Blog

NIEOLIMPIJSKIE ZŁOTO DLA…

Posted on

Parlament europejski budzi się do życia po letnim letargu. Nie tylko bowiem deputowani rozjechali się w sierpniu na wakacje – zrobili to także urzędnicy. Pisze te słowa na drugim piętrze budynku “Altiero Spinelli”, w moim biurze, ale póki co, na korytarzach nie spotykam zbyt wielu koleżanek i kolegów deputowanych. Nie spotkałem też, póki co, ducha Roberta Schumana, francuskiego Ojca – Założyciela zjednoczonej Europy. Po brukselskich korytarzach przemykają raczej żwawo technokraci, biurokraci i liczni lobbyści. Nic wiec dziwnego, że nieco rozgoryczony, pierwszy przewodniczący Komisji Europejskiej Jacques Delors podsumowując swoje kierowanie EWG powiedział, że jeżeli czegoś mu w jego kadencji brakowało, to tego, że zbyt mało poświęcano uwagi kulturze jako fundamentowi jedności Starego Kontynentu, skupiając się przede wszystkim na biznesie. Schuman katolik, Delors katolik, no to wypada powiedzieć, za katolicką nauką społeczną, iż Delors i jego koledzy popełnili klasyczny grzech “ekonomicyzmu”.

Decyzja co prawda zapadła już kilkanaście dni temu, ale wciąż jeszcze w Brukseli komentuje się, podjęte przed czasem decyzje personalne, nowego przewodniczącego Komisji Europejskiej, Portugalczyka José Manuela Barroso. Uważany wcześniej za marionetkę i owoc “zgniłego kompromisu”, były premier Portugalii, ojciec trojga dzieci, pokazał eurobiurokratom ojcowską, a więc silną rękę. Wszystkie państwa “wielkiej czwórki” (Niemcy, Wielka Brytania, Francja, Hiszpania) dostały nie to co chciały, choć jednak ważne teki. Ponieważ inni “wielcy”, też nie otrzymali tego na co liczyli i żadne państwo nie zdominuje prac komisji – w tej sytuacji buntu na pokładzie nie było. Paradoksalnie Polska otrzymała więcej niż oczekiwała. Dostaliśmy to, o czym publicznie minister Danuta Hubner twierdziła, że jest “optymalne, ale nierealne”. Nas zadowoliłoby – jak się okazuje – coś mniej atrakcyjnego niż polityka regionalna. Jednak należy się cieszyć i kibicować Pani Komisarz. Pamiętając jednak wszakże o tym, że – trawestując Leszka Millera – “prawdziwe kobiety poznaje się po tym jak kończą, a nie jak zaczynają”.
Dostaliśmy do ręki wielce użyteczny instrument – obyśmy tylko potrafili go wspólnie (bo nie jest to tylko rola Pani Komisarz) wykorzystać. To przecież jest zadanie także w wielkiej mierze polskich samorządów, polskiego rządu, polskich ekspertów, polskich parlamentarzystów i europarlamentarzystów. Można więc mówić wręcz o podwójnym instrumencie finansowym dla naszego kraju, bowiem przewodniczącym, niesłychanie istotnej komisji budżetowej Parlamentu Europejskiego został Polak Janusz Lewandowski. Mówiąc więc językiem siatkówki: mamy dwie piłki wystawione na smecz. Obyśmy tylko nie posłali tej piłki w aut.

Akurat w Brukseli leje, ale nie oznacza to, że przez najbliższe 5 lat będzie tu dla Polski zła pogoda. To akurat zależy nie tylko i może nie głównie od niebios, ale również, a może przede wszystkim od nas samych. Może to i ryzykowne, ale w sumie krzepiące, wiadomo bowiem, że Pan Bóg pomaga chętniej tym, którzy sami sobie pomagają. Widać to zresztą po efektach negocjacji przedakcesyjnych. Choćby jeden szczegół – i Słowenia i Polska mają rolnictwo na terenach górskich, ale tylko Słowenia wystąpiła o pieniądze unijne z tego właśnie powodu wiedząc, że taki kran finansowy” w UE jest. Polska tego nie zrobiła, popełniając – żeby znowu użyć języka teologii – klasyczny “grzech zaniechania”. Efekt? Słowenia ma pieniądze, Polska zaś poczucie straconej szansy, a to przykład tylko pierwszy z brzegu.

Był kiedyś taki film “Złoto dla zuchwałych”. Bruksela nie ma może złota ale ma sporo euro, tyle że to “złoto” jest nie tyle dla zuchwałych, co dla mądrych, zapobiegliwych, stanowczych, skutecznych i konsekwentnych. Udowodnijmy, że pasuje to do obrazu Polaków – takiego jaki byśmy chcieli stworzyć. Nie takiego, jaki, niestety jest…

Blog

24 sierpnia 2004

Posted on

Ksiądz Henryk Jankowski był bohaterem w czasie strajków gdańskich w sierpniu 1980. Dziś też jest bohaterem, ale medialnym. Czasem mam wrażenie, iż Ksiądz Jankowski sprzed 24 lat i ten – obecnie, to dwaj różni ludzie, ale może nie mam racji. Jeśli jednak nie mylę się, to który z nich jest tym prawdziwym? Ten odważny i wspierający robotników sprzed ćwierćwiecza czy ten, który budzi emocje dziś? Czy on sam zmienił się, czy czasy go odmieniły, a może tylko jest to metamorfoza medialna? Wierzę, iż zarzuty stawiane mu ostatnio są nieprawdziwe. Nie zmienia to faktu, że niektóre jego wypowiedzi albo wystrój Szopek Bożonarodzeniowych czy Grobów Wielkanocnych w świątyni, gdzie jest proboszczem, to niejako “zaproszenie” do atakowania całego wręcz Kościoła. I jeszcze jedno. W czasach powszechnej merkantylizacji i konsumpcjonizmu tym bardziej marzy mi się Kościół ubogi. Nie w sensie prymitywizmu, bo Kościołowi potrzebne są instrumenty do głoszenia prawd wiary. Także telewizja, radio i gazety, itp. Ksiądz Henryk Jankowski nie jest “z tej samej bajki” co św. Franciszek z Asyżu, który rozdał swój majątek. Może i szkoda.

 

Kierowca z Parlamentu Europejskiego odwozi mnie do hotelu. Okazuje się, że to Rodak. Matka – Polka, ojciec – Belg. Sam Pan szofer pochodzi z książęcej rodziny – Druckich-Lubeckich! Zna nawet sporo polskich słów i jest bardzo dobrze wychowany – jak na arystokratę przystało. Ciekawe.

 

Dochodzą wieści z kraju o wzroście notowań Samoobrony i spadku Platformy. Akurat wbrew licznym ostatnim wypowiedziom mówiącym o tym, że partia Leppera pikuje w dół, i że się już nie podniesie. Życie nauczyło mnie pokory i także – nie przywiązywania nadmiernej wagi do sondaży. Dziś są dobre, jutro gorsze, pojutrze lepsze. Ciekawsze od sondaży jest to, co dzieje się wokół nich. Część mediów nagłaśnia te, w których Samoobronie spada, natomiast kompletnie przemilcza te, w których ugrupowaniu Leppera rośnie (jak w tym ostatnim). To manipulacja, która na dłuższą metę mediom nie pomoże, a Lepperowi – jako pokrzywdzonemu – będzie sprzyjać.

 

Kłopoty Andrzeja Leppera z sercem. To wiadomość i nowa, ale też i nie nowa, bo to kontynuacja starego problemu. Nie jest to wybieg, aby nie zjawić się w sądzie (przynajmniej wedle mojej wiedzy).

 

Ze skrzynki parlamentarnej wyjmuję stosik korespondencji, a nim czasopismo Turków belgijskich w języku angielskim. Ewidentnie ma spełniać rolę lobbystyczną na rzecz akcesu Turcji do UE. Najciekawsza rzecz to anegdota, jak to komisarz Verheugen przepytywał przedstawicieli poszczególnych krajów, uzależniając od odpowiedzi wejście danego państwa do Unii. Decydujące pytanie. Do Rumunii – kiedy nastąpił pierwszy wybuch bomby atomowej? Odpowiedź – w 1945 roku. Wszyscy biją brawo – Rumunia przyjęta. Pytanie do Bułgarii – w jakim mieście nastąpił pierwszy wybuch bomby. W Hiroszimie – pada odpowiedź. Brawa i Bułgaria przyjęta. Wreszcie kolej na Turcję. Komisarz pyta: Ile osób zginęło w czasie pierwszego wybuchu bomby atomowej, proszę podać nazwiska i adresy… Nawet zabawne. Polubiłem to tureckie poczucie humoru.

 

Niektórzy mówią, że ten mój blog jest za mało osobisty. Może i tak, lecz polityka to część mnie. Dla mnie pisanie o polityce, choćby i z dystansem do niej, to fotografia rzeczywistości wewnętrznej.

 

Piękne olimpiady to nie tylko eksponowanie radości zwycięzców, ale też – już mniej chętnie pokazywany ból porażki. Zapamiętam łzy polskiej tyczkarki Moniki Pyrek, której tak niewiele zabrakło do medalu.

Blog

23 sierpnia 2004

Posted on

Żenująca przepychanka wokół miejsca wiecznego spoczynku Czesława Miłosza. Chciałoby się niektórym powiedzieć “ciszej nad tą trumną”. Dyskusja czy laureat literackiej nagrody Nobla jest godzien być uznanym za zasłużonego martwi przez sam fakt, że się odbywa. Miłosz popełniał w życiu błędy, podejmował kontrowersyjne decyzje polityczne, nie raz wystawiał niesprawiedliwie oceny innym ludziom pióra. Nie zmienia to tego, że – mówiąc Gombrowiczem – “wielkim pisarzem był …..” .Zawstydzająca ta wrzawa i gorzki, choć pozytywne zakończenie.

Wracam samolotem z Aten i o piątej nad ranem czytam w weekendowej Wyborczej niepublikowany dotąd wywiad z Miłoszem i także poruszający artykuł o ludziach, którzy Miłosza atakowali brutalnie, zwłaszcza po jego decyzji o pozostaniu na emigracji. Mowa jest tam także o jakże krzywdzącym sądzie z przed pół wieku Antoniego Słomińskiego. Autorki tekstu nie przemilczały tych niepotrzebnych słów Słomińskiego, który stał się z czasem swoistym patronem części polskiej opozycji, a na pewno środowiska wydającego “Gazetę Wyborczą”. Tym bardziej autentyczny to tekst. Ciekawe czy np. “Nasz Dziennik” nie uległby pokusie cenzury w podobnej sytuacji. Wiele rzeczy w Wyborczej mnie irytuje, ale trzeba docenić tę szczerość. Słusznie, bo prawda zawsze jest ciekawsza.

Jeszcze trzy migawki z Olimpiady.
Migawka pierwsza: radość siwej pani Hamilton, gdy jej syn amerykański skoczek wzwyż zdobywał olimpijskie srebro. Radość matki. Tak potrafią się cieszyć tylko mamy. Siedziała cztery metry ode mnie.            
Migawka druga: zgrzyt. Mistrz olimpijski w trójskoku, skandynawski kangur, Szwed Olsson tak się cieszył ze swego zwycięstwa, że biegał z wielką flagą swego kraju i pozował fotoreporterom nawet wtedy, gdy cały stadion na stojąco słuchał niemieckiego hymnu w czasie dekoracji zwycięzców biegu na 1500 m mężczyzn na wózkach inwalidzkich. Mistrzów olimpijskich też obowiązuje kindersztuba, także w chwilach triumfu. Pewnie Olssonowi nie byłoby przyjemnie, gdyby w czasie grania szwedzkiego hymnu dla niego ktoś, inny mistrz, robił sobie szopkę.
Migawka trzecia: ładnym zwyczajem kultywowanym na olimpijskim stadionie lekkoatletycznym jest szczególne oklaskiwanie ostatniego biegnącego zawodnika, często z dużą stratą, dublowanego. Zdarza się to w biegach na długich dystansach. To naprawdę sympatyczne. Mi jednak nie było sympatycznie, gdy cały stadion wspomagał brawami ostatniego zawodnika w jednym z biegów eliminacyjnych na 3 km z przeszkodami – a był nim reprezentant Polski Jakub Czaja. Niegdyś Mazurka Dąbrowskiego za zwycięstwa na tym dystansie grano śp. Zdzisławowi Krzyszkowiakowi i śp. Bronisławowi Malinowskiemu. Dziś stadion bije brawo biało-czerwonemu, ale zupełnie z innych powodów.

Blog

22 sierpnia 2004

Posted on

To był radosny wieczór dla dyktatora. A nawet dwa wieczory. Rzadko zdarza się, żeby urzędujący prezydent (pierwszy sekretarz, premier) był jednocześnie przewodniczącym Narodowego Komitetu Olimpijskiego. Raczej tylko w dyktaturach, gdzie sport pełni specjalną polityczną rolę. Tak jest na Białorusi. Łukaszenka musiał triumfować, gdy jedną z najbardziej widowiskowych konkurencji olimpiady wygrała Białorusinka Nesterenko. Pokonała Murzynkę z imperialistycznej Ameryki. W sobotę, gdy to się wydarzyło i dziś w niedzielę, gdy ją dekorowano w Mińsku szampan, a raczej wódka lały się strumieniami. Białoruska sprinterka to skądinąd sympatyczna dziewczyna i nie odpowiada za swego prezydenta. A on ma problemy z wypłacaniem ludziom pensji, lecz nie ma kłopotów z kaperowaniem za duże pieniądze sportowców z dawnego ZSRR, aby występowali w barwach Białorusi.
Jeszcze jedno. Cechą dyktatorów jest małość przejawiana przy drobiazgach. Od paru lat w reprezentacji Polski w kometce, czyli badmintonie występowała Białorusinka Nadia Kosciuszuk. Białoruski Komitet Olimpijski przed samymi igrzyskami odmówił oficjalnej zgody na jej start w barwach Polski. Miała wystąpić zresztą tylko w deblu kobiecym, bez większych szans na medale. Przez tę decyzję jej polska partnerka musiała zostać wycofana z udziału w olimpiadzie. Łukaszenka lubi takie małe satysfakcje kosztem burżuazyjnej, kapitalistycznej Polski.
 
Upały w Atenach straszliwe. Zawody na otwartym powietrzu rozgrywane są tylko do południa i wieczorem. Lepiej rozumiem teraz Greków godzinami siedzących w cieniu restauracyjnych parasoli. Oczywiście w tym czasie nie poszczą.

Blog

21 sierpnia 2004

Posted on

A jednak wbrew rozpowszechnionym (także w Polsce) opiniom, że olimpiada w Grecji oznaczać będzie organizacyjną katastrofę i chaos – nic takiego nie ma miejsca. Wręcz przeciwnie: co prawda Grecy bardzo późno oddali obiekty, ale jak machina poszła w ruch, to funkcjonuje bardzo sprawnie. Metro i autobusy śmigają, jakby nie z grecką punktualnością, a armia wolontariuszy pomaga turystom, a nie przeszkadza. Jest znacznie bardziej czysto, niż rzekomo w bardziej poukładanych Niemczech czy Anglii. Do tego dochodzi grecka, południowa życzliwość i gościnność. Dzisiaj naszym zaświeciło słońce. Brązowe krążki dla jednej z najsilniejszych kobiet świata Agaty Wróbel, która przed dekoracją i po płakała, jak dziewczynka oraz dla naszego znakomitego żeglarza, od ośmiu lat na topie, mistrza klasy Finn, ale także marketingu sportowego- Mateusza Kusznierewicza. Nie ma co jednak wpadać w zachwyt: biorąc pod uwagę medale, są to na razie najgorsze dla Polski igrzyska od 48 lat.

Gyros, suflaki, tatziti, grecka kuchnia, morze przyjemności. Lubię ten kraj i wagę, jaką Grecy przywiązują do jedzenia…

Blog

20 sierpnia 2004

Posted on

Po raz pierwszy mam okazję obserwować igrzyska olimpijskie. Przyjechałem tu na cztery dni. Jestem pod wrażeniem niesamowitej atmosfery panującej w wielotysięcznym i wielonarodowościowym tłumie dumnym ze swojej tożsamości narodowej eksponowanej na każdym kroku, a jednocześnie nie nastawionej przeciwko komukolwiek. Nie zawsze tak bywało w historii, lecz tym razem rzeczywiście na czas igrzysk cichnie szczęk oręża i bardziej abstrakcyjne wydaje się zagrożenie ze strony terrorystów. Choć przecież trwa wojna w Iraku, a terroryści nie wyemigrowali na Marsa.

Zgodnie z tym, co pisałem wcześniej, Polska dostaje na tej olimpiadzie baty. Na razie sytuacje ratują Dziewczyny (nie po raz pierwszy w historii Polski). “Złoty Motylek” – Otylia Jędrzejczak nie tylko szybko pływa, ale też mądrze myśli poza basenem. Świadczą o tym Jej wypowiedzi nie dotyczące sportu, choćby ta o licytacji medalu na aukcji na rzecz dzieci chorych na białaczkę oraz te o wierze w Boga, która jest dla Niej ważna, dzięki której jest pewniejsza siebie, i dzięki której wygrała w Atenach.

Niestety póki co Otylia i Sylwia Gruchała to wyjątki. Dziś przegrała bardzo sympatyczna i poukładana poza strzelnicą moja krajanka Renata Mauer. Wczoraj na własne oczy widziałem klęskę siatkarzy na meczu z Francją (0:3), ale igrzyska to przecież nie tylko występy Polaków. Pasjonujące były zmagania tenisistów, gdy nieznany Chilijczyk Nicolas Musu ogrywał faworyta Hiszpana Carlosa Moja i cieszył się jak dziecko z medalu dla swojego kraju, którego można nie lubić z powodu Pinocheta, lecz trzeba lubić z powodu Ignacego Domeyki. Parę godzin później ten sam Chilijczyk, żywiołowy na korcie jak to Latynos, szalał ze szczęścia wraz ze swym rodakiem Gonzalesem, gdy awansowali do finału debla, zdobywając dla Chile co najmniej srebro. Przed olimpiadą tego młodzieńca z kucykiem prawie nikt nie znał, a dziś stał się bohaterem narodowym w kraju, który nie rozpieszcza obywateli sukcesami sportowymi.

Elegancka i zgrabna, mimo iż tenis to sport już dziś siłowy, Justyna Henin, młoda belgijska mężatka, a mówiąc ściślej Walonka minimalnie, ale pewnie ograła francuską gwiazdę Mary Pierce, znaną nie tylko z jej sukcesów na korcie, ale także z tego, że ma ojca tyrana. No i wreszcie gra o medal w innym singlu mężczyzn, gdy potężny Amerykanin (też z kucykiem) Mardy Fisch ograł Rosjanina Jużnego. Ten mecz miał podtekst, jak zwykle, gdy spotykają się Amerykanie i Rosjanie. Tego samego dnia rosyjscy siatkarze pokonali USA, ale na korcie “Rybkin” – jak go określili liczni rosyjscy kibice – wyraźnie dominował, choć rosyjskiemu młodemu wilkowi pomagał sędzia. A tak na marginesie, najdroższe miejsca na widowni wykupili (rzecz jasna) Rosjanie.

Olimpijski znicz płonie jasno, ludzie bawią się, cieszą swoją różnorodnością. Szkoda tylko, że Mazurek Dąbrowskiego zabrzmiał dotąd tylko raz, a polskich medali jest na lekarstwo…

Blog

19 sierpnia 2004

Posted on

Ostatnią rzeczą, którą zdążyłem wykonać w Anglii, to obejrzenie w wersji oryginalnej znanej brytyjskiej komedii romantycznej “Nothing Hill” z Julią Roberts i Hugh Grantem. Oglądałem ją przy niejako okazji obejrzenia zwiastuna thrillera, którego premiera odbędzie się w listopadzie, wyreżyserowanego przez mojego znajomego z Wielkiej Brytanii – T. Zwiastun jest taki jak sam film, czyli ponury, mroczny, ale też mocno psychologizujący. Stąd też film z moją ulubiona Julią Roberts był świetnym antidotum. T. mówił, iż wielu amerykanów jest przekonanych, że Grant, to ich rodak, tymczasem, to według niego, typowy przedstawiciel brytyjskiej klasy średniej (średnio wyższej), zadufany w sobie i nie lubiany przez Anglików. I to nie za złapanie na gorącym uczynku z prostytutką, ale za paskudny charakter. Przejawia się on ponoć poczuciem nieustającej wyższości wobec całego świata. Według T. denerwuje to mocno rodaków Granta, znacznie bardziej, niż fakt, że bardzo jednoznacznie określa się politycznie i to na scenie amerykańskiej, popierając demokratów (już od poprzednich wyborów prezydenckich).

Ciekawa rozmowa z T., który skrytykował brytyjski mecenat kulturalny, polegający na tym, że państwo – bardzo podobnie, jak w Polsce – wspiera całą produkcję filmową, która ma już znaczącą część budżetu ze strony prywatnych sponsorów. Oczywiście utrudnia to przebicie się nowym reżyserom czy scenarzystom.

Samolot do Warszawy ma 50 minut opóźnienia. Wystarczająco, aby zapoznać się tam i z powrotem ze wszystkimi możliwymi gazetami na pokładzie samolotu.

Ojczyzna wita mnie kolejnymi skandalami i aferami, po części realnymi, po części kreowanymi przez media. “Trybunę” szczególnie pasjonuje co zasiali i czy już zebrali “Andrzej Lepper, Renata Begger, Marek Sawicki, Roman Jagieliński i jeszcze ktoś tam…” Chodzi jednak nie o siew polityczny, lecz o ten prawdziwie rolniczy. Gazeta pisze, że Renata Begger swój owies już zebrała, ale i tak najlepiej ląduje Jagieliński, który ma ileś tam hektarów sadów, ale innym rolnikom tego nie poleca, “bo to zbyt kosztowna impreza”. “Gazeta Wyborcza” zaś sugeruje, że abp Gocłowski chce rozstrzelać ks. Jankowskiego. “Fakt” oburza się na to, że Lepper ośmielił się pojechać do sanatorium (z tego, co wiem – pierwszy raz w życiu). Gdy Lepper robi blokady – źle, gdy objeżdża kraj organizując spotkania polityczne – też źle, gdy się leczy – jeszcze gorzej. Chyba Axelowi Springerowi Andrzej Lepper nie dogodzi. Na marginesie: “Fakt” pisze, iż jest w luksusowym sanatorium, a On sam mówił mi, że nie było tam od 30. lat nie było remontu, a w łazienkach jest grzyb.

Lądowanie więc na ziemi polskiej mam twarde. Tyle, że na łonie ojczyzny jestem tylko niecałą godzinę – potem wyruszam dalej.

Blog

18 sierpnia 2004

Posted on

Jako uważny badacz napisów w różnych miejscach, dziwnych i mniej dziwnych (napisów i miejsc), z satysfakcją odnotowuję na pożegnanie Londynu, jeszcze jeden. Jakiś Rodak zostawił ślad dla swoich i obcych: “Poland forever”.
Wczoraj przeszło trzy godziny spędziliśmy z Bartkiem w Imperial War Museum. To nie ja oprowadzałem Bartka, tylko mój Syn mnie, ponieważ wszystkie te angielskie, niemieckie, amerykańskie czy rosyjskie czołgi i samoloty On znał już wcześniej z książek i fachowych czasopism. Dla Niego zwłaszcza było to duże przeżycie. Uznał, że było to najciekawsze muzeum z tych, które wspólnie zwiedzaliśmy (sam był jeszcze w Muzeum Figur Woskowych). Trzeba przyznać, że Anglicy genialnie potrafią przybliżać historię, korzystając z bardzo wszechstronnych środków łącznie z zachowanymi relacjami spikerów radiowych z “The Day” czy korespondentów wojennych nadających relacje z pokładu samolotu. Dla mnie – jako dla historyka – było to pasjonujące. To właściwie multimedialne i interaktywne muzeum, gdzie każdy może indywidualnie pogłębić wiedzę korzystając z komputera. Stąd między innymi sporo młodzieży i dzieciaków, które jakoś nie wyrywają się wcale rodzicom. Trzeba przyznać, iż tylko tak pokazując historię, można zachęcić do jej poznawania, także dorosłych.

 

Zadzwoniła Pani od Kuby Wojewódzkiego z propozycją udziału w jego programie. Wyrażam zgodę, mimo, że wielu znajomych i przyjaciół ostrzega mnie przed tym. Nie uważam, abym dał się tam zjeść czy ośmieszyć. Brutalne atakowanie zwykle obraca się przeciwko tym, którzy to robią, a nie tym, których zaatakowano. Na razie jednak proponowane terminy 24 lub 31 sierpnia są dla mnie nie do przyjęcia, ponieważ w oba te dni muszę być w Brukseli. Wojewódzki ma nagrania zawsze we wtorki, ale jakoś – myślę – dogadamy się co do terminu.

 

Słońcem żegnała nas wczoraj Wielka Brytania, choć tego dnia lało tu jak z cebra (typowo angielska zmienna aura). Były to prawdziwie męskie wakacje z Bartkiem i obu się nam przydały…

Blog

17 sierpnia 2004

Posted on

Kiedyś oburzałem się na Tadeusza Mazowieckiego, gdy wypowiedział się na temat “polskiego piekła” Oburzałem się niesłusznie. W różnych sprawach nie miał racji (np. “grubej kreski” – skutki odczuwamy do dziś), ale tę polską chorobę nazwał tak, jak ją określić należało. Zawiść – cecha narodowa polska. Może nie tylko polska, ale nasza na pewno także. Dotyczy wszystkich sfer społecznych i regionów, Polaków w kraju i na emigracji. Zazdrość bezinteresowna, zawiść irracjonalna, ot tak – dla sportu. Jak pisał poeta: “Polska zawiść i jej bezsens, polega na tym, że szewc spod Łomży zazdrości prałatowi spod Nowego Sącza, że ten został biskupem, choć oczywiście podlaski szewc żadnych szans na to nie miał”. Zawiść obecna jest w kręgach towarzyskich i politycznych, ponad podziałami politycznymi. Zawiść to element tożsamości polskiej. Doskonale wiedzą o tym media czy też może – mówiąc sprawiedliwie – ich część, bo na tej zawiści żerują – wstrzeliwują się w te niskie ludzkie instynkty, tę zawiść podkręcają. “Zazdroszczę, więc jestem” – to maksyma, do której nikt się nie przyzna, ale wielu z nas nią żyje…

Sporo reakcji na to, co piszę w blogu. Reakcje różne. Normalne. Część osób życzliwie wskazuje na co mam zwrócić uwagę, a co pominąć. Inni robią to mniej życzliwie. Napisała do mnie ostatnio osoba młoda, ale już publiczna z ciekawą sugestią, abym “nie wytaczał armat przeciwko muchom”. Chodziło o zbyt emocjonalne – jej zdaniem – potraktowanie niezbyt roztropnych ludzi, którzy o zabiciu przez polskiego bandytę Niemca, twierdzili na internetowym czacie, iż “wstydzą się, że są Polakami”. Armatnie strzały much nie zmienią, przekonywała ta osoba. “One dalej będą żyły swoim życiem, a Pan niech robi swoje”. Pewnie ma dużo racji, ale emocje (i to w słusznej sprawie) są częścią ludzkiego życia – także mojego. Nie wstydzę się ich. A to, że się mi jeszcze chce czytać internetowe czaty i na nie reagować, choć większość polityków ma je w nosie  – to chyba dobrze?

Pan Kobus pisze do mnie doprecyzowując szczegóły dotyczące biografii Pana Prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego. Cieszę się, że takie uzupełnienia pojawiają się. Na tym polega przewaga pamiętnika – bloga nad pamiętnikiem tradycyjnym, że blog może być interaktywny (jeśli autor będzie tego chciał). Wszystkim, w tym Panu Kobusowi, Panu Markowi Domagale, Pani Magdzie i Pani Agnieszce – bardzo dziękuję.

W brytyjskich mediach od paru tygodni wałkują temat romansu trenera piłkarskiej reprezentacji Anglii Szweda Svena Ericssona. Wydawało się, że epicentrum za nami, ale tu też są wakacje i media potrzebują tematu na pierwsze strony. To jednak różnica między Anglią a Polską, chyba raczej na naszą korzyść. Pikanterii sprawie dodaje fakt, iż pan trener romansował ponoć z tą samą panią, co sekretarz generalny Angielskiej Federacji Piłkarskiej. Tego typu trójkąty mają w tym kraju długą tradycję. Jako historyk przypomnę tylko wielki skandal polityczny związany z osobą Profumo, który związał się z pewną panią – sowieckim dyplomatą (prawdopodobnie agentem KGB). Okrutny, ale i dosyć dowcipny  komentarz zamieściło na pierwszej stronie satyryczne pismo “Private Eye”, które opublikowało zdjęcie trenera i działacza siedzących wspólnie na trybunie stadionu. No i ta angielska gra słów. Działacz mówi do Erikssona: “Możesz skorzystać z mojej sekretarki”. “Właśnie z niej skorzystałem” – odpowiada Szwed. O polskiej piłce na razie cicho. Nie ma nawet skandali nie ma, poza korupcyjnymi.

W ostatni weekend proszony obiad w angielsko-polskim domu w New Malden pod Londynem. On Anglik, Ona Polka. Kuchnia polska z zupą ogórkową (co mnie rozmarzyło…), przy czym angielski gospodarz od razu podał klasyfikację, które polskie zupy lubi najbardziej (na pierwszym miejscu: pomidorowa). Drób po polsku z angielskim sosem i warzywami gotowanymi na parze. Kuchnia zdominowana przez stronę polską. Wystrój domu też – takich małżeństw jest sporo, wiele z nich to swoiste małe polskie lobby. Gościnność też oczywiście polska, pod tym względem nastąpiła polonizacja Brytyjczyka. 

Blog

16 sierpnia 2004

Posted on

Dzisiaj moja Mama obchodzi Urodziny. Życzę Jej, a może zwłaszcza sobie, aby jeszcze jak najwięcej urodzin mogła świętować. To strasznie ważne.

Szereg moich przyjaciół z Polski, gdy zastają mnie telefonem na ulicy pyta: “gdzie Ty jesteś?” Ledwo mnie słyszą, bo obojętnie od pory dnia, niemal zawsze w tle wyją syreny policyjnych samochodów. To stały element akustycznego krajobrazu. Dochodzą do tego policyjne “koguty”, ale to widzę tylko ja. Do tego szybko przywykłem, ale dzwoniący do mnie myślą, iż znalazłem się w środku jakiejś bonanzy.

Niektórzy zarzucają Starej Emigracji niepodległościowej, że nie rozumie współczesnej Polski. Tylko czy współczesna Polska rozumie samą siebie?

W londyńskim metrze widziałem młodego człowieka w koszulce napisem “fuck for England”. Dość oryginalny sposób wyrażania swoich patriotycznych uczuć. Jak widać patriotyzm synów Albionu nie jedno ma imię. Nie koniecznie chciałbym, aby młodzi Polacy chodzili w koszulkach z napisem “P… dla Polski”. W czasie III Rzeszy niemieckiej nasi zachodni sąsiedzi wcielili je w praktyce w życie. Chodziło o uzupełnianie strat wojennych nowymi czysto aryjskimi obywatelami. Wystarczy poczytać nie tylko opracowania  historyczne, ale choćby rozrachunkową powojenną literaturę niemiecką.

Zaczęła się olimpiada. Dla Polaka oglądającego brytyjską telewizję (takiego jak ja) – strasznie nudna. Jestem bowiem skazany na permanentne oglądanie brytyjskich pływaków walczących w półfinałach, dzielnych mistrzów kometki przegrywających w ćwierćfinałach, itd. Jednym słowem Zjednoczone Królestwo jako pępek świata. Na szczęście późnym wieczorem pokazali dwa srebrne finały naszego “Motylka” – Otylii Jędrzejczak. Z biało-czerwonych na razie tylko ta dzielna Dziewczyna staje na podium.

Olimpiada jest w brytyjskich mediach trochę w cieniu inauguracji rozgrywek piłkarskich Premier Ship oraz meczów krykieta. Z Polaków grał Dudek i puścił, co miał puścić, ale jego drużyna nie przegrała meczu oraz Francuz polskiego pochodzenia Sibierski. Myśmy też w końcu wybrali się na mecz, tyle, że I ligi. Grała drużyna Mellwall z gośćmi z Leichester. O ile Arsenal i Chelsea to ekipy londyńskich elit (generalnie), Fullham, Westham  i Wimbledon to drużyny poszczególnych dzielnic, to Mellwall jest zespołem ludzi przedmieść stolicy Anglii. Jej kibice uchodzą za największych chuliganów Wielkiej Brytanii, a drużyna sprawiła sensację docierając w tym roku do finału Pucharu Anglii i dopiero tam przegrywając ze słynnym Manchesterem United. O ile nie sposób jest dostać bilety na Arsenal czy Chelsea – tutaj można je kupić spokojnie w kasie dziesięć minut przed meczem. Wbrew mitom angielscy kibice w porównaniu z polskimi, są grzeczni jak baranki, a także mają relatywnie małą pomysłowość w zakresie dopingu dla swej drużyny (w praktyce niemal brak transparentów, żadnych rac, jakichś wędrujących flag czy też napisów układanych z kartonów). Pewien kibic wywiesił flagę z piracką trupią czaszką, lecz po interwencji jednego (!) porządkowej (dziewczyny – !!!) szybko ją zdjął. Mellwall wygrał 2:0, a kibice rozeszli się spokojnie do domów, kompletnie nie interesując się jeżynami, które w dużej ilości rosną wokół stadionu. 

Niezawodnemu Tygodnikowi “Przekrój” dziękuję za dyskretną promocję.

Blog

15 sierpnia 2004

Posted on

Przypadek Kena Livingstona’a – facet jest drugą kadencję burmistrzem Londynu, wywodzi się z Partii Pracy, ale go stamtąd wyrzucili, bo był zbyt… lewicowy. Radykał. Jak został burmistrzem pogodził się z kapitalizmem i wychodzi ze skóry, by stworzyć jak najlepsze warunki do inwestycji zagranicznych. Szczególnie chwali sobie współpracę z biznesem amerykańskim (kiedyś tych “rekinów” atakował). Nasi żołnierze od Andersa i Maczka chwalą go bo wprowadził całkowicie darmowe bilety na wszystkie środki komunikacji dla osób powyżej 75 roku życia (inne miasta brytyjskie dają zniżki do 50%). Pan burmistrz zmienił poglądy po tym, jak został burmistrzem, ale ludzie mu to wybaczyli i bardziej utożsamiają się z nim niż z jego kolegą z Labour Party, premierem Tony Blair’em. Wybrali go kolejny raz, także dlatego, że był spoza układu trzech największych partii politycznych. Ludzie woleli politycznego solistę, nawet skrajnego. Tym bardziej, że okazał się pragmatyczny, ideologiczne buty zostawiając w przedpokoju gabinetu Mayora Londynu. Dotychczasowe elity straszyły londyńczyków Kenem, jak to będzie strasznie, jak taki “ultras” dojdzie do władzy. Tymczasem rzekomi “ultrasi” szybko pragmatycznieją po dojściu do władzy – nie tylko w Wielkiej Brytanii…

Rozmawiam z ludźmi starej emigracji. Mogę się z nimi nie zgadzać, ale chylę czoła. Jeden z nich mówi, że oni są chyba zbyt idealistyczni i zbyt kochają Polskę. Na pewno “nie zbyt” bo w tej sprawie nigdy dość, ale mam wielki szacunek dla ich staroświeckiego patriotyzmu, idei służby dla Państwa Polskiego. Wiceprezes organizacji przekazującej sprzęt leczniczy i lekarstwa do Polski “Medical aid for Poland” mówi mi, że w ciągu 21 lat istnienia tego stowarzyszenia charytatywnego, “non profit” przekazano do Polski sprzęt i materiały wartości 22 mln funtów. Wychodzi ponad milion funtów rocznie. Robią to po cichu, bez większego rozgłosu. Polska TV ich nie pokazuje, nie są Owsiakiem, nie kręcą ich jupitery TV. Konkretni ludzie, praca organiczna jak w XIX wieku. Oni nie deklamują o miłości Ojczyzny tylko dla niej pracują.
Spotykam ludzi dawnego “Polskiego Londynu”: Prezydenta Kaczorowskiego, ale także starego lwowiaka inż. Mieczysława Hampla, Kazimierza Mochlińskiego z Akcji Katolickiej, Mieczysława Jarkowskiego – szefa kombatantów i Artura Rynnkiewicza, który w ciągu ostatnich 10 lat, aż sześć razy był w swoich ukochanych Baranowiczach (na Białorusi). Rozmawiając z nimi lepiej rozumie się słowa polskiego Papieża wypowiedziane na spotkaniu z brytyjskimi Polakami w 1982 roku, na londyńskim stadionie Crystal Palace, o polskiej emigracji, jako “Polsce poza Polską”…

Cholerne wirusy komputerowe. Można się wściec a odgłosy wydawane przez program antywirusowy przy lokalizacji tego diabelstwa przypominają wrzask papugi rozjeżdżanej przez pociąg towarowy.

Znakomite jedzonko w hiszpańskiej restauracji: Pollo Mexicana Fajita – kawałki kurczaka, naleśniki, ser siekany, sałata i kilka dipów oraz spicy chicken paene, pasta, warzywa. Do tego piwo San Migiel. Uczta dla podniebienia, zwłaszcza oryginalna ta Pollo Mexicana. Bartek oczywiście do wszystkiego Cola, jak większość 14-latków.

Blog

14 sierpnia 2004

Posted on

Dzwoni do mnie dziennikarka z jednego z ważniejszych tygodników w kraju z zapytaniem czy ja coś wiem o tym, że francuski rząd zafundował polskiej komisarz Danucie Hubner kurs francuskiego w zamku nad Loarą. Prosi mnie o komentarz do tego, pyta jak oceniam przyjęcie takiej oferty przez wysokiego reprezentanta Polski w UE ze strony kraju, który ostatnio często nas atakował, odpowiadam, że o tym nie słyszałem i nie za bardzo chcę komentować rzeczy, nawet najbardziej bulwersujące, jeśli nie wiem czy na pewno miały miejsce. Wyrażam nadzieję, że coś takiego się nie zdarzyło. Bo jeśli się zdarzyło…

Dzwonię do znajomego Anglika z Manchesteru Phila (ale nie Collinsa, zresztą nawet nie wiem czy ten od Genesis jest z Manchesteru, ale i tak Genesis już nie ma) mówiąc, że jestem z synem na wakacjach, a młodszy syn (starszego zna) kręci mi dziurę w brzuchu, że chciałby zobaczyć mecz Premier Ship, czyli angielskiej ekstraklasy piłkarskiej. Za chwilę Phil oddzwania mówiąc, że ma dla nas 2 bilety na szlagier pierwszej kolejki, czyli Chelsea Manchester. Duża radość. Za chwile radość jest już znacznie mniejsza: Phil bowiem mówi, że te 2 ostatnie bilety będą kosztować: 300 funtów. W tej sytuacji pewnie obejrzymy mecz w TV. Tyle, od biedy, mogę wydać na mecz wyjazdowy polskiej reprezentacji, której z synami kibicuję, obojętnie od jej wyników, ale jeszcze nie oszalałem, żeby płacić, nawet za mecz na szczycie, jednej z najlepszych lig świata. Moja miłość do polskiego sportu nie zna granic, ale dla obcego zna.

Wszędzie w Londynie słychać polski. Wszędzie podróżują, pracują, szukają pracy Polacy. Kupuję kanapkę na Dworcu Victoria – sprzedaje mi Polka Natalia. W pociągu, metrze, autobusie bez przerwy spotykam rodaków. Starzy emigranci opowiadają mi o najnowszych przybyszach z kraju historie mrożące krew w żyłach. Pamiętam wszak ich też krytyczne uwagi o emigrantach solidarnościowych. Polonijny prezes mówi mi, że Polacy zamordowali polskie małżeństwo u których pracowali, ze Polacy zabili staruszkę – Polkę, u której mieszkali, ze Polacy okradli Polaków itd. itp. Przykro słuchać. Na King Street gdzie mieści się Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny (POSK) tzw. „ściana płaczu” czyli tablica ogłoszeń dotyczących oczywiście pracy. Szefowie organizacji emigracyjnych (tych starych) oceniają, że po 1 maja przyjechało tu ćwierć miliona Polaków! Tymczasem „Wyborcza” pisze o 20 tys. Polaków, którzy znaleźli legalną pracę. Oczywiście należy zakładać, że parę razy więcej może pracować na czarno. Kiedyś mówiło się i pisało o „Polskim Londynie” w kontekście emigracji niepodległościowej, Prezydenta i Rządu RP na Uchodźstwie. Dzisiaj można mówić o „Polskim Londynie” w kontekście tych paruset tysięcy Polaków, którzy przyjechali tu szukać swojej szansy.

Jak co rano przeglądam newsy na jednym z portali internetowych. Wczoraj informacja o Polaku, który w RFN potrącił 2 niemieckich dzieci a potem zabił dorosłego Niemca. Zbrodniarz i kretyn. Życzę mu dożywocia. Osłupiałem jednak, gdy zobaczyłem debilną dyskusję na czacie. Paru idiotów natychmiast wypowiedziało się adekwatnie do swojego poziomu umysłowego: „wstydzę się, że jestem Polakiem…”, „a później się dziwią, że ich nie chcą wpuszczać do USA” itp. Kosmiczne brednie. Nie wiem czy debilizm – jak wirusy przenoszą się drogą komputerową? Nie znam wypowiedzi żadnych Niemców, którzy po niedawnym wypadku kanibalizmu, a mówiąc konkretnie zamordowania znajomego i jego zjedzenia (częściowego), którzy by powiedzieli: „wstydzę się, że jestem Niemcem” albo „nie powinni nas wpuszczać do Ameryki (Polski, Japonii itp.)”. Tak żaden Niemiec nie napisze, bo oni nie będą z powodu jednego psychopaty pluć na cały naród. Polacy zaś robią to z wielką wprawą i przyjemnością. Czy jakikolwiek Amerykanin, po zamachu dokonanym przez białego obywatela USA (parę lat temu) w którym zginęło w Domu Towarowym ponad 100 Amerykanów powiedział: „wstydzę się, że jestem Amerykaninem”??? To w ogóle nie byłoby tam możliwe!!! Jak się debil wstydzi, że jest Polakiem to wynocha, nikt tu debili trzymać siłą nie będzie, a jak wyjedzie, to będzie to nawet dobry uczynek”. Współczynnik debilizmu z Polsce zmniejszy się.