Blog

DZIŚ HISZPANIA JUTRO POLSKA

Posted on

Amerykański pisarz Ernest Hemingway pisał w swojej słynnej powieści “Komu bije dzwon” – “nie pytaj komu bije dzwon, bije on Tobie …”ten cytat najpełniej oddaje grozę sytuacji w kontekście zamachów terrorystycznych, których obawiają się wszyscy w Europie. Także w Polsce. I to na pewno nie w ostatniej kolejności. Ostatnie tragiczne wydarzenia miały miejsce w zeszłym tygodniu w Hiszpanii – kraju, który ma znacznie mniej żołnierzy zaangażowanych Iraku niż Polska. To Polska a nie kraj króla Juana Carlosa w strefie okupacyjnej w Iraku ma dowództwo nad siłami koalicyjnymi, wiec to my jesteśmy bardziej wystawieni na sztych.

Nie miejmy złudzeń, że mądra polityka naszych wojskowych, którzy potrafili dogadać się w Iraku z przywódcami religijnymi większości szyickiej może zmniejszyć groźbę zamachów w Polsce. Tamten układ, zapoczątkowany przez generała Tyszkiewicza i kontynuowany przez świetnego dowódcę generała Mieczysława Bieńka. (spadochroniarz!) i niestety w żaden sposób nie przełoży się na uratowanie nas od groźby zamachów w Polsce. Bo w naszym kraju potencjalne zamachy grozić będą nam nie ze strony umiarkowanych szyitów, grzecznie słuchających swoich ajatollahów, lecz ze strony islamskich radykałów dla których cele wyznacza al-Qaida czy Dżihad.

Co to oznacza? To, że możemy spodziewać się w Polsce wszystkiego najgorszego. To nie defetyzm. Spójrzmy prawdzie w oczy. Jeden z szefów naszego resortu obrony narodowej powiedział mi w rozmowie prywatnej, że nie chce straszyć ludzi, wiec nie mówi tego w TV ale groźba zamachów terrorystycznych w Polsce jest więcej niż realna.

Ci wszyscy politycy i publicyści, którzy zapewniają nas, że nic nam nie grozi, a sytuacja jest kontrolowana, są albo głupcami albo kłamcami. Usypianie opinii publicznej jest grzechem, a nie cnotą. Przypomina ono obiecywanie przed Referendum Unijnym – 2003, gór złota po wejściu do UE, gdy z góry autorzy owej propagandy sukcesu wiedzieli, że mówią o mitach.

Można więc założyć, że zamachy w Polsce są więcej niż prawdopodobne i nie będą one winą naszej straży granicznej, policji, saperów czy służb specjalnych. Bo ci ludzie robią, co do nich należy. Będą one konsekwencją nierozważnego, niemądrego, bezsensownego politycznie i ekonomicznie zaangażowania Polski w wojnę i okupację Iraku. A za to odpowiedzialność spada na polityków. Konkretnych polityków; prezydenta, premiera, partie polityczne i te z koalicji rządzącej i te z opozycji (SLD,UP, PO, PiS). Na niepotrzebną wojnę polskich żołnierzy wyprowadziły nie krasnoludki tylko znani z imienia i nazwiska anty mężowie stanu. Zrobili to wbrew społeczeństwu, 80 % Polaków było i jest przeciw tej wojennej awanturze i okupacji obcego kraju, co nie ma nic wspólnego z polską tradycją.

Nowy hiszpański premier zapowiedział wycofanie tysiąca sześciuset żołnierzy Królestwa Hiszpanii z Iraku. I to szybko, – bo do końca czerwca. Polski rząd powinien zrobić to samo. Jak najszybciej. Oby zdążył. Oby na rękach niektórych polityków i liderów partyjnych rządu i opozycji nie było polskiej krwi.
To mocne słowa. Ale i groźba jest realna jak nigdy.

Blog

CUDZE BŁĘDY

Posted on

“Mądry Polak po szkodzie…”- mówi stare polskie przysłowie wiele osób, a właściwie coraz więcej osób uważa, że tak samo będzie w kontekście naszego wejścia do Unii Europejskiej. Trudno się temu dziwić skoro co innego słyszeliśmy przed referendum, w czerwcu 2003, a co innego widzimy teraz, stąd też poparcie dla naszego wejścia do UE miedzy lipcem 2003 a lutym 2004 spadło we wszystkich sondażach aż od 15-20 %. Nie warto obrażać się na sondaże, nie warto obrażać się na społeczeństwo, któremu nie wystarczają już euroobiecanki – cacanki ani euforia, która kończy się twardym lądowaniem, bo Unia nie jest wcale taka cacy, jak malowała sama siebie przy wybitnym współudziale wielu polskich polityków i dziennikarzy.
Wolałbym jednak, zamiast pastwić się nad politykami zarówno koalicji rządzącej jak i dużej części opozycji zaproponować przeformułowanie tego przysłowia, zamiast “mądry Polak po szkodzie”, proponuję “mądry Polak po cudzej szkodzie”. Co to znaczy? Ano to,. że warto rozważyć doświadczenia, także i negatywne, “grzechy zaniechania”, błędy, krajów, które przed nami wchodziły do EWG \ UE .

GRECJA – Popełniła trzy błędy strategiczne po pierwsze większość środków z Brukseli przeznaczyła na stolicę kraju i tak już zdecydowanie bardziej rozwiniętą od greckiej prowincji. Skumulowanie pomocy z UE na Atenach pogłębiło dysproporcje między bogatą stolicą a znacznie biedniejsza reszta kraju. Błąd numer dwa, to gigantyczna korupcja w obszarze unijnych dotacji (uznana przez Komisję Europejską za największą w historii Zjednoczonej Europy) porównywana przy zachowaniu wszelkich proporcji z Rosją, w kontekście pomocy z Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego oraz pożyczek międzynarodowych. Wreszcie trzeci błąd Grecji, to przeznaczenie gros środków z UE na inwestycje infrastrukturalne a nie zasoby ludzkie. Grecja, aż 70% tych środków dała na infrastrukturę a tylko 30% na zasoby ludzkie – Irlandia dokładnie odwrotnie. Gdzie teraz jest Grecja (czerwona latarnia ekonomiczna Unii) – a gdzie Irlandia (prymus rozwoju gospodarczego w ramach UE) – wszyscy wiemy.

HISZPANIA – przez pierwsze trzy lata obecności w EWG ten biedny kraj.. więcej wpłacał do kasy w Brukseli niż stamtąd brał!!! Skąd ten paradoks? Madryt nie był w stanie wygenerować z własnego budżetu środków koniecznych do finansowego uzupełnienia (25-50%) projektów akceptowanych przez Brukselę i przez nią współfinansowanych. Bolało to tym bardziej, że Królestwo Hiszpanii było płatnikiem netto, mimo ze przez pierwszych 6 lat nie płaciło 100%-składki członkowskiej do eurokasy (czego nam się w negocjacjach – ukłon w kierunku negocjatorów – nie udało uzyskać). Hiszpania tezę dała sobie narzucić wyraźnie zaniżone limity w obszarze rybołówstwa, będącego jednym z trzech”przemysłów narodowych” tego kraju (obok rolnictwa i turystyki), spowodowało to problemy ekonomiczne i społeczne (bezrobocie). Dopiero renegocjacje w 1991 roku, po 5 latach obecności w EWG spowodowały zwiększenie limitów połowowych i wielkości akwenów, gdzie mogli odławiać rybacy z Kastylii, Andaluzji czy Katalonii.

AUSTRIA – ten bogaty kraj wchodził do Unii w 1995 roku z bardzo wysokiego poziomu cywilizacyjno ekonomicznego. Austriacki rząd brał udział w propagandzie sukcesu (pięciokrotnie przeszacowując!) korzyści jakie wynikną z akcesji dla pojedynczego Austriaka, szybko okazało się, że co prawda Austriacy kupili te bajeczki przed referendum (skąd my to znamy?), ale już wkrótce po wejściu do eurostruktur, w poczuciu niespełnienia obietnic i nadziei stali się najbardziej eurosceptycznym społeczeństwem “piętnastki” . Także dlatego właśnie Austria była najbardziej niechętna (jako społeczeństwo, nie jako rząd) w przyjmowaniu nowych członków, a szczególnie Polski. To tylko przykłady z brzegu. jest ich więcej (w czasie swojej wizyty w Polsce w grudniu w 1997 roku, ówczesny i obecny premier Szwecji Goran Person, w prywatnej rozmowie powiedział, że jego kraj jeszcze przez kilkanaście lat będzie płacić wysoką cenę za błędy szwedzkich negocjatorów w rokowaniach przedakcesyjnych) obawiam się niestety, że Polska zaczyna powielać błędy Grecji, uprawiając jednocześnie “austriackie gadanie” czyli retorykę propagandy sukcesu, którego nie ma i jeszcze przez parę lat nie będzie.

Blog

WŁOSKIE GADANIE

Posted on

Właśnie wróciłem z Mediolanu, gdzie miałem wykład w ramach konferencji L’Italia saluta la Polonia nell’Unione Europea (Włochy witają Polskę w Unii Europejskiej) zorganizowanej przez Instituto nazionale per il Commercio Estero (Krajowy Instytut Handlu ze Wschodem) wraz z miejscową Polonią kierowaną przez dr Joannę Heyman. Nie będę tu streszczał swoich wywodów, bo moje poglądy na obecność Polski w Unii Europejskiej Państwo znacie. Twierdzę bowiem, że: tak, ale nie na tych warunkach!.

Choć z drugiej strony przypominam sobie raporty człowieka – legendy II Rzeczypospolitej, ulubieńca Marszałka Józefa Piłsudskiego, kawalerzystę, także z charakteru (potrafił jechać na koniu, wieczorową pora do warszawskiej restauracji, która… znajdowała się na I piętrze!) generała Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego. Będąc ostatnim ambasadorem Polski w Rzymie przed II wojna Światową, swoje raporty do MSZ, ze swoich rozmów z zięciem Mussoliniego, hrabią Ciano – Ministrem Spraw Zagranicznych Italii poświęcał wyłącznie nie temu, co usłyszał od prawej ręki Duce, lecz zawierał w nich głównie… streszczenie swoich uwag przekazanych włoskiemu ministrowi. A Wierzbową (na tej ulicy w Warszawie mieścił się przed wojną polski MSZ) interesowało jednak nie to co Wieniawa gadał do Ciano, tylko co Ciano gadał do Wieniawy…

Występowałem w Mediolanie, ale nic nie mówiłem o Berlusconim, bo w tym Jego mieście, połowa ludzi go kocha a druga połowa nienawidzi, a polski polityk nie powinien wtrącać się w wewnętrzne sprawy Włoch, a raczej pozyskiwać jak największe grono Włochów dla polskiego stanowiska. “Pojechałeś Andreottim” powiedział Paolo Salvade, zaprzyjaźniony, mediolański intelektualista i ostry krytyk premiera Silvio B. Co to znaczy “pojechać Andreottim”? Otóż ten były, kilkakrotny premier Włoch, który na moje zaproszenie gościł w Polsce w 1993 roku, wielokrotnie podkreślał, że głównym zagrożeniem dla Republiki Włoskiej – ekonomicznie i politycznie są Niemcy. A ja mówiłem o próbach niemiecko-francuskiej dominacji w Unii na przykładzie konstytucji, ale nie tylko. Co ciekawe biorący udział w debacie Roberto Santaniello (szef przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Mediolanie) już po zakończonej dyskusji (broń Boże nie publicznie!) przyznał w rozmowie z moimi znajomymi, że Czarnecki miał rację.

Oczywiście oficjalnie powiedzieć tego nie mógł. Fabio Sdogati, profesor ekonomii, podkreślał, że pomysł rozszerzenia UE na Rosję jest “infantylna hipotezą”. Mówił też z naciskiem, podobnie jak Santaniello – że obecnie włoscy inwestorzy będą odwracać się od Polski i innych krajów naszego regionu. Pójdą tam gdzie jest tania siła robocza: do Chin i Indii. I trudno by było z tym, polemizować. A na inne bajeczki, o tym, jak to gwałtownie napłynie do Polski zagraniczny kapitał, po naszym wejściu do UE mogą odpowiadać sobie nawzajem – Miller, Kalinowski i Kaczyński.

Wracając jednak do gospodarczej stolicy Włoch czyli Mediolanu, włoski ekonomista był tak zakochany w euro, iż oświadczył, że europejska waluta powinna stać się podstawą światowego systemu finansowego i rezerw walutowych. No cóż nobody is perfect. Direttore Santaniello publicznie pouczył nas, że powinniśmy “nauczyć się lepiej integracji” oraz lepiej rozumieć problemy Unii, dodał jeszcze, iż ma nadzieję, że wkrótce będziemy mieć europejską konstytucję. A ja mam nadzieje, że jego nadzieja jest płonna. Co mówił prywatnie – napisałem wyżej.

Prawicowy senator Cantoni (Forte Italia) zdroworozsądkowo zauważył, że to nie Polska potrzebuje Europy, ale Europa potrzebuje Polski. Senator mówił, ze od 40 lat jeździ do Polski, może dlatego przytomnie zauważył, że “nie ma samych tylko korzyści”. On też mówił o tym, że Azja bije Europę Wschodnią niższymi kosztami produkcji.
Kiedyś mówiło się o “austriackim gadaniu” ale “włoskie gadanie” jest znacznie sympatyczniejsze no i kuchnia lepsza.

Blog

O JEDNĄ KONSTYTUCJĘ ZA DUŻO

Posted on

Zacznijmy od kontrowersyjnego, ale podstawowego pytania: Czy Unia Europejska potrzebuje konstytucji? Odpowiedź jest krótka: Nie!
Przez ponad pół wieku Europejska Wspólnota Węgla i Stali, Europejska Wspólnota Gospodarcza i Unia świetnie radziły sobie bez konstytucji. Kraje członkowski UE rozwijały się gospodarczo, te słabsze ekonomicznie zmniejszały dystans do bogatszych liderów. W tym gospodarczym postępie, a dla wielu państw wręcz skoku, konstytucja nie była nawet kwiatkiem do europejskiego kożucha – bo jej po prostu nie było.
Zresztą jedno z najpotężniejszych państw Unii i nieliczne starające się prowadzić politykę w skali pozaeuropejskiej- Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej funkcjonuje, chwalić Boga, od zarania demokracji czyli od 1215 roku (“magna charta libertatum”) bez konstytucji (choć istnieje w tym kraju… prawo konstytucyjne z jego czterema źródłami: prawem stanowionym, prawem precedensowym, konwenansami konstytucyjnymi i wchodzącymi w skład prawa konstytucyjnego dziełami, traktatami i podręcznikami prawniczymi).

Jak widać konstytucja do europejskiego szczęścia niezbędna nie jest. Ale jeśli już większość lub dobrze zorganizowana, wpływowa mniejszość uparła się żeby była, to warto zadbać aby był to akt prawny jak najmniej kontrowersyjny, jak najbardziej kompromisowy i taki, który nie spełniał by marzeń wszystkich ale też nie denerwowałby (prawie) wszystkich.

Przede wszystkim – “ab ovo” zacznijmy od genezy, nie tyle samej konstytucji, bo myśl ta kiełkowała w niektórych łepetynach od dawna, lecz od – uwaga – trybu jej przyjęcia. Liderzy Konwentu Europejskiego to byli prezydenci i premierzy : przewodniczący – Francji, wiceprzewodniczący Włoch i Belgii. Ci praktycznie emerytowani politycy za wszelka cenę chcieli przejść do historii, a wiedzą już, że żadnym rządzeniem swoimi państwami tego nie uczynią, chcieli więc uchwalenia konstytucji takiej, która będzie aktem wiekopomnym i strzelistym i zapewni jej twórcom dużo większa wzmiankę w encyklopedii niż się przyznaje ex szefom rządów. Do tego dochodzi presja lobby eurokratów i federalistów. Wiedzą oni doskonale, że narody europejskie chcą integracji gospodarczej, ale nie chcą jednego europejskiego super-państwa i wydawania rzeki podatków na eurobiurokrację. A konstytucja nolens volens, jest dużym krokiem w kierunku sfederalizowanej, centralnie sterowanej z Brukseli, politycznej eurobiurokracji. Właśnie dlatego – pamiętając o doświadczeniach z Nicei sprzed 4 lat, gdy przedstawiciele rządów “15” obalili misterne, ale zbyt daleko idące, projekty brukselskich urzędników – teraz postanowili zastosować metodę faktów dokonanych, i najważniejsze i najbardziej kontrowersyjne zapisy projektu Konstytucji Europejskiej przeforsowano “za 5 minut 12”, dosłownie kilkadziesiąt godzin przed zamknięciem Konwentu w czerwcu 2003 r. Doszło do tego, że szereg przedstawicieli poszczególnych państw w Konwencie Europejskim (nie tylko posłów i senatorów, ale także i członków rządów) nie wiedziało tak naprawdę nad czym glosują. I tak oto polska minister Danuta Huebner, zagłosowała za przyjęciem konstytucji w kształcie proponowanym przez prezydenta Valery’ego Giscarda d’Estaing, by potem w imieniu polskiego rządu oprotestowywać kolejne jej zapisy.
Cała sprawa z konstytucją pokazuje brak refleksu ze strony polskich władz, które zamiast pilnować tekstu konstytucji w okresie jego tworzenia, przypomniały sobie o nim w ostatniej chwili, kiedy było już niewiele czasu na dyplomatyczna akcję budowy szerokiego obozu poparcia dla polskiego stanowiska, w rezultacie kraje tworzące Grupę Wyszehradzką kompletnie “rozjechały się” (podobnie jak w przypadku głosowania rok wcześniej na innym już forum odnośnie EXPO 2010 dla Polski).

Polska pozostała – wraz z Hiszpanią – osamotniona. To typowy polski przykład działania po niewczasie, niemal i praktycznie niemalże w pojedynkę na zasadzie “jakoś to będzie”. Polska nie poparła małych krajów w ich postulatach, które Rzeczpospolitej, też krzywdy nie robiły, a potem zdziwiła się, że gra solo. Brak zmobilizowania państw z naszego regionu Europy wokół polskich postulatów, ale także z uwzględnieniem ich “koncertu życzeń” był dowodem słabości polskiej dyplomacji i mocnym przykładem działania politycznego na zasadzie li tylko kontrreakcji (o wyprzedzaniu ruchów partnerów mających inne interesy, jakoś w rządzie RP nie pomyślano).

Konstytucja UE – jeżeli już musi być, powinna być jak najbardziej ogólna, mało precyzyjna, “otwarta”, chodzi o to aby nazbyt uściślające zapisy, po pierwsze nie generowały kontrowersji a po drugie, aby nie przesądzać z góry kierunków rozwoju europejskiej integracji. Jeżeli bowiem eurokraci narzucą swoja wizję europejskiej jedności z silnym centrum w Brukseli, dojść może do negacji i samej konstytucji i nawet instytucji unijnych przez społeczeństwa krajów członkowskich. Odbyć się to może w najprostszy sposób: poprzez referenda w 25 krajach tworzących Unię, odnośnie zaakceptowania (lub odrzucenia) konstytucji.

Referenda te nie są przesądzone, ale istnieje silny ruch w wielu państwach UE zarówno wśród eurorealistów jak, co ciekawe, federalistów, aby do nich doszło. Sam brałem udział tuż przed Bożym Narodzeniem 2003, w konferencji zorganizowanej w Parlamencie Europejskim z udziałem zarówno polityków jak i NGO organizacji pozarządowych (np. TEAM) na ten właśnie temat. Oczywiście spektakularne fiasko brukselskiego szczytu oddaliło kwestie referendum pokonstytucyjnego, ale jest ono nie do uniknięcia, jeśli nie we wszystkich, to w większości krajów Unii.

Szczupłość miejsca nie pozwala mi na zbyt szczegółowy rozbiór na czynniki pierwsze projektu konstytucji. Zatrzymam się więc na trzech sprawach:
1. Duża część społeczeństwa polskiego głosowała w referendum w czerwcu 2003 roku, ponieważ obiecywano nam znaczący udział we władzach wykonawczych Unii i istotny wpływ (także możliwość blokowania niekorzystnych decyzji przyszłej, rozszerzonej Unii) tymczasem konstytucja odchodząc od traktatu z Nicei i zagwarantowanego w nim systemu głosów ważonych, te nadzieje Polaków brutalnie rozwiewa. Ktoś powie, że to tylko fragment wielkiej, europejskiej “ustawy zasadniczej”. Co z tego, że to mały fragment gdy dla mojego kraju tak ważny! Pytanie o kompromis w tej kwestii może być zadane tylko i tylko wtedy, jeśli ma się w zanadrzu inną propozycję, gwarantująca choćby w zmienionej formie, realny wpływ i w sensie kreowania decyzji pozytywnych jak i też blokowania negatywnych dla Rzeczpospolitej. Na razie o kompromisie mowa jest bardziej w mediach niż w gabinetach politycznych. Zresztą o czym tu gadać gdy prezydent Jacques Chirac z wdziękiem słonia w składzie porcelany, jakikolwiek kompromis odrzuca.

2. W społeczeństwie katolickim jakim są Polacy, istotnym motywem głosowania na Tak przed 8 miesiącami były gwarancje udzielane przez różnego rodzaju autorytety, łącznie z Kościołem i tabunem po części wyrachowanych, po części naiwnych polityków, którzy przysięgali, ze sfera moralności (ochrona życia poczętego, eutanazja, śluby homoseksualne) to kwestia wewnętrznych regulacji poszczególnych krajów członkowskich, w tym przyszłości Polski. Tymczasem Karta Praw Podstawowych, która konsumuje projekt konstytucji zawiera dość jednoznaczne podporządkowanie ustawodawstwa krajowego w tym delikatnym, moralno-obyczajowym obszarze, interwencjom i dyrektywom instytucji unijnych. Uzyskują one prawo bezceremonialnego ingerowania w płaszczyźnie, która uchodzić miała za symbol suwerenności poszczególnych członków Unii. To kolejne chcąc nie chcąc referendalne oszustwo. Ma ono jednak poważniejsze konsekwencje, bo w sposób trwały może zniechęcić do Unii znaczącą część społeczeństwa polskiego, dla której moralny, poza ekonomiczny i poza polityczny wymiar ludzkiego życia jest istotnym punktem odniesienia, ale dotyczy to w równym albo w prawie równym stopniu społeczeństwa słowackiego, litewskiego czy słoweńskiego, gdy chodzi o nową Unię oraz irlandzkiego, portugalskiego czy hiszpańskiego oraz greckiego, gdy chodzi o starą Unię. Pewną próbą, post factum naprawiania tego co się wcześniej nie zauważyło jest walka o preambułę w kontekście chrześcijańskiego dziedzictwa Europy. O tyle w tym miejscu dziwi ostatnia wypowiedz Ministra Spraw Zagranicznych Włodzimierza Cimoszewicza, który zauważył, że system ważenia głosów jest jedynym punktem spornym w debacie konstytucyjnej. A przecież jeszcze nie rozstrzygnięto kwestii odwołania, właśnie w preambule, do chrześcijańskich tradycji starego kontynentu.

3. Wojna w Iraku podzieliła Europę w sposób tyle spektakularny, co pokazujący, że wspólna polityka zagraniczna jest papierowym zapisem Traktatów z Maastricht i Amsterdamu. W związku z tym, mówienie o “Ministrze Spraw Zagranicznych UE” jest absurdalne. Trudno się więc dziwić Polsce i Wielkiej Brytanii, że oprotestowały ten zapis będący w gruncie rzeczy “political fiction”. Tym bardziej, że antagonizowanie Europy z USA i to o taki drobiazg jest absolutnie bezproduktywne. Jeżeli już wojować z Ameryką to w sprawie interwencjonizmu w rolnictwie w kontekście negocjacji rundy GATT, czy podbojów kosmicznych. Klękanie przed Konstytucją Europejska, jak i jej twórcami, jest intelektualnie żenujące, podobnie jak odwracanie się plecami do Unii Europejskiej… i zamykanie się na debatę o przyszłości UE.

Eurosceptycy i euroentuzjaści co prawda nie jedno mają imię, lecz pochodzą od tej samej małpy, która nazywa się POLITYCZNY IRRACJONALIZM.

Blog

TAKO RZECZE RICHARD

Posted on

Richard Mbewe pochodzi z Zambii, ma polska żonę i skończył trzy warszawskie uczelnie. Polakom znany jest z telewizji, z cotygodniowego, popularnego programu ekonomicznego Tadeusza Mosza. Ostatnio występowaliśmy razem w XI Forum Ekonomicznym – ” Polska w UE”. Mbewe prowadził panel na temat “Polska a euro”, którego byłem jednym z uczestników. Zambijczyk robi błędy, mówiąc po polsku, czasem mówi z śmiesznym akcentem i kalecząc końcówki, ale i tak ma do powiedzenia znacznie więcej, niż ci , którzy płynnie po polsku plotą bzdury. Ci właśnie przypominają mi króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego, syna dzielnego ale i okrutnego Jeremiego (sportretowanego przez Sienkiewicza). Otóż rozlazły Król Michał (w przeciwieństwie do stanowczego ojca) mówił wieloma językami, ale – jak twierdzili współcześni – w żadnym nie miał nic do powiedzenia.

Mój imiennik Ryszard patrząc z trochę innej, niż polska perspektywy, choć oczywiście kibicując krajowi, w którym mieszka i z którym związał swoją przyszłość. Mówił rzeczy wydawałoby się oczywiste, które jednak nie dla wszystkich niestety są oczywiste. Twierdził np. że błędem jest ograniczanie roli Narodowego Banku Polskiego i Rady Polityki Pieniężnej, wyłącznie do funkcji dozorcy antyinflacyjnego, gdy na całym świecie instytucje takie muszą w tym samym stopniu myśleć o wzroście gospodarczym i tworzeniu miejsc pracy. Podkreślał, że nie jest rzeczą sensowną trzymanie rezerw walutowych państwa w zagranicznych bankach, na niski procent, a jednocześnie, pożyczanie na procent zdecydowanie wyższy, aby zaspokoić bieżące potrzeby finansowe kraju. Ponadto czemu, wzorem USA – pytał Richard Mbewe – rezerwy państwowe nie są trzymane w jakimś Fort Knox, zatrudniając do tego Polaków, a nie wydając spore pieniądze za ich przechowywanie za granicą.

Jednym słowem, mówił nasz polsko-afrykański ekspert, słowo w słowo to, co od paru lat powtarza, bezpardonowo za to atakowany Andrzej Lepper. Może tylko nie zaangażowany w bieżącą walkę polityczną p. Ryszard. M. będzie za to samo mniej atakowany niż z pan Andrzej Lepper.

A już puenta została dopisana, po zakończeniu Forum, w czasie ostatniej audycji telewizyjnej “plus minus”, gdzie obliczono, iż obietnica polskiego rządu – dofinansowania potencjalnej inwestycji Hyundaya w Polsce ( i tak przegraliśmy ze Słowacją) oznaczać miała w przeliczeniu … 50 tys. euro za stworzenie 1 miejsca pracy! Czy za te pieniądze, albo nawet 2 razy mniejsze, tysiące polskich przedsiębiorców nie mogłoby stworzyć dziesiątków tysięcy nowych miejsc pracy?

Trudno się więc dziwić, że zacytowałem mojemu mądremu i sympatycznemu imiennikowi z Zambii, skądinąd mu znany cytat z filmu Miś: “wszystkie Ryśki to fajne chłopaki”.

Blog

RÓŻNORODNOŚĆ

Posted on

“Już za chwileczkę, już za momencik Piątek z Pankracym zacznie się kręcić, kręcić się będzie Pankracy z panem czy wszystkie buzie już roześmiane?”… Pamiętacie Państwo audycję nadawaną w piątek ok. 17.00? Programu już nie ma, ale “już za chwilę już za momencik” Polska wchodzi do Unii. “Już za chwile, za chwileczkę Gorgoń strzeli pod poprzeczkę”. Niestety reprezentacyjny stoper Jerzy Gorgoń już od dawna nie gra, co z resztą widać po wynikach drużyny narodowej, a Polska wchodzi do Unii mając już przed pierwszym maja parę goli w siatce.
Na tych łamach wiele razy powtarzałem, że UE to bardzo duża różnorodność, różne modele gospodarcze, choć połączone Wspólnym Rynkiem i wspólnym prawem. Dlatego też nie mówmy, że w jakiejś dziedzinie naśladować będziemy Unię Europejską, ale odwołajmy się do przykładów i rozwiązań konkretnych krajów. Oczywiście po to żeby – przynajmniej – selektywnie zastosować je w Polsce. Gdybym był prezydentem lub premierem – albo doradzał prezydentowi lub premierowi (wersja bardziej realistyczna) przeniósłbym do Polski następujące rozwiązania.

Z Holandii – rządowe gwarancje kredytowe dla małych i średnich firm. Z Austrii – fundowanie przez państwo kapitału początkowego dla firma wprowadzających innowacje. Z Niemiec – system kredytów komercyjnych oraz system venture capital. (funduszy ryzyka kapitałowego) finansujących małe firmy. Z Hiszpanii – metody pozyskania funduszy UE dla małego biznesu i przeszło trzydzieści instrumentów wsparcia tego sektora przez rząd., który finansuje do 50% inwestycji MSP (małych i średnich firm) w postaci pomocy bezzwrotnej lub kredytów o zerowym lub bardzo niskim procentowaniu. Z Grecji system wsparcia dla małych firm, które rozpoczynają działalność, aż do 160 tys. euro na firmę a konkretnie 159700 euro) Oczywiście drobni przedsiębiorcy korzystają nie tylko (choć głównie) z pomocy własnych rządów, ale także instytucji europejskich. Zwłaszcza chodzi tu o Europejski Bank Inwestycyjny (EBI) z siedziba w Luksemburgu, który udzielił firmom z sektora MSP (a więc zatrudniającym do 250 pracowników z obrotem rocznym do 40 mln euro) 1/3 wszystkich udzielonych im kredytów w całej Unii Europejskiej (resztę uczyniły banki w poszczególnych krajach) kredyty te miały wartość 8,3 mld euro i skorzystało z nich ponad 49 tys firm. Olbrzymia wielkość z nich zatrudniała mniej niż 50 pracowników i miała obrót roczny mniej niż 7 mln euro.

Oczywiście kopiować trzeba nie mechanicznie, lecz wybiórczo. Nie naśladujmy więc greckiej korupcji, włoskiej rozdętej i opieszałej biurokracji oraz systemu pomocy dla małych firm w Finlandii, gdzie nastąpiło skupienie środków w zamkniętej grupie odbiorców: 25% firm konsumowało 80% całości subsydiów przyznawanych prze fińskie Ministerstwo Przemysłu i Handlu.

1 maja politycy i urzędnicy wypną piersi, strzelą szampany, zagra muzyczka przywitamy Unię festynami – ale od tego świętowania nasza wiedza o UE nie wzrośnie, a sympatia Unii do Polski – tez nie. Czas odejść od sloganów, hasełek, deklamacji do konkretów. Właśnie o tych konkretach – o tym co warto i trzeba przenieść na polski grunt – i to jak najszybciej jest ten tekst.

Zachęcam wszystkich do mówienia konkretami. Czas mówienia zaklęciami, gadki szmatki skończył się. Czas polityków opowiadających głodne kawałki, banały i nie potrafią od ogółu przejść do szczegółu – też się, mam, nadzieje kończy. I to dzięki Państwu.

Blog

ROK TEMU O NADZIEJACH NA UNIJNE PIENIĄDZE…

Posted on

Redakcja: Pan był ministrem, który zmagał się z problemem UE w rządzie.
Ryszard Czarnecki: w latach 1997 – 1999 wtedy, kiedy miałem okazję być ministrem, stawiałem bardzo twarde warunki w rokowaniach Polski z UE. Niestety zakończyło się to tak jak wszyscy chyba pamiętamy czyli moją dymisją. Unia Europejska zarówno wówczas jeżeli chodzi o Polskę i Węgry, bardzo protestowała przeciwko linii takich twardych negocjacji, uznając, że robi wielką łaskę, mówiąc językiem potocznym, krajom, które kandydują do unii, jeżeli wpuści ich na europejskie salony. Ja od początku podkreślałem, że Polska ma bardzo wiele atutów zwłaszcza ekonomicznych, że Polska musi się cenić i twardo negocjować tak jak kiedyś negocjowała twardo Hiszpania, której może teraz w UE się nie lubi, ale ten kraj był dla mnie przykładem, że można rzeczywiście ostro walczyć o swój własny interes narodowy w wymiarze ekonomicznym.

Redakcja: Panie ministrze, czy możemy powiedzieć, że Pan zapłacił polityczną głową niejako za te twarde negocjacje z Unią, czy za nieustępliwość polskiej strony z Unią?
Ryszard Czarnecki: To prawda, ale jak powiedział mi wczoraj ks. bp Adam Lepa “ważne że Pan zachował twarz” i wydaje mi się, że to jest dla polityka istotne. (…) Po półtora roku okazało się, że sama Unia Europejska przyznała się, że była to zmontowana afera, zresztą jak wiadomo doszło później do dymisji Komisji Europejskiej pod zarzutami korupcji, dymisji wymuszonej przez Parlament Europejski. Myślę zresztą, że na Unię Europejską to jest wielki błąd euroentuzjastów, nie można patrzeć w takich kolorach wyłącznie białych. Bawi mnie takie stwierdzenie, że jak Polska wejdzie do UE, to korupcja w Polsce będzie mniejsza. Akurat UE jest przykładem bardzo wielu afer korupcyjnych w samej Komisji Europejskiej i także w Parlamencie Europejskim, także w dużych państwach członkowskich UE. Myślę więc, że im mniej mitów na temat UE a im więcej faktów, konkretów, szczegółów to tym lepiej.

Przeczytaj zapis całej audycji

Blog

DWA LATA TEMU O SKUTKACH ZAMACHU NA WORLD TRADE CENTER…

Posted on

11 września 2001 roku czyli dzień terrorystycznego zamachu na USA spowodował zmianę światowego układu sił. Paradoksalnie wzrosła rola państwa zaatakowanego czyli USA, największego sojusznika Waszyngtonu czyli Wielkiej Brytanii, Turcji (w rejonie Zakaukazia) jako kraju “modelowego islamu” w przeciwieństwie do antyzachodniego “islamu walczącego” oraz… Rosji.

Ten ostatni kraj uzyskał od Zachodu (a w praktyce od USA) wolną rękę nie tylko w sprawie Czeczenii, ale też milczącą zgodę na poszerzenie swoich stref wpływów kosztem krajów muzułmańskich i nie tylko. Okazało się, że Zachodowi potrzebna jest Rosja jako sojusznik w zwalczaniu międzynarodowego terroryzmu. Putin stał się pożądanym partnerem, a Rosja potencjalnym sojusznikiem (w przyszłości może nawet członkiem NATO).

Co z tego wypływa dla nas, Polaków? Konieczność zwiększenia aktywności polskiej polityki wschodniej. Polska jest już w Pakcie Północnoatlantyckim, zapewne będzie za dwa, trzy lata w Unii Europejskiej (jeżeli taka będzie wola narodu wyrażona w referendum). Ale jednocześnie Rzeczpospolita, leżąc na wschodniej flance NATO i mając – w przyszłości – najdłuższy odcinek granicy zewnętrznej z UE (obok Finlandii) jest w specyficznym miejscu Starego Kontynentu: na skrzyżowaniu Wschodu i Zachodu. To co przez wieki było geopolitycznym przekleństwem naszego kraju, dziś może stać się historyczną szansą dla Polski. III Rzeczpospolita umocowana w strukturach euroatlantyckich i europejskich nie może tracić z oczu szeroko rozumianego Wschodu, z którym graniczy.

Blog

TRZY LATA TEMU O INTEGRACJI EUROPEJSKIEJ…

Posted on

hymoon: Czy poczuwa się pan do winy za niegospodarność funduszami europejskimi, wtedy, gdy był pan za nie odpowiedzialny?
Ryszard Czarnecki: Ma pan chyba zacięcie archiwalne, bo już od jesieni 1999 r. wiadomo, że środki te nie zostały przyznane Polsce nie z naszej winy, tylko z winy struktur UE. Trybunał Audytorów czyli europejski NIK obwinia o to Komisję Europejską. Komisja Europejska obwinia Radę Europejską, ale ten “europing-pong” nie zmienia faktu, że oczyszczono i nasz rząd i mnie z tych zarzutów. Polecam panu lekturę artykułów, a nie tylko ich nagłówki.

dylu4: Kiedy w końcu wejdziemy do UE?
Ryszard Czarnecki: Przed czteroma laty w swoim pierwszym wywiadzie, jako Minister Integracji Europejskiej, powiedziałem, że nastąpi to w roku 2004/2005 i że wejdziemy do UE po Cyprze. Lewica i prawica zatrzęsła się z oburzenia, a centrum omal nie dostało zawału. Dzisiaj wychodzi na moje, choć oczywiście wolałbym się mylić. (…)

achmed: Moje pytanie jest następujące: jako obywatel polski nie mama zamiaru płacić waluta EURO, gdyż uważam, że jako patriota mam obowiązek posiadać walutę kraju w którym żyję i nie mam zamiaru patrzeć na jakieś tam EURO!
Ryszard Czarnecki: Podobnie uważają Anglicy, Duńczycy i Szwedzi. Możemy zastosować tutaj angielską zasadę “wait and see” i poczekać, co z tego eksperymentu wyniknie, gdy tak najpierw wejdziemy do UE – i to za parę lat. Ewentualny akces do eurolandu to późniejsza sprawa.