Blog

PROSTO ZE STRASBURGA

Posted on

Gdy piszę te słowa trwa pierwsza sesja nowo wybranego Parlamentu Europejskiego w Starsburgu. Już w pierwszej turze głosowania na przewodniczącego PE wybrano Hiszpana, a w zasadzie Katalończyka, socjalistę. Było to możliwe dzięki niepisanej umowie miedzy lewicą a chadekami, w wyniku której w połowie kadencji (za dwa i pół roku) nastąpi rotacja na stanowisku szefa PE. Ma zostać wybrany Niemiec, obecnie przewodzący największemu klubowi parlamentarnemu, czyli Chadecji. Wybrano również czternastu wiceprzewodniczących, w tym dwóch Polaków:  Jacka Saryusza-Wolskiego (PO) oraz Janusza Onyszkiewicza (UW). Nie zajmą oni jednak eksponowanych pozycji w Prezydium Parlamentu, bo np. Saryusz-Wolski jest dopiero 9 wiceprzewodniczącym Parlamentu, a Onyszkiewicz znalazł się poza pierwszą dziesiątką.

Maszynka do głosowania w PE na tyle sprawna, że nie uznano za stosowne, aby czternastu kandydatów na wiceprzewodniczących Parlamentu Europejskiego przedstawiło się przed głosowaniem. Na zebraniu jakiejkolwiek partii politycznej w Polsce, taka procedura uznana by została za kompletnie niedemokratyczną i lekceważącą wyborców. Tutaj jednak uznano, że europejska szafa gra.

 Ukonstytuowały się również Komisje PE. Wybrałem uczestnictwo w Komisji Spraw Zagranicznych, jako pierwszej, (najbardziej prestiżowej) oraz Komisji Bezpieczeństwa i Obrony, a także Konstytucyjnej. Jednym słowem europejska parlamentarna machina ruszyła pełna parą. Po raz pierwszy z udziałem Polaków.

Blog

20 lipca 2004

Posted on

Dzisiaj w Strasburgu dla odmiany leje jak z cebra aż do wieczora. W Parlamencie Europejskim młyn straszny. Biegam z głosowania na wywiad, z wywiadu na głosowanie, z głosowania na oficjalny lunch parlamentarnej intergrupy SOS Democracy. Stamtąd znowu na głosowanie. Dalej z kolei na spotkanie liderów partii, które się nigdzie nie zapisały, potem zebranie całej grupy niezrzeszonych, wreszcie negocjacje ze Słowakami odnośnie wyboru przedstawiciela “Niezależnych” do Komitetu Prezydentów, czyli organu skupiającego szefów grup politycznych w PE.

Ostra jazda. Dobrze, że chociaż miałem spotkanie polityczne wraz z obiadem, inaczej bym go nie miał kiedy zjeść.

Głosuję na Geremka. Dostaje on ponad 200 głosów, ale to za mało żeby uzyskać fotel szefa PE. Przynajmniej w mediach mówiono o Polsce przez ostatnie dwa tygodnie i to pozytywnie. Jesteśmy z zupełnie innych politycznych bajek, a facet mnie w swoim czasie ostro atakował, gdy byliśmy ministrami w rządzie Buzka. Poparłem go traktując to jako rzecz oczywistą.

Dziś sporo wywiadów telewizyjnych i prasowych, ale mam świadomość, że to tylko kwestia pierwszych dni w PE. Po inauguracji zainteresowanie mediów spadnie. Nawet ciężka praca w Komisjach nie będzie żadną atrakcją dla żurnalistów. Takie są reguły gry.

Parę osób, w tym jeden ksiądz zamieszkały we Francji zwróciło mi uwagę, że zbyt ostro i przy użyciu zbyt mocnych słów opisałem napaść na mojego młodszego syna. Ale blog to blog. Pamiętnik ma swoje prawa i nie będę tuszował swoich odczuć. Łobuzów trzeba nazwać po imieniu.

Angażuję się w działalność dwóch tzw. intergrup, czyli formalnych struktur działających w ramach PE na rzecz określonego celu. Jedna to “Family in Europe” (z udziałem różnych nacji, w tym z Polaków: cała LPR, Samoobrona i jakiś solista z PO) i SOS Europe Democracy (z Polaków: PiS i Samoobrona). Jutro ma powstać tzw. Koło Polskie w PE z moim udziałem.

Gastronomicznie dzień nie był stracony, choć nie należał do tych godnych do zapamiętania. Najlepsza była przystawka na obiad “prosciuto e melone” (szynka z melonem) oraz wieczorne francuskie sery i białe wino.

Jutro po raz pierwszy przemawiam w Parlamencie Europejskim. Ocena prezydencji irlandzkiej to tylko pretekst. Będę mówił o udostępnianiu rynków pracy dla Polaków i mieszkańców “Nowej Europy”. A właśnie za tej prezydencji otworzono w tym zakresie pewną furtkę.

Blog

19 lipca 2004

Posted on

Wczoraj późnym wieczorem wyruszam autem do Strasburga z Wrocławia. Mijam nocą uśpione Niemcy słuchając “Sonaty Brandenburskiej” J.S. Bacha (akurat). Niemcy nie mieli Marka Pola, to i mają autostrady. Z czego słyną nasi zachodni sąsiedzi w świecie? Z trzech rzeczy: ze świetnej kuchni, z subtelnego poczucia humoru i z niezmiernie życzliwego stosunku do sąsiadów.  Że co złośliwy? Złośliwy jestem? A skąd.

No i jadę przez te wschodnie, a potem zachodnie landy słuchając genialnej muzyki Zbigniewa Preisnera do wielkich filmów Krzysztofa Kieślowskiego. A w przerwach burczy mi zapomniany Włoch, Marino Marini (“Nie płacz kiedy odjadę”).
 A wcześniej, gdy przekraczam granicę polsko-niemiecką błyskawice jak z filmów grozy, pioruny, jak z tych tabliczek na transformatorach pod wysokim napięciem. Tak malownicze i urokliwe, że aż nie realistyczne.

Pierwszy dzień w Strasburgu. Całe miasto skupia się koło, bardzo nowoczesnego i robiącego duże wrażenie gmachu Parlamentu Europejskiego. Dużo szkła, metal, rozmach, przestronność robi na pewno bardziej monumentalne wrażenie, niż budynki PE w Brukseli. Przejrzysty układ korytarzy i gabinetów, powoduje, że trudniej się zgubić, niż w stolicy Belgii.

Znowu, kolejny raz w ciągu tygodnia, proponują mi szefowanie frakcji w PE z udziałem skrajnej prawicy francuskiej, belgijskiej, austriackiej i włoskiej. Po raz kolejny odrzucam, bo nie lubię politycznego zoo. Są rzeczy, o których się nie dyskutuje. I to jest właśnie taka rzecz. A więc: nie i już. Nie, bo nie. Jeśli to towarzystwo – to beze mnie.

Poznaję dzisiaj na technicznym posiedzeniu posłów niezrzeszonych pana Jean Marie Le Pen i jego córę – oboje deputowanych do PE. Była też Alessandra Mussolini – wnuczka Duce Benito. Pierwszy raz rozmawiałem z nią, bodaj 4 lata temu na wiecu organizowanym przez Berlusconiego i Gianfranco Finiego w Rzymie przeciwko pierwszemu w historii Włoch rządowi postkomunistów. Jest starsza o parę lat, trzepoce rzęsami, ale współpracować nie będziemy, choć przecież nie jest jej winą, że jej dziadek, robił, to co robił. W każdym razie na imieninach, to my bywać u siebie nie będziemy.

Cały dzień potworny upał i parno. Oblewają mnie siódme poty. Mordercza pogoda.

Wyjechałem z kraju z bezsilną wściekłością na młodych gnojów, którzy napadli na przystanku autobusowym na mojego 14-letniego Bartka. Siedział sam, czekał na autobus, bo umówił się z kolegami (wybrał spotkanie z nimi a nie zaplanowaną przeze mnie wizytę u dentysty) i już po chwili nie miał komórki. Na szczęście nie bronił się, a więc go nie pobili. Mówi, że mieli może po 17 lat. Chłopak przeżył szok, taki sam jaki parę lat wcześniej był udziałem starszego, Przemka. Gdybym dorwał bydlaków, to bym skurwielom nogi z dupy powyrywał. A tak gotuję się, zaciskając pięści w samochodzie.

Blog

18 lipca 2004

Posted on

Rano zimny prysznic, jak co dzień. Może nie jest to perwersja, ale na pewno znam przyjemniejsze rzeczy. To przynajmniej cuci człowieka dokumentnie.

Dzisiaj spędzam parę godzin z moją Mamą. Mama opowiada o czasach okupacji i biedzie powojennej, o sprzedaży majątku po wojnie, rozwodzie z ojcem, jak potem z trudem wiązała koniec z końcem. Wspominamy naszą Babusię, która wychowała najpierw Mamę, potem mnie i umarła w wieku 92 lat, gdy miałem 16 lat. Nie była z nami spokrewniona, ale jako piastunka weszła do rodziny. Pamiętam, że w dniu gdy się o tym dowiedziałem miałem w szkole mokre oczy, a raczej spocone, bo przecież chłopaki nie płaczą. Dziś spoczywa w naszym grobowcu rodzinnym.

Jesteśmy z Mamą na Mszy Świętej, siostra elżbietanka mówi o jakiejś starszej pani, która twierdzi, że jest niewierząca i nie chodzi do kościoła. Wadzić się z Panem Bogiem za młodu to głupota, ale wadzić się na starość to głupota jeszcze większa. Mama zawsze była religijna a teraz jest jeszcze bardziej, przeżywa każdą mszę Świętą mocno, wczoraj dostała szkaplerz. Starsi ludzie są bliżej Boga chyba dlatego, że są bardziej doświadczeni życiem i wiedzą co ważne.

Dostałem parę sygnałów od ludzi, którzy dojrzeli mnie, we wczorajszej Gazecie Wyborczej. Mam skwitowała to krótko: “to dobrze” i jakoś mało kto zwrócił uwagę na kąśliwy podpis. Potęga mediów, a może potęga cywilizacji obrazkowej?

Dzisiaj cały dzień upał, strasznie parno, duchota, marzę o morskiej bryzie albo górskim wiaterku (byle nie halny). Ale jestem w sercu, czerwonego od upału, wielkiego miasta.

Moi żużlowcy wygrali z Rybnikiem 51:39. Planowana Viktoria, mało kibiców (bo upał i przeciwnik słaby), nasz zawodnik miał groźny upadek, wylądował w szpitalu, ale prognozy są dobre. Jesteśmy na 2 miejscu w tabeli, po Tarnowie, z wielkimi szansami na medal, może nawet złoty. Następny, nasz mecz w Częstochowie. A ja już myślę o Strasburgu, inauguracyjnej sesji, pierwszym przemówieniu, ślubowaniu itd. itp.

Blog

17 lipca 2004

Posted on

Sobota to taki miły dzień, gdzie czasem, nie zawsze, ale np. dziś można wyspać się do oporu. Co za błogie uczucie. Zauważyłem, że ostatnio (akurat nie tej nocy) prawie wszystkie moje sny są związane z polityką. Fatalnie. Wolałbym żeby śniły mi się zupełnie inne rzeczy. Ale sen nie sługa, a podświadomość działa. Dzisiaj młody chłopak po politologii we Wrocławiu, Marcin, mówi mi, że moja strona internetowa i szerzej – internet – oddziaływują tylko na ludzi do 35 roku życia. Mam nadzieję, że nie do końca ma rację. Ale na pewno ten instrument kontaktu z otoczeniem jest bardziej wykorzystywany przez np. studentów niż emerytów. Co zaś do wieku – to każdy z nas codziennie się starzeje. Przypomina mi to anegdotę z okresu II Rzeczpospolitej, gdy znany historyk dziejów Polski, prof. Władysław Konopczyński, przedstawił Senatowi Uniwersytetu Jagiellońskiego kandydaturę bardzo młodego – jak na tamte czasy – 28-letniego dr Jana Sobieskiego na profesora UJ. Wielce szacowny i mocno konserwatywny Senat najstarszej, polskiej uczelni trochę grymasił ze względu na stanowczo młodzieżowy wiek kandydata na profesora. Zdesperowany Konopczyński w swoim ostatnim wystąpieniu przed głosowaniem stwierdził, iż “obiecuję Wysokiemu Senatowi, że dr Sobieski z każdym dniem będzie coraz starszy…”. w końcu kandydatura przeszła, a Jan Sobieski stał się znanym historykiem, autorem Syntez Dziejów Polski, które zresztą wydawaliśmy i kolportowaliśmy w podziemiu po stanie wojennym.

Dzisiaj mam mały festiwal medialny: w Gazecie Wyborczej moje zdjęcie z Geremkiem jak mu grzecznie nalewam herbatę (GW napisała, że Czarnecki usługuje Geremkowi), a w Rzeczpospolitej jestem na zdjęciu z Geremkiem i Piskorskim, stoję z rękami założonymi i z czegoś się strasznie cieszę. Zero megalomani, ale obejrzenie siebie w czołowych, polskich dziennikach, nie jest rzeczą specjalnie przykrą. Ale prawicowy “Nasz Dziennik” i lewicowa “Trybuna” nie bąknęły nawet słowa. Jak tu lubić skrajności.

Bartek wrócił z 10-dniowego pobytu nad włoskim morzem. Rośnie jak na drożdżach, opalony i z nowymi kolegami. Wiadomość od starszego, Przemka, że o 3 tygodnie skraca pobyt w Irlandii.
Przemawiam w czasie posiedzenia Rady mojego ugrupowania. Dziękuję za pomoc w kampanii, ale także za to, że moje ugrupowanie potraktowało mnie życzliwiej niż Parlament Europejski. Tutaj mogę przemawiać 3 minuty, a w Brukseli czy Strasburgu tylko do 2 minut. Podkreślam, że nie możemy pójść i nie pójdziemy w PE ani ze skrajną prawicą ani ze skrajną lewicą. Jednym słowem: “nie” dla ultrasów. Już front narodowy Le Pena proponował mi utworzenie wspólnej frakcji a mnie jako przewodniczącego, takiej grupy politycznej… Dałem im czarną polewkę ze względów oczywistych. Ich lider w PE p. Bruno Golnisch może być kulturalnym człowiekiem, ale partia Le Pena jest nie do przyjęcia ze względów i medialnych i merytorycznych. Odrzucając tę propozycję myślałem, że w poważnej polityce trzeba myśleć o tym co będzie za rok i za trzy lata, a nie tylko o tym co będzie jutro. Z tych samych powodów po wyborach prezydenckich w 1995 roku odrzuciłem propozycję Aleksandra Kwaśniewskiego, zostania u niego, w jego Kancelarii Prezydenta, ministrem – sekretarzem stanu ds. stosunków z Kościołami, pamiętam, że byłem wówczas w dość trudnej sytuacji finansowej, ale odmowa wydawała się dla mnie dość oczywista.

Dostaję dzisiaj w prezencie od Andrzeja Leppera biało-czerwony krawat z unijnymi, złotymi gwiazdkami, na granatowym tle. U nas w Polsce jedni będą niezadowoleni – a propos krawatu – bo jest on biało-czerwony, inni bo są tam symbole Unii. Fotoreporterzy się rzucili, może więc w poniedziałkowych gazetach będę już nie z Geremkiem a z Lepperem i dwoma krawatami. Zaraz potem, udzieliłem wywiadu dla radia “Zet” mówiąc, że połączenie obu elementów – narodowego i europejskiego – jest jak najbardziej słuszne, bo moja partia jest eurorealistyczna. No i wystąpię w nim w PE w tym roku conajmniej dwa razy: pierwszy raz na inauguracji Parlamentu europejskiego, a drugi z okazji planowanej wizyty polskiego papieża w PE (wrzesień 2004). Czy zaś będzie mi w nim do twarzy – mówiłem dla “Zetki”- zapytam znajomych wizażystek…

Blog

16 lipca 2004

Posted on

Spotykałem się dzisiaj z kolegą. Chłopak nieco ode mnie młodszy, niezależny dziennikarz (publikował w “Rzeczpospolitej” i gazetach ekonomicznych), żonaty, 8 dzieci. Mówi mi o nagłej chorobie swojej żony, bądź co bądź młodej kobiety. Rak… Mają dzieci w wieku od 3-16 lat. Dramat. Zanim mi to powiedział mówię o tym, że kadencja PE trwa 5 lat i że mam takie i takie plany. Na to przerywa mi i mówi: “żeby lepiej nie mieć żadnych planów, bo jak się je ma, to potem często trzeba je mocno weryfikować, a to boli”. No i potem opowiada mi o swoim problemie, a właściwie problemie 10-osoobowej rodziny… kolejna lekcja z cudzego losu.

Po spotkaniu premiera Belki z eurodeputowanymi (odbywało się ono w tej samej Sali Świetlikowej Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, w której odbywały się posiedzenia rządu Jerzego Buzka z moim udziałem – jak widać, historia kołem się toczy…) – koktajl z udziałem także paru ministrów i szefów urzędów centralnych. Premier proponuje toast za współpracę rządu i europosłów dla dobra Polski, ale nie ma w ręku kieliszka. Pytam się – dlaczego? Odpowiada mi, że brak rozcieńczonego alkoholu (czyli szampana…) w końcu jednak toast wzniósł i to bynajmniej nie wodą.

W czasie debaty u premiera zabierałem głos, ale o tym pisać nie będę bo systematyczne cytowanie siebie, może być początkiem choroby… Głos zabrał też m.in. poseł Piskorski z PO. Gdy się zgłosił powiedziałem do siedzącego obok mnie Geremka, że exprezydent Warszawy pewnie się będzie pytał o środki z UE na budowę tuneli… Mówił jednak o czymś innym. I tak przebił go poseł Pęk (ZSL-PSL-LPR), który powiedział m.in. o tym że “będzie twardo patrzył rządowi na ręce”. Myślałem dotąd, że patrzy się uważnie lub systematycznie lub nawet groźnie, ale o twardym patrzeniu, (zwłaszcza na ręce) nie słyszałem. Potem jeszcze coś mówił o merdaniu ogonkiem, co wprowadziło ważny wątek kynologiczny do dyskusji o prezydencji Holandii w UE. Psia mać.

Co najbardziej wkurza takiego spokojnego człowieka jak ja? To, że jak dzwonię do kogoś to słyszę tylko jego wyjącą papugę.

Blog

15 lipca 2004

Posted on

Odwiedzam Mamę. Minął równo tydzień od ostatniego naszego spotkania (miałem w tym czasie dwa wyjazdy zagraniczne). Mama częstuje mnie morelami i wiśniami “Tylko pestek nie połknij” – upomina swojego 41-letniego syna. Mama jak to mama. Nawet 60-latek zawsze pozostanie dzieckiem. Wziąłem sobie mamy słowa do serca i w brzuchu eurodeputowanego nie ma ani jednej pestki.

Do Warszawy jadę z Wrocławia pociągiem przez Wielkopolskę. Po obu stronach ściana lasu, pola ze zbożem, łąki – ciemna zieleń, jasna zieleń, wrzosy ze swoim specyficznym kolorytem, a nad tym wszystkim góruje błękit nieba złamany licznymi, czarnymi chmurami. Pośrednikiem miedzy niebem a ziemią są wysokie topole. Lubię tędy jeździć…

Nie zdążyłem dzisiaj przejrzeć prasy. To źle i dobrze. Daje to swoisty komfort. Media wkurzają ludzi. Jak chcesz harmonijnie, spokojnie żyć – zostań Robinsonem Cruzoe lub idź na emigrację wewnętrzną.

Jeszcze o drzewach. Niesamowite, fantazyjne kształty: jedno przechylone, jakby pod ciężarem trosk całego świata, inne strzela w górę, prosto w błękit nieba, trzecie z czwartym i piątym tworzy jakby symbiozę. Czasem drzewa jakby namolnie pukały w okna pociągu, zapraszając w swój cień podróżnych.

Jedzie pociąg z daleka, nikt na niego nie czeka, a konduktor… Konduktor był wściekle trzeźwy (zresztą obaj konduktorzy byli wściekle trzeźwi), a ja sobie siedziałem i otwierałem listy z kolejnymi gratulacjami. Wśród tych uprzejmych ludzi, którym sekretarki napisały pismo znaleźli się: premier rządu RP Marek Belka, Prezes Cepelii Jan Włostowski, Wiceprezes Tesco Polska Czesław Grzesiak, Starosta Wałbrzyski Marek Śpiewak, Prezes Federacji Konsumentów Małgorzata Niepokulczycka, Prezes Daimler Chrysler Przemysław Rajewski, prof. dr hab. Witold Małachowski z Volkswagen, Paweł Antosiewicz Nissan Poland, Teresa Bazała – Prezes Fundacji Odnowy Ziemi Noworudzkiej, Julian Golak Przewodniczący Komitetu Organizacyjnego Polsko – Czeskich Dni Kultury Chrześcijańskiej, Jerzy Pilarczyk Sekretarz Stanu w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi, mgr Janusz Marszałek Prezydent Oświęcimia. Wielcem żem z tego kontent.

Dochodzę do wniosku, że nasze stare, wysłużone PKP to jednak nie jest francuskie TGV czy włoskie Pendolino. Jedzie statecznie. Pan maszynista na pewno nie otrzyma mandatu od policji za przekroczenie prędkości. Dzięki temu mam czas poczytać artykuł ze “Studiów Europejskich” nr 3 (27)/2003 Elżbiety Kużalewskiej “NORWESKIE I SZWJCARSKIE “NIE” DLA INTEGRACJI EUROPEJSKIEJ”. Jak byśmy my, Polacy spali na ropie jak Wikingowie czy mieli ojczyznę banków jak Helweci, to może byśmy też w referendum byli bardziej sceptyczni. Jednak z bankami u nas  krucho, a o ropie z Karlina słuch zaginął.

Podsumowując dzień myślę o parogodzinnej rozmowie z moja Mamą, która coraz bardziej żyje czasem przeszłym dokonanym, coraz bardziej zanurza się w przeszłości, wspomina. Oczywiście cały czas interesuje się tym co robię oraz bieżącą polityką, sytuacją w kraju, Parlamentem Europejskim, ale widać, że już powoli podsumowuje życie, jest coraz słabsza. Porusza się z coraz większą trudnością, ma kłopoty ze wstawaniem, a przecież dalej jest, a może tym bardziej, tą kochaną Mamą co zwykle. Dzisiaj opowiadała mi o swojej nauczycielce łaciny, Pani Moraczewskiej, bratanicy pierwszego premiera II Rzeczpospolitej, Jędrzeja Moraczewskiego, która za działalność w AK zginęła w Oświęcimiu. Nie wiem czy chciałbym dożyć starości.

Ale może też jest tak, że im dłużej człowiek żyje, tym bardziej chce żyć? I pewnie nie można tak mówić, że “nie chcę dożyć starości i niedołężności”. Bo przecież nie jest to kwestia naszego wyboru, koncertu życzeń, zachcianki, a woli Pana Boga. Z nim trudno dyskutować.

Jestem przeciwnikiem eutanazji, o czym zresztą trzy dni temu, w Brukseli powiedziałem holenderskiemu politykowi Blokland’owi, (takie dziwne połączenie religijnego, protestanckiego notabene, podejścia do życia, z sympatią do socjalizmu).

Spotkania z mamą uświadamiają mi, że czy tego chcemy czy nie “tempus fugit” (czas ucieka). I czy nam się podoba, czy nie, miał rację stary Ernest Hemingway mówiąc, żeby nie pytać komu bije dzwon, bo bije on każdemu z nas…”

Blog

14 lipca 2004

Posted on

niadanie w hotelu, obiado-kolacja w samolocie. Dzień może nie jak co dzień, ale nierzadko. Dziś kilka godzin szkoleń dla nowych europosłów, na których dowiedziałem się m.in., że mogę jeszcze w tym roku zaprosić, na koszt podatnika europejskiego, 45 osób do Brukseli. Byłem jedynym Polakiem, który zadał kolejnym, dwóm, wysokim urzędnikom PE po pytaniu. Poza mną głos zabrali Irlandczyk, Niemka (też dwukrotnie), Francuz, Czeszka i jeszcze chyba ktoś. Pytałem o te ekskursje, ponieważ powiedziano o limicie 90 osób rocznie. Zapytałem się, czy czasem w roku 2004 nie jest tylko połowa, bo przecież PE startuje w lipcu a nie w styczniu. No i na moje wyszło. Drugie pytanie dotyczyło szczegółów odnośnie komisji w PE, ale nie będę zanudzał szczegółami. A potem kolejne negocjacje w gronach wieloosobowych, paroosobowych i dwuosobowych. Momentami miało to humorystyczny wymiar, ponieważ chcieliśmy owe rozmowy zachować w dyskrecji (co jest trudne w rozplotkowanym Europarlamencie), to nie prosiliśmy o jakąś specjalną salę. W efekcie spotkaliśmy się w ciasnych pomieszczeniach biurowych – po części – rozmawialiśmy na stojąco. Widok zabawny, a efekt jeszcze nieokreślony.

Dopiero wieczorem, po przylocie do Warszawy, kiedy czekam na samolot do Wrocławia, wychodzi ze mnie potworne zmęczenie fizyczne i psychiczne znużenie. Padam jak pies Pluto, ale pies Pluto – kto zna film, ten wie – tym się charakteryzował, że zawsze, w końcu się podnosił…

Wracam LOT-em do Polski, 2 rzędy za mną Andrzej Lepper, rząd przede mną Bronisław Geremek, zadowolony z obiecanego, naszego poparcia jego kandydatury na szefa PE, rozpromieniony i skłonny do dowcipów. “Tylko Platforma nie chce mnie poprzeć” – mówi do mnie jeszcze na lotnisku w Brukseli. Delikatnie przypominam mu o tym, że LPR też nie chce. W samolocie odwraca się do mnie z kieliszkiem czerwonego wina z toastem “na zdrowie”, ja wznoszę swój mówiąc, że Unia Europejska zobowiązuje: “Ja piję wino francuskie, a nie chilijskie…”, po chwili Geremek znowu odwraca się i mówi: “Kochajmy Europę, ale bez przesady. Przyznajmy, że to chilijskie jest lepsze od francuskiego…”. A ja na to: “Ja popieram europejskie produkty, bo wie Pan jak to jest z neofitami. Ja muszę popierać europejskie marki…”. Niech kto powie, że ja nie mam w sobie sporej dozy autoironii!

Powiem szczerze, nie mam siły pisać więcej.

Blog

13 lipca 2004

Posted on

“Bo ulica Miła moja Miła , nie jest wcale taka miła…” – pisał K.I. Gałczyński. No i takie jest życie.

W brukselskim hotelu, na 4 piętrze dopływ wody jest taki, jak na 9 piętrze starego PRL-owskiego bloku. Woda ciurka. Uskarżałem się na to tydzień temu, uskarżam się i dziś. Po przeczytaniu mojego blogu, pewna niewiasta, na stałe mieszkająca w Brukseli pocieszała mnie, że też ma w swoim prywatnym mieszkaniu kłopoty z ciśnieniem wody. Dla mnie to jednak żadne pocieszenie.

Doszły mnie głosy z Polski, żebym pisał krótszy blog. Będę pisał taki jak mi się podoba. Bo to mój blog. Jak ktoś chce czytać krótszy, to niech czyta inne, albo sam pisze. Dwie scenki z korytarza PE w Brukseli. Scenka 1: na korytarzu stoi 2 posłów SLD, jeden deputowany z PIS-u. Ożywiona dyskusja. Ale nie o polityce. Padają jasne, przejrzyste, konkretne, terminy. Tyle euro i tyle euro, ale nie chodzi o PKB na głowę mieszkańca UE. Chodzi o przeliczniki diet, kosztów podróży (pociąg, auto, samolot). Dawno nie widziałem tak gorącej i szczerej debaty. Scenka 2: były premier Jerzy Buzek w otoczeniu 2 niewiast w kawiarni PE, ożywiona wymiana zdań. Dyskusja dot. emerytury deputowanego do PE.

Poszedłem dzisiaj na debatę 2 kandydatów na szefa PE: socjalisty i liberała (nasz kochany Geremek). Ale dyskusji nie wysłuchałem, bo nie było miejsc siedzących, a na baczność słuchać nie lubię, zwłaszcza lewicy i liberałów.

Krótka rozmowa z naszym byłym negocjatorem Janem Kułakowskim (eurodeputowany z UW), trochę rozżalony, że nie dostał nawet funkcji wiceprzewodniczącego komisji. Podkreśla swoje lekkie zdystansowanie do polityki, także tej w ramach PE, “może czasem głos zabiorę” – mówi z takim melancholijnym minimalizmem. Na bankiecie z udziałem szwedzkiej komisarz ds. ochrony środowiska spotykam posła Witolda Tomczaka – LPR. To ten od meteorytów w Zachęcie (nie miał zrozumienia dla szwajcarskiej, a więc kalwińskiej rzeźbiarskiej sztuki antypapieskiej). Pytam grzecznie do jakiej komisji w PE się wybiera. “Gdzie karzą” – odpowiada. Rzadka szczerość. I to mi się nawet podoba. Po prostu żołnierz. W tym samym miejscu i czasie, eurodeputowany PO z Krakowa, reemigrant z Francji Bogusław Sonik. Widoczna znajomość struktur PE, komisji, delegacji itp. połączona z brązowymi butami do granatowego garnituru i z okruchami na brodzie. Sympatyczny, kompetentny człowiek, który nawet nie udaje arbitra elegancji. A z przemówienia szwedzkiej pani komisarz zapamiętałem jej staranny pedicure. Jako jednak człowiek uprzejmy, po jej wystąpieniu wzniosłem kieliszek z czerwonym winem i powiedziałem “skol” – co po szwedzku oznacza na zdrowie.

Spotkanie z Nigel’em Farragem. Brytyjskim deputowanym z UKIP, czyli Partii Niepodległości Wielkiej Brytanii, byłym członkiem Partii Konserwatywnej, ojcem trojga dzieci (nic to, mój wczorajszy rozmówca Francuz Loius z Lyonu ma 7…). Na samym początku rozmowy, wielce zadowolony informuje mnie, że właśnie “Mail on Sunday” napisał o nim, że szlaja się na imprezach i ugania się za panienkami. Sprawiło mu to widoczną satysfakcję. Kompletny luzak – nie jak Anglik – ze świetnym akcentem, dobrych, prywatnych, brytyjskich szkół.

Dzisiaj poznałem austriackiego, słynnego posła Martina. Wsławił się tym, że w zeszłej kadencji PE fotografował tych, co fałszowali podpisy nieobecnych posłów, oraz nagrywał zwierzenia kolegów-deputowanych, w jaki sposób oszwabili administrację PE, wyciągając pieniądze za np. loty samolotem czy jazdy samochodem, które nie miały miejsca. Miły człowiek, ale jakoś dziwnie unikany przez posłów do PE. No i znienawidzony przez eurobiurokratów. Na swoich dochodzeniach zbił duży kapitał polityczny i z bardzo dobrym wynikiem dostał się ponownie do Brukseli. Ciekawe czy aparat fotograficzny miał w telefonie komórkowym czy zegarku jak kapitan Hans Kloss.

Dzisiaj zjadłem suty obiadek w restauracji dla MEP’s (ang. skrót od : Członek Parlamentu Europejskiego) w gmachu PE. Trzy dania łącznie z owocowym deserem, ale przyznam szczerze, że nie zamieniłbym wczorajszej kolacyjki we włoskiej knajpce (penne e formaggi z olbrzymią ilością parmezanu – to już na moje życzenie) na ten europosiłek.

Blog

12 lipca 2004

Posted on

Rano o świcie “lotniczy tramwaj do Brukseli”, a na pokładzie ministrowie: Cimoszewicz, Truszczyński, Pietras oraz eurodeputowani Piskorski, Siwiec, Buzek, Liberadzki… Zdaje się, że nikt nie miał kłopotów z wejściem na pokład, jak to się wczoraj zdarzyło na lotnisku de Gaulle’a w Paryżu, gdzie młody, sympatyczny Polak musiał się wykłócać o zakupione wcześniej jako prezent – kajdanki – zabawki. “you now, security” – mówili ze ślicznym francuskim akcentem celnicy, na co chłopak tłumaczył im, że on zawsze w prezencie kupuje kajdanki. W końcu wszedł (z kajdankami, ale nie na rękach).

Na pokładzie czytam swoją wypowiedź w “Rzeczpospolitej”, że poprzemy Geremka na szefa PE. Oczywiście debile z TVP w Wiadomościach mówili zupełnie co innego. Ci nieprofesjonalni kretyni, nawet nie raczyli zadzwonić do mnie, czy kogokolwiek od nas, założyli sobie jakąś tezę i puszczają ją w świat. Poziom dziennikarstwa – holenderskie depresje, czyli Tereska Torańska. I te pacany żądają od polityków wysokich standardów, a sami nawet nie myślą ich stosować.

Dali mi w samolocie okaleczoną Gazetę Wyborczą, bez jej najważniejszej części czyli dodatku sportowego. Ale i tak wiem, ze mój klub wygrał, niesłychanie trudny i ciężki mecz wyjazdowy z odwiecznym rywalem Unią Leszno 46:44. Minimalnie, ale jednak. Już kiedyś, broniąc się przed spadkiem wygraliśmy z Unią w tym samym stosunku. Tamtejsi kibice nas nienawidzą. Sam miałem okazję tego doświadczyć dostając od tyłu uderzenie w głowę od jakiegoś gówniarza (18 lat) – pseudo kibica. Dla mnie skończyło się to wstrząśnieniem mózgu i gorsetem, młody dureń dostał dozór policyjny, ale po 2 latach poszedł siedzieć, jak złapano go na kradzieży… w kościele. Gdzie? We Wrocławiu…

Jak przewidziałem: zerowe szanse Geremka na przewodniczącego PE. Ale co robią nasi deputowani w Polsce? Wprost oświadczają, że nie będą na niego głosowali: Od LPR (co, nie jest niespodzianką, poprzez PSL do PO – przecież też liberałowie…). A gdzie narodowa solidarność, solidarność, o której tyle mówiono w kampanii przedwyborczej? Krótka pamięć polityków?

Zostawmy politykę. Mój znajomy z Londynu sprzed lat Marek Garztecki, emigracyjny działacz solidarnościowy, w sobotniej “Rzepie” publikuje artykuł o bluesie “muzyka w kolorze smutku”. Pisze m.in. o “race records” – “płytach rasowych”, bo blues był przez wiele lat muzyką czarnych i dla czarnych. Ciekawe, czy Marek ten tekst przetłumaczył swojej murzyńskiej towarzyszce życia.

Spóźniony przegląd weekendowej prasy. W “Wyborczej” artykuł o mordach na żydach w Polsce, okupowanej przez Niemców, a w “Rzeczpospolitej” wywiad z historykiem Andrzejem Kunertem, o charakterystycznym tytule “Nie można żądać bohaterstwa między antysemityzmem a ludobójstwem”. No to mamy całą paletę stanowisk. Szkoda, że w tej dyskusji nie może wziąć udziału moja babcia, już świętej pamięci, Bronisława Czarnecka, która w okresie II wojny światowej współpracowała z “Żegotą”, czyli Radą Pomocy Żydom. Pamiętam jak opowiadała mi o swoich wyprawach do getta wraz z synem Heniem (mój ojciec), gdy szmuglowała dla Żydów jedzenie, ubrania i pieniądze.

Dzisiaj Bruksela po raz pierwszy pochmurna i w mżawce.
W pomieszczeniach biurowych PE na szczęście sucho.
Polscy – obserwatorzy (2003-04) zwracają mi uwagę, że poziom estetyczny PE, jest tylko selektywnie wysoki. Średnią znacząco podnoszą – wg nich – stażystki i lobbystki. Ale…, zajęty pracą dla kraju, nie mam ani głowy ani czasu się tym zająć. Bo jak się czymś zajmuję, to robię to solidnie. I proszę mi nie śpiewać: “ja się wcale nie chwalę, ja po prostu niestety, mam talent”. Dzwoni znajomy z Włoch pracujący w EP, Georgio Mussa. Ma głos do złudzenia podobny do wokalu posła Piotra Kozłowskiego, a ja po raz kolejny daję się na to złapać i po jego pytającym: “Mr. Czarneki?”, parskam “Piotr? Co się wygłupiasz…”, proponuje spotkanie dziś o 3, ale tłumaczę cierpliwie, że w tym czasie spotykam się z deputowanym francuskim Couteaux, a ten dalej się upiera. W końcu mu mówię, że nie jestem taki jak jego rodak – Ojciec Pio, który miał zdolność bilokacji, czyli bycia w 2 miejscach na raz. “Nobody is perfect” – a on ryczy ze śmiechu. Jak się w końcu spotykamy opowiadam mu, że pierwsze wyjazdowe seminarium frakcji parlamentarnej Europa Narodów (w euronowomowie to się nazywa “study days”) odbędzie się na rodzinnej wyspie sekretarza generalnego tejże frakcji (rejka rękę myje) Sycylii. Żartuję: ach te włoskie sycylijskie układy. Włosi kręcą głową – “turbo”, co oznacza w wolnym tłumaczenia, że jest to “cwaniactwo” albo – w jeszcze bardziej wolnym tłumaczeniu – że to taka “lisia chytrość”. Tak Włosi obgadują Włochów – a Polak słucha.

Biurokracja brukselska pracuje nad wyraz wolno. Minęły dwa tygodnie a wciąż nie mam zwrotu pieniędzy założonych przeze mnie na bilet lotniczy na oficjalne spotkanie w Brukseli, pod koniec czerwca (diet też nie ma). To efekt jakiegoś ping-ponga organizacyjnego miedzy administracją PE a administracją poszczególnych frakcji. Tylko czemu Czarnecki ma cierpieć?

Prowadzę bilateralne rozmowy w PE, polsko – skandynawskie (osobno ze Szwedami, osobno z Duńczykami), polsko – niderlandzkie, polsko – francuskie (nawet w 2 turach), polsko – włoskie. Polityka to gadu – gadu. Trza mieć do niej – jak to mówią Niemcy “Sitzfleisch” czyli siedzenie (w dosłownym tłumaczeniu mięso do siedzenia – mówiąc oględnie). Jutro kolejna tura. Efekt? Uniknięcie grzechu zaniechania, czyli sytuacji, w której można było coś zrobić, a się nie zrobiło (porozmawiało, przekonywało). O efekty trudniej jest niż w biznesie, (nie zawsze 2+2 jest 4).

Sympatycznym i stałym punktem programu mojej pracy w PE są sympatyczni młodzi Polacy tu zatrudnieni. Przynajmniej ja takich spotkałem.

Blog

11 lipca 2004

Posted on

W sobotę Paryż sprawiał wrażenie miasta wymarłego. Większe grupy ludzi widziałem tylko – w postaci kolejek – do stateczków obwożących ludzi po Sekwanie oraz do wieży Eiffla. Tak naprawdę tłum ludzi, istną ciżbę zobaczyłem dopiero dzisiaj na Avenue des Champs-Elysees – reprezentacyjnej ulicy Paryża.

Pierwszy raz w życiu byłem w Muzeum d’Orsay, poszedłem tam głównie ze względu na impresjonistów, przy okazji zobaczyłem świetną wystawę naszego rodaka Józefa Mehoffera, z jego genialnymi witrażami. Wiem, że w Polsce jego witraże są m.in. w kościołach Krakowa i Włocławka.

Zrobiłem sobie zdjęcie przy portrecie wybitnego “człowieka polityki” (tak go podpisano) George’a Clemenceau. Ten wielokrotny premier i minister Francji, był obok de Gaulle’a jednym z dwóch najwybitniejszych francuskich mężów stanu XX wieku. Wiąże się z nim następująca anegdota. Było to przed I-szą wojną światową. Akurat odbywała się we Francji zmiana rządu, zbiegło się to z przyjęciem urodzinowym pewnego francuskiego polityka, który w powszechnej opinii miał stanąć na czele gabinetu. Gdy Clemenceau przybył na przyjęcie gospodarz witał go w drzwiach – jak każdego z gości:
– “co dla Pana, panie Clemenceau? Białe wino, czerwone wino, szampan, koniak?”
– “- dla mnie? Sprawy wewnętrzne …”

W polityce europejskiej Francuzi trzymają się mocno – jak Chińczyki w “Weselu” Wyspiańskiego. Ale w nowym rozdaniu europejskim nie będą mieli, ani przewodniczącego Komisji Europejskiej, ani przewodniczącego Parlamentu, ani szefa żadnej z 3 największych frakcji w PE. Będą mogli liczyć na najwyżej jednego z dwóch głównych Wiceszefów Komisji i Wiceprzewodniczącego Parlamentu. No, ale mają teraz przez 4 lata szefa Europejskiego Banku Centralnego – Jean Cloude Trichet’a – byłego szefa francuskiego banku narodowego. A EBC to wiadomo: europejski krwiobieg finansowy. A ich wpływy nieformalne są olbrzymie.

Atrakcja turystyczna w Paryżu. Pierwszy raz – a jestem w tym mieście ze 12 – 14 raz – jechałem turystycznym, piętrowym autobusem wzorowanym na tych piętrowych londyńskich, ale otwartym. Kręciliśmy się w kółko, wokół głównych zabytków więcej stojąc niż jadąc. Ten autobus byłby bardzo mile widziany przez wielu moich kolegów – polityków. Jadąc nim i siedząc na pięterku można na wszystkich ludzi patrzeć z góry.

Od paru dni w polskich mediach festiwal dot. Andrzeja Samsona, który okazał się być 3 x P: psycholog, psychoterapeuta, pedofil. W ostatnich latach wypowiadał się na każdy możliwy temat. Znał się na wszystkim. Był specjalistą od wszystkich możliwych problemów i spraw, gwiazdą mediów, ulubieńcem telewizji, surowym recenzentem także życia społecznego, a teraz ten pseudo autorytet okazał się łobuzem żerującym na bezbronnych, być może autystycznych dzieciach. W więzieniu odpokutuje, bo kryminalni z takimi jak on się nie patyczkują, ale morze krzywdy już zrobił. Ale – o dziwo – dla mediów cały czas jest Andrzejem S. Gdy w identycznej sytuacji dyrygent poznańskich Słowików od początku był Wojciechem Krolopp’em. Najbardziej jednak żenująca w tym wszystkim jest akcja… obrony pana Samsona przed mediami zorganizowana przez część jego kumpli ze środowiska psychologów. Obrzydliwe. Po prostu “Rzeczpospolita kolesiów”. Na szczęście to tylko część tego środowiska.

Wracam z Paryża zamiast o 21.50 to o 22.40, na 4 ostatnie loty Lotem, trzy było opóźnione około godziny. Na lotnisku okazuje się, że nie przelano mi z karty pieniędzy na bilet na jutro do Brukseli i nie mam wystawionego biletu, a odlot jest o 7.00 rano. Od kiedy Lot popełnił mezalians z Lufthansą zszedł na psy. Pamiętam, jak parę lat temu publicznie opowiadałem się za British Airlines, no i wyszło na moje. Nawet ludzie są mili, ale organizacja fatalna. A system bookingu via Frankfurt nad Menem ma opłakane skutki. Pojawiły się u mnie dziwne bóle, których nigdy przedtem nie miałem, w dość newralgicznym miejscu. Domyślam się co to może być, podejmuję decyzje o gruntownych badaniach w piątek (tego samego dnia mam spotkanie z premierem Belką ) a potem…
Zobaczymy.

Blog

10 lipca 2004

Posted on

– “Ten wieczór jest najważniejszy w moim życiu.”
– “Dlaczego tak mówisz?”
– “Ponieważ każdy wieczór jest najważniejszy, niewiadomo bowiem ile ich jeszcze będzie nam danych.”
Tak zaczyna się moja książka o przemijaniu, której nigdy nie napiszę.

Coraz więcej myślę o kruchości, tego co jest. Tymczasowość – to pojęcie, które dość często towarzyszy ludziom po 40-stce. Jakie z tego wnioski? Czy należy chwytać łapczywie życie dużymi kęsami, bo jutro może już być za późno? Czy może też należałoby wyrobić sobie stoicki dystans do tego co było, jest i będzie, a może po trochu tego i tego?

Dziś zrobiłem sobie zdjęcie przed gmachem, w którym mieści się Unia Zachodnio-Europejska, w której przez 2 lata (1999-2001) reprezentowałem mój kraj. Niedawno, a dawno. To też sygnał – kolejny – o tym, że “tempus fugit” – “czas ucieka”.

Gdy czytam niektóre blogi, to wydaje mi się, że autorzy ocierają się o ekshibicjonizm, mój taki nie będzie. Tym co piszę nie chciałbym nikogo zranić. Przynajmniej na weekend uciekłem od polityki.