Blog

WŁOSKI PRZYKŁAD

Posted on

8 dni spędzonych ostatnio w Rzymie przekonało mnie jak elastyczną i mądrą politykę prowadzi IV potęga Unii Europejskiej, jaką jest Republika Włoska. Jeszcze parę lat po II wojnie światowej Włochy dzieliły się na europejskie, północne oraz tkwiące w XIX w, zacofane, Włochy południowe. Jednak Italia, od początku uczestnicząca najpierw w Europejskiej Wspólnocie Węgla i Stali a następnie w Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej, kilkadziesiąt lat swojej obecności w eurostrukturach wykorzystała dobrze.

Także na stopniowe zacieranie różnic cywilizacyjno-gospodarczych między Włochami “A” i “B”. Służyły temu także spore środki z EWG-UE. Przyznajmy jednak, że nie były one właściwie wykorzystywane i to przez całe 10-lecia. Szczególnie nie radziły sobie z tym południowe “regioni”. Włosi oczywiście popełniali też błędy np. zaniżenie kwot produkcyjnych, na niektóre towary rolnicze jak mleko. Od wielu lat kolejne rządy Republiki Włoskiej usiłowały to “odkręcić”, lecz dusząca się od nadprodukcji żywności Unia Europejska, dotychczas się na to nie zgodziła, a ostatnio nawet ukarała Włochy kilkusetmilionową grzywną – euro- za przekroczenie tych limitów.

Jednak mądrość, elastyczność a nawet przebiegłość Włochów przejawia się nie tylko w kontaktach z UE, której to Italia jest jedną z “matek-założycielek” Szczególnie widoczne to było i jest ostatnio w trakcie przygotowań i samej wojny w Iraku. Początkowo Rzym obok Madrytu i Londynu stworzył proamerykański trójkąt w ramach Unii Europejskiej. Polityka włoska jaskrawo różniła się od niemieckiej czy francuskiej, Premier Silvio Berlusconi otworzył przestrzeń powietrzną dla samolotów US Army, nie ulegając pokusie ani skrajnego antyamerykanizmu(Berlin, Paryż), ale też odmawiając w ostatniej chwili wysłania wojsk nie uległ pokusie odwrotnej – skrajnego proamerykanizmu (Londyn).

W rezultacie Włosi mają ciastko i jedzą ciastko (żeby zacytować angielskie powiedzenie). Z jednej strony prezydent Bush dalej uważa Rzym za jednego ze swoich największych sojuszników, co jest dla Republiki Włoskiej istotne, zważywszy na znaczące kontakty ekonomiczne z USA i także też ze względu na sporą włoską wspólnotę w samych Stanach Zjednoczonych. Jednak Włochy zapunktowały, w oczach swoich tradycyjnych konkurentów (Niemiec i Francji). Okazały się bardziej “pragmatyczne” i skłonne do kompromisu niż Wielka Brytania.
Tej elastyczności dla dobra własnego narodu Polacy mogą się uczyć od kraju, w którym przed ponad 200 laty powstał polski hymn narodowy.

Blog

IRLANDIA CZYLI PRYMUS

Posted on

Bardzo często wskazuje się nam Irlandię jako swoistego prymusa spośród krajów, które doszlusowały do Wspólnot Europejskich w ciągu ostatnich 30 lat. “Patrzcie Polacy” – mówili szacowni eurobiurokraci – “uczcie się jak umiejętnie wykorzystywać unijne środki”. To prawda, że “zielona wyspa” umiejętnie wykorzystała swoje funkcjonowanie w EWG (a potem UE) począwszy od 1973 roku. Jednak nie zapominajmy, że ten dzielny naród, który przecież dopiero po II wojnie światowej oderwał się od swojego Wielkiego Brata (czyli Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej) wchodził do eurostruktur na zupełnie innych warunkach niż czyni to przeszło 3 dekady później nasz kraj. No właśnie gdzie podobieństwa a gdzie różnice miedzy nami?

Podobieństwa wynikają z historii. I my i oni walczyliśmy o niepodległość, i my i oni jesteśmy narodami katolickimi, i my i oni przywiązani jesteśmy do własnej, choćby i trudnej historii. Wreszcie i my i oni nie jesteśmy narodem abstynentów. I na tym podobieństwa się kończą , bo akces Irlandii i akces Polski do – odpowiednio – EWG i Unii to dwa różne światy.
Republika Irlandii wchodziła do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej 31 lat temu jako pierwsze, biedny państwo, spora jeszcze przed Grecją, Hiszpanią czy Portugalią. Wchodziła (wraz z Wielką Brytania i Danią) do EWG składającej się z 6 państw (Francji, RFN, Włoch, Belgii, Holandii i Luksemburga). Struktury europejskie były jeszcze wtedy niewielkie, za to bogate i szczodre dla biednej wyspy. Nie było wtedy jeszcze w nich rolniczych krajów południa, bo Ateny, Madryt, Lizbona to europejska melodia dopiero następnej dekady. Nie dziwota więc, że irlandzcy rolnicy uzyskali rzeczywiście szeroki dostęp na rynki zbytu Europy Zachodniej. Stąd fenomen wielokrotnego wzrostu eksportu Irlandii w tyk okresie.

Irlandczycy w zasadzie od razu uzyskali możliwość legalnej, nie “na czarno” pracy w EWG. Polacy o tym tylko mogą pomarzyć. Irlandczycy wchodzili do Europy zamożnej i w miarę stabilnej mimo nadciągającego wówczas światowego kryzysu naftowego. Polska wmaszerowuje do Europy kryzysu gospodarczego i wyraźnej dekoniunktury.

Irlandia miała też jeszcze jeden wielki atut, którego poza Maltą nie maja kraje wchodzące do UE w 2004: język angielski jest tam językiem oficjalnym, a to powoduje brak barier komunikacyjnych, przyczyniło się też do większej skuteczności w pozyskiwaniu unijnych dotacji i zagranicznych inwestycji. Gdy chodzi o te ostatnie, to szczególnie istotną rolę odegrała “Irish community” w USA czyli irlandzka emigracja w Ameryce, która nie dość, że lokowała własne oszczędności i inwestycje w Irlandii, to jeszcze jako management wielu amerykańskich firm forsowała lokowanie amerykańskich inwestycji w Europie, właśnie na “Zielonej Wyspie”. Służyły temu najbardziej korzystne w Europie warunki dla inwestorów zewnętrznych. A Polska? Przegrywamy z Węgrami, Czechami a nawet Słowakami, pod względem zachęt dla obcych inwestorów (ale także np. warunków komunikacyjnych). A wbrew propagandowym mitom sprzed Referendum Unijnego – największy napływ inwestycji zagranicznych do Polski jest już za nami, a nie przed nami! Poprzednio w tym miejscu pisałem, że zbyt wysoka cena pracy w Polsce powoduje automatyczne przenoszenie się inwestorów do Azji, gdzie Chińczycy i Hindusi zrobią to samo ale znaczniej taniej.

Nie tylko irlandzcy rolnicy dokonali gospodarczej ekspansji na Europę, także irlandzkie banki. Polskie banki tego nie uczynią, bo prawie w 80% już nie są polskie. Jeszcze dwa elementy: po pierwsze socjotechnika. Irlandczycy dbali, aby nawet najmniejszą unijną dotację maksymalnie nagłośnić, tak aby Bruksela wiedziała jak bardzo jest kochana. A u nas/ Ci sami politycy, którzy rok temu głosowali za wejściem Polski do UE na zasadzie randki w ciemno, nie pytając nawet o warunki, dzisiaj wykrzykują: “Nicea albo śmierć”. Czyli od skrajności w skrajność, od płota do płota.

Druga zaś sprawa dotyczy umiejętnego podkreślenia prze Irlandię własnego zdania w Unii, i to zarówno w kwestiach stricte politycznych (jak demonstracyjne odrzucenie w pierwszym referendum Traktatu z Nicei), ekonomicznych (zazdrosne utrzymywanie własnej, skutecznej polityki podatkowej i budżetowej) i obyczajowe (art. 40 w Konstytucji Republiki, mówiący o ochronie życia ludzkiego od poczęcia, jako sprawie, która nie może być weryfikowana przez ponadnarodowe, unijne instytucje).

Należy podziwiać mądrość Irlandczyków, którzy co roku przeznaczają znaczące środki z budżetu na oświatę, szkolnictwo wyższe, rozwój nowoczesnych technologii. To dlatego ten mały kraj jest jednym z dwóch w Europie obok Finlandii o najwyższym procencie młodzieży studiującej na 10 tys. mieszkańców – i także dlatego, jest gospodarczym “tygrysem Europy”.

To docenianie nauki ma wymiar nie tylko budżetowy, ale także ustrojowy! W Irlandii jako w jedynym państwie w UE w 60-osobowym senacie, aż 6 miejsc – czyli 10% zagwarantowanych jest dla dwóch największych, irlandzkich uniwersytetów. Wreszcie irlandzki spryt. Przed dwoma laty specjalnie zmieniono granice irlandzkich regionów – hrabstw, bo zauważono, że niektóre z tych dawnych, biednych regionów przekraczają już granicę 75% średniej unijnej PKB na głowę mieszkańca. Co oznaczałoby zaprzestanie przyznawania środków z Funduszy Strukturalnych z Brukseli. Chciano po prostu wydusić więcej środków z Unii.

A więc uczmy się od Irlandczyków. Mówię o społeczeństwie, bo obecny rząd niczego się już nie nauczy i niczego nie zrozumie.

Blog

POLSKA SIŁA

Posted on

Polska ma 40 mln mieszkańców – więcej niż wszystkie kraje, które wraz z nami weszły do Unii 1 maja. Jesteśmy szóstym co do liczebności krajem UE liczącej 25 państw. Nasz kraj ma najdłuższy odcinek zewnętrznej granicy Unii (poza Finlandią). To Polska jest dla Europy Zachodniej i Południowej pomostem na Wschód – wielki rynek zbytu i inwestycji. Jesteśmy jednym z najbardziej, mimo wszystko, dynamicznych demograficznie narodów europejskich: 40% młodych Europejczyków wchodzących na europejski rynek pracy to Polacy. Co prawda, Francja ma wyższy przyrost naturalny, ale zawdzięcza to Arabom. Nasi przedsiębiorcy i rolnicy mają wielką zdolność przystosowywania się do każdych warunków – w tym tkwi potencjalna siła polskiej gospodarki.

To są polskie atuty. To są silne, polskie karty w grze, która nie jest ani łatwa, ani prosta, ani przyjemna i nazywa się: Unia Europejska. W tej grze szereg państw ma karty znaczone, szereg zmienia reguły gry w trakcie jej trwania. Bywa, że niektórzy wyciągną kartę z rękawa albo ktoś kopnie stolik z niemiecką wprawą. Tym nie mniej Polska, choć ma w talii także sporo blotek (beznadziejny rząd zamieniony na ekipę szukającą poparcia, prezydenta-dandysa, sforę urzędników odgadujących w lot życzenia Brukseli), może szansę odegrać parę zwycięskich partii. Oczywiście jeśli wydeleguje do stolika odpowiednio twardego gracza. Najlepiej z bokserskimi umiejętnościami…

Wierzę w swój Naród. Wierzę w umiejętność przystosowywania się Polaków, do trudnych wyzwań i jeszcze trudniejszych warunków. Możemy słusznie narzekać na złe warunki polskiego członkostwa w UE. Możemy słusznie domagać się rozliczania naszych, pożal się Boże, negocjatorów. Należy jednak mieć wiarę we własnych rodaków. I trzeba widzieć możliwości, jakie będzie miała Polska – o ile będzie sprawnie zarządzana, a nie rozkradana. Wreszcie, trzeba mieć wizję: jakiej Polski pragniemy i w jakiej Europie chcemy być. Europa nie jedno ma imię. Rzeczpospolita powinna chcieć Europy taniej, bez rozdętej brukselskiej administracji, Europy Narodów, Europy Ojczyzn, a nie jednego europejskiego superpaństwa, które jest kagańcem dla niepodległych państw narodowych. Tylko musimy wiedzieć, czego chcemy. Ja wiem!

Blog

WIRTUALNA FORSA

Posted on

Mamy do czynienia z kolejną fazą propagandą sukcesu. Pierwsza była za Gierka, druga przy okazji szczytu w Kopenhadze w grudniu 2002 roku, gdy uroczyście zakończono negocjacje UE m.in. z Polską. Propaganda sukcesu ma to do siebie, że się jej bladnie słucha, ale zderzenie z twardą rzeczywistością miłe nie jest. Olbrzymie długi zagraniczne, kolejki, puste sklepy i kartki, nawet na papierosy – tak zakończyła się propaganda sukcesu epoki Edwarda Gierka. Podobnie groteskowym fiaskiem zakończyła się propaganda sukcesu Millera, to co odtrąbiono jako sukces już w krotce okazało się porażką w wielu podstawowych obszarach od limitów produkcyjnych, które ograniczać będą produkcję polskich towarów przemysłowych, rolniczych przez faktyczny szlaban na pracę dla obywateli RP, po wirtualne pieniądze, które będą co najmniej 2 razy mniejsze niż miały być (dziś mówi się, że dobrze będzie jak nie będziemy płatnikiem netto, czyli ewentualnie trochę więcej weźmiemy niż damy.

To samo będzie z obecnym biciem w bębny sukcesu , którym uraczono nas przy okazji przymiarek do budżetu UE, na lata 2007-13, a jak jest z tym naprawdę?
Po pierwsze jest to projekt projektu – niczego nie przesądzono. Ostateczne decyzje zapadną najwcześniej za półtora, a nawet za dwa lata. Jest więcej niż wątpliwe, że taką rzekę pieniędzy otrzymamy, ponieważ sprzeciw wobec tego “projektu” zapowiedziały RFN, Francja, Holandia, Austria Szwecja. Prawdopodobnie zrobi to jeszcze Wielka Brytania. Nie zmienione zostaną zasady finansowe na lata 2004-06, gdzie Polska od razu będzie płacić 100%v składkę członkowska (inaczej niż Hiszpania i Portugalia przez pierwsze 6 lat po wejściu do EWG), a na pewno nie będziemy w stanie wygenerować aż następnych 3, 4 mld euro, jako uzupełnienie projektów unijnych, na zasadzie montażu finansowego. Potencjalnie większe pieniądze z Unii oznaczają na pewno większą składkę członkowską – stąd zdziwienie niemieckiego ministra finansów, który pytał polskiego ministra finansów, czy Polska zdaje sobie sprawę z tego, że będzie musiała generować większą składkę do UE?

Największy wzrost wydatków UE – o – 38% – nastąpi bynajmniej nie w obszarze najbardziej istotnym dla nowych krajów członkowskich (Funduszu Spójności czyli Funduszach Strukturalnych), lecz w obszarze Funduszu Wzrostu przeznaczony w większości dla starych krajów członkowskich, służyć on będzie procesowi tzw. renacjonalizacji składki członkowskiej . Polega to na tym, że bogate państwa obecnej Unii zbuntowały się przeciw nadmiernym wydatkom ich budżetów na UE i chcą jak najwięcej pieniędzy wpłaconych w formie składki członkowskiej odzyskać. Jedyną poważną możliwością jest zwiększenie środków w budżecie UE na rozwój nowoczesnych technologii IT, badania naukowe itd. W tym obszarze (obszarze Wzrostu nowe państwa UE dostana grosze gro pieniędzy stanie się udziałem “starej europy”).

Zaledwie o 2,08 % wzrośnie budżet UE na CAP (Common Agriculture Police) czyli Rolnictwo. To niekorzystne dla Polski – jednego z 3 największych rolniczych, (obok Hiszpanii i Francji), krajów UE. O 7% wzrosną wydatki na biurokrację, można powiedzieć ze 7% za dużo, ale to akurat wielka mistyfikacja Komisji Europejskiej: eksperci wskazali ze zakładany wzrost kosztów administracyjnych będzie wielokrotnie większy, lecz sprytnie został schowany w różnych rubrykach budżetowych. Cwaniactwo UE ma tu krótkie nogi.

Co najbardziej zabawne autorzy “projektu projektu” budżetu UE na 2007-13 nie byli w stanie na jego prezentacji wskazać dlaczego przyjęto taką a nie inną strukturę i podział środków budżetowych UE.
Jednym słowem na razie z wielkiej chmury mała mżawka obietnic. A to już w relacjach Warszawa – Bruksela słyszeliśmy wiele razy.

Blog

ZAKAZ IMPORTU GŁUPOTY

Posted on

Unia Europejska nie jedno ma imię, poszczególne jej kraje różnią się poziomem gospodarczym, tradycjami, obyczajowością, pozycją Kościoła (Kościołów). Oczywiście jest też w dużej mierze, choć nie do końca ujednolicone prawo. Są też wspólne standardy. No i zasady pomocy finansowej. Ale ona przecież też jest zróżnicowana . W wielu sprawach Unia jednak nie jest jednością, i pewnie nigdy nie będzie. To pierwsza rzecz, którą musimy wiedzieć. Druga – to fakt, że po naszym wejściu do Unii wiele rzeczy będziemy musieli dostosować, ale bynajmniej nie wszystko. W olbrzymiej mierze w dalszym ciągu to Polska i Polacy będą decydować o swojej przyszłości. I to w sprawach bardzo różnych – od ustawodawstwa w obszarze moralno-obyczajowym przez wybór struktur i metod pozyskiwania pieniędzy z UE po określenie sposobów i skali pomocy państwa polskiego m.in. dla małych i średnich firm.

I tak np. olbrzymia większość Polaków jest zdecydowanie przeciwna eutanazji, tymczasem w takiej Holandii jest ona praktykowana od lat siedemdziesiątych XX wieku, a została zalegalizowana w roku 2002. W krajach “15 ” (tyle na razie krajów liczy unia, ale od 01 maja będziemy mówić o “dwudziestce piątce” ) jeszcze Belgia wprowadziła legalna eutanazję, stało się to od niedawna bo od roku 2003 poza Europa jest ona dostępna – też od zeszłego roku w jednym jedynym amerykańskim stanie Oregon. Przez krótki zaś eutanazja dozwolona była w części antypodów, a konkretnie w australijskim stanie Terytorium Północne. Została tam jednak zdelegalizowana przez sąd.

Wróćmy jednak do Unii Europejskiej, prawo do “śmierci na życzenie” jest tam nie tylko akceptowane, ale cieszy się, niestety, bardzo dużym poparciem. Aż 77% Holendrów jest za eutanazją i to nie tylko na życzenie zainteresowanego ale nawet wbrew niemu, w tzw. bardzo trudnych sytuacjach medycznych. U nas w praktyce eutanazję stosuje rząd. Służy temu praktyczna likwidacja służby zdrowia oraz obłędna polityka ekonomiczna. W Polsce oszczędza się – czy też mówiąc ściślej rząd oszczędza na emerytach, rencistach, rodzinach wielodzietnych, ludziach żyjących na granicy ubóstwa. Reformy, proszę bardzo! Ich kosztem. Jest to eutanazja w pigułce, tyle, że wbrew woli osób zainteresowanych.

Od eutanazji ustawowej do poza ustawowej, praktycznej, już tylko jeden, mały krok. Od roku 2004 w Holandii – wracamy znów do Kraju Zwiędniętych Tulipanów. W państwowych domach starców zlikwidowano jeden posiłek. Czemu? Bo ilość ludzi starych, emerytów jest w rajów polderów coraz większa (podobnie jak w całej UE), a ludzi w wieku produkcyjnym coraz mniejsza. A w ten sposób budżet oszczędza. Czy w ramach ślepego naśladowania, tego co w Unii, rząd Millera skopiuje także i tę holenderską metodę oszczędności budżetowych? Proszę mi wybaczyć złośliwość, ale ten rząd wraz ze swoja liberalną opozycją (PO) już nie takie głupoty przenosił na polski grunt. Do Unii wchodzimy – bo taka była wola społeczeństwa. Musimy w niej twardo walczyć o nasze, polskie interesy. Trzeba będzie renegocjować Traktat Akcesyjny. Ale będąc w eurostrukturach wcale nie musimy naśladować rzeczy głupich czy złych. A takie tez są przecież w krajach członkowskich UE. Takie tez tendencję pojawiają się w Parlamencie Europejskim. A my naprawdę, jako żywo nie musimy fundować sobie eutanazji – “śmierci na życzenie”, aborcji na życzenie, ślubów homoseksualnych wraz z prawem tych pań czy panów do wychowania dzieci (!).

Widząc te wzory niżej podpisany, jak zapewne wielu Polaków odpowiada grzecznie, acz stanowczo: “dziękuję, postoję…”

Blog

GRECKIE BŁĘDY, CZYLI MĄDRY POLAK PRZED SZKODĄ

Posted on

“Nie bądźcie tacy jak Grecy” – mówiły nam różne Bardzo Ważne Osoby w czasie unijnych negocjacji. Niemiecki komisarz ds. rozszerzenia UE Guenther Verheugen powiedział nawet oficjalnie w przypływie dziwnej jak na polityka szczerości, że nie wszystkie obecne kraje Unii spełniłyby teraz warunki – których spełnienia żądano od kandydatów do eurostruktur w tym Polski. Chodziło mu oczywiście właśnie o Grecję, tak się bowiem porobiło, że ten piękny, ciepły kraj zabytków, turystów, wysp, prawosławnych klasztorków i ouzo, uchodzi za symbol kiepskiego wykorzystania unijnej pomocy.

W pierwszych latach swojej obecności w Europejskiej Wspólnocie Gospodarczej Hellada wykorzysta te środki na poziomie zaledwie…. 20%! Obecnie, po przeszło dwóch dekadach funkcjonowania, najpierw w EWG potem UE, stopień wykorzystania brukselskich dotacji jest najsłabszy w całej Europie i wynosi tylko 75%, w sumie przez te już 22 lata średnia wykorzystania pieniędzy z UE ( w odniesieniu do tego co Grecji teoretycznie przysługiwało) stanowi ledwo 35%.

Grecja wchodziła do struktur europejskich w drugiej fazie rozszerzenia w 1981 roku. O tyle było to wyjątkowe rozszerzenie, że EWG powiększyła się wtedy tylko o… jedno państwo ( wcześniej czy później wchodziły po dwa, trzy państwa). Ówczesna Grecja była państwem niesłychanie biednym i Europa obawiała się, (i słusznie) ze przez wiele dziesięcioleci będzie na jej garnuszku, doszło do sytuacji precedensowej w historii europejskiej integracji: Komisja Europejska odrzuciła wniosek o członkostwo Grecji w EWG, dopiero zdecydowana interwencja Rady UE, czyli szefów rządów krajów członkowskich, pokazująca kto tak naprawdę w eurostrukturach rządzi spowodowała że Grecję, choć z oporami przyjęto na brukselskie salony. Ta republika (a jeszcze do niedawna królestwo) stała się członkiem EWG wyłącznie z powodów politycznych, bo daleka była od spełnienia kryteriów ekonomicznych.
Początek lat 80. to agresja ZSRR na Afganistan , powstanie Solidarności w Polsce i szereg innych wydarzeń sprawiających, że nowa zimna wojna między Wschodem a Zachodem stała się faktem. W tej sytuacji przywódcy EWG nie chcieli po prostu oddać Grecji w strefę radzieckich wpływów politycznych i gospodarczych, a tak by się mogło stać gdyby odrzucono wniosek Grecji o przyjęcie.

Grecja stała się 10 członkiem EWG i najbiedniejszym kuzynem w całej europejskiej rodzinie, kuzynem bardzo bałaganiarskim. Kraj ten popełnił 2 zasadnicze błędy, przy absorpcji (przyswajaniu) środków z UE.

Pierwszy z nich to centralizacja. Unijne pieniądze ładowano głównie w rozwój stolicy – Aten (to samo grozi dziś Polsce). Odbywało się to kosztem greckiej prowincji. Paradoksem jest to, że Grecja poprzez brukselskie dotacje pogłębiła dysproporcje między zamożną stolicą a biedną resztą kraju. Zupełnie inaczej niż Włochy, które przez pół wieku pieniądze z Unii pakowały w rozwój biednego Południa, aby mogło ono nadgonić przepaść cywilizacyjną dzielącą je od bogatej Północy. Hellada – odwrotnie.

Dziś gdy Polsce grozi niewykorzystanie znaczącej środków z UE łatwa pokusa może stać się skoncentrowaniem tych środków na megainwestycjach skupionych w stolicy czy np. w Łodzi (mającej – póki co swoje silne lobby w rządzie).
Drugi błąd Grecji to potworna korupcja. W Brukseli opowiada się dowcipy jak to przy rozdysponowaniu środków z EWG obłowili się urzędnicy odpowiedzialni za to w Hiszpanii i Grecji. Ale zawsze puenta tych kawałów jest Grek, który nie tylko dorobił się standardowej willi nad morzem i luksusowego auta, ale także jeszcze stać go było na prywaty helikopter. Środki unijne w Grecji znikały niczym “środki Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego w latach 90. w Rosji). Szybko zauważyła to EWG. Na tym tle dochodziło do dyplomatycznych skandali. Oto np. w czasie wystąpień premiera Grecji czy jego ministrów, na forum Komisji Europejskiej lub Parlamentu Europejskiego, komisarze czy deputowani demonstracyjnie wychodzili z sali lub zdejmowali słuchawki z symultanicznym tłumaczeniem. A to się w dyplomacji nie zdarza, pomijając walenie butem w mównicę na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ przez przywódcę ZSRR Nikitę Chruszczowa.

Grecja jest o tyle wyjątkiem w Unii, że w tym kraju dzisiaj po przeszło 22 latach uczestnictwa w EWG – UE, aż 21% (czyli co 5 Grek) ludności zawodowo czynnej pracuje w rolnictwie. To olbrzymia liczba w porównaniu z 3% w RFN i unijną średnią na poziomie ok. 6%. Nawet typowo rolnicze Hiszpania i Portugalia zeszły przed paroma laty poniżej 10%. W tym także – rozbuchana oraz mało sprawna administracja – kraj ten przypomina Naszą Ojczyznę.

Piszę o błędach i potknięciach sympatycznej Hellady, aby III Rzeczpospolita starała się ich unikać. Na razie obecny rząd robi wiele, aby te błędy powielać. Może dlatego, że polski premier Miller jest jak starożytny jak władca Midas. Tylko ten, czego się nie tknął zamieniało się w złoto, a to, czego się nie dotknie Miller zamienia się w porażkę.
Na koniec anegdota, było to w czasie oficjalnej wizyty prezydenta RP w Grecji wiosną 1998, Aleksander Kwaśniewski towarzyszyło 3 ministrów: spraw zagranicznych, gospodarki, i integracji europejskiej, czyli niżej podpisany. W czasie jednego z uroczystych obiadów, wydanego przez honorowego konsula Polski w Grecji, jednego z najbogatszych greckich armatorów statków, ówczesny szef greckiego MSZ Pangalos (niektórzy polscy urzędnicy myśleli, że Pangalos nazywa się Galos, a Pan to zwrot grzecznościowy.” panie ministrze-woła do mnie jeden taki- nie widział Pan ministra Galosa ?” . ” Jakiego Galosa? – dziwię się – chyba Pangalosa!”. ” No wiadomo że Pan, ale gdzie ten Galos jest ?”…) opowiadał o swojej karierze politycznej, jak jeszcze w końcu lat 60. bił się z grecką policją na ulicach miast w czasie komunistycznych demonstracji. ” bo ja byłem we władzach Komunistycznej Partii Grecji, nawet w Biurze Politycznym – mówi Pangalos – tak jak Pan Panie Prezydencie Kwaśniewski”. ” Ależ ja nigdy nie byłem w Biurze Politycznym – oburzył się Prezydent Kwaśniewski – ja byłem tylko w rządzie jako minister ds. młodzieży … ” Don’t wory, Mr. President -odparł Pangalos – nobody is prefekt” (niech się pan nie przejmuje Panie Prezydencie – nikt nie jest ideałem…).

Blog

RENEGOCJACJE? TAK!

Posted on

Ostatnio z osłupieniem usłyszałem jak Marszałek Sejmu z SLD mówił o… renegocjacjach traktatu akcesyjnego z UE (chodziło o VAT na internet)! Parę dni wcześniej brałem udział w audycji radiowej w Trójce w czasie której Piotr Gadzinowski (też z SLD) ni stąd ni z zowąd zaczął głosić ideę renegocjacji Traktatu. Politycy Sojuszu Lewicy uczą się pilnie, ale na naukę jest już za późno. A kradzione (pomysły) nie tuczą, gdy w grudniu 2002 roku, po nieudanym, ale odtrąbionym jako sukces szczycie w Kopenhadze, Andrzej Lepper i niżej podpisany mówili o konieczności renegocjacji źle wynegocjowanych warunków naszego wstąpienia do Unii Pani Minister Danuta Hűbner dała nam stanowczy odpór stwierdzając, że “renegocjacje są niemożliwe”.

Z czasem wyszło na nasze, dziś renegocjacje uważa się za konieczne, ale Pani Minister-Komisarz Hűbner bez cienia wstydu odbiera kolejne nagrody i pławi się w świetle jupiterów nie racząc nawet zająknąć się o swoich negocjacyjnych “grzechach zaniechania”, błędach, odpuszczaniu wszystkich ważnych dla nas zapisów, byle tylko Bruksela chwaliła Zehr Gut Panią Danutę. No cóż należy ona do tej formacji politycznej, która tylko tyle wczoraj widziała, ile zobaczyła uderzając czołem o ziemię przed Moskwą. A dziś widzi tylko tyle, ile zobaczy w locie, kontem oka w czasie wiernopoddańczych ukłonów wobec Brukseli.

Tak, wiem że to ostre sformułowania, ale z każdym miesiącem coraz bardziej widać jak złe warunki wynegocjowała nam ekipa SLD-PSL (akceptowane wszak przez PO i PiS). Skądinąd renegocjacji w tej chwili systematycznie dokonuje… sama Unia Europejska, powołując się na nieszczęsny art. 23 Traktatu, przed którym też zresztą ostrzegaliśmy, bo pozwala on na powiedzenie w wielu obszarach mniej więcej czegoś takiego: “Wy Polacy dalej grajcie w brydża, ale my już gramy w Cymbergaja”. No i stąd właśnie biorą się jednostronne decyzje UE zwłaszcza w obszarze obrotu rolno-spożywczego z Polską.

Jeśli więc renegocjacje – to jakie? W jakich obszarach? Zejdźmy z poziomu ogółu na poziom konkretów, renegocjowanie całości Traktatu Akcesyjnego jest niemożliwe. Zostawmy tę mrzonkę. Należy realistycznie określić obszary, w których te renegocjacje byłyby dla Polski najbardziej pożądane. Są takie trzy obszary:
1. zwiększenie limitów produkcyjnych w rolnictwie (zwłaszcza żywność) oraz przemyśle.
2. zlikwidowanie lub skrócenie okresów przejściowych pozbawiających dostępu do rynków pracy UE dla obywateli Polski
3. zwiększenie środków finansowych dla III Rzeczpospolitej z Funduszy Strukturalnych (Fundusz Spójności), czyli po prostu większe odkręcenie finansowego kranu Brukseli (ale także zmiana struktury tych środków, tak aby jak najwięcej dotacji szło bezpośrednio do budżetu państwa- bo nad tymi środkami rząd RP ma pełna kontrolę, jak również nie powoduje to obciążeń dla budżetu państwa polskiego z tytułu wygenerowania od 25-50% “polskiego aportu” do projektów polsko-unijnych).

To bardzo precyzyjnie zakreślone obszary, gdzie renegocjacje, moim zdaniem są i potrzebne i możliwe . Nad tym należy się skupić . Bowiem mądra, polska, polityka zagraniczna odrzucać musi zarówno pokorne zgadzanie się na wszystko czego żąda Unia czy USA, ale tez odwracanie się plecami do Europy, negowanie wszystkiego co się da negować.
A więc: renegocjacje. Tyle, że już na pewno nie za tego, pożal się Boże rządu .

Blog

DZIŚ HISZPANIA JUTRO POLSKA

Posted on

Amerykański pisarz Ernest Hemingway pisał w swojej słynnej powieści “Komu bije dzwon” – “nie pytaj komu bije dzwon, bije on Tobie …”ten cytat najpełniej oddaje grozę sytuacji w kontekście zamachów terrorystycznych, których obawiają się wszyscy w Europie. Także w Polsce. I to na pewno nie w ostatniej kolejności. Ostatnie tragiczne wydarzenia miały miejsce w zeszłym tygodniu w Hiszpanii – kraju, który ma znacznie mniej żołnierzy zaangażowanych Iraku niż Polska. To Polska a nie kraj króla Juana Carlosa w strefie okupacyjnej w Iraku ma dowództwo nad siłami koalicyjnymi, wiec to my jesteśmy bardziej wystawieni na sztych.

Nie miejmy złudzeń, że mądra polityka naszych wojskowych, którzy potrafili dogadać się w Iraku z przywódcami religijnymi większości szyickiej może zmniejszyć groźbę zamachów w Polsce. Tamten układ, zapoczątkowany przez generała Tyszkiewicza i kontynuowany przez świetnego dowódcę generała Mieczysława Bieńka. (spadochroniarz!) i niestety w żaden sposób nie przełoży się na uratowanie nas od groźby zamachów w Polsce. Bo w naszym kraju potencjalne zamachy grozić będą nam nie ze strony umiarkowanych szyitów, grzecznie słuchających swoich ajatollahów, lecz ze strony islamskich radykałów dla których cele wyznacza al-Qaida czy Dżihad.

Co to oznacza? To, że możemy spodziewać się w Polsce wszystkiego najgorszego. To nie defetyzm. Spójrzmy prawdzie w oczy. Jeden z szefów naszego resortu obrony narodowej powiedział mi w rozmowie prywatnej, że nie chce straszyć ludzi, wiec nie mówi tego w TV ale groźba zamachów terrorystycznych w Polsce jest więcej niż realna.

Ci wszyscy politycy i publicyści, którzy zapewniają nas, że nic nam nie grozi, a sytuacja jest kontrolowana, są albo głupcami albo kłamcami. Usypianie opinii publicznej jest grzechem, a nie cnotą. Przypomina ono obiecywanie przed Referendum Unijnym – 2003, gór złota po wejściu do UE, gdy z góry autorzy owej propagandy sukcesu wiedzieli, że mówią o mitach.

Można więc założyć, że zamachy w Polsce są więcej niż prawdopodobne i nie będą one winą naszej straży granicznej, policji, saperów czy służb specjalnych. Bo ci ludzie robią, co do nich należy. Będą one konsekwencją nierozważnego, niemądrego, bezsensownego politycznie i ekonomicznie zaangażowania Polski w wojnę i okupację Iraku. A za to odpowiedzialność spada na polityków. Konkretnych polityków; prezydenta, premiera, partie polityczne i te z koalicji rządzącej i te z opozycji (SLD,UP, PO, PiS). Na niepotrzebną wojnę polskich żołnierzy wyprowadziły nie krasnoludki tylko znani z imienia i nazwiska anty mężowie stanu. Zrobili to wbrew społeczeństwu, 80 % Polaków było i jest przeciw tej wojennej awanturze i okupacji obcego kraju, co nie ma nic wspólnego z polską tradycją.

Nowy hiszpański premier zapowiedział wycofanie tysiąca sześciuset żołnierzy Królestwa Hiszpanii z Iraku. I to szybko, – bo do końca czerwca. Polski rząd powinien zrobić to samo. Jak najszybciej. Oby zdążył. Oby na rękach niektórych polityków i liderów partyjnych rządu i opozycji nie było polskiej krwi.
To mocne słowa. Ale i groźba jest realna jak nigdy.

Blog

CUDZE BŁĘDY

Posted on

“Mądry Polak po szkodzie…”- mówi stare polskie przysłowie wiele osób, a właściwie coraz więcej osób uważa, że tak samo będzie w kontekście naszego wejścia do Unii Europejskiej. Trudno się temu dziwić skoro co innego słyszeliśmy przed referendum, w czerwcu 2003, a co innego widzimy teraz, stąd też poparcie dla naszego wejścia do UE miedzy lipcem 2003 a lutym 2004 spadło we wszystkich sondażach aż od 15-20 %. Nie warto obrażać się na sondaże, nie warto obrażać się na społeczeństwo, któremu nie wystarczają już euroobiecanki – cacanki ani euforia, która kończy się twardym lądowaniem, bo Unia nie jest wcale taka cacy, jak malowała sama siebie przy wybitnym współudziale wielu polskich polityków i dziennikarzy.
Wolałbym jednak, zamiast pastwić się nad politykami zarówno koalicji rządzącej jak i dużej części opozycji zaproponować przeformułowanie tego przysłowia, zamiast “mądry Polak po szkodzie”, proponuję “mądry Polak po cudzej szkodzie”. Co to znaczy? Ano to,. że warto rozważyć doświadczenia, także i negatywne, “grzechy zaniechania”, błędy, krajów, które przed nami wchodziły do EWG \ UE .

GRECJA – Popełniła trzy błędy strategiczne po pierwsze większość środków z Brukseli przeznaczyła na stolicę kraju i tak już zdecydowanie bardziej rozwiniętą od greckiej prowincji. Skumulowanie pomocy z UE na Atenach pogłębiło dysproporcje między bogatą stolicą a znacznie biedniejsza reszta kraju. Błąd numer dwa, to gigantyczna korupcja w obszarze unijnych dotacji (uznana przez Komisję Europejską za największą w historii Zjednoczonej Europy) porównywana przy zachowaniu wszelkich proporcji z Rosją, w kontekście pomocy z Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego oraz pożyczek międzynarodowych. Wreszcie trzeci błąd Grecji, to przeznaczenie gros środków z UE na inwestycje infrastrukturalne a nie zasoby ludzkie. Grecja, aż 70% tych środków dała na infrastrukturę a tylko 30% na zasoby ludzkie – Irlandia dokładnie odwrotnie. Gdzie teraz jest Grecja (czerwona latarnia ekonomiczna Unii) – a gdzie Irlandia (prymus rozwoju gospodarczego w ramach UE) – wszyscy wiemy.

HISZPANIA – przez pierwsze trzy lata obecności w EWG ten biedny kraj.. więcej wpłacał do kasy w Brukseli niż stamtąd brał!!! Skąd ten paradoks? Madryt nie był w stanie wygenerować z własnego budżetu środków koniecznych do finansowego uzupełnienia (25-50%) projektów akceptowanych przez Brukselę i przez nią współfinansowanych. Bolało to tym bardziej, że Królestwo Hiszpanii było płatnikiem netto, mimo ze przez pierwszych 6 lat nie płaciło 100%-składki członkowskiej do eurokasy (czego nam się w negocjacjach – ukłon w kierunku negocjatorów – nie udało uzyskać). Hiszpania tezę dała sobie narzucić wyraźnie zaniżone limity w obszarze rybołówstwa, będącego jednym z trzech”przemysłów narodowych” tego kraju (obok rolnictwa i turystyki), spowodowało to problemy ekonomiczne i społeczne (bezrobocie). Dopiero renegocjacje w 1991 roku, po 5 latach obecności w EWG spowodowały zwiększenie limitów połowowych i wielkości akwenów, gdzie mogli odławiać rybacy z Kastylii, Andaluzji czy Katalonii.

AUSTRIA – ten bogaty kraj wchodził do Unii w 1995 roku z bardzo wysokiego poziomu cywilizacyjno ekonomicznego. Austriacki rząd brał udział w propagandzie sukcesu (pięciokrotnie przeszacowując!) korzyści jakie wynikną z akcesji dla pojedynczego Austriaka, szybko okazało się, że co prawda Austriacy kupili te bajeczki przed referendum (skąd my to znamy?), ale już wkrótce po wejściu do eurostruktur, w poczuciu niespełnienia obietnic i nadziei stali się najbardziej eurosceptycznym społeczeństwem “piętnastki” . Także dlatego właśnie Austria była najbardziej niechętna (jako społeczeństwo, nie jako rząd) w przyjmowaniu nowych członków, a szczególnie Polski. To tylko przykłady z brzegu. jest ich więcej (w czasie swojej wizyty w Polsce w grudniu w 1997 roku, ówczesny i obecny premier Szwecji Goran Person, w prywatnej rozmowie powiedział, że jego kraj jeszcze przez kilkanaście lat będzie płacić wysoką cenę za błędy szwedzkich negocjatorów w rokowaniach przedakcesyjnych) obawiam się niestety, że Polska zaczyna powielać błędy Grecji, uprawiając jednocześnie “austriackie gadanie” czyli retorykę propagandy sukcesu, którego nie ma i jeszcze przez parę lat nie będzie.

Blog

WŁOSKIE GADANIE

Posted on

Właśnie wróciłem z Mediolanu, gdzie miałem wykład w ramach konferencji L’Italia saluta la Polonia nell’Unione Europea (Włochy witają Polskę w Unii Europejskiej) zorganizowanej przez Instituto nazionale per il Commercio Estero (Krajowy Instytut Handlu ze Wschodem) wraz z miejscową Polonią kierowaną przez dr Joannę Heyman. Nie będę tu streszczał swoich wywodów, bo moje poglądy na obecność Polski w Unii Europejskiej Państwo znacie. Twierdzę bowiem, że: tak, ale nie na tych warunkach!.

Choć z drugiej strony przypominam sobie raporty człowieka – legendy II Rzeczypospolitej, ulubieńca Marszałka Józefa Piłsudskiego, kawalerzystę, także z charakteru (potrafił jechać na koniu, wieczorową pora do warszawskiej restauracji, która… znajdowała się na I piętrze!) generała Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego. Będąc ostatnim ambasadorem Polski w Rzymie przed II wojna Światową, swoje raporty do MSZ, ze swoich rozmów z zięciem Mussoliniego, hrabią Ciano – Ministrem Spraw Zagranicznych Italii poświęcał wyłącznie nie temu, co usłyszał od prawej ręki Duce, lecz zawierał w nich głównie… streszczenie swoich uwag przekazanych włoskiemu ministrowi. A Wierzbową (na tej ulicy w Warszawie mieścił się przed wojną polski MSZ) interesowało jednak nie to co Wieniawa gadał do Ciano, tylko co Ciano gadał do Wieniawy…

Występowałem w Mediolanie, ale nic nie mówiłem o Berlusconim, bo w tym Jego mieście, połowa ludzi go kocha a druga połowa nienawidzi, a polski polityk nie powinien wtrącać się w wewnętrzne sprawy Włoch, a raczej pozyskiwać jak największe grono Włochów dla polskiego stanowiska. “Pojechałeś Andreottim” powiedział Paolo Salvade, zaprzyjaźniony, mediolański intelektualista i ostry krytyk premiera Silvio B. Co to znaczy “pojechać Andreottim”? Otóż ten były, kilkakrotny premier Włoch, który na moje zaproszenie gościł w Polsce w 1993 roku, wielokrotnie podkreślał, że głównym zagrożeniem dla Republiki Włoskiej – ekonomicznie i politycznie są Niemcy. A ja mówiłem o próbach niemiecko-francuskiej dominacji w Unii na przykładzie konstytucji, ale nie tylko. Co ciekawe biorący udział w debacie Roberto Santaniello (szef przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Mediolanie) już po zakończonej dyskusji (broń Boże nie publicznie!) przyznał w rozmowie z moimi znajomymi, że Czarnecki miał rację.

Oczywiście oficjalnie powiedzieć tego nie mógł. Fabio Sdogati, profesor ekonomii, podkreślał, że pomysł rozszerzenia UE na Rosję jest “infantylna hipotezą”. Mówił też z naciskiem, podobnie jak Santaniello – że obecnie włoscy inwestorzy będą odwracać się od Polski i innych krajów naszego regionu. Pójdą tam gdzie jest tania siła robocza: do Chin i Indii. I trudno by było z tym, polemizować. A na inne bajeczki, o tym, jak to gwałtownie napłynie do Polski zagraniczny kapitał, po naszym wejściu do UE mogą odpowiadać sobie nawzajem – Miller, Kalinowski i Kaczyński.

Wracając jednak do gospodarczej stolicy Włoch czyli Mediolanu, włoski ekonomista był tak zakochany w euro, iż oświadczył, że europejska waluta powinna stać się podstawą światowego systemu finansowego i rezerw walutowych. No cóż nobody is perfect. Direttore Santaniello publicznie pouczył nas, że powinniśmy “nauczyć się lepiej integracji” oraz lepiej rozumieć problemy Unii, dodał jeszcze, iż ma nadzieję, że wkrótce będziemy mieć europejską konstytucję. A ja mam nadzieje, że jego nadzieja jest płonna. Co mówił prywatnie – napisałem wyżej.

Prawicowy senator Cantoni (Forte Italia) zdroworozsądkowo zauważył, że to nie Polska potrzebuje Europy, ale Europa potrzebuje Polski. Senator mówił, ze od 40 lat jeździ do Polski, może dlatego przytomnie zauważył, że “nie ma samych tylko korzyści”. On też mówił o tym, że Azja bije Europę Wschodnią niższymi kosztami produkcji.
Kiedyś mówiło się o “austriackim gadaniu” ale “włoskie gadanie” jest znacznie sympatyczniejsze no i kuchnia lepsza.

Blog

O JEDNĄ KONSTYTUCJĘ ZA DUŻO

Posted on

Zacznijmy od kontrowersyjnego, ale podstawowego pytania: Czy Unia Europejska potrzebuje konstytucji? Odpowiedź jest krótka: Nie!
Przez ponad pół wieku Europejska Wspólnota Węgla i Stali, Europejska Wspólnota Gospodarcza i Unia świetnie radziły sobie bez konstytucji. Kraje członkowski UE rozwijały się gospodarczo, te słabsze ekonomicznie zmniejszały dystans do bogatszych liderów. W tym gospodarczym postępie, a dla wielu państw wręcz skoku, konstytucja nie była nawet kwiatkiem do europejskiego kożucha – bo jej po prostu nie było.
Zresztą jedno z najpotężniejszych państw Unii i nieliczne starające się prowadzić politykę w skali pozaeuropejskiej- Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej funkcjonuje, chwalić Boga, od zarania demokracji czyli od 1215 roku (“magna charta libertatum”) bez konstytucji (choć istnieje w tym kraju… prawo konstytucyjne z jego czterema źródłami: prawem stanowionym, prawem precedensowym, konwenansami konstytucyjnymi i wchodzącymi w skład prawa konstytucyjnego dziełami, traktatami i podręcznikami prawniczymi).

Jak widać konstytucja do europejskiego szczęścia niezbędna nie jest. Ale jeśli już większość lub dobrze zorganizowana, wpływowa mniejszość uparła się żeby była, to warto zadbać aby był to akt prawny jak najmniej kontrowersyjny, jak najbardziej kompromisowy i taki, który nie spełniał by marzeń wszystkich ale też nie denerwowałby (prawie) wszystkich.

Przede wszystkim – “ab ovo” zacznijmy od genezy, nie tyle samej konstytucji, bo myśl ta kiełkowała w niektórych łepetynach od dawna, lecz od – uwaga – trybu jej przyjęcia. Liderzy Konwentu Europejskiego to byli prezydenci i premierzy : przewodniczący – Francji, wiceprzewodniczący Włoch i Belgii. Ci praktycznie emerytowani politycy za wszelka cenę chcieli przejść do historii, a wiedzą już, że żadnym rządzeniem swoimi państwami tego nie uczynią, chcieli więc uchwalenia konstytucji takiej, która będzie aktem wiekopomnym i strzelistym i zapewni jej twórcom dużo większa wzmiankę w encyklopedii niż się przyznaje ex szefom rządów. Do tego dochodzi presja lobby eurokratów i federalistów. Wiedzą oni doskonale, że narody europejskie chcą integracji gospodarczej, ale nie chcą jednego europejskiego super-państwa i wydawania rzeki podatków na eurobiurokrację. A konstytucja nolens volens, jest dużym krokiem w kierunku sfederalizowanej, centralnie sterowanej z Brukseli, politycznej eurobiurokracji. Właśnie dlatego – pamiętając o doświadczeniach z Nicei sprzed 4 lat, gdy przedstawiciele rządów “15” obalili misterne, ale zbyt daleko idące, projekty brukselskich urzędników – teraz postanowili zastosować metodę faktów dokonanych, i najważniejsze i najbardziej kontrowersyjne zapisy projektu Konstytucji Europejskiej przeforsowano “za 5 minut 12”, dosłownie kilkadziesiąt godzin przed zamknięciem Konwentu w czerwcu 2003 r. Doszło do tego, że szereg przedstawicieli poszczególnych państw w Konwencie Europejskim (nie tylko posłów i senatorów, ale także i członków rządów) nie wiedziało tak naprawdę nad czym glosują. I tak oto polska minister Danuta Huebner, zagłosowała za przyjęciem konstytucji w kształcie proponowanym przez prezydenta Valery’ego Giscarda d’Estaing, by potem w imieniu polskiego rządu oprotestowywać kolejne jej zapisy.
Cała sprawa z konstytucją pokazuje brak refleksu ze strony polskich władz, które zamiast pilnować tekstu konstytucji w okresie jego tworzenia, przypomniały sobie o nim w ostatniej chwili, kiedy było już niewiele czasu na dyplomatyczna akcję budowy szerokiego obozu poparcia dla polskiego stanowiska, w rezultacie kraje tworzące Grupę Wyszehradzką kompletnie “rozjechały się” (podobnie jak w przypadku głosowania rok wcześniej na innym już forum odnośnie EXPO 2010 dla Polski).

Polska pozostała – wraz z Hiszpanią – osamotniona. To typowy polski przykład działania po niewczasie, niemal i praktycznie niemalże w pojedynkę na zasadzie “jakoś to będzie”. Polska nie poparła małych krajów w ich postulatach, które Rzeczpospolitej, też krzywdy nie robiły, a potem zdziwiła się, że gra solo. Brak zmobilizowania państw z naszego regionu Europy wokół polskich postulatów, ale także z uwzględnieniem ich “koncertu życzeń” był dowodem słabości polskiej dyplomacji i mocnym przykładem działania politycznego na zasadzie li tylko kontrreakcji (o wyprzedzaniu ruchów partnerów mających inne interesy, jakoś w rządzie RP nie pomyślano).

Konstytucja UE – jeżeli już musi być, powinna być jak najbardziej ogólna, mało precyzyjna, “otwarta”, chodzi o to aby nazbyt uściślające zapisy, po pierwsze nie generowały kontrowersji a po drugie, aby nie przesądzać z góry kierunków rozwoju europejskiej integracji. Jeżeli bowiem eurokraci narzucą swoja wizję europejskiej jedności z silnym centrum w Brukseli, dojść może do negacji i samej konstytucji i nawet instytucji unijnych przez społeczeństwa krajów członkowskich. Odbyć się to może w najprostszy sposób: poprzez referenda w 25 krajach tworzących Unię, odnośnie zaakceptowania (lub odrzucenia) konstytucji.

Referenda te nie są przesądzone, ale istnieje silny ruch w wielu państwach UE zarówno wśród eurorealistów jak, co ciekawe, federalistów, aby do nich doszło. Sam brałem udział tuż przed Bożym Narodzeniem 2003, w konferencji zorganizowanej w Parlamencie Europejskim z udziałem zarówno polityków jak i NGO organizacji pozarządowych (np. TEAM) na ten właśnie temat. Oczywiście spektakularne fiasko brukselskiego szczytu oddaliło kwestie referendum pokonstytucyjnego, ale jest ono nie do uniknięcia, jeśli nie we wszystkich, to w większości krajów Unii.

Szczupłość miejsca nie pozwala mi na zbyt szczegółowy rozbiór na czynniki pierwsze projektu konstytucji. Zatrzymam się więc na trzech sprawach:
1. Duża część społeczeństwa polskiego głosowała w referendum w czerwcu 2003 roku, ponieważ obiecywano nam znaczący udział we władzach wykonawczych Unii i istotny wpływ (także możliwość blokowania niekorzystnych decyzji przyszłej, rozszerzonej Unii) tymczasem konstytucja odchodząc od traktatu z Nicei i zagwarantowanego w nim systemu głosów ważonych, te nadzieje Polaków brutalnie rozwiewa. Ktoś powie, że to tylko fragment wielkiej, europejskiej “ustawy zasadniczej”. Co z tego, że to mały fragment gdy dla mojego kraju tak ważny! Pytanie o kompromis w tej kwestii może być zadane tylko i tylko wtedy, jeśli ma się w zanadrzu inną propozycję, gwarantująca choćby w zmienionej formie, realny wpływ i w sensie kreowania decyzji pozytywnych jak i też blokowania negatywnych dla Rzeczpospolitej. Na razie o kompromisie mowa jest bardziej w mediach niż w gabinetach politycznych. Zresztą o czym tu gadać gdy prezydent Jacques Chirac z wdziękiem słonia w składzie porcelany, jakikolwiek kompromis odrzuca.

2. W społeczeństwie katolickim jakim są Polacy, istotnym motywem głosowania na Tak przed 8 miesiącami były gwarancje udzielane przez różnego rodzaju autorytety, łącznie z Kościołem i tabunem po części wyrachowanych, po części naiwnych polityków, którzy przysięgali, ze sfera moralności (ochrona życia poczętego, eutanazja, śluby homoseksualne) to kwestia wewnętrznych regulacji poszczególnych krajów członkowskich, w tym przyszłości Polski. Tymczasem Karta Praw Podstawowych, która konsumuje projekt konstytucji zawiera dość jednoznaczne podporządkowanie ustawodawstwa krajowego w tym delikatnym, moralno-obyczajowym obszarze, interwencjom i dyrektywom instytucji unijnych. Uzyskują one prawo bezceremonialnego ingerowania w płaszczyźnie, która uchodzić miała za symbol suwerenności poszczególnych członków Unii. To kolejne chcąc nie chcąc referendalne oszustwo. Ma ono jednak poważniejsze konsekwencje, bo w sposób trwały może zniechęcić do Unii znaczącą część społeczeństwa polskiego, dla której moralny, poza ekonomiczny i poza polityczny wymiar ludzkiego życia jest istotnym punktem odniesienia, ale dotyczy to w równym albo w prawie równym stopniu społeczeństwa słowackiego, litewskiego czy słoweńskiego, gdy chodzi o nową Unię oraz irlandzkiego, portugalskiego czy hiszpańskiego oraz greckiego, gdy chodzi o starą Unię. Pewną próbą, post factum naprawiania tego co się wcześniej nie zauważyło jest walka o preambułę w kontekście chrześcijańskiego dziedzictwa Europy. O tyle w tym miejscu dziwi ostatnia wypowiedz Ministra Spraw Zagranicznych Włodzimierza Cimoszewicza, który zauważył, że system ważenia głosów jest jedynym punktem spornym w debacie konstytucyjnej. A przecież jeszcze nie rozstrzygnięto kwestii odwołania, właśnie w preambule, do chrześcijańskich tradycji starego kontynentu.

3. Wojna w Iraku podzieliła Europę w sposób tyle spektakularny, co pokazujący, że wspólna polityka zagraniczna jest papierowym zapisem Traktatów z Maastricht i Amsterdamu. W związku z tym, mówienie o “Ministrze Spraw Zagranicznych UE” jest absurdalne. Trudno się więc dziwić Polsce i Wielkiej Brytanii, że oprotestowały ten zapis będący w gruncie rzeczy “political fiction”. Tym bardziej, że antagonizowanie Europy z USA i to o taki drobiazg jest absolutnie bezproduktywne. Jeżeli już wojować z Ameryką to w sprawie interwencjonizmu w rolnictwie w kontekście negocjacji rundy GATT, czy podbojów kosmicznych. Klękanie przed Konstytucją Europejska, jak i jej twórcami, jest intelektualnie żenujące, podobnie jak odwracanie się plecami do Unii Europejskiej… i zamykanie się na debatę o przyszłości UE.

Eurosceptycy i euroentuzjaści co prawda nie jedno mają imię, lecz pochodzą od tej samej małpy, która nazywa się POLITYCZNY IRRACJONALIZM.

Blog

TAKO RZECZE RICHARD

Posted on

Richard Mbewe pochodzi z Zambii, ma polska żonę i skończył trzy warszawskie uczelnie. Polakom znany jest z telewizji, z cotygodniowego, popularnego programu ekonomicznego Tadeusza Mosza. Ostatnio występowaliśmy razem w XI Forum Ekonomicznym – ” Polska w UE”. Mbewe prowadził panel na temat “Polska a euro”, którego byłem jednym z uczestników. Zambijczyk robi błędy, mówiąc po polsku, czasem mówi z śmiesznym akcentem i kalecząc końcówki, ale i tak ma do powiedzenia znacznie więcej, niż ci , którzy płynnie po polsku plotą bzdury. Ci właśnie przypominają mi króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego, syna dzielnego ale i okrutnego Jeremiego (sportretowanego przez Sienkiewicza). Otóż rozlazły Król Michał (w przeciwieństwie do stanowczego ojca) mówił wieloma językami, ale – jak twierdzili współcześni – w żadnym nie miał nic do powiedzenia.

Mój imiennik Ryszard patrząc z trochę innej, niż polska perspektywy, choć oczywiście kibicując krajowi, w którym mieszka i z którym związał swoją przyszłość. Mówił rzeczy wydawałoby się oczywiste, które jednak nie dla wszystkich niestety są oczywiste. Twierdził np. że błędem jest ograniczanie roli Narodowego Banku Polskiego i Rady Polityki Pieniężnej, wyłącznie do funkcji dozorcy antyinflacyjnego, gdy na całym świecie instytucje takie muszą w tym samym stopniu myśleć o wzroście gospodarczym i tworzeniu miejsc pracy. Podkreślał, że nie jest rzeczą sensowną trzymanie rezerw walutowych państwa w zagranicznych bankach, na niski procent, a jednocześnie, pożyczanie na procent zdecydowanie wyższy, aby zaspokoić bieżące potrzeby finansowe kraju. Ponadto czemu, wzorem USA – pytał Richard Mbewe – rezerwy państwowe nie są trzymane w jakimś Fort Knox, zatrudniając do tego Polaków, a nie wydając spore pieniądze za ich przechowywanie za granicą.

Jednym słowem, mówił nasz polsko-afrykański ekspert, słowo w słowo to, co od paru lat powtarza, bezpardonowo za to atakowany Andrzej Lepper. Może tylko nie zaangażowany w bieżącą walkę polityczną p. Ryszard. M. będzie za to samo mniej atakowany niż z pan Andrzej Lepper.

A już puenta została dopisana, po zakończeniu Forum, w czasie ostatniej audycji telewizyjnej “plus minus”, gdzie obliczono, iż obietnica polskiego rządu – dofinansowania potencjalnej inwestycji Hyundaya w Polsce ( i tak przegraliśmy ze Słowacją) oznaczać miała w przeliczeniu … 50 tys. euro za stworzenie 1 miejsca pracy! Czy za te pieniądze, albo nawet 2 razy mniejsze, tysiące polskich przedsiębiorców nie mogłoby stworzyć dziesiątków tysięcy nowych miejsc pracy?

Trudno się więc dziwić, że zacytowałem mojemu mądremu i sympatycznemu imiennikowi z Zambii, skądinąd mu znany cytat z filmu Miś: “wszystkie Ryśki to fajne chłopaki”.