci byli mocno lewicujący i anarchizujący. Przeciwnikiem dla nich była sama instytucja państwa. To wtedy wymyślono hasło: “zabrania się zabraniać”. Pod adresem Cohn-Bendita pojawiły się oskarżenia, że nie jest swój, że jest niemieckim żydem. W odpowiedzi na to paryscy studenci pisali: “wszyscy jesteśmy niemieckimi żydami”. Dziś to wielki aktor PE, artysta słowa, gestu i retoryki. Chociaż broni często niesłusznych spraw (tak uważam) – ale jak on to robi!

Dziś uczestniczę pierwszy raz w posiedzeniu najbardziej prestiżowej Komisji PE – Komisji Spraw Zagranicznych. Komisja liczy 75 osób, a więc jest takim mini parlamentem małego kraju. Komisja obradowała niecałe 40 minut, bo się dopiero ukonstytuowała. Przewodniczącym został, po raz bodaj trzeci z rzędu, niemiecki chadek Elmar Brok, który nawet po sali plenarnej PE chodzi z nieodłączną wielką fajką (Geremek też ma, ale mniejszą). Nasza komisja jest podzielona na dwie podkomisje. Wszedłem do tej zajmującej się bezpieczeństwem i obroną.

Moją drugą komisją jest Komisja Konstytucyjna – no i tu toczyć się będą ciężkie boje o nie zatwierdzoną jeszcze Konstytucję Europejską, referenda itd. itp.

Pierwszy wolny wieczór w Strasburgu. Nagle odkrywam, że jest coś jeszcze poza trasą: hotel – PE. Cudowny rejs stateczkiem (jak w Paryżu, tyle że jeszcze piękniej) i rozkoszowanie się historią zakutą w architekturze. Kanały, śluzy, nadbrzeżne restauracyjki z machającymi do nas ludźmi. Maleńki rogalik księżyca, jak w bajkach dla dzieci, jasne niebo z paradoksalnie ciemnymi, groźnymi chmurami. Relaks, beztroska. Przepływamy obok… gmachu Parlamentu Europejskiego. Turyści słuchając nagrania w słuchawkach kiwają głowami a ja z nimi… Potem, już na twardym lądzie, genialna katedra, wąska i wysoka kłująca strzelistymi wieżami w niebo, przebijająca obłoki, kawałki niebios widoczne przez odkryte fragmenty muru. Duże wrażenie. No i wreszcie znakomite widowisko światło-dźwięk jako wieczorny deser ze wspaniałymi podświetlonymi murami katedry, z symetrycznymi wzorami i stonowaną muzyką. To zapadnie w pamięć.

Strasburg miasto pięknych kobiet, ale chyba głównie turystek. W restauracyjce przy katedrze stolik obok usiadły… dwie lwowianki!

Dochodzę do wniosku, że są dwa Strasburgi: jeden oficjalny (PE, Rada Europy), którego jestem częścią i ten drugi, chyba sympatyczniejszy, turystyczny, którego częścią byłem dzisiaj wieczorem.

Blog

21 lipca 2004

Posted on

Dziś po raz pierwszy przemawiałem w PE – jako drugi Polak po Geremku. Przekroczyłem czas o kilkanaście sekund, co nie wzbudziło reakcji przewodniczącego Borrella. Trzeba mu przyznać, że jak na Katalończyka bardzo dobrze wymawia polskie nazwiska (przynajmniej moje…). Poza tym, co przygotowałem wcześniej, miałem jeszcze w trakcie wystąpienia 2 polemiki: z premierem Irlandii Ahernem (jego kraj przewodniczył przez ostatnie pół roku UE) oraz z ustępującym przewodniczącym Komisji Europejskiej Romano Prodi. Irlandzki premier odpowiedział mi: “Pan Czarnecki powiedział o swobodzie przepływu osób w UE w zakresie rynku pracy. To jest bardzo ważne …itd.”

Kompromitacji Europarlmentu ciąg dalszy. Dziś o 2 godz. odłożono głosowanie nad kwestorami z powodu zawirusowania systemu zliczającego głosy. Kiedy to wreszcie naprawiono to parę głosowań trwało ze 40 minut, ponieważ system nie był przygotowany na nieuzyskanie przez niektórych kandydatów co najmniej połowy głosów. Żeby więc przećwiczyć system zliczania głosów na próbę przewodniczący PE zarządził głosowanie nad sześcioma malarzami..! wygrał Renoir (ponad 400 głosów) przed Van Goghiem – 394, Turner 350. Słabo wypadł Modigliani uzyskując nieco ponad 300 głosów… Jednym słowem szopka, na tym nie koniec kabaretu. Mimo wczorajszych próśb, kandydaci na kwestorów, nie tylko nie raczyli się przedstawić, ale wręcz nie byli do tego zachęcani przez szefa PE. Wymuszono na nich, żeby jedynie raczyli podnieść się z siedzenia i ukłonić się, gdy wyczytywano ich nazwiska. Tym razem jednak – inaczej niż w czasie wczorajszych wyborów na wiceszefa PE – było więcej kandydatów niż miejsc. Mimo wcześniejszych ustaleń między 3 największymi frakcjami: chadeków, socjalistów i liberałów na 6 zgłosiła się najstarsza parlamentarzystka będąca kwestorem w poprzednim parlamencie, pani Astrid Lulling. Gdy ją pierwszy raz wybierano w 1965, (miałem wtedy 2 lata) była najmłodszym parlamentarzystą – teraz była najstarszą z pań deputowanych. I wygrała! Wystartowała wbrew swojej frakcji – Chadecji – ale mimo to dostała więcej głosów niż Finka od liberałów.  W rezultacie, stanowiska kwestorów opanowali chadecy, socjaliści, oraz jedna szacowna, patrz niezdyscyplinowana chadeczka z Luksemburga. Może to była nagroda za jej blisko 40 letni staż w PE?

Co wzbudziło dziś największe kontrowersje na forum PE? Ano wstał jakiś pajac i oburzony zaatakował marszałka sejmu (używając polskiej nomenklatury,) że wraz z grupą deputowanych musiał czekać 10 minut … na windę! Ale nie było to jałowe narzekanie! Ów jegomość, chyba z frakcji chadeckiej, zaproponował żeby dostęp do tzw. centralnych wind mieli… tylko deputowani!!!  Niektórym się we łbach przewraca. Było więc trochę śmiesznie, a trochę strasznie.

Cały dzień było ładnie, ale wieczorem rozpętało się pogodowe piekło, oberwanie chmury nad Strasburgiem, błyskawice, aura jak z Apokalipsy Św. Jana. Widocznie eurodeputowani zasłużyli. Tylko co winni mieszkańcy Strasburga? Uruchamiają się kolejne “lobbies”. Dziś byłem na 2 wieczornych przyjęciach: jedno zorganizowane przez lobby myśliwskie (!), drugie przez sektor finansowy (głównym organizatorem był szef przedstawicielstw Deutsche Bank w Brukseli p. dr Rainer W. Boden). Wbrew pozorom jedzenie było gorsze u myśliwych… w Polsce byłoby odwrotnie.

Mamy Goebbelsa w PE! Spokojnie, chodzi o Roberta Goebbelsa, deputowanego z Luksemburga. Nawet dzisiaj przemówił. Złapałem się na tym, że uwielbiam słuchać soczystych, niemieckich tyrad w PE. Co za ekspresja, co za gestykulacja, co za miny, Donnerwetter. Ten widok znajomy skądś…

Najbardziej ruchliwą osobą w PE jest przewodnicząca frakcji zielonych pani Frassoni. Jest liderem czwartej, co do wielkości grupy politycznej w PE, a nie może usiedzieć na miejscu, kreci się jak fryga, chodzi, biega, gada, dzisiaj była w kreacji na zielono (to chyba oczywiste), a wczoraj pełna pstrokacizna. Biega, ale nawet nieźle gada. Chociaż poglądy ma specyficzne.
Gratulował mi występu Jacek Saryusz-Wolski i szereg osób z rożnych frakcji (Polaków i nie tylko). Saryusz ujawnił, że jego grupa – chadecy, już się mści za wyłamanie się Polaków  z tej grupy i głosowanie za Geremkiem. M.in. Jerzy Buzek nie będzie szefem delegacji PE do kontaktów z Ukrainą. Mimo, że przed głosowaniem na Geremka było to uzgodnione. Zamiast niego będzie natomiast inny Polak – tyle, że zgłoszony przez socjalistów: Marek Siwiec.

Strasznie dużo tej polityki, ale tym się tu naprawdę żyje. Nie będę udawał, że jest inaczej.

Blog

PROSTO ZE STRASBURGA

Posted on

Gdy piszę te słowa trwa pierwsza sesja nowo wybranego Parlamentu Europejskiego w Starsburgu. Już w pierwszej turze głosowania na przewodniczącego PE wybrano Hiszpana, a w zasadzie Katalończyka, socjalistę. Było to możliwe dzięki niepisanej umowie miedzy lewicą a chadekami, w wyniku której w połowie kadencji (za dwa i pół roku) nastąpi rotacja na stanowisku szefa PE. Ma zostać wybrany Niemiec, obecnie przewodzący największemu klubowi parlamentarnemu, czyli Chadecji. Wybrano również czternastu wiceprzewodniczących, w tym dwóch Polaków:  Jacka Saryusza-Wolskiego (PO) oraz Janusza Onyszkiewicza (UW). Nie zajmą oni jednak eksponowanych pozycji w Prezydium Parlamentu, bo np. Saryusz-Wolski jest dopiero 9 wiceprzewodniczącym Parlamentu, a Onyszkiewicz znalazł się poza pierwszą dziesiątką.

Maszynka do głosowania w PE na tyle sprawna, że nie uznano za stosowne, aby czternastu kandydatów na wiceprzewodniczących Parlamentu Europejskiego przedstawiło się przed głosowaniem. Na zebraniu jakiejkolwiek partii politycznej w Polsce, taka procedura uznana by została za kompletnie niedemokratyczną i lekceważącą wyborców. Tutaj jednak uznano, że europejska szafa gra.

 Ukonstytuowały się również Komisje PE. Wybrałem uczestnictwo w Komisji Spraw Zagranicznych, jako pierwszej, (najbardziej prestiżowej) oraz Komisji Bezpieczeństwa i Obrony, a także Konstytucyjnej. Jednym słowem europejska parlamentarna machina ruszyła pełna parą. Po raz pierwszy z udziałem Polaków.

Blog

20 lipca 2004

Posted on

Dzisiaj w Strasburgu dla odmiany leje jak z cebra aż do wieczora. W Parlamencie Europejskim młyn straszny. Biegam z głosowania na wywiad, z wywiadu na głosowanie, z głosowania na oficjalny lunch parlamentarnej intergrupy SOS Democracy. Stamtąd znowu na głosowanie. Dalej z kolei na spotkanie liderów partii, które się nigdzie nie zapisały, potem zebranie całej grupy niezrzeszonych, wreszcie negocjacje ze Słowakami odnośnie wyboru przedstawiciela “Niezależnych” do Komitetu Prezydentów, czyli organu skupiającego szefów grup politycznych w PE.

Ostra jazda. Dobrze, że chociaż miałem spotkanie polityczne wraz z obiadem, inaczej bym go nie miał kiedy zjeść.

Głosuję na Geremka. Dostaje on ponad 200 głosów, ale to za mało żeby uzyskać fotel szefa PE. Przynajmniej w mediach mówiono o Polsce przez ostatnie dwa tygodnie i to pozytywnie. Jesteśmy z zupełnie innych politycznych bajek, a facet mnie w swoim czasie ostro atakował, gdy byliśmy ministrami w rządzie Buzka. Poparłem go traktując to jako rzecz oczywistą.

Dziś sporo wywiadów telewizyjnych i prasowych, ale mam świadomość, że to tylko kwestia pierwszych dni w PE. Po inauguracji zainteresowanie mediów spadnie. Nawet ciężka praca w Komisjach nie będzie żadną atrakcją dla żurnalistów. Takie są reguły gry.

Parę osób, w tym jeden ksiądz zamieszkały we Francji zwróciło mi uwagę, że zbyt ostro i przy użyciu zbyt mocnych słów opisałem napaść na mojego młodszego syna. Ale blog to blog. Pamiętnik ma swoje prawa i nie będę tuszował swoich odczuć. Łobuzów trzeba nazwać po imieniu.

Angażuję się w działalność dwóch tzw. intergrup, czyli formalnych struktur działających w ramach PE na rzecz określonego celu. Jedna to “Family in Europe” (z udziałem różnych nacji, w tym z Polaków: cała LPR, Samoobrona i jakiś solista z PO) i SOS Europe Democracy (z Polaków: PiS i Samoobrona). Jutro ma powstać tzw. Koło Polskie w PE z moim udziałem.

Gastronomicznie dzień nie był stracony, choć nie należał do tych godnych do zapamiętania. Najlepsza była przystawka na obiad “prosciuto e melone” (szynka z melonem) oraz wieczorne francuskie sery i białe wino.

Jutro po raz pierwszy przemawiam w Parlamencie Europejskim. Ocena prezydencji irlandzkiej to tylko pretekst. Będę mówił o udostępnianiu rynków pracy dla Polaków i mieszkańców “Nowej Europy”. A właśnie za tej prezydencji otworzono w tym zakresie pewną furtkę.

Blog

19 lipca 2004

Posted on

Wczoraj późnym wieczorem wyruszam autem do Strasburga z Wrocławia. Mijam nocą uśpione Niemcy słuchając “Sonaty Brandenburskiej” J.S. Bacha (akurat). Niemcy nie mieli Marka Pola, to i mają autostrady. Z czego słyną nasi zachodni sąsiedzi w świecie? Z trzech rzeczy: ze świetnej kuchni, z subtelnego poczucia humoru i z niezmiernie życzliwego stosunku do sąsiadów.  Że co złośliwy? Złośliwy jestem? A skąd.

No i jadę przez te wschodnie, a potem zachodnie landy słuchając genialnej muzyki Zbigniewa Preisnera do wielkich filmów Krzysztofa Kieślowskiego. A w przerwach burczy mi zapomniany Włoch, Marino Marini (“Nie płacz kiedy odjadę”).
 A wcześniej, gdy przekraczam granicę polsko-niemiecką błyskawice jak z filmów grozy, pioruny, jak z tych tabliczek na transformatorach pod wysokim napięciem. Tak malownicze i urokliwe, że aż nie realistyczne.

Pierwszy dzień w Strasburgu. Całe miasto skupia się koło, bardzo nowoczesnego i robiącego duże wrażenie gmachu Parlamentu Europejskiego. Dużo szkła, metal, rozmach, przestronność robi na pewno bardziej monumentalne wrażenie, niż budynki PE w Brukseli. Przejrzysty układ korytarzy i gabinetów, powoduje, że trudniej się zgubić, niż w stolicy Belgii.

Znowu, kolejny raz w ciągu tygodnia, proponują mi szefowanie frakcji w PE z udziałem skrajnej prawicy francuskiej, belgijskiej, austriackiej i włoskiej. Po raz kolejny odrzucam, bo nie lubię politycznego zoo. Są rzeczy, o których się nie dyskutuje. I to jest właśnie taka rzecz. A więc: nie i już. Nie, bo nie. Jeśli to towarzystwo – to beze mnie.

Poznaję dzisiaj na technicznym posiedzeniu posłów niezrzeszonych pana Jean Marie Le Pen i jego córę – oboje deputowanych do PE. Była też Alessandra Mussolini – wnuczka Duce Benito. Pierwszy raz rozmawiałem z nią, bodaj 4 lata temu na wiecu organizowanym przez Berlusconiego i Gianfranco Finiego w Rzymie przeciwko pierwszemu w historii Włoch rządowi postkomunistów. Jest starsza o parę lat, trzepoce rzęsami, ale współpracować nie będziemy, choć przecież nie jest jej winą, że jej dziadek, robił, to co robił. W każdym razie na imieninach, to my bywać u siebie nie będziemy.

Cały dzień potworny upał i parno. Oblewają mnie siódme poty. Mordercza pogoda.

Wyjechałem z kraju z bezsilną wściekłością na młodych gnojów, którzy napadli na przystanku autobusowym na mojego 14-letniego Bartka. Siedział sam, czekał na autobus, bo umówił się z kolegami (wybrał spotkanie z nimi a nie zaplanowaną przeze mnie wizytę u dentysty) i już po chwili nie miał komórki. Na szczęście nie bronił się, a więc go nie pobili. Mówi, że mieli może po 17 lat. Chłopak przeżył szok, taki sam jaki parę lat wcześniej był udziałem starszego, Przemka. Gdybym dorwał bydlaków, to bym skurwielom nogi z dupy powyrywał. A tak gotuję się, zaciskając pięści w samochodzie.

Blog

18 lipca 2004

Posted on

Rano zimny prysznic, jak co dzień. Może nie jest to perwersja, ale na pewno znam przyjemniejsze rzeczy. To przynajmniej cuci człowieka dokumentnie.

Dzisiaj spędzam parę godzin z moją Mamą. Mama opowiada o czasach okupacji i biedzie powojennej, o sprzedaży majątku po wojnie, rozwodzie z ojcem, jak potem z trudem wiązała koniec z końcem. Wspominamy naszą Babusię, która wychowała najpierw Mamę, potem mnie i umarła w wieku 92 lat, gdy miałem 16 lat. Nie była z nami spokrewniona, ale jako piastunka weszła do rodziny. Pamiętam, że w dniu gdy się o tym dowiedziałem miałem w szkole mokre oczy, a raczej spocone, bo przecież chłopaki nie płaczą. Dziś spoczywa w naszym grobowcu rodzinnym.

Jesteśmy z Mamą na Mszy Świętej, siostra elżbietanka mówi o jakiejś starszej pani, która twierdzi, że jest niewierząca i nie chodzi do kościoła. Wadzić się z Panem Bogiem za młodu to głupota, ale wadzić się na starość to głupota jeszcze większa. Mama zawsze była religijna a teraz jest jeszcze bardziej, przeżywa każdą mszę Świętą mocno, wczoraj dostała szkaplerz. Starsi ludzie są bliżej Boga chyba dlatego, że są bardziej doświadczeni życiem i wiedzą co ważne.

Dostałem parę sygnałów od ludzi, którzy dojrzeli mnie, we wczorajszej Gazecie Wyborczej. Mam skwitowała to krótko: “to dobrze” i jakoś mało kto zwrócił uwagę na kąśliwy podpis. Potęga mediów, a może potęga cywilizacji obrazkowej?

Dzisiaj cały dzień upał, strasznie parno, duchota, marzę o morskiej bryzie albo górskim wiaterku (byle nie halny). Ale jestem w sercu, czerwonego od upału, wielkiego miasta.

Moi żużlowcy wygrali z Rybnikiem 51:39. Planowana Viktoria, mało kibiców (bo upał i przeciwnik słaby), nasz zawodnik miał groźny upadek, wylądował w szpitalu, ale prognozy są dobre. Jesteśmy na 2 miejscu w tabeli, po Tarnowie, z wielkimi szansami na medal, może nawet złoty. Następny, nasz mecz w Częstochowie. A ja już myślę o Strasburgu, inauguracyjnej sesji, pierwszym przemówieniu, ślubowaniu itd. itp.

Blog

17 lipca 2004

Posted on

Sobota to taki miły dzień, gdzie czasem, nie zawsze, ale np. dziś można wyspać się do oporu. Co za błogie uczucie. Zauważyłem, że ostatnio (akurat nie tej nocy) prawie wszystkie moje sny są związane z polityką. Fatalnie. Wolałbym żeby śniły mi się zupełnie inne rzeczy. Ale sen nie sługa, a podświadomość działa. Dzisiaj młody chłopak po politologii we Wrocławiu, Marcin, mówi mi, że moja strona internetowa i szerzej – internet – oddziaływują tylko na ludzi do 35 roku życia. Mam nadzieję, że nie do końca ma rację. Ale na pewno ten instrument kontaktu z otoczeniem jest bardziej wykorzystywany przez np. studentów niż emerytów. Co zaś do wieku – to każdy z nas codziennie się starzeje. Przypomina mi to anegdotę z okresu II Rzeczpospolitej, gdy znany historyk dziejów Polski, prof. Władysław Konopczyński, przedstawił Senatowi Uniwersytetu Jagiellońskiego kandydaturę bardzo młodego – jak na tamte czasy – 28-letniego dr Jana Sobieskiego na profesora UJ. Wielce szacowny i mocno konserwatywny Senat najstarszej, polskiej uczelni trochę grymasił ze względu na stanowczo młodzieżowy wiek kandydata na profesora. Zdesperowany Konopczyński w swoim ostatnim wystąpieniu przed głosowaniem stwierdził, iż “obiecuję Wysokiemu Senatowi, że dr Sobieski z każdym dniem będzie coraz starszy…”. w końcu kandydatura przeszła, a Jan Sobieski stał się znanym historykiem, autorem Syntez Dziejów Polski, które zresztą wydawaliśmy i kolportowaliśmy w podziemiu po stanie wojennym.

Dzisiaj mam mały festiwal medialny: w Gazecie Wyborczej moje zdjęcie z Geremkiem jak mu grzecznie nalewam herbatę (GW napisała, że Czarnecki usługuje Geremkowi), a w Rzeczpospolitej jestem na zdjęciu z Geremkiem i Piskorskim, stoję z rękami założonymi i z czegoś się strasznie cieszę. Zero megalomani, ale obejrzenie siebie w czołowych, polskich dziennikach, nie jest rzeczą specjalnie przykrą. Ale prawicowy “Nasz Dziennik” i lewicowa “Trybuna” nie bąknęły nawet słowa. Jak tu lubić skrajności.

Bartek wrócił z 10-dniowego pobytu nad włoskim morzem. Rośnie jak na drożdżach, opalony i z nowymi kolegami. Wiadomość od starszego, Przemka, że o 3 tygodnie skraca pobyt w Irlandii.
Przemawiam w czasie posiedzenia Rady mojego ugrupowania. Dziękuję za pomoc w kampanii, ale także za to, że moje ugrupowanie potraktowało mnie życzliwiej niż Parlament Europejski. Tutaj mogę przemawiać 3 minuty, a w Brukseli czy Strasburgu tylko do 2 minut. Podkreślam, że nie możemy pójść i nie pójdziemy w PE ani ze skrajną prawicą ani ze skrajną lewicą. Jednym słowem: “nie” dla ultrasów. Już front narodowy Le Pena proponował mi utworzenie wspólnej frakcji a mnie jako przewodniczącego, takiej grupy politycznej… Dałem im czarną polewkę ze względów oczywistych. Ich lider w PE p. Bruno Golnisch może być kulturalnym człowiekiem, ale partia Le Pena jest nie do przyjęcia ze względów i medialnych i merytorycznych. Odrzucając tę propozycję myślałem, że w poważnej polityce trzeba myśleć o tym co będzie za rok i za trzy lata, a nie tylko o tym co będzie jutro. Z tych samych powodów po wyborach prezydenckich w 1995 roku odrzuciłem propozycję Aleksandra Kwaśniewskiego, zostania u niego, w jego Kancelarii Prezydenta, ministrem – sekretarzem stanu ds. stosunków z Kościołami, pamiętam, że byłem wówczas w dość trudnej sytuacji finansowej, ale odmowa wydawała się dla mnie dość oczywista.

Dostaję dzisiaj w prezencie od Andrzeja Leppera biało-czerwony krawat z unijnymi, złotymi gwiazdkami, na granatowym tle. U nas w Polsce jedni będą niezadowoleni – a propos krawatu – bo jest on biało-czerwony, inni bo są tam symbole Unii. Fotoreporterzy się rzucili, może więc w poniedziałkowych gazetach będę już nie z Geremkiem a z Lepperem i dwoma krawatami. Zaraz potem, udzieliłem wywiadu dla radia “Zet” mówiąc, że połączenie obu elementów – narodowego i europejskiego – jest jak najbardziej słuszne, bo moja partia jest eurorealistyczna. No i wystąpię w nim w PE w tym roku conajmniej dwa razy: pierwszy raz na inauguracji Parlamentu europejskiego, a drugi z okazji planowanej wizyty polskiego papieża w PE (wrzesień 2004). Czy zaś będzie mi w nim do twarzy – mówiłem dla “Zetki”- zapytam znajomych wizażystek…

Blog

16 lipca 2004

Posted on

Spotykałem się dzisiaj z kolegą. Chłopak nieco ode mnie młodszy, niezależny dziennikarz (publikował w “Rzeczpospolitej” i gazetach ekonomicznych), żonaty, 8 dzieci. Mówi mi o nagłej chorobie swojej żony, bądź co bądź młodej kobiety. Rak… Mają dzieci w wieku od 3-16 lat. Dramat. Zanim mi to powiedział mówię o tym, że kadencja PE trwa 5 lat i że mam takie i takie plany. Na to przerywa mi i mówi: “żeby lepiej nie mieć żadnych planów, bo jak się je ma, to potem często trzeba je mocno weryfikować, a to boli”. No i potem opowiada mi o swoim problemie, a właściwie problemie 10-osoobowej rodziny… kolejna lekcja z cudzego losu.

Po spotkaniu premiera Belki z eurodeputowanymi (odbywało się ono w tej samej Sali Świetlikowej Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, w której odbywały się posiedzenia rządu Jerzego Buzka z moim udziałem – jak widać, historia kołem się toczy…) – koktajl z udziałem także paru ministrów i szefów urzędów centralnych. Premier proponuje toast za współpracę rządu i europosłów dla dobra Polski, ale nie ma w ręku kieliszka. Pytam się – dlaczego? Odpowiada mi, że brak rozcieńczonego alkoholu (czyli szampana…) w końcu jednak toast wzniósł i to bynajmniej nie wodą.

W czasie debaty u premiera zabierałem głos, ale o tym pisać nie będę bo systematyczne cytowanie siebie, może być początkiem choroby… Głos zabrał też m.in. poseł Piskorski z PO. Gdy się zgłosił powiedziałem do siedzącego obok mnie Geremka, że exprezydent Warszawy pewnie się będzie pytał o środki z UE na budowę tuneli… Mówił jednak o czymś innym. I tak przebił go poseł Pęk (ZSL-PSL-LPR), który powiedział m.in. o tym że “będzie twardo patrzył rządowi na ręce”. Myślałem dotąd, że patrzy się uważnie lub systematycznie lub nawet groźnie, ale o twardym patrzeniu, (zwłaszcza na ręce) nie słyszałem. Potem jeszcze coś mówił o merdaniu ogonkiem, co wprowadziło ważny wątek kynologiczny do dyskusji o prezydencji Holandii w UE. Psia mać.

Co najbardziej wkurza takiego spokojnego człowieka jak ja? To, że jak dzwonię do kogoś to słyszę tylko jego wyjącą papugę.

Blog

15 lipca 2004

Posted on

Odwiedzam Mamę. Minął równo tydzień od ostatniego naszego spotkania (miałem w tym czasie dwa wyjazdy zagraniczne). Mama częstuje mnie morelami i wiśniami “Tylko pestek nie połknij” – upomina swojego 41-letniego syna. Mama jak to mama. Nawet 60-latek zawsze pozostanie dzieckiem. Wziąłem sobie mamy słowa do serca i w brzuchu eurodeputowanego nie ma ani jednej pestki.

Do Warszawy jadę z Wrocławia pociągiem przez Wielkopolskę. Po obu stronach ściana lasu, pola ze zbożem, łąki – ciemna zieleń, jasna zieleń, wrzosy ze swoim specyficznym kolorytem, a nad tym wszystkim góruje błękit nieba złamany licznymi, czarnymi chmurami. Pośrednikiem miedzy niebem a ziemią są wysokie topole. Lubię tędy jeździć…

Nie zdążyłem dzisiaj przejrzeć prasy. To źle i dobrze. Daje to swoisty komfort. Media wkurzają ludzi. Jak chcesz harmonijnie, spokojnie żyć – zostań Robinsonem Cruzoe lub idź na emigrację wewnętrzną.

Jeszcze o drzewach. Niesamowite, fantazyjne kształty: jedno przechylone, jakby pod ciężarem trosk całego świata, inne strzela w górę, prosto w błękit nieba, trzecie z czwartym i piątym tworzy jakby symbiozę. Czasem drzewa jakby namolnie pukały w okna pociągu, zapraszając w swój cień podróżnych.

Jedzie pociąg z daleka, nikt na niego nie czeka, a konduktor… Konduktor był wściekle trzeźwy (zresztą obaj konduktorzy byli wściekle trzeźwi), a ja sobie siedziałem i otwierałem listy z kolejnymi gratulacjami. Wśród tych uprzejmych ludzi, którym sekretarki napisały pismo znaleźli się: premier rządu RP Marek Belka, Prezes Cepelii Jan Włostowski, Wiceprezes Tesco Polska Czesław Grzesiak, Starosta Wałbrzyski Marek Śpiewak, Prezes Federacji Konsumentów Małgorzata Niepokulczycka, Prezes Daimler Chrysler Przemysław Rajewski, prof. dr hab. Witold Małachowski z Volkswagen, Paweł Antosiewicz Nissan Poland, Teresa Bazała – Prezes Fundacji Odnowy Ziemi Noworudzkiej, Julian Golak Przewodniczący Komitetu Organizacyjnego Polsko – Czeskich Dni Kultury Chrześcijańskiej, Jerzy Pilarczyk Sekretarz Stanu w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi, mgr Janusz Marszałek Prezydent Oświęcimia. Wielcem żem z tego kontent.

Dochodzę do wniosku, że nasze stare, wysłużone PKP to jednak nie jest francuskie TGV czy włoskie Pendolino. Jedzie statecznie. Pan maszynista na pewno nie otrzyma mandatu od policji za przekroczenie prędkości. Dzięki temu mam czas poczytać artykuł ze “Studiów Europejskich” nr 3 (27)/2003 Elżbiety Kużalewskiej “NORWESKIE I SZWJCARSKIE “NIE” DLA INTEGRACJI EUROPEJSKIEJ”. Jak byśmy my, Polacy spali na ropie jak Wikingowie czy mieli ojczyznę banków jak Helweci, to może byśmy też w referendum byli bardziej sceptyczni. Jednak z bankami u nas  krucho, a o ropie z Karlina słuch zaginął.

Podsumowując dzień myślę o parogodzinnej rozmowie z moja Mamą, która coraz bardziej żyje czasem przeszłym dokonanym, coraz bardziej zanurza się w przeszłości, wspomina. Oczywiście cały czas interesuje się tym co robię oraz bieżącą polityką, sytuacją w kraju, Parlamentem Europejskim, ale widać, że już powoli podsumowuje życie, jest coraz słabsza. Porusza się z coraz większą trudnością, ma kłopoty ze wstawaniem, a przecież dalej jest, a może tym bardziej, tą kochaną Mamą co zwykle. Dzisiaj opowiadała mi o swojej nauczycielce łaciny, Pani Moraczewskiej, bratanicy pierwszego premiera II Rzeczpospolitej, Jędrzeja Moraczewskiego, która za działalność w AK zginęła w Oświęcimiu. Nie wiem czy chciałbym dożyć starości.

Ale może też jest tak, że im dłużej człowiek żyje, tym bardziej chce żyć? I pewnie nie można tak mówić, że “nie chcę dożyć starości i niedołężności”. Bo przecież nie jest to kwestia naszego wyboru, koncertu życzeń, zachcianki, a woli Pana Boga. Z nim trudno dyskutować.

Jestem przeciwnikiem eutanazji, o czym zresztą trzy dni temu, w Brukseli powiedziałem holenderskiemu politykowi Blokland’owi, (takie dziwne połączenie religijnego, protestanckiego notabene, podejścia do życia, z sympatią do socjalizmu).

Spotkania z mamą uświadamiają mi, że czy tego chcemy czy nie “tempus fugit” (czas ucieka). I czy nam się podoba, czy nie, miał rację stary Ernest Hemingway mówiąc, żeby nie pytać komu bije dzwon, bo bije on każdemu z nas…”

Blog

14 lipca 2004

Posted on

niadanie w hotelu, obiado-kolacja w samolocie. Dzień może nie jak co dzień, ale nierzadko. Dziś kilka godzin szkoleń dla nowych europosłów, na których dowiedziałem się m.in., że mogę jeszcze w tym roku zaprosić, na koszt podatnika europejskiego, 45 osób do Brukseli. Byłem jedynym Polakiem, który zadał kolejnym, dwóm, wysokim urzędnikom PE po pytaniu. Poza mną głos zabrali Irlandczyk, Niemka (też dwukrotnie), Francuz, Czeszka i jeszcze chyba ktoś. Pytałem o te ekskursje, ponieważ powiedziano o limicie 90 osób rocznie. Zapytałem się, czy czasem w roku 2004 nie jest tylko połowa, bo przecież PE startuje w lipcu a nie w styczniu. No i na moje wyszło. Drugie pytanie dotyczyło szczegółów odnośnie komisji w PE, ale nie będę zanudzał szczegółami. A potem kolejne negocjacje w gronach wieloosobowych, paroosobowych i dwuosobowych. Momentami miało to humorystyczny wymiar, ponieważ chcieliśmy owe rozmowy zachować w dyskrecji (co jest trudne w rozplotkowanym Europarlamencie), to nie prosiliśmy o jakąś specjalną salę. W efekcie spotkaliśmy się w ciasnych pomieszczeniach biurowych – po części – rozmawialiśmy na stojąco. Widok zabawny, a efekt jeszcze nieokreślony.

Dopiero wieczorem, po przylocie do Warszawy, kiedy czekam na samolot do Wrocławia, wychodzi ze mnie potworne zmęczenie fizyczne i psychiczne znużenie. Padam jak pies Pluto, ale pies Pluto – kto zna film, ten wie – tym się charakteryzował, że zawsze, w końcu się podnosił…

Wracam LOT-em do Polski, 2 rzędy za mną Andrzej Lepper, rząd przede mną Bronisław Geremek, zadowolony z obiecanego, naszego poparcia jego kandydatury na szefa PE, rozpromieniony i skłonny do dowcipów. “Tylko Platforma nie chce mnie poprzeć” – mówi do mnie jeszcze na lotnisku w Brukseli. Delikatnie przypominam mu o tym, że LPR też nie chce. W samolocie odwraca się do mnie z kieliszkiem czerwonego wina z toastem “na zdrowie”, ja wznoszę swój mówiąc, że Unia Europejska zobowiązuje: “Ja piję wino francuskie, a nie chilijskie…”, po chwili Geremek znowu odwraca się i mówi: “Kochajmy Europę, ale bez przesady. Przyznajmy, że to chilijskie jest lepsze od francuskiego…”. A ja na to: “Ja popieram europejskie produkty, bo wie Pan jak to jest z neofitami. Ja muszę popierać europejskie marki…”. Niech kto powie, że ja nie mam w sobie sporej dozy autoironii!

Powiem szczerze, nie mam siły pisać więcej.