Blog

29 czerwca 2004

Posted on

Dziś cały dzień w Brukseli – pierwszy raz po wyborze do Europarlamentu. Piękna pogoda, zupełnie nie jak w deszczowej Brukseli (bardziej deszczowa niż Warszawa). Przed samolotem spotykam Geremka, który wita się ze mną wyniośle i jest demonstracyjnie lodowaty. I słusznie, bo dzisiaj są upały – to się przyda. Na lotnisku w Brukseli Marek Siwiec – syn Ziemi Kaliskiej – jest cały w skowronkach, ale ziemi nie całuje, bo to przecież Belgia, a nie południowa Wielkopolska.

W Parlamencie Europejskim dwa spotkania polityczne (jedno z udziałem 5, drugie z udziałem 7 osób). Umawiamy się na następny dzień. O 16 natomiast, konferencja prasowa nowej frakcji – eurosceptyków. Beze mnie – ja przecież jestem eurorealistą…

Przed budynkiem Europarlamentu park ze stawem, wodą, kaczki (jak w Polsce) atmosfera sielsko – anielska. Zielona trawa, słońce parzy, wysepka z drzewami, których liście taplają się w wodzie, rzęsa na stawie (też jak w Polsce). Jednym słowem bajka, ale jak lunie – a jesienią to norma – to już będzie powrót do brukselskiej rzeczywistości. W jednym z ostatnich numerów “Financial Times” świetny artykuł o konstytucji UE. Już w tytule jest mowa o “wejściu do utopii” w kontekście Traktatu Konstytucyjnego. Myślę, że to bardziej trafne określenie niż, używane często przy tej okazji, “wejście do historii”. W samym tekście mowa o “nawiedzonych wizjonerach” oraz “zramolałych biurokratach”, czyli twórcach konstytucji…

Obiad na “Place du Jourdane” w restauracyjce “Czerwony księżyc”, carpaccio z serem gorgonzolą na ostro z dużą ilością oliwy i pieczywem. Przypomina mi się wczorajsza kolacja w restauracji na warszawskim Nowym Mieście. Tam świetne gaspacho, oryginalne, bo z dużymi kawałkami warzyw, a na drugie – trzy rodzaje pierogów z gęstym, sycącym i smakowo kontrastowym sosie. Akceptuję kuchnię brukselską, ale wolę polską…

Po spotkaniu z naszym ambasadorem, w Królestwie Belgii wracam do Parlamentu Europejskiego przez park. Młode, zakwefione Arabki z muzułmańskimi maleństwami, często w towarzystwie dziadka – Araba. Sielankowy obrazek, ale owe urocze maleństwa za 30 lat – kto wie – może gdzieś jakąś bombę podłożą? Oby nie. Słowem w Brukseli, jak to w Brukseli – masę eurobiurokratów i dużo kolorowych imigrantów. Dwie różne bajki nie mające ze sobą w zasadzie nic wspólnego. A na ulicach prężą się młode Rosjanki. Oczywiście odwracam głowę zajęty myśleniem o Polsce i Europie…

Blog

28 czerwca 2004

Posted on

Jadąc z Torunia do Warszawy, kawałek za Kutnem, drewniane słupy telegraficzne, jak przed pół wiekiem, za to na stacji Warszawa Zachodnia trawa, a zwłaszcza chwasty sięgające wysokości peronu. To takie części Polski, która właśnie weszła do Unii Europejskiej.

Chyba się starzeję. Widzę to po tym – między innymi – że coraz większe znaczenie mają dla mnie rozkosze stołu. Podkreślam: zdecydowanie większe niż łoża. Kiedyś zupełnie nie zwracałem uwagi na to co jem, gdzie, kiedy i z kim. Teraz to wszystko nagle wydaje się ważne. Dzisiaj np. ostry barszczyk czerwony z kołdunami w restauracji hotelowej w Płocku, a na drugie mięsko, z topionym żółtym serem plus podsmażane ziemniaczki i mizeria. Może nie jest to dieta Kwaśniewskiego, ale na pewno jest to bardzo smaczne. Jestem herbaciarzem. Piję herbatę litrami, jak ojciec i ojca ojciec, kawę natomiast bardzo rzadko. Dzisiaj się przemogłem, ale z konieczności, bo nie jestem p. Thatcher, która potrafiła spać do 4 godziny dziennie. Ja po tygodniu braku snu się poddaje. Śmieję się (tak trochę, pół żartem – pół serio), że kawę piłem tylko na posiedzeniach rządu, jako minister, żeby nie usnąć z nudów…

Dzisiaj telefony, maile, sms-y z Brukseli, Anglii, RFN, Francji. Zrobiło się międzynarodowo…

Blog

27 czerwca 2004

Posted on

Dzisiaj wieczorem (ok. 21.) zorientowałem się, że w teczce nie ma portfela z kartą kredytową, dowodem osobistym, rachunkami, itp.itd. Analiza: gdzie, kiedy, jak?… Kiedy ostatni raz miałem ten “drobiazg” w ręku? Wyszło mi, że na stacji paliw w Lubinie, którędy przejeżdżałem w drodze zza Głogowa do Trzebnicy. Szybko ustalam numer telefonu do Orlenu. Dzwonię. Akurat zastaję tych samych ludzi, którzy wczoraj mnie obsługiwali. Twierdzą stanowczo, że absolutnie nie mieli mojego portfela w ręku. Dzwonię do przyjaciela, który mnie wczoraj woził autem. Z właściwą sobie powolnością idzie sprawdzić samochód. Okazuje się, że… nic nie ma. Dzwonię raz jeszcze na stację w Lubinie. Tam są już po obejrzeniu kasety, na której rejestrowane jest wszystko, co dzieje się na stacji, i która jest przechowywana przez trzy tygodnie. Widzą na ekranie wyraźnie, że wyszedłem z Orlenu z portfelem w ręku. Dalsza analiza… Po drodze kupowałem jeszcze kwiaty na wesele do Trzebnicy, gdzie byłem zaproszony. Ale… pieniądze brałem wtedy z kieszeni. Wzięliśmy jeszcze po drodze 2 osoby na autostop. Bez wątpienia pamiętam, że nie miały nic w ręku wsiadając i wysiadając z samochodu. Dzwonię raz jeszcze do Bogdana. Pytam, gdzie szukał portfela. Odpowiada: “w samochodzie…”. To znaczy? – pytam? “Z przodu i w bagażniku” – pada odpowiedź. A na tylnym siedzeniu? – nieśmiało podpytuję – tam, gdzie była teczka? “Nie szukałem” – mówi. Za chwilę dzwoni i .. znalazł! Jak to kiedyś powiedział Jan Ciszewski: “wróciłem z dalekiej podróży”.

Pojechałem do Torunia na mecz żużlowy mojego klubu WTS Wrocław. Siedzę sobie w loży VIP-ów, gdy podchodzi do mnie prezydent Torunia Michał Zalewski (niegdyś SLD, ostatnio startował jako niezależny). Na oczach ludzi, demonstracyjnie składa mi gratulacje i całuje “z dubeltówki”.

Blog

26 czerwca 2004

Posted on

Jeszcze wczoraj Jałta, Krym, Ukraina a już dzisiaj we Wrocławiu otwieram Międzynarodowy Turniej Gimnastyczny, który odbywa się już po raz 13, tym razem z udziałem 6 krajów. W wywiadzie dla Telewizji Dolnośląskiej, w tym samym czasie mówię, że w tym samym czasie w Europie odbywają się 2 imprezy sportowe: Mistrzostwa Europy w Piłkę oraz ten właśnie turniej gimnastyki we Wrocławiu. Pierwsza impreza przyciąga tłum widzów i media – druga wręcz przeciwnie. Ale pierwsza często kieruje się względami pozasportowymi i różnymi układami a druga, w zasadzie amatorska – bo w gimnastyce nie ma pieniędzy – jest pod tym względem czysta i poza podejrzeniami.

Późnym popołudniem pod Bolkowem Głogowskim na polance niedaleko jednej z nielicznych ocalałych Rolniczych Spółdzielni Produkcyjnych party z ludźmi, którzy pomagali nam w kampanii wyborczej na terenie kilku okolicznych powiatów. Soczysta zieleń, karczek i kiełbaski, no i zadowoleni ludzie bo tutaj nasza formacja uzyskała wynik o 4% lepszy niż w skali kraju. Choć jest też obecny szef naszych struktur w Górze Śląskiej, były internowany działacz Solidarności, gdzie dostaliśmy ok. 40% głosów.

Wczoraj na Piłkarskich Mistrzostwach Francja dostała baty w meczu z debiutantem – Grecją. Jak nie ma biało-czerwonych, to naród kibicuje słabszym i mniej bogatszym. Czyli cieszymy się ze zwycięstw Czechów, Greków, Portugalczyków, Łotyszy. Słabsi wygrywają, my się cieszymy, ale bez większego entuzjazmu, bo po chwili zazdrościmy narodom mniej od nas liczebnym, ale lepiej wysportowanym i zorganizowanym.

Już pod Głogowem czerwone maki w wieczornym słońcu, na tle przezroczystego nieba, symbolicznych, pastelowych chmur, jasnego zboża i ostrej zielonej trawy, piękne, a jednak realne. Nie tylko Krym, ale i polska ziemia rzuca na kolana. Na zakończenie dnia jeszcze Trzebnica – miasto, w którym mieszkała i zmarła św. Jadwiga Śląska. Niemka z urodzenia (Andechus w Bawarii) Polka z wyboru, żona i matka książąt. Kiedyś dla Polsatu zrobiłem półgodzinny film dokumentalny o Klasztorze w Trzebnicy i Zakonie Salwatorianów i jeszcze paru innych dolnośląskich miastach. I tak sobie myślę, że te moje reportaże (przez cztery lata uzbierało się ich ok. 50), dzisiaj jeszcze dałoby się oglądać. Jeszcze niedawno TV Niepokalanów, po raz kolejny emitowała mój film o ociemniałych dzieciach w podwarszawskich Laskach.

Trwa kolejny, pracowity weekend, choć kampania wyborcza się zakończyła…

Blog

25 czerwca 2004

Posted on

Ostatni, trzeci dzień pobytu na Krymie. Dzisiaj z kolei potworny upał, plus nie zawsze klimatyzowane autokary. VII Szczyt Gospodarczy “Polska – Ukraina” za nami. Prezydent Kwaśniewski żegnając się ze mną, mówi, że zrobiłem woltę polityczną. Odpowiadam, że zrobiłem to dla dobra Polski. Głowa państwa mówi, że osobiście mi życzy powodzenia, ale nie życzy tego formacji w której jestem. Takie były rozmowy na Krymie owego lata…

Kuczma witając Kwaśniewskiego mówi, że przywiózł ze sobą dobrą pogodę, bo w poprzednie dni padał w Jałcie deszcz. Kwaśniewski na to, że przypomina mu to jego rozmowę z Papieżem, w czasie jego wizyty we Wrocławiu w czerwcu 1997 roku, (dodam, że w trakcie I w Polsce Kongresu Eucharystycznego). Wtedy w stolicy Dolnego Śląska temperatura spadła do 4oC i w trakcie mszy papieskiej była potworna ulewa, (pamiętam, że z tego powodu musiałem z moim 7 letnim Bartkiem wyjść wcześniej z uroczystości). Kwaśniewski zażartował w rozmowie z papieżem, że wszystko strona polska przygotowała, poza zadbaniem o pogodę, ale o to “myślimy, że postara się Wasza Świątobliwość”, “Pan Prezydent przecenia moje kontakty” – odparł Papież. Trzeba przyznać, że prezydent RP ma szczęście do rozmówców obdarowanych refleksem i umiejętnością celnej repliki. Pamiętam, jak w czasie oficjalnej wizyty w Grecji w 1998 roku, w czasie uroczystego obiadu wydanego przez Konsula Honorowego Polski, jednego z najbogatszych armatorów statków w tym kraju. Ówczesny minister spraw zagranicznych Pangalos o swojej biografii politycznej mówił, że przez długie lata należał do Greckiej Partii Komunistycznej, bił się z policjantami na ulicach, w czasie lewicowych demonstracji, a nawet doszedł do stanowiska członka Biura Politycznego KC Komunistycznej Partii Grecji. “Byłem w Biurze Politycznym tak jak Pan Panie Prezydencie” – mówi Pangalos. “Ależ ja nigdy nie byłem w Biurze Politycznym – obrusza się Kwaśniewski – ja byłem tylko ministrem ds. sportu i młodzieży”. “Hm, nobody is perfect” – komentuje grecki polityk.

 

Zajadam się w czasie bankietu wielkimi, nienaturalnej wielkości czereśniami, są znakomite i budzą powszechny entuzjazm, ale ktoś komentuje: Są takie wielkie po Czarnobylu…”

 

Droga Jałta – Symferopol, skąd odlatujemy. Widoki, które zapadną w pamięć. Pan Bóg był szczodry dla tego kraju. Nagle autokar staje, bo samochód, który jechał przed nami potrącił pijaczka. Pijak wstał, pozbierał się, ale nie zdążył odejść, bo dopadł go wściekły kierowca samochodu (porysowana karoseria?). Krótki pojedynek, ale nie na słowa. Ponownie wygrywa zmotoryzowany. I co, myślicie Państwo, że takie rzeczy zdarzają się tylko na Wschodzie? Nie, sam pamiętam taką identyczną sytuację na ruchliwej, londyńskiej ulicy w Sylwestra w 1988 albo 1989 roku.

Blog

24 czerwca 2004

Posted on

Byłem dzisiaj w willi, w której dokonano czwartego rozbioru Polski. Jałta, luty 1945 – Jałta czerwiec 2004. Siedziałem w fotelu Roosevelt’a… Ponieważ amerykański prezydent był sparaliżowany, obrady odbywały się w willi, w której mieszkał. W sumie było osiem spotkań przywódców “Wielkiej Trójki”, na sześciu z nich, mówiono o Polsce. W końcu Waszyngton i Londyn, Polskę, bez żalu – sprzedali. Polskim akcentem tego miejsca – poza tym, że nas tam zdradzono – jest to, że Polak, Potocki (z tych Potockich), sprzedał ziemię, ze starym pałacem carowi rosyjskiemu w 1862 roku. Po pół wieku, nowy car pobudował nowy pałac, ale pamięć, że to Polak był ostatnim właścicielem, przed carem i późniejszą nacjonalizacją pozostała.

Pogoda zmienna: upał, parno, oberwanie chmury, pochmurno ale ciepło, mżawka. Tylko 18oC miała temperatura wody w morzu, tylko, zwykle o tej porze roku jest więcej. Króluje język rosyjski. Główną mniejszością są… Tatarzy Krymscy, którzy w liczbie 270 tys. wrócili po 1990 roku. Na zakończenie pierwszego dnia, VII Polsko – Ukraińskiego Szczytu Gospodarczego, program artystyczny – wyłącznie po rosyjsku. Premier Krymu jest Rosjaninem, podobnie mer Jałty. Ukraina jest tam w głębokim odwrocie.

Miałem swoje wystąpienie – jako jedyny Polak na ośmiu mówców, pytałem m.in. o polsko – ukraińską umowę międzyrządową z maja 1998 roku, dotyczącą kredytu komercyjnego w wysokości 20 mln euro, dla polskich firm chcących inwestować na Ukrainie. Upłynęło 6 lat a Kijów umowy nie ratyfikował.

Na koniec akcent gastronomiczny: na bankiecie znakomity żółty ser z czosnkiem. Pycha…

Blog

23 czerwca 2004

Posted on

Przed wyjazdem na Krym byłem jeszcze oglądać w Al. Jerozolimskich miejsce, pod nową siedzibę mojego Instytutu Studiów i Prawa Europejskiego. W dobrym miejscu, między Hotelem Marriott a rotundą.

 

“Kochane pieniądze prześlijcie mi rodzice” – mniej więcej takiej treści dostaję info od Przemka, który już pracuje, tyle że nie w Irlandii a w Irlandii Północnej (Belfast!), są chyba bardziej bezpieczne miejsca na świecie na wakacyjne dorabianie sobie. Okazuje się, że za hostel trzeba płacić co tydzień, a pensję otrzymuje się co miesiąc. Jak trwoga, to do taty…

 

Krym wita nas pochmurnym niebem, ale nie pada. Prognozy meteo wskazywały na 3 dni deszczu, ale na razie nie spadła ani kropla. Dwugodzinna podróż autokarem z lotniska w Symferopolu do Jałty, bardzo malownicza trasa, między skałami na wzgórzach a morzem. Dużo soczystej zieleni, wielkie skiby żyznej ziemi. Bajkowy krajobraz – kontrast miedzy morzem z lewej, na dole, a górami po prawej.

 

Jemy kolację w hotelu “Jałta” – w tym wielkim hotelowym kołchozie mieści się 1200 pokoi! Zapada zmierzch – mały, jakby nierealny rogalik księżyca wysoko w górze. Trochę romantyczny. Teraz rozumiem tych, którzy opiewali piękno Krymu. Choć nam Polakom, Jałta będzie się zawsze źle kojarzyć ! Ale te krajobrazy…

Blog

22 czerwca 2004

Posted on

Zaskoczył mnie pozytywnie tygodnik “Wprost”, tak często stronniczy i wydający krzywdzące opinie, tak często “politycznie poprawny” a tu artykuł J. M. Nowakowskiego o “traktacie kapitulacyjnym, czyli o konstytucji UE i polskich ustępstwach w Brukseli. “Wprost” pisze wręcz, że miejsce konstytucji UE jest w… koszu na śmieci. No proszę. Gdyby to powiedział Lepper albo Giertych to by ich warszawskie salony odsądziły od czci i wiary. A tutaj euroentuzjastyczne pismo i taki pasztet. Wczoraj zresztą w radiu Tok FM ostro skrytykował unijną konstytucję Maciej Rybiński z Rzeczpospolitej. No i warszawka się podzieliła.

Od naszego byłego konsula Szwajcarii dostaję zaproszenie, żeby odwiedzić go w jego domu, położonym 2,5 godz. drogi autem od Strasburga. Może zaraz po sesji inauguracyjnej PE?

 

Dostaję informację od producenta filmu “Watykan Jana Pawła II”, że ten 10 odcinkowy dokument, którego miałem być zaszczyt konsultantem historycznym (jednym z dwóch, obok prorektora jednego z uniwersytetów w Rzymie), będzie wkrótce emitowany przez TV Puls. Wcześniej kilka razy nadał go Polsat i TV4. Ponadto sprzedano 70 tysięcy kaset video z tym filmem (to olbrzymi sukces komercyjny). To sympatyczna sprawa. Ten film po mnie zostanie.

 

Po paru latach wracam do znanego programu TVP – Forum, temat: Konstytucja UE, obok mnie występują jeszcze Onyszkiewicz, Saryusz Wolski, Ujazdowski, Grabowski, Pol, Kuźmiuk. Zbieram generalnie dobre recenzje, ale – jak to zwykle bywa głównie dzwonią przyjaciele. Dziś także na ten sam temat występ w Polskim Radiu PR1.

 

Mistrzostwa Europy w piłce Szwecja – Dania 2:2. Skandynawowie wspólnym wysiłkiem wyrzucili za burtę ME Włochów. Włosi od paru dni bali się że “mecz będzie ustawiony” i kto to mówi! Trzeba było grać i wygrywać a nie marudzić. Akurat we włoskim sporcie jest dużo więcej brudu niż w nordyckim.

Blog

21 czerwca 2004

Posted on

Dziś w Warszawie jak w życiu i polityce. Najpierw deszcz, potem słońce. Up and down. Huśtawka pogody, huśtawka polityczna. Wybrano mnie dzisiaj na koordynatora grupy posłów Samoobrony w Parlamencie Europejskim. Konferencja prasowa obok Andrzeja Leppera, potem dzwonią, że mnie widziano w “Teleexpresie”.
Słoweni odpadają z Mistrzostw Europy w piłkę nożną: Bułgarzy, Rosjanie, Chorwaci. Tylko Czesi idą jak burza. A sędziowie pokazują, że sprzyjają nie tyle silniejszym co bogatszym.

Kolejna manipulacja państwowej TV. W “Wiadomościach” pokazują, jak cała opozycja protestuje przeciwko kompromitacji brukselskiej. Tylko o Samoobronie nie ma ani słowa. Mimo, że mieliśmy konferencję prasową pokazaną w “Teleexpresie”, która jednak nie zasługiwała – jak widać – na pokazanie 2,5 godziny później. Wirtualna TVP… Akurat dziś rano spotkałem się z jednym z jej dyrektorów. Nie wszyscy ludzie chcą tam manipulować, ale ci, którzy to robią niech nie spodziewają się, że nagle natchnie nas mieszanina amnezji z chrześcijańskim miłosierdziem.

Media ujawniają kolejną aferę nieformalnego – jak sądzę – skarbnika SLD, towarzysza Aleksandra Neumana. Były szef UOP-u ujawnia, że nasze sądy uniewinniały człowieka, na którego miały kwity.

Parę dni temu rozmawiałem pół godziny z “Newsweekiem”. Mówiłem głównie o osobach, które zgłaszają się do pracy w Parlamencie Europejskim, udziale w odpowiedniej frakcji parlamentarnej, pracy w komisjach PE, zapleczu administracyjno – eksperckim. Indagowany przez dziennikarza odpowiedziałem, że w trakcie kampanii wyborczej kupiłem cztery garnitury. Oczywiście tylko ten fragment został uwieczniony w tekście – naturalnie bez wskazania, że zakup miał miejsce przed wyborem do PE. Nawet mnie to nie irytuje, tylko śmieszy. Ale zdjęcie dał rzeczywiście bardzo dobre (ostatni numer z poniedziałku)…

Blog

20 czerwca 2004

Posted on

Moja kochana Mama skserowała mi artykuł z Polityki o Parlamencie Europejskim. Każe mi go przeczytać. Rezygnuję z przekonywania jej, że ja to już i tak wiedziałem. Mamy zawsze chcą dokształcać swoje dzieci. Artykuł jak artykuł, autorstwa Safuty i Ostrowskiego, zwraca uwagę na jedną rzecz, która rzeczywiście ociera się o dyskryminację. O ile bowiem komisarze i dyrektorzy generalni Komisji Europejskiej, sędziowie Trybunału Stanu, członkowie Europejskiego Trybunału Obrachunkowego czy innych instytucji unijnych zarabiają tyle samo, bez względu na narodowość, o tyle posłowie do PE mają zarobki zróżnicowane w skali 1:5! A zależy to od… narodowości: Włosi kasują 11 tysięcy euro, Niemcy niewiele mniej, Hiszpanie ok. 2 tysięcy euro. Polacy jak Hiszpanie. Skąd to się bierze? Ano stąd, że deputowani z poszczególnych krajów zarabiają tyle, ile ich koledzy z narodowych parlamentów. A tu różnica między Camera dei Deputati (Italia) a hiszpańskimi Kortezami czy Sejmem RP jest znacząca. Jest to rzeczywiście nienormalne. Ale znając typową, polską zawiść, część naszych rodaków chciałaby, aby polski poseł do PE zarabiał znacznie mniej niż jego niemiecki kolega. A że jest to milczące przyzwolenie, na płacową Europę “A” i “B” – to inna sprawa.

Dopiero teraz czuję, jak zemnie wychodzi zmęczenie z kampanii wyborczej. A czekają mnie teraz: wyjazd do Brukseli i na Ukrainę, “latający Holender” – to się nie zmieniło. Nie unikam specjalnie pisania o polityce. Bo po prostu staram się zachować swój własny wewnętrzny świat. I naprawdę nie wszystko musi być przeżarte polityką. Parę osób pytało się mnie właśnie dlaczego tak mało piszę o polityce. Odpowiadałem, że piszę w sam raz. A w ogóle to myślę, że każdy polityk powinien sobie powtarzać: “nie samą polityką żyje człowiek”.

A jednak o polityce. W Brukseli rzekomy kompromis na temat Konstytucji Europejskiej. Jeżeli tak ma wyglądać kompromis w Unii Europejskiej, to ja dziękuję. Francja – w odniesieniu do dziedzictwa chrześcijańskiego w preambule – mówi NIE, bo NIE. Ponieważ wielka (ale mała duchem) Francja rozdaje karty, to reszta ma się jej podporządkować. Więcej takich decyzji to eurosceptycyzm w Polsce, w Europie Środkowowschodniej i na całym Starym Kontynencie wzrośnie. A tzw. hamulec nie jest wcale kagańcem na wielkie państwa, lecz opóźniaczem decyzji. Słowem: łże- kompromis.

Wbrew jednak pozorom nie ma jeszcze Konstytucji Europejskiej! I jej proces ratyfikacyjny potrwa ze dwa lata. W międzyczasie zmienią się rządy w kilku krajach europejskich, w tym w Polsce i zatwierdzenie Traktatu Konstytucyjnego może być trudniejsze, niż się wydaje dziś niektórym euroentuzjastom.

Długo zbierałem się żeby o tym napisać. Ale tak jak niektóre plemiona afrykańskie, które nie mówią głośno o rzeczach dla nich przykrych, ja też jakoś nie chciałem uzewnętrzniać czegoś o czym myślę od kilkunastu dni. W zeszłym roku spędziliśmy ze sobą wiele dni i w wielu krajach Europy byliśmy razem: trzykrotnie w Szwecji, byliśmy w Wielkiej Brytanii, Danii, Czechach, Słowenii, Norwegii, popijaliśmy szereg razy piwo na lotnisku w Kopenhadze, która jest tranzytowym portem z Polski do Skandynawii. Spotykaliśmy się także w Polsce: w Warszawie, Wrocławiu, Bydgoszczy. Przegadaliśmy niejedną noc, znałem jego żonę. Był zresztą bardzo rodzinny. Gdziekolwiek nie byliśmy, zawsze dzwonił do domu. Jeździliśmy razem na żużlowe eliminacje mistrzostw świata Grand Prix. On jako dziennikarz sportowy Canal+, ja jako działacz WTS Wrocław i kibic. Robert Rymarowicz odszedł od nas tak szybko, że trudno się z tym pogodzić. Był młodszy ode mnie. Wszystko mu się w życiu układało: fajna rodzina, praca którą kochał i która była jego pasją. Wystarczyło posłuchać Jego żużlowych relacji czy sprawozdań z Primera Division. Pisałem w tym miejscu o Jurku Klempelu, teraz piszę o Robercie, który był człowiekiem polskiego sportu, choć nigdy nie był sportowcem.

Śmierć kosi niby łan. Strasznie dużo ich odeszło. A może będąc po czterdziestce wszystkie te śmierci odbiera się jako memento mori? Roberta widziałem ostatni raz w ostatnią sobotę maja na żużlowym Grand Prix Europy na wrocławskim Stadionie Olimpijskim i ledwo go poznałem. Wtedy jeszcze walczył. Po paru dniach dostałem wiadomość jego śmierci.

Mówi się o możliwości wyboru Polaka na szefa PE. Chodzi oczywiście o Geremka. Czy to w ogóle realne? Tak, jeżeli dogadają się chadecy z liberałami, tak jak to miało miejsce w poprzedniej kadencji PE. Wówczas ewentualnie Geremek byłby szefem PE w II połówce kadencji czyli do 2007 roku. Czy powinienem i powinniśmy go poprzeć? To oczywiście element szerszej, z udziałem frakcji w PE, gry politycznej. Uważam, że należy to zrobić (nie koniecznie na zasadzie randki w ciemno) możliwość uzyskania przez Polaka fotela przewodniczącego parlamentu jest czymś na tyle kuszącym, że krajowe podziały polityczne powinny pójść w kąt. Można i trzeba mieć uzasadnione pretensje do Unii Wolności i osobiście do Geremka. Jak pisał Broniewski “są w ojczyźnie rachunki krzywd i obca dłoń ich też nie przekreśli”, ale glosować przeciwko kandydaturze Polaka w PE nie chciałbym i nie powinienem.

Cały dzień we Wrocławiu słonecznie lub przynajmniej ciepło, a gdy jadę wieczorem autem do Warszawy z obywatelem Australii Bogdanem Maruszakiem i moim synem Bartkiem, na złość plucha. A ja nie lubię jeździć ani nocą ani w deszczu. To chyba pamięć po paru groźnych wypadkach o takiej właśnie porze dnia i takiej aurze . Moi żużlowcy przegrali na wyjeździe z Bydgoszczą. Najgorzej bolą porażki minimalne, a ta – była 44:46. Brak kontuzjowanych Drobika i Hampela jest dotkliwy. Obaj są teraz na leczeniu w Wielkiej Brytanii. Dogląda ich troskliwie doktor Simpson i Magda Louis. Mam nadzieję, że szybko postawią ich na nogi. A w międzyczasie, wczoraj Tomek Gollob drugi raz z rzędu wygrał międzynarodowy Puchar Piasta we Wrocławiu, inkasując 40 tysięcy od browarów, drugi rudzielec i zdrajca (naszego klubu) Crump z Australii dostał 27 tysięcy, czyli kwartalne zarobki eurodeputowanego, trzeci, Grzesio Walasek zarobił tyle, co polski poseł do PE w ciągu 2 miesięcy a wiec 18 tysięcy. Ale to zarobki polityków, a nie sportowców wzbudzają zawiść…

Blog

19 czerwca 2004

Posted on

Okazałem się znakomitym negocjatorem. Ale nie chodzi o Unię Europejską. Chodzi o… dentystę. Byłem umówiony na poniedziałek z panią stomatolog na kolejną sesję. Nie, nie żebym się bał, ale w trosce o zdrowie dziecka, zamiast mnie zaprowadziłem Bartka (młodszy) i nie w poniedziałek, ale w sobotę. I zatarłem ręce w poczuciu dobrze spełnionego ojcowskiego obowiązku, ale też fortelu w stylu Pana Zagłoby. Dzieciak był dzielny, to po ojcu – i za jednym razem dał sobie wyleczyć 3 zęby bez znieczulenia.

Na festynie zorganizowanym przez władze gminy podwrocławskich Siechnic powiedziałem, Mieszkańcom, że zwykle politycy przyjeżdżają przed wyborami, a rzadko po wyborach. Ale ja jestem wyjątkiem, bo przyjechałem 6 dni po wyborach…

Cholerny tatar w warszawskiej knajpie. Poległem z kretesem dziś dzień na czczo a świat oglądany z toalety nie wygląda zbyt sympatycznie. Co za idiotyczna choroba!

Blog

18 czerwca 2004

Posted on

Nie jestem z tych, których dekorują medalami. Jest w Polsce “elyta”, która regularnie wypina piersi po każde odznaczenie. Obojętnie od ustroju, czasu i kraju, który medal przyznaje. Parę lat temu w Zgierzu (łódzkie) przed meczem Polska – USA dostałem odznaczenie od Polskiego Związku Zapaśniczego. Jak polityk dostaje medal za zapasy, to brzmi to co nieco metaforycznie. A właśnie dzisiaj dostałem medal od jednego z warszawskich samorządów. Niby nic, ale zawsze miło. Odznaczeń państwowych i resortowych nie mam. Jedynym pocieszeniem jest to, że jak nie dali to i nie będą odbierać. W kraju, w którym często zmienia się sytuacja polityczna lepiej nie stawiać pomników politykom, żeby ich później nie obalać.

Zmarł Jacek Kuroń. Miał złą przeszłość w okresie stalinowskim, z której jako jeden z nielicznych potrafił się rozliczyć. Umiał przyznać się do zła, które uczynił. To rzadka sztuka. Wielu chwali go za działalność opozycyjną, wiezienie, itd. itp. Ale mój szacunek zyskał nie wtedy – w latach 70. i 80. bo wtedy siedziało wielu, także anonimowych (a anonimowym, nie nagłaśnianym przez Wolną Europę siedziało się trudniej). Mój szacunek zdobył w ostatnich latach. Bo ja szanuję solistów. Tych którzy idą na przekór elitom czy modom. Kuroń był – wbrew temu środowisku – przeciwny okupacji Iraku i polskiego w niej udziału. Krytykował przemiany, których efektem było potworne bezrobocie i wielki obszar ludzkiej biedy. Zauważał alienację klasy politycznej, która patrzy na wyborców z wysokości 100 km. Głosił ostatnio prawdy niepopularne. Na szczęście był w o tyle dobrej sytuacji, że nie można go było przemilczeć, a ośmieszyć nie wypadało. Miał skomplikowany życiorys, co nigdy nie spodoba się prawicowym, lewicowym czy liberalnym zwolennikom biało-czarnego filmu zatytułowanego “życie”. Niech mu ziemia lekką będzie.

Jeżeli Balcerowicz mówi, że podwyżek nie będzie to podwyżki będą. Zupełnie jak w dowcipach o Radiu Erewań. Np. wędliny podrożały średnio o 4-5 zł, a ekspedientki z “mięsnego” mówią, że każda dostawa jest coraz droższa.

Pędzimy samochodem z Warszawy do Wrocławia i mam świetne złudzenie optyczne, że kłębiaste chmury na niebie po prawej ścigają się z nami i mkną równie szybko. A za chwilę znowu stoją w miejscu.

Dostaję sms-a od kuzynki żony, która pisze: “Twój blog jest interesujący, ale za mało pikantny…”. A co mam pisać? Jestem przecież dżentelmenem! I nie jestem ekshibicjonistą. A swoją drogą przypomniało mi się, co powtarzał pierwszy szef NZS na Uniwersytecie Wrocławskim Wojtek Wojnarowicz (później wyemigrował do Kanady): “najlepsze są żony przyjaciół i przyjaciółki żony”. Oczywiście chodzi o ocenianie strony internetowej. Tylko, że w 1981 roku nie było jeszcze internetu…

Dobrze, że nie mam papugi w domu. Gdyby bez przerwy wyła i skrzeczała to bym nie zdzierżył, zaraz bym ją ugotował. Podobno rosół z papugi jest dobry. Znowu się łapię na tym, że z punktu widzenia polityków, politologów, dziennikarzy ten pamiętnik jest beznadziejny, bo, podświadomie uciekam od polityki. Może nie jestem rasowym politykiem, bo nie myślę cały czas o polityce, nie śnię o niej i nie wypełnia mi ona marzeń. Przynajmniej nie wszystkie.

Przemek wyjeżdżając do Irlandii “pożyczył” sobie ode mnie 2 moje wody kolońskie i nowy pasek firmy Bata. Oczywiście “zapomniał” mi o tym powiedzieć. Czasem własne dzieci też irytują, czym się różnią od polityków? Nasze dzieciaki nas irytują, ale je kochamy. Politycy nas irytują, ale ich nie znosimy.

Ostatni dowcip zasłyszany od znajomego dziennikarza. Przychodzi Czarnecki do “Radia Zet” i przeżywa, że nie widać jego krawata.
Właśnie dowiedziałem się, że do końca miesiąca będę musiał dwukrotnie być w Brukseli. Najbliższy wyjazd odbywa się w najgorszym wariancie, wylot o świcie, powrót tego samego dnia nocą. A już następnego dnia lecę na szczyt gospodarczy Polska – Ukraina na Krym, który jest częścią szczytu politycznego Kwaśniewski – Kuczma (rok temu był w Odessie, w tym roku w Jałcie).

Cudowne niebo w piotrkowskiem w tym samym momencie, na różnej wysokości zmierzch dnia i pełnia dnia, nadciągająca burza i pogodne niebo. Chwila poezji.