Blog

Najtrudniejsze wybory – europejskie

Posted on

W ostatnią niedzielę maja odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego. Niestety jesteśmy jednym z trzech krajów UE o największej absencji (obok Litwy i Słowacji). I fakt ten komentuje się w Brukseli.

Sprawa wyższej frekwencji jest więc nie tylko ważna dla zwycięstwa PiS, ale też istotna dla prestiżu Polski w Europie. To specyficzne wybory także dlatego, że obowiązuje w nich całkiem inna ordynacja. Okręgów jest tylko 13, a nie ponad 40. Niektóre województwa są osobnymi okręgami, inne są łączone, np. Małopolska ze Świętokrzyskiem, Dolny Śląsk z Opolszczyzną, Pomorze Zachodnie z Lubuskiem.

Z kolei Warszawa tworzy okręg z licznymi powiatami – od Pruszkowa po Legionowo i Nowy Dwór Mazowiecki. W każdym okręgu będzie maksimum tylko 10 kandydatów z list poszczególnych partii. Nie ma – uwaga! – stałej liczby mandatów przypadającej na okręg, a więc inaczej niż w wyborach do Sejmu RP.

To, czy mandat pójdzie do np. stolicy, czy na Górny Śląsk, zależy od frekwencji! Mandaty dla komitetów wyborczych są dzielone według specjalnego współczynnika – nie w okręgu, tylko na szczeblu centralnym. To jedna z najbardziej skomplikowanych ordynacji w Europie, ale pójść na wybory trzeba.

tekst ukazał się w “Gazecie Polskiej Codziennie” (23.02.2019)

Blog

Polityczne scenariusze po wyborach europejskich

Posted on

Wyniki wyborów w kolejnych krajach i to zarówno starej Unii, jak i nowej Unii wskazują, że coraz więcej narodów na Starym Kontynencie ma dosyć unijnego establishmentu i chce uważniej patrzeć na ręce unijnym instytucjom.

Wyborcy w Polsce jako jedyni w Unii Europejskiej nie wpuścili lewicy do parlamentu, Węgrzy spowodowali, że trzy razy z rzędu triumfował eurorealistyczny Fidesz. Wyborcy w Czechach zdecydowali, że eurorealiści od premiera Andreja Babisza (choć formalnie członkowie międzynarodówki liberałów) odsunęli od władzy znacznie bardziej euroentuzjastycznych socjalistów. We Włoszech ster rządów przejęły dwie partie stricte eurosceptyczne, w Słowenii wygrała eurorealistyczna prawica, choć nie z taką przewagą, aby stworzyć rząd. Wyborcy w Holandii, którzy przesądzili o zwycięstwie liberałów – euroentuzjastyczny wilk nagle w kampanii przebrał się w owczą skórę eurorealizmu, aby nie dać się zdystansować antyunijnej i antyimigracyjnej partii Gerta Wildersa. Henryk IV Burbon rzekł, że „Paryż wart jest mszy”, a holenderski premier Mark Rutte uznał, że ponowne zdobycie Hagi – do wyborów przystępował jako urzędujący szef rządu – warte jest zagrania na dwóch frontach: eurorealistycznym (by nie powiedzieć więcej) oraz na drugim – bardzo sceptycznym wobec imigrantów.

Europejskie elity i zimny prysznic eurorealizmu

Ten sam manewr zastosował później w Austrii najmłodszy szef MSZ w Europie Christian Kurtz i dzięki temu stał się najmłodszym premierem na Starym Kontynencie. Jego Austriacka Partia Ludowa, bądź co bądź członek chadeckiej międzynarodówki, raptownie zaczęła bębnić w tarabany antyimigracyjne i eurorealistyczne. Skutecznie. Ba, austriaccy wyborcy (szczególnie ci młodsi) mocno poparli Wolnościową Partię Austrii Heinza-Christiana Strachego, którego stosunek do unijnej polityki był jeszcze bardziej negatywny – o jego usprawiedliwianiu trzeciej Rzeszy i naprawdę ostrej polityce antyimigracyjnej nie wspomnę. Jeżeli ktoś by pomyślał, że tym samym spalił się w oczach establishmentu i zamknął sobie drogę na salony, to się bardzo myli. Wolnościowcy Strachego zostali bowiem zaproszeni do rządu Kurza. I jakoś austriackiej chadecji i 31-letniemu wówczas jej liderowi nie spadł włos z głowy, nikt z tego powodu nie zrobił debaty w Parlamencie Europejskim, nikt medialnie z tego tytułu nie wieszał psów i fałszywie nie rozdzierał szat.

We Francji co prawda wygrał liberał Macron, który wcześniej chodził w garniturze czerwonej burżuazji, ale eurosceptycy od Marine Le Pen osiągnęli najlepszy wynik w historii. Teraz są na pierwszym lub drugim miejscu w sondażach przed wyborami europejskimi, choć ich sondażowe poparcie osłabił nieco – paradoksalnie lub nie – ruch żółtych kamizelek.

Wreszcie Hiszpania, w której prawicowa, chrześcijańska, antyaborcyjna, antyimigracyjna partia VOX Santiago Abascala najpierw z przytupem weszła do parlamentu regionalnego Andaluzji, a teraz idzie po co najmniej sześć mandatów w europarlamencie (na całe Królestwo Hiszpanii do tej pory przypadały 54 mandaty, a po brexicie ma ich być 59).

Europarlamentarna układanka po 2 lipca 2019 r.

Stąd też oczekiwania, że wybory w Dniu Matki, czyli w ostatnią niedzielę maja, mogą zmienić geografię polityczną Unii Europejskiej, są w dużej mierze uzasadnione.

Wybory do parlamentu w Brukseli i Strasburgu rozpoczną się w niektórych krajach 23 maja w czwartek, a zakończą trzy dni później, ale europarlament ukonstytuuje się tradycyjnie dopiero w lipcu.

O jakiej większości możemy mówić? W grę wchodzą trzy scenariusze.

Scenariusz numer 1: eurorealiści w przymierzu z eurosceptykami, tradycjonalistami i nawet euronegatywistami uzyskują niewielką większość. Byłby to pierwszy taki przypadek w historii Parlamentu Europejskiego. A przypomnijmy, że w tym roku mija czterdzieści lat od chwili, gdy po raz pierwszy członkowie europarlamentu zostali wybrani w normalnych wyborach w krajach członkowskich wtedy jeszcze Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej (EWG) – wcześniej składał się on po prostu z przedstawicieli poszczególnych parlamentów narodowych. To zresztą przewaga PE nad Komisją Europejską, która działa, nie mając przecież demokratycznego mandatu. Scenariusz eurorealistycznej większości uważam za najmniej prawdopodobny, chociaż całkowicie nie można go odrzucać. Mimo że eurorealiści będą czarnym koniem wyborów europejskich 26 maja A.D. 2019, chociaż znacznie powiększą liczbę szabel w Brukseli i Strasburgu, to stworzenie przez nich funkcjonującej, stabilnej większości może okazać się niełatwe.

Scenariusz numer 2 to przejęcie władzy w PE przez tęczową koalicję – od chadeków, czyli Europejskiej Partii Ludowej poczynając, przez socjalistów, liberałów aż po komunistów i Zielonych. Swoiste odtworzenie dotychczasowej wielkiej koalicji w europarlamencie, czyli tego, co w Niemczech praktykowane jest od lat jako Grosse Koalitzion, jest wręcz niemożliwe: głosów chadeków i socjalistów będzie po prostu zdecydowanie za mało. Skądinąd przez długi czas wielka koalicja była normą w Austrii i Luksemburgu. Ten scenariusz teraz w Brukseli/Strasburgu jest wręcz mission impossible.

Ale nawet biorąc pod uwagę hipotetyczną koalicję trzech, czyli EPL plus socjaliści plus liberałowie, to też może na taki „trójkąt” zabraknąć mandatów. To z kolei może oznaczać antyprawicową koalicję na zasadzie „kupą, mości panowie”. Byłoby to takie eurofederalistyczne „pospolite ruszenie”. A ponieważ zgodnie z teorią marksizmu i leninizmu walka klasowa zaostrza się w miarę przebiegu rewolucji, to taka koalicja, mając jako jedyne spoiwo niechęć do prawicy i eurorealizmu (eurosceptycyzmu), uczyniłaby Parlament Europejski niewiele mniej (?) zideologizowanym niż teraz.

PE: realny kompromis czy krucjata ideologiczna?

Scenariusz numer 3: nowy Parlament Europejski jest, jeśli chodzi o władzę, reprezentatywny dla wszystkich większych europejskich nurtów politycznych. To znaczy, że w prezydium PE (przewodniczący i 14 wiceprzewodniczących oraz pięciu kwestorów, czyli, powiedzmy, skarbników, ale bez prawa głosu) będą przedstawiciele różnych, ale wszystkich (sic!) opcji. Zatem chwilowa większość nie przegłosowuje chwilowej mniejszości. Co więcej, oznaczać to może powrót do źródeł, czyli do czasów, kiedy EWG i UE podejmowały decyzje, może w wolniejszym procesie decyzyjnym, ale z prawem weta. W praktyce oznaczało to cierpliwe budowanie konsensusu państw członkowskich, obojętnie czy było ich sześć (1959–1973), czy też dziewięć (1973–1981), dziesięć (1981–1986) czy dwanaście (1986–1995) i wreszcie piętnaście (1995–2004).

Czy taki scenariusz realnego kompromisu i podziału władzy w pe między wszystkie (!) frakcje jest możliwy? Tak, jest prawdopodobny. na pewno bardziej niż ten pierwszy z wyraźną większością realistyczną. I chyba mniej prawdopodobny niż ten drugi z ideologicznie zawziętą większością.

*tekst ukazał się w “Gazecie Polskiej Codziennie” (25.02.2019)

 

Blog

Notre Dame, Europa katedr, wojna cywilizacji…

Posted on

Widok płonącej katedry Notre Dame był przerażający. Widok modlących się na klęczkach paryżan przed tym symbolem Francji – Córy Kościoła – poruszający. Czy potrzeba było pożaru jednej z najbardziej znanych świątyń chrześcijańskiej Europy, aby Francuzi zaczęli się publicznie modlić?

Pożar paryskiej katedry przypadł akurat w czasie, gdy pojawiły się w Republice Francuskiej silne tendencje do   usuwania z armii tradycji i symboli chrześcijaństwa. Notre Dame płonęła w czasie, kiedy  codziennie we Francji desakralizowane są lub niszczone co najmniej dwie (sic!)świątynie. Część olbrzymiej rzeszy francuskich muzułmanów jest na cywilizacyjnej wojnie z chrześcijańską Francją, która przecież przyjmowała ich dziadków i rodziców czy ich samych z francuskiej Afryki. Czy to krajów bliskiego Maghrebu (Maroko, Algieria, Tunezja) czy „czarnej Afryki”. Zabójstwa księży nie zdarzają się tu często – ale jednak mają miejsca – jednak dewastowanie kościołów to już – o tempora, o mores – swoista haniebna norma. Chrześcijańska Francja milczy ,a nawet jeśli protestuje, to znajduje się w  głębokiej defensywie i nie ma żadnego wpływu na polityczny Paryż.  Francja laicka  przyjmuje to z milczącą obojętnością, być może uważając, że nie jest to jej problem albo że jakiekolwiek  reakcje państwa wzbudzą kontrreakcje islamskiej mniejszości. Zatem tradycyjna Francja jest w głębokiej defensywie zaś Francja muzułmańska wręcz przeciwnie. Co prawda burmistrz Paryża nie jest jeszcze wyznawcą Mahometa, jak burmistrz Londynu, ale według niepisanych, lecz praktykowanych parytetów we francuskim rządzie, podobnie jak w brytyjskim, jest stała „pula” ministerialnych stanowisk dla muzułmanów.

Jako student pierwszego roku historii pisałem wielostronicowy referat, posiłkując się wyłącznie zagranicznymi opracowaniami o średniowiecznej  katedrze w Chartres – tej, która wraz z ,miedzy innymi,  Notre Dame stanowi  „Europę katedr”. To był rok 1982, w Polsce był stan wojenny, a ja w przerwach między konspirowaniem pisałem o tym, co ponadczasowe. Od tego czasu minęło niemal 40 lat. Jak bardzo jednak zmieniła się Francja w tym czasie! Polska też: obaliliśmy komunizm, ścieramy się z wojującym antyklerykalnym, a de facto antychrześcijańskim liberalizmem i lewactwem – ale jednak chrześcijańska busola jest dla przeszło tysiącletniego narodu polskiego bardzo istotnym punktem odniesienia. W mojej Ojczyźnie kościołów nie sprzedaje się na sklepy czy magazyny, jak we Francji i w wielu krajach Europy Zachodniej, w tym w ojczyźnie  komisarza Fransa Timmermansa. Żeby daleko nie szukać: w Brukseli, bynajmniej nie na peryferiach, ale w środku tej formalnej stolicy Królestwa Belgii i nieformalnej stolicy Unii Europejskiej jest popularna dyskoteka, która jeszcze nie tak dawno była … katolicką świątynią. Pomysłowość Belgów konkuruje z pomysłowością Irlandczyków, którzy na swojej „Zielonej Wyspie” kościoły zamieniają na… puby.

Kiedyś, ze dwie dekady wstecz, wracając bodaj z posiedzenia Zgromadzenia Parlamentarnego Unii Zachodnioeuropejskiej – siedziba tego przeżytku, który stracił znaczenie z chwilą, gdy cała Europa Środkowo-Wschodnia gremialnie przystąpiła do NATO i UE znajduje się w Paryżu – spotkałem na lotnisku bardzo znanego dziennikarza „Gazety Wyborczej”. Zamieniliśmy dwa słowa. Pamiętam jego milczenie i dziwną minę, gdy użyłem pojęcia „Europa katedr”. Minęło tyle lat, miałem w tym czasie tysiące rozmów, a do dziś zapamiętałem fragment tamtej. Tak, właśnie: „Europa katedr” .

Z kim nie rozmawiam, w Polsce czy we Francji – a piszę te słowa właśnie na terytorium Republiki Francuskiej, w Strasburgu – nikt nie wierzy w oficjalną wersję przyczyny pożaru Notre Dame: pozostawioną nie wyłączoną spawarkę podczas prac renowacyjnych katedry. Wszyscy wskazują na muzułmańskich radykałów. Nie wiem czy to prawda, ale świadczy to o  nastrojach, o atmosferze, o poczuciu jednak, mówiąc Samuelem Huntingtonem, wojny cywilizacji…

*tekst ukazał się w miesięczniku “Nowe Państwo”

Blog

O strefie euro, spowolnieniu gospodarczym i bezrobociu

Posted on

Europa ma wejść w fazę spowolnienia gospodarczego. Widać to szczególnie po Niemczech, gdzie wzrost PKB per capita rocznie dotąd wynosił  1,5%, a więc był  ponad trzy razy mniejszy niż w Polsce (nasz wzrósł o 5,1%). Nie ma co mieć „Schadenfreude”  czyli cieszyć się z problemów innych i to  nie dlatego że tak nie wypada, tylko dlatego że polska gospodarka jest w sporej mierze uzależniona od niemieckiej: to Republika Federalna Niemiec stanowi dla nas rynek eksportowy „numer 1”, a z kolei my również najwięcej importujemy znad Renu i Sprewy.

Polska złotówka czyli rekord niskiego bezrobocia

Ciekawe, że Niemcy wchodzą w fazę spowolnienia z jednym z dwóch najniższych stopni bezrobocia w całej UE-28. Tylko Czesi maja je niższe od nich, bo 1,9% – Berlin zaś 3,2%. Rzeczpospolita jest tuż za podium i za jeszcze Luksemburgiem (3,3%) mając bezrobocie na poziomie 3,4%. Żartobliwie mówiąc to zapewne  przyjaźń polsko-madziarska powoduje, że bezrobocie nad Dunajem jest na identycznym poziomie, co u nas – 3,4%. Na szóstym miejscu w tej klasyfikacji jest kolejny kraj „nowej Unii” czyli Malta 3,5%. Stawkę szczęśliwej siódemki zamyka Rumunia z 3,8%. Oznacza to, co też jest charakterystyczne, że na siedem krajów o najniższym bezrobociu, aż pięć to państwa „nowej UE”, a tylko dwa są z dawnej „Piętnastki”. Biorąc pod uwagę pierwszą dwunastkę to tylko trzy państwa reprezentują dawną EWG – dochodzi jeszcze Wielka Brytania- a aż dziewięć „nową Unię” (dochodzą jeszcze Słowacja, Bułgaria i Estonia).  Cztery państwa, które zamykają stawkę to Grecja (18,5%), Hiszpania (14%), Włochy (10,2%), Francja (8,8%), a więc wszystko państwa „starej Unii”. Można na tę statystykę spojrzeć jeszcze inaczej – z punktu widzenia przynależności do strefy euro. Wśród dziesięciu państw UE o najmniejszym bezrobociu, większość, bo sześć, pochodzi spoza eurolandu (Czechy, Polska, Węgry, Rumunia, Wielka Brytania i Bułgaria), a tylko cztery (Niemcy, Luksemburg, Malta i Słowacja) są  w strefie euro.

Cytuję te znamienne statystki, nawiązując do artykułu premiera Mateusza Morawieckiego na portalu politico.pl. Ten anglojęzyczny tygodnik, ale też portal, od lat funkcjonuje w Brukseli i jest dość opiniotwórczy. Skądinąd to bardzo dobrze, że Prezes Rady Ministrów RP zdecydował się na publikację w medium dotychczas wyraźnie sceptycznym wobec polskich władz. To, można rzec, swoisty, „mecz na wyjeździe” Mateusza Morawieckiego. Ale właśnie w takich mediach również warto walczyć o prezentowanie polskiego punktu widzenia, zdecydowanie różnego od lewicowo-liberalno-EPL-owskiej propagandy na temat  naszego kraju. Przekonywanie przekonanych to stanowczo za mało.

Szydło eurolandu wychodzi z worka „totalsów”

Wracając do strefy euro warto podkreślić, że nie jest to bynajmniej temat, który Prawo i Sprawiedliwość sprytnie wyciąga na użytek kampanii wyborczej, wiedząc że 4/5 Polaków ma krytyczny stosunek do akcesu Rzeczpospolitej do eurolandu. Oto bowiem dosłownie w ostatnią środę, 1 maja w TVP Info w Programie „O co chodzi?” Krzysztofa Skowrońskiego,  działacz lewicy , a konkretnie stanowiącej część Koalicji Europejskiej formacji „Inicjatywa Polska” (lider: Barbara Nowacka), która niedługo przekształci się formalnie w partię polityczną ),pan Rafał Lipski stwierdził, że „bycie w strefie euro”  to „jedna z wartości europejskich” (sic!). Młody człowiek ,znany głównie z wypowiedzi atakujących Kościół Katolicki, ludzi wierzących, polską historię, a także obecne polskie władze, naprawdę to powiedział! Z wrodzoną sobie delikatnością zwróciłem mu uwagę, że rządzone przeważnie przez lewicę Królestwo Szwecji i Królestwo Danii w strefie euro nie są i nic nie wskazuje, aby w jakikolwiek sposób zamierzały podjąć starania, aby w niej się znaleźć. Idąc tokiem rozumowania Lipskiego, Sztokholm i Kopenhaga nie reprezentują „wartości europejskich”! Podobnie zresztą, jak Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, które wszak, choć rządzone przez brzydkich  konserwatystów stawia ów działacz lewicy – gdy nazwałem go „socjalistą”, oburzył się i powiedział, że jest „socjaldemokratą” – jako wzór godzien  uznania , bo Londyn uznał, jak to R. Lipski określił, „równościowe małżeństwa”. To potworek językowy, choć domyślam się o co chodziło panu towarzyszowi z Inicjatywy Polskiej. Cytuję jego wypowiedź, bo opozycja zarzuca rządowi, że „wyciąga” temat wejścia Polski w strefę euro z powodów czysto wyborczych, w sytuacji gdy opozycja o tym w ogóle nie mówi. Tymczasem jest to kolejna wypowiedz przedstawiciela Koalicji Europejskiej, która jednoznacznie potwierdza jej chęć wtłoczenia nas do „eurolandu”. Ów lewak jest znany głównie z telewizji, ale o konieczności naszego wejścia do eurostrefy mówił w ostatnim czasie i sam Grzegorz Schetyna, przewodniczący PO i Katarzyna Lubnauer przewodnicząca Nowoczesnej (tym razem nie nazwała Junckera Junckersem, jak kiedyś w Polskim Radiu, w Programie Pierwszym)i  Ryszard Petru, przewodniczący partii „Teraz”, czy dyżurny „anty-Kaczysta”, zwolennik KE, Leszek Balcerowicz – ten ostatni powtarza to niczym mantrę. Jak widać  szydło eurolandu wychodzi z worka „totalsów” przy niemal każdej okazji.

Zdrowy polski sceptycyzm wobec eurolandu

Premier Mateusz Morawiecki w „Politico” napisał, że spowolnienie gospodarcze, obok  m. in. imigracji i terroryzmu oraz Brexitu jest jednym z głównych wyzwań stojących przed Unia Europejską. Ma rację. Na szczęście akurat jego i nasz rząd potrafił uruchomić taką politykę, która owe spowolnienie gospodarcze może zatrzymać lub ograniczyć lub przynajmniej opóźnić. To uruchomienie „500 plus” na pierwsze dziecko oraz trzynastej emerytury oznacza wpuszczenie znaczących pieniędzy bezpośrednio na rynek konsumpcji – ludzie raczej nie będą tych pieniędzy odkładać do banku czy przysłowiowej „skarpety” . Oznacza to ożywienie popytu konsumpcyjnego oraz zyski dla polskich firm oferujących towary i usługi. Słowem: dalsze nakręcanie koniunktury gospodarczej poprzez podtrzymanie trendów popytowych.

Polska prowadzi bardzo zdroworozsądkową, pragmatyczną, realistyczną politykę ekonomiczną. Przez ostatnie niemal cztery lata bardzo umiejętnie potrafiliśmy wykorzystać globalną i kontynentalną koniunkturę gospodarczą, niczym świetny surfer falę na oceanie. Teraz uruchamiamy hamulce broniące nas przed gospodarczym spowolnieniem, które objawia się wyraziście u naszych najbliższych zachodnich sąsiadów i dalej. Zdrowy, narodowy i ludowy polski rozsądek objawia się sceptycyzmem odnośnie do naszego wstąpienia do strefy euro. Sceptycyzmem, który od lat był początkowo niedeklarowaną oficjalnie, ale teraz już publicznie prezentowaną linią polityczną władz RP. Nasze państwo, które zajmuje czwarte miejsce w Unii Europejskiej, gdy chodzi o niski poziom bezrobocia, jest jednocześnie od pięciu kwartałów liderem, gdy chodzi o wzrost PKB na mieszkańca i wyraźnie gospodarczo rośnie – chce kontynuować tą korzystną dla narodowych interesów politykę gospodarczą, także po jesiennych wyborach do Sejmu i Senatu  RP. Aby tak się stało, trzeba jednak najpierw wygrać wybory europejskie….

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (06.05.2019)

Blog

Wojna cywilizacji i rola Polski

Posted on

To wszystko było jak metafora. W Wielkim Tygodniu, pożar symbolu „Europy katedr” – paryskiej  Notre Dame, a następnie w Wielką Sobotę tragiczne żniwo islamskich szwadronów śmierci na Cejlonie. Z jednej strony płonąca katedra „córy Kościoła”, by użyć słów o Francji polskiego papieża Jana Pawła II, z drugiej kolejne ludobójstwo chrześcijan – bo przecież tak to należy nazwać.

Islamizacja jako determinizm historyczny

Niektórzy wieszczą – oby byli fałszywi prorokami! – że zgliszcza katedry, którą zwiedzało wielu z nas, a pewnie wszyscy się z nią utożsamiają jako integralna częścią europejskiego dziedzictwa, symbolizują „koniec historii”, mówiąc Francisem Fukuyamą w odniesieniu do chrześcijańskiej Europy. Twierdzą oni, że na naszych oczach odchodzi w niebyt Europa tradycji i wartości chrześcijańskich zastępowana Europą „multi-kulti”.  Ten swoisty determinizm źle mi się kojarzy, bo wprost z „nieuchronnością dziejową”, rodem z marksizmu. Tak, Europa zmienia się. Jest inna niż dawna, „rodzina Europa”, by użyć tytułu książki Czesława Miłosza. Przyznajmy: tę dawną Europę często idealizujemy, bo to przecież tutaj miały miejsce dwie wojny światowe, a  przez całe wieki w zeszłym tysiącleciu toczyły się konflikty zbrojne, grabieże i wojny religijne. Nie ma co lukrować historii, ale  przy wszystkich wadach, rzeziach i okropieństwach, a także bezbronności wobec śmiercionośnych epidemii, była to przez kilkanaście wieków Europa chrześcijańska.

Imigranci spoza Europy – „podatek od przeszłości”

Ba, dalej jest, choć rzeczywiście muzułmanie uzyskują coraz większy wpływ, zwłaszcza, choć nie tylko, w państwach, które kiedyś były mocarstwami kolonialnymi. Dziś te kraje, takie jak Francja, państwa Beneluksu (zwłaszcza Belgia i Holandia), Wielka Brytania, Niemcy (zapomina się, że i one miały kolonie w Afryce, rządzone zresztą bardzo twardą ręką…), a także kraje Europy Południowej – wszystkie w jakiejś mierze płacą „podatek od przeszłości”: przez wieki czerpały zyski z kolonii, dzięki nim także stawały się bądź mocarstwami, bądź krajami bardzo bogatymi. Tym „odsetkiem od wzbogacenia” są właśnie milionowe rzesze imigrantów, choć oczywiście nie wszyscy oni pochodzą  z dawnych kolonii poszczególnych państw.

Służby specjalne Zachodu w walce z muzułmańskim terroryzmem

Zatem Europa zmienia się. Także gdy chodzi o kwestie bezpieczeństwa. Jesteśmy jako Stary Kontynent coraz bardziej narażeni na ataki terrorystyczne i ale tez fale „zwykłej” przestępczości i przemocy, której sprawcami są bądź uchodźcy i imigranci bądź dzieci i wnuki imigrantów, którzy nie chcieli albo nie byli w stanie się zasymilować. Wbrew popularnym tezom o rzekomej „bezbronności” szeroko rozumianego Zachodu, w tym Europy, w kontekście islamskiego terroryzmu akurat należy pochwalić służby specjalne wielu państw, poczynając od USA, ale również krajów  europejskich.  Szczególne wyrazy uznania nalezą się służbom brytyjskim i niemieckim, które udaremniły w ostatnich latach dziesiątki zamachów na swoim terenie. Nie jest to specjalnie nagłaśniane, aby nie tworzyć psychozy zagrożenia, a także aby nie zachęcać kolejnych kandydatów do wysadzenia się traktowanego jako najprostsza i najkrótsza droga do zameldowania się w seraju z dziewicami. Służby z Londynu i Berlina mają też duże sukcesy tam, gdzie o nie najtrudniej – czyli w likwidowaniu tzw. „samotnych wilków”, a więc pojedynczych terrorystów, którzy działają na własną rękę i w związku z tym są szczególnie trudni do wykrycia.

Charakterystyczne, że służby we wszystkich państwach Europy Zachodniej po cichu – nigdy nie publicznie (chyba, że ktoś już jest na emeryturze) – krytykują … polityków swoich państw, którzy będąc w szponach „politycznej poprawności” boją się nie tylko informować o zagrożeniach terrorystycznych, ale też prewencyjnie działać, aby ograniczyć niebezpieczeństwo zamachów. Przykładów jest wiele, choć najbardziej spektakularnym jest exemplum nieszczęsnej lewicowej burmistrz Barcelony Ady Colau, która parę miesięcy przed największym i najbardziej tragicznym zamachem muzułmańskiego dżihadu w stolicy Katalonii, w środku miasta, na słynnym deptaku La Rambla – nie zgodziła się na umieszczenie betonowych zapór uniemożliwiających wjazd ciężarówką – a tej właśnie broni użyli zabójcy spod znaku półksiężyca.

Tak, słowa Samuela Huntingtona piszącego  o wojnie cywilizacji, pasują  do obecnej sytuacji. Gdy w miniony czwartek byłem na „Rozmowach Niedokończonych” w Radiu Maryja, zadzwonił jeden ze słuchaczy przypominając dzieła polskiego historiozofa Feliksa Konecznego. Profesor Koneczny w swojej epoce był jednym z trzech najwybitniejszych historiozofów świata, obok Brytyjczyka Arnolda Toynbee’ego i Niemca Oswalda Spenglera. On długo przed Huntingtonem – i jednak inaczej – pisał o poddziale na cywilizacje. Polskę sytuował  w ramach cywilizacji łacińsko-chrześcijańskiej. Jego rozważania o cywilizacji turańskiej czy bizantyjskiej są bardzo interesujące w kontekście poznawania dziejów Europy, zwłaszcza Europy wschodniej, a  w szczególności Rosji.

Szariat zamiast soft-islamu?

Rzeczywiście, mamy do czynienia ze starciem cywilizacji chrześcijańskiej (szereg ekspertów używa określenia: judeochrześcijańskiej) i muzułmańskiej. Konfrontacja ta nie musi przebiegać wyłącznie, czy nawet głównie na drodze wojen, walki zbrojnej czy terroryzmu. Chodzi też o kwestie gospodarcze  oraz – co szczególnie istotne – kulturowe. No, bo jak inaczej odebrać niebywałą aktywność chociażby Arabii Saudyjskiej, gdy chodzi o fundowanie meczetów w różnych częściach świata – zwłaszcza tam, gdzie funkcjonują wyznawcy Mahometa bądź będąc w mniejszości i licząc, że z czasem staną się większością bądź tę większość już stanowiąc. Mówię tutaj także o Europie. Obszarem szczególnej aktywności bogatych krajów islamskich (nie tylko państw Zatoki Perskiej, ale też np. Turcji) są Bałkany. Rosnące, jak grzyby po deszczu, meczety i symbolizujące ich minarety w Bośni i Hercegowinie, Kosowie czy Albanii  to ich dzieło. W ślad za tym idzie zapraszanie na studia koraniczne młodych muzułmanów właśnie z Bałkanów Zachodnich, którzy wracają po paru latach jako ortodoksyjni mułłowie, aby nauczać  zgodnie z prawem szariatu. Żeby było jasne: dotyczy to nie tylko Bałkanów, ale i innych części świata i to skrajnie różnych, jak … Indii, ale też krajów Azji Środkowej czyli Azji postsowieckiej. W centralnej Azji będącej wciąż terenem rosyjskich wpływów (malejących, ale jednak)  półdyktatorskie władze dotychczas trzymały za twarz muzułmańskich radykałów, a urzędowy islam był w praktyce postkomunistycznym soft-islamem. Teraz Rijad z Ankarą pewnie chciałyby to zmienić.

To, czy Europa zachowa swój chrześcijański charakter, zwłaszcza w naszym regionie, zwłaszcza naszej Ojczyźnie, zależy głównie od nas. Zależy od Polaków – a więc Europejczyków.

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (29.04.2019)

Blog

Automarginalizacja Tuska

Posted on

Proponuję lekturę wywiadu, jakiego udzieliłem portalowi  DoRzeczy.pl. Rozmowę przeprowadził red. Przemysław Harczuk.

Jak ocenia Pan hucznie zapowiadany powrót Donalda Tuska i wystąpienie na Uniwersytecie Warszawskim? 

Ryszard Czarnecki: Z dużej chmury mały już nawet nie deszcz, nie deszczyk, ale mżaweczka. Napompowany balon oczekiwań pękł. Przekłuł go osobiście Donald Tusk. Były premier zamiast przedstawić wizje przyszłości Europy, przyszłości Polski, ograniczył się do paru żarcików, szpilek wbitych rządzącym. Było to żenujące. Szef Rady Europejskiej chyba nie rozumie, że poważna polska polityka nie może składać się z bon motów, paru grepsów. On nie ma żadnej wizji politycznej. Wizję tę ma Jarosław Kaczyński. Tusk nie rozumie polityki, wydaje mu się, że wszystko sprowadza się do gry słownej.

Przemówienie Donalda Tuska zostało poprzedzone wystąpieniem Leszka Jażdżewskiego z Liberte, który ostro zaatakował Kościół, mówił o „liberalnej rewolucji”. Czy to zapowiedź zaostrzenia kursu obozu liberalnego? 

“Z kim przestajesz, takim się stajesz” – to powiedzenie można zadedykować Donaldowi Tuskowi. Jeżeli były premier za sojuszników dobiera sobie ludzi, których określić można  mianem „osobistych nieprzyjaciół Pana Boga”, świadczy to tylko o nim. Ale to powoduje że i sam Tusk i obóz liberalny, mają problem.

Dlaczego? 

Głos radykalnych przeciwników Kościoła w kraju takim jak Polska jest ,owszem, zauważalny i bardzo głośny. Ale tyle co głośny, to marginalny. A więc Tusk, dobierając sobie niczym gwiazda przed koncertem takiego „supportera”, marginalizuje sam siebie.

 

Blog

To Polacy decydują o Polsce

Posted on

Czy w Europie będzie „Wiosna Ludów”, która pozytywnie zmieni oblicze Unii Europejskiej? Czy nastąpi powrót do idei przyświecających Europejskiej Wspólnocie Węgla i Stali, a  potem EWG, powrót do wartości chrześcijańskich? I tryumf idei Europy Ojczyzn, Europy Narodów? Czy zostanie przekreślony projekt, który w  praktyce politycznej dezintegruje UE -chodzi o przekazywanie coraz więcej kompetencji do Brukseli i stworzenia jednego eurosuperpaństwa? Pamiętajmy wszak, że my, Polacy, chcąc wpływać – we własnym interesie – na kształt Unii powinniśmy przede wszystkim myśleć o własnym państwie i takim jego urządzeniu, aby było ono podmiotem na arenie międzynarodowej i sprawnym instrumentem ochrony praw i interesów Polaków. W nauce Kościoła istnieje zasada „ordo caritatis” czyli „porządku miłosierdzia”: oznacza ona, że najpierw troszczymy się swoją rodzinę, swój naród, swoje państwo, a dopiero potem „zbawiamy” świat. Nawet przy niekorzystnych z punktu widzenia naszej tradycji i systemu wartości – o które oparte są historia i współczesność naszego Narodu i organizmu państwowego – tendencjach w Europie, to MY, nad Wisłą i Odrą będziemy decydować o kształcie i zasadach prawnych naszej wspólnoty narodowej. Przy naszej konsekwencji nikt z zewnątrz, z Europy czy spoza niej (ustawa 447.) nie jest w stanie nam niczego narzucić.

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (04.05.2019)

 

Blog

O Notre Dame i unijnym budżecie

Posted on

 Zapraszam do lektury wywiadu, jakiego udzieliłem dla Radia “Wnet”. Rozmowę przeprowadził red. Krzysztof Skowroński, prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

 

Jest 7:45, spróbujemy połączyć się z Brukselą, tam jest europoseł Czarnecki. Dzień dobry! 

– Dzień dobry, Panie Redaktorze, ale wciąż Francja, bo Strasburg, ostatnie posiedzenie Parlamentu Europejskiego w tej kadencji, ostatnie przed wyborami do Parlamentu Europejskiego 26 maja.

Ostatnie posiedzenie, pewnie zdominowane  w kuluarach przez to, co zdarzyło się w Paryżu, pożar Katedry Notre Dame. 

– Z całą pewnością tak. To temat rozmów i to nie tylko na sali plenarnej. Wczoraj cały europarlament bił barwo francuskiemu europosłowi z centroprawicy, który mówił o tym dramacie. Jest to temat obecny również w windzie, na korytarzu. Temat powszechny. Rzadko się zdarza, aby jakieś wydarzenie tak zdominowało rozmowy europosłów, no,ale oczywiście poza tym także konwersacje na temat tego, co nastąpi za najbliższą godzinę i 15 minut, czyli posiedzenie związane z Brexitem, czyli ta „never ending story”, niekończąca się opowieść. Godzina poświęcona w europarlamencie Brexitowi, wystąpienia przedstawiciela Rady Europejskiej i Komisji Europejskiej – czyli Tuska i Junckera.

To zanim powiemy o Brexicie, powiedzmy co europosłowie mówią na temat katedry, możliwości odbudowania? Czy zareagowali na apel przewodniczącego europarlamentu, żeby się europosłowie opodatkowali w wysokości jednodniowej diety i przekazali te pieniądze na odbudowę katedry? 

– Jest wystawiona taka wielka puszka przed salą plenarną, tam można wrzucać datki. Jest o operacja anonimowa, czyli nie jest tak, że europosłowie to czynią z konta bankowego –  nie będzie więc wiadomo, kto dał, kto nie dał. Zresztą jest szereg wypowiedzi, także europosłów z Polski, że nie należy dawać, bo mamy różne swoje  ważne cele u nas w kraju, takie są również głosy, i to również pojawiające się oficjalnie. Natomiast też są takie głosy mówiące: dać warto, tylko pytanie, co powstanie na tym miejscu, czy będzie to katedra katolicka, tak jak była budowana od 1136 roku -prezydent Macron pomylił się jednak mówiąc, że ponad tysiąc lat istniała ta katedra, pomylił się o półtora stulecia. Natomiast pewnie dla wielu z nas Katedra Notre Dame zawsze kojarzyła się z Kościołem Katolickim i pomysły, żeby tam zbudować jakieś centrum multireligijne, wydają się  takie dosyć specyficzne. No oczywiście to jest decyzja Francuzów, ale z naszego punktu widzenia ciągłość podtrzymania tradycji jest rzeczą ważną.

A może nawet najważniejszą. Wczoraj też poznaliśmy zarysy budżetu europejskiego na następny  czas. Widziałem taka krytyczną  Pana opinię, że Polsce przeznaczono  20 miliardów euro mniej w tym nowym budżecie. Czy to prawda? 

-Tak, tylko, że to nie jest tylko problem Polski, to jest problem całej Europy Środkowo-wschodniej, która  została tak potraktowana przez Komisję Europejską, bo to ona przygotowuje budżet, a nie Parlament Europejski. Komisja przygotowała budżet bardzo krzywdzący  cały nasz region Europy, a więc 11 państw spośród 13 nowych członków UE, nie liczę Malty i Cypru, ale one też były bardzo pokrzywdzone w tej propozycji budżetowej na lata 2021-2027 . Następuje przesuniecie  pieniędzy z naszego regionu Europy, który jest wciąż najmniej zamożny, do Europy Południowej, a wiec no, jednak, poza Grecją, regionu zamożniejszego od naszej części Europy. Ale także, jak to szczerze przyznał w debacie w PAP europoseł PO, specjalista od budżetu, Jan Olbrycht ,że w tej propozycji KE budżetu siedmioletniego  następuje, jak to określił, „rozsmarowanie” tego budżetu na całą Unię, a to oznacza, że część środków pójdzie do najbogatszej części Europy, czyli Europy Zachodniej i Europy Północnej. To jest swoistym paradoksem,  bo EWG, Unia zawsze starały się dotychczas wyrównywać poziomy poszczególnych regionów i krajów. Teraz raczej ten budżet pogłębia dysproporcje. Lobbuje pewną asymetrię. Ja tylko nie mogę zrozumieć dlaczego do tego przyłożyła rękę pani Elżbieta Bieńkowska, komisarz, była wicepremier w rządzie PO-PSL, „sorry ,taki mamy klimat”. Ale ja tego nie rozumiem, bo nie rozumiem, dlaczego Platforma Obywatelska, Koalicja Europejska mówią ,jak świetne maja kontakty w Unii, jak dostaną władze, to pokażą, co załatwią. Tymczasem pani komisarz Bieńkowska, jest komisarzem od 5 lat, osobą znaną w KE i praktycznie podpisała się pod tym budżetem, dla Polski fatalnym. Zatem więc, jak przychodzi co do czego PO ma swoich ludzi i nie są oni w stanie nic załatwić – nie chcą czy nie potrafią? Liczy się efekt. Ten jest fatalny.

20 miliardów euro netto euro mniej, to oznacza, że będziemy już płatnikiem netto – że będziemy do Unii wpłacali już więcej niż otrzymamy? 

– Jeszcze nie. Nie teraz. Już mówię. Otóż, po pierwsze już teraz negocjacje się zaczęły odnośne tego budżetu. One wyraźnie przyspieszą po ukonstytuowaniu się Parlamentu Europejskiego, a to nastąpi na początku lipca, a zwłaszcza przyspieszą, gdy będzie już nowa Komisja Europejska. A będzie ona jesienią, w listopadzie  i tutaj w tym trójkącie, który mam nadzieję, nie będzie Trójkątem Bermudzkim – to znaczy Parlament Europejski, który zawsze chce największego budżetu dla UE, Komisja Europejska, która ma największego węża w kieszeni i Rada Europejska, która jest między Komisją a europarlamentem. W tym trójkącie to się rozegra. Uwaga, przypuszczalny koniec negocjacji budżetowych nastąpi dopiero za 1,5 roku, jesienią 2020 podczas prezydencji niemieckiej. I to jest pewna norma, ze budżet jest de facto uchwalany parę miesięcy przed rozpoczęciem  tego okresu siedmioletniego. Za komuny były „pięciolatki”, UE ma „siedmiolatki” budżetowe. I oczywiście tutaj  myślę, że polski rząd będzie w  stanie dużo zmienić. Już w tej w chwili widać, że zwłaszcza w dwóch obszarach: CAP- Common Agricultural Policy (Wspólna Polityka Rolna) oraz Fundusz Spójności  , a wiec w tych dwóch kanalach finansowych, które dawały dla Polski najwięcej pieniędzy, tutaj podczas rokowań prowadzonych przez rząd PiS będą korzystne zmiany dla nas, krajów rolniczych.  Pochwalę polski rząd, bo on tu zawarł taką niespodziewaną koalicję dla wielu, pokazując, że ma zdolności koalicyjne, zawarł koalicję z Francją, z którą różnimy się, jeśli chodzi o przyszłość Europy, a Macron nas wielokrotnie krytykował, niesłusznie zreszta , tymczasem myśmy potrafili zawrzeć z Paryżem sojusz – myślę, że będzie skuteczny – gdy chodzi o zwiększenie środków na rolnictwo . Bo na tym zależy i Polsce i Francji, a także innym krajom Europy Południowej, takim jak Hiszpania, Portugalia, Włochy czy Grecja.

Czyli w  ramach tej propozycji Komisji Europejskiej są większe środki dla rolników również w Polsce ? Czyli wyrównaniu będą ulegały dopłaty dla polskich rolników z tymi, którzy otrzymują rolnicy w Europie Zachodniej? 

W ramach propozycji Komisji Europejskiej tego nie ma. KE proponuje znaczące zmniejszenie tych środków i na rolnictwo i na Fundusz Spójności. Już wiadomo, że to będzie zmienione. Na  finalny efekt negocjacji poczekamy jeszcze parę miesięcy, natomiast ważne jest, że Polska  zawarła dwie koalicje : jedną taką prorolniczą z krajami  Europy Południowej  -np. w Niemczech zaledwie 3% ludzi pracuje w sektorze rolnictwa, w Polsce i Grecji parokrotnie więcej.  Zatem siłą rzeczy sprzymierzamy się z tym, dla których to rolnictwo też jest ważne, dla których  to też jest istotną trampoliną finansową. A oprócz tego istnieje też „koalicja przyjaciół” Funduszu Spójności  i tutaj są kraje naszego regionu, nie wszystkie, bo są już takie, które są bardzo zamożne, na przykład Estonia i Słowenia, mają PKB na głowę mieszkańca zdecydowanie wyższe niż kraje Europy Południowej, zresztą Polska też wyprzedziła Grecję za tego rządu, mamy PKB bliski Portugalii, pewnie wyprzedzimy ją w tym aspekcie także niedługo. Podsumowując, są duże szanse na to, ze budżet, który jest w tej chwili na stole, a wiec propozycja  Komisji Europejskiej, czynnie wsparta przez panią  komisarz Elżbiete Bieńkowskiej, będzie zmieniony po negocjacjach rzadu z UE. Nie zmniejsza to jednak odpowiedzialności pani komisarz i wicepremier za rządów PO-PSL za budżet, który na obecną chwile jest fatalny dla Polski.

Jeśli krótko jeszcze możemy powiedzieć o tym ostatnim posiedzeniu  europarlamentu -poza Brexitem, o którym chyba nic nowego nie można powiedzieć. Jaki będzie ten akcent końcowy: czy wszyscy wspólnie zaśpiewają „Odę do Radości”? 

Nie sądzę. Ten parlament raczej mało rzeczy robił wspólnie, był najbardziej, z mojej perspektywy – a jestem po raz kolejny europosłem, więc mam tu doświadczenie – najbardziej ideologicznym Parlamentem Europejskim w dziejach. Jednocześnie był takim najbardziej nakierowanym na forsowanie bardzo progresistowskich rezolucji i z wyraźnym lewicowym skrętem. I teraz ta większość liberalno-lewicowo-komunistyczno-chadecka dopycha kolanami te regulacje doskonale wiedząc, że od lipca-po wyborach 26 maja -ten nowy europarlament będzie inny, bardziej racjonalny, bardziej eurorealistyczny. Będzie się zajmował gospodarka, a nie ideologią.  . Tak naprawdę wszyscy czekają tu już na nowe rozdanie. Ja apeluję, żeby pójść na wybory, żeby ten europarlament był bardziej nastawiony na wizję  Unii Europejskiej jako Europy Ojczyzn, Europy Narodów, a nie jakiegoś superpaństwa, które pożera kompetencje państwom członkowskim.

Bardzo serdecznie dziękuje za rozmowę. Ryszard Czarnecki, europoseł, kandydat do Parlamentu Europejskiego z Warszawy z listy Prawa i Sprawiedliwości.  

Dziękuję za rozmowę.

Blog

Dwie windy, jedna Luda

Posted on

Ciekawy komentarz w BBC po tragicznym pożarze katery Notre Dame. Dziennikarka konserwatywnej „The Daily Telegraph” mówi, że paryska katedra musi być odbudowana – a jeśli ktoś wątpi czy to będzie możliwe, powinien zobaczyć… Warszawę. A w Warszawie w szczególności „Old Town” – Stare Miasto. Cóż, krzepiące.

A skoro już jesteśmy przy brytyjskich mediach, to parę dni później, akurat w pierwszy dzień Świąt Wielkiej Nocy, niedzielne wydanie „The Times” przynosi rewelacje o fundacji „Open Dialog”. Jaki pan – taki kram. Jaki panek – taki kramek. Zdaje się, że parudziesięciu osobom w Europie zrobiło się gorąco pod siedzeniem. Jak się może czuć kandydat socjalistów na szefa Komisji Europejskiej, towarzysz Frans Timmermans, gdy po publikacji brytyjskiej gazety, cały Internet jedzie po Holendrze, pokazując jego zdjęcie z panią Ludmyłą K.? Pan komisarz po raz kolejny pokazał, że ma względem Polski odruch Pawłowa: jak rząd Rzeczpospolitej uważa, że coś jest dobre, to Franio uważa, że jest złe.  I odwrotnie. Jak pani Ludymyła została uznana u nas za „persona non grata”, no, to unijny establishment zaczął ja dopieszczać i w tych medialnych pieszczotach Timmermans był prymusem, tak, jak wcześniej za młodu w nauce, nomen omen, rosyjskiego. A na zdjęciach z panią LK jest też reszta eurośmietanki. Niezawodny Guy Verhofstadt, na którego zawsze można liczyć, jak trzeba dowalić Polsce. Facet, który reprezentuje kraj mający autentycznych kolaborantów podczas II wojny światowej: i Walonowie i Flamandowie wystawiali własne dywizje, które wspierały Niemcy Hitlera- bełkocze o tysiącach faszystów na ulicach Warszawy w związku z  Marszem Niepodległości.  Facet, który jednym ciągiem wymienia nazwiska Putina, Kaczyńskiego i Orbana jednocześnie fotografuje się z panną, sorry, panią,  której fundacja jest beneficjentem, jak czytamy w „The Sunday Times”, rosyjskich pieniędzy. Cóż, zapewne dialektyka to silna strona Verhofstadta.

W oparciu o raport mołdawskiego parlamentu oraz publikacje gazety ukazującej się w Londynie można by szybko stworzyć scenariusz sensacyjnego filmu. Niestety, jego akcja toczy się także w Polsce. Byłby to bardzo polityczny film, skoro mąż pani prezes fundacji „Otwarty Dialog” był autorem instrukcji wzywającej do sparaliżowania państwa polskiego. Jakoś  im nie wyszło. Choć w piórze i w gębie są – i owszem – bardzo mocni.

Do wyborów europejskich niespełna cztery tygodnie. Będzie się działo. Na razie PiS startuje do PE z pułapem 19 mandatów zdobytych w 2014 roku – i ma spore nadzieje tę liczbę o parę powiększyć. Koalicja Europejska zaś składa się z ugrupowań, które miały ich odpowiednio: 19 (PO) plus 4 (PSL) plus 5 (SLD)  –  w sumie 28 mandatów. Sondaże dają im o 7-8 mniej. Na naszych oczach, zdaje się, mijają się dwie windy: jedna wiezie PiS do góry, druga KE w dół.

Przyjemny widok stać i patrzeć na te windy…

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej” (30.04.2019)

Blog

Broniarz, choć chudszy, śmieszy jak Benny Hill

Posted on

Proponuję Państwu lekturę wywiadu, którego udzieliłem dla prawicowego portalu fronda.pl. Rozmowę przeprowadził red. Tomasz Wandas.

Tomasz Wandas, Fronda.pl: O zawieszeniu strajku od soboty od godz. 6.00 zadecydowały władze ZNP i Wolnego Związku Zawodowego “Solidarność – Oświata”. Nauczyciele zawieszają strajk, żeby umożliwić uczniom ukończenie nauki – poinformował przewodniczący ZNP Sławomir Broniarz. Skąd ta decyzja szefa ZNP i czy to oni , związkowcy umożliwiają uczniom zdanie matur? 

Ryszard Czarnecki, poseł do Parlamentu Europejskiego: Gdyby związki zawodowe zawiesiły strajk przed błyskawicznym przeprowadzeniem przez Sejm rządowej ustawy umożliwiającej maturzystom zdanie matur, to pewnie spadła by na nie część chwały. Stało się jednak inaczej, stąd można powiedzieć związkom nauczycielskim starym powiedzeniem „cnotę stracili i rubla nie zarobili”, pokazali swoją nieskuteczność, a także ośmieszyli zawód nauczyciela przebierając  się za krowy, mucząc, śpiewając w jakichś chórkach ,w gruncie rzeczy czyniąc ze strajku kabaret, co oczywiście musiało wpłynąć i wpłynęło na spadek poparcia, a później wręcz społeczną niechęć do nich . I to nie tylko rodziców, ale w ogóle opinii publicznej, która uznała, że opozycja na złość rządowi robi strajk, szkodząc w ten sposób uczniom.

 Według Broniarza, strajk mógłby być prowadzony także w czasie matur, a rząd nie zdołałby rozwiązać tego problemu. “Nie bylibyście w stanie zastąpić nas, nauczycieli, podczas tego egzaminu” – powiedział, zwracając się do rządu. Czy i tego typu słowa nie brzmią zabawnie skoro prawo oświatowe zostało znowelizowane, a wcześniej bez zakłóceń odbyły się  egzaminy ósmoklasistów i gimnazjalistów? 

 Wcześniej dzięki nauczycielom, którzy pracowali, ludziom którzy przyszli pomóc przy egzaminach ósmoklasistów i gimnazjalistów, dzięki pracy kuratorów i urzędów wojewódzkich egzaminy odbyły się wbrew związkom zawodowym i wbrew części nauczycieli. Teraz, dzięki rządowej ustawie, maturzyści na pewno podeszliby do egzaminów . W tym kontekście słowa pana Broniarza brzmią zupełnie kabaretowo, bo przegrał wszystko a próbuje „tupać nóżką”. Pan Broniarz fizycznie bardzo różni się od Benny Hilla, słynnego angielskiego komika ,ale obaj wywołują podobny efekt, obaj potrafią rozśmieszyć

 Panie premierze Morawiecki, dajemy panu czas do września. Czekamy na konkretne rozwiązania z pana strony” – podkreślił Broniarz. “Oczekujemy od pana rzeczowej, męskiej postawy, która będzie odpowiadała na oczekiwania ponadpółmilionowej rzeszy nauczycieli i wiele set tysięcy rodziców i uczniów” – dodał.  Czy mamy obawiać się wznowienia strajku we wrześniu? Czy nauczyciele pójdą za Broniarzem, który wydaje się, że teraz zostawił ich z niczym? 

Wielu nauczycieli w tym momencie złorzeczy Broniarzowi, gdyż podzielił on środowisko i wrócił z pustymi rękoma. Natomiast z łatwością można przewidzieć, że kolejny strajk nauczycieli poza wrześniem, odbędzie się wiosną przyszłego roku tuż przed wyborami prezydenckimi. Strajki, które mają zaszkodzić rządowi, były i będą inspirowane politycznie przez szefa ZNP i opozycję. Broniarz zrobił strajk przed wyborami europejskimi, zrobi następny przed tymi do parlamentu krajowego i później przed prezydenckimi. Dopiero potem czeka nas parę lat ciszy.

Niektórzy komentatorzy zwracają uwagę, że we wrześniu nauczyciele nie będą jedyną grupą, która podejmie strajk, coraz częściej mówi się o pielęgniarkach, lekarzach, niepełnosprawnych. Ma to być próba stworzenia chaosu w pastwie inicjowana przez opozycję totalną. Czy Prawo i Sprawiedliwości poradzi sobie z taką próbą wzniecenia chaosu, która będzie inicjowana przez totalną opozycję? 

Od początku do końca jest to gra polityczna obliczona na destrukcję pod płaszczykiem postulatów pracowniczych.  Gdyby rzeczywiście chodziło o podwyżki płac, o postulaty pracownicze, to Broniarz nie wstawałby od stołu w momencie, kiedy „Solidarnośc” podpisała z rządem porozumienie. Gdyby chodziło mu o dobro nauczycieli, to poszedłby na obrady „okrągłego stołu”. Pan Broniarz stał się politykiem, myślę, że już od dawna nauczyciele są u niego na dalszym planie, stanowią jedynie trampolinę do jego kariery politycznej.  

 Wracając do samych nauczycieli, kto jest zwycięzcą, a kto przegranym w tej sprawie ? Czy „okrągły stół” przyniesie dobrą zmianę w edukacji?  

 Zwycięzcą są dzieci, jest młodzież, rodzice. Natomiast, jeżeli patrzeć na to politycznie, to tą batalię wygrał polski rząd, który pokazał, że państwo polskie nie jest teoretyczne, nie jest „z dykty”, że działa realnie, że ma siłę i potrafi zagwarantować normalność.

 Normalność? W jakim sensie? 

W tym sensie, że potrafi mimo strajku w oświacie przeprowadzić wszystkie egzaminy na trzech strzeblach szkół i potrafi skutecznie nie dopuścić do paraliżu państwa ,a taki był cel przynajmniej części związkowców.  

Dziękuję za rozmowę.

Blog

Weszliśmy do Unii o pół wieku za późno

Posted on

15 lat temu Polska weszła do Unii – choć, gdyby nie Związek Sowiecki, zapewne byśmy zakładali Europejską Wspólnotę Węgla i Stali pół wieku wcześniej. Z tej okazji udzieliłem wywiadu dla „Super Expressu”. Rozmowę przeprowadził red. Przemysław Harczuk.

 „Super Express”: – Mija 15 lat od wejścia Polski do Unii Europejskiej. Jakie jest znaczenie naszej przynależności do UE?  

Ryszard Czarnecki: – Polska od początku powinna przystąpić do Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, która dała początek Wspólnocie Europejskiej. Niestety, jak wiemy, nasz kraj znajdował się wówczas w strefie wpływów ZSRR. Moskwa zablokowała nawet pomoc ekonomiczną dla Polski z planu Marshalla, tym bardziej nie było mowy o przystępowaniu do międzynarodowej wspólnoty z państwami zachodnimi. W efekcie przystąpić mogliśmy dopiero po odzyskaniu niepodległości. O pół wieku za późno.  

– Ale samo przystąpienie do Unii uważa pan za sukces? 

– Tak, jednak żałuję, że wstąpienie o Unii odbyło się na znacznie gorszych warunkach, niż w przypadku krajów, które wstępowały tam wcześniej. Państwa takie jak Grecja, Portugalia, czy Hiszpania miały przed wojną porównywalny poziom gospodarczy z Polską. A warunki akcesji były w ich przypadku korzystniejsze.

– A więc wiele straciliśmy przez to, że nasze przystąpienie do Unii miało miejsce za późno?  

– Tak, chociaż uważam, że również podczas negocjacji o naszym przystąpieniu do UE można było wywalczyć dla naszego kraju więcej. Jak Estonia, której negocjatorzy straszyli Brukselę, że brak ustępstw może spowodować odrzucenie akcesji w referendum w ich kraju. Czy Słowenia, która wywalczyła sobie wsparcie finansowe dla rolnictwa na terenach wyżynnych. Przecież Polska też takie rolnictwo ma ! Nie rozumiem, dlaczego rząd SLD-PSL takiego wsparcia nie wynegocjował. Można tu wymienić dużą listę zaniechań. Natomiast teraz powinniśmy myśleć jak maksymalnie wykorzystać przynależność do Unii Europejskiej. Szczególnie, że najbliższa unijna perspektywa budżetowa będzie ostatnią siedmioletnią perspektywą, w której Polska będzie na plusie. To znaczy, ze w kolejnej perspektywie finansowej UE, na lata 2028-2034 Polska stanie się płatnikiem netto -jak teraz np. RFN czy Holandią- i będzie więcej do wspólnej kasy już dokładać, niż brać na projekty.

 – Mówi pan o negocjacjach, tymczasem pan sam również je prowadził – w czasach rządu Akcji Wyborczej Solidarność kierując Komitetem Integracji Europejskiej. Wtedy doszło do sporu, stracił pan stanowisko. Dlaczego? 

– Doszło do różnicy zdań pomiędzy mną, a moim zastępcą, panem Piotrem Nowiną Konopką z Unii Wolności. Ja uważałem, że należy twardo negocjować. Oni uważali, że należy jak najszybciej wejść. Ja uważałem, że określanie na wstępie daty wejścia do UE będzie niekorzystne.

– Dlaczego?  

– Przekonywałem, że określenie daty sprawi, iż negocjatorzy z UE w pierwszej kolejności skupią się na sprawach łatwych, a najtrudniejsze tematy zostawią na koniec. Zaś gdy przyjdzie do omawiania spraw trudnych, rozmowy będą już się odbywały pod pistoletem czasu. I tak w końcu się stało. Reasumując – wychodziłem z założenia, że Polska jest ważnym krajem także dla samej Unii. Że po przystąpieniu będzie szóstym krajem co do wielkości. I dlatego należy twardo negocjować. Politycy z Unii Wolności byli zaś przekonani, że trzeba spijać z ust Brukseli, cieszyć się, że jej przedstawiciele łaskawie z nami rozmawiają. Ówczesne różnice to obecne różnice między PiS a Koalicją Europejską w kwestii naszych relacji z Unią.

– Czy Unia Europejska przetrwa? 

– Unia Europejska przetrwa, jeśli zechce się reformować. Niepokoi mnie ciągłe przesuwanie terminów reformy Unii. Najpierw miała być ona przeprowadzona na sześćdziesięciolecie Traktatów Rzymskich, a więc wiosną 2017 roku. Potem uznano, że będzie to po wyborach w Niemczech jesienią roku 2017. Chwalić Pana Boga mamy wiosnę roku 2019. Reformy nie przeprowadzono, co gorsza nikt o niej nie mówi.

– Na czym taka reforma miałaby polegać?  

– Unia Europejska powinna się zreformować zwłaszcza w dwóch wymiarach. Po pierwsze – wrócić do systemu głosowania, który obowiązywał przez lata i legł u podstaw sukcesu Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali oraz Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. Chodzi o jednomyślność głosowania, dzięki której każdy, również najmniejszy kraj, mniej zamożny, który nie z własnej winy dołączył do wspólnoty kilkadziesiąt lat później niż inni, ma poczucie partycypacji w decyzjach Unii. Teraz takiego poczucia nie ma. Uważam, że w sprawach takich jak energetyka, kwestie bezpieczeństwa, polityka migracyjna, ta jednomyślność musi być utrzymana. Co więcej, ona jedynie wzmacnia Unię. Jest też druga kwestia.

– Jaka?  

– To oczywiście sprawa wartości. Fundamentem, które legły u podstaw Wspólnoty były wartości chrześcijańskie, prezentowane przez ojców założycieli, takich jak Robert Schuman, czy Alcide De Gasperi. Byli to chrześcijańsko-demokratyczni politycy, dla których kwestie takie jak tradycyjna rodzina, ochrona życia, były oczywistością. Po latach to się niestety zmieniło. Odejście od wartości jest czymś bardzo złym.

 

Blog

Mariaż PO i SLD – i posag lewicy…

Posted on

Zachęcam do lektury wywiadu, jakiego udzieliłem dla portalu wpolityce.pl. Rozmowę przeprowadził red. Michał Karnowski.

wPolityce.pl: Równo miesiąc zostało do wyborów do Parlamentu Europejskiego. Kandyduje w nich Pan z okręgu Warszawa i powiaty okołowarszawskie. Jak z perspektywy zarówno lokalnej, bo odbywa pan wiele spotkań, jak i ogólnokrajowej, którą pan też śledzi z bliska, wygląda w pana ocenie to polityczne starcie między obozem Jarosława Kaczyńskiego i środowiskami III RP? Kto lepiej wykorzystał ostatnie miesiące? Idziecie po zwycięstwo?

Ryszard Czarnecki, polityk Prawa i Sprawiedliwości, poseł do Parlamentu Europejskiego i ponownie do niego kandydujący: Długi czas, który jestem w polityce nauczył mnie pokory i wolę uciekać od tromtadracji i nachalnego bicia w zwycięskie werble, ale oceniając realistycznie mamy spore szanse na zwycięstwo w wyborach europejskich, a zwłaszcza w parlamentarnych. Czy to się jednak stanie – mówię o wyborach 26 maja – zależy od mobilizacji naszego elektoratu.

Wypowiadam się do ludzi, którzy znają się na polityce. Czytelnicy portalu w polityce.pl doskonale wiedzą, że nasi wyborcy przywiązują dużą uwagę do wyborów prezydenckich i parlamentarnych, także samorządowych, ale wybory do parlamentu w Brukseli i Strasburgu cieszyły się u nich zawsze mniejszym zainteresowaniem. Zupełnie odwrotnie niż u naszych politycznych oponentów – nie chcę używać słowa: „wrogów” – którzy gremialnie na eurowybory chodzili.

Jakie to może mieć skutki?

Konkretny przykład z 2014 roku: frekwencja na Mazowszu – poza Warszawą i tzw. „obwarzankiem” wyniosła 26% i tam wygraliśmy, frekwencja natomiast w stolicy aż 38% – i tam przegraliśmy (mówiąc ściśle : przegraliśmy procentowo, bo gdy chodzi o liczbę mandatów, mieliśmy tyle samo czyli po dwa). To wiele pokazuje.

Oczywiście można podkreślać, że wszędzie, w całej UE wybory europejskie cieszą się mniejszym zainteresowaniem niż wybory parlamentarne czy prezydenckie . A jednak na dotychczasowe wybory do PE, które odbyły się w Polsce trzykrotnie w latach 2004, 2009,2014 Polska raz była na przedostatnim miejscu gdy chodzi o frekwencję, a dwukrotnie na trzecimi od końca. Tak było też 5 lat temu, gdzie porównując absencję wyborczą w Polsce była ona większa tylko na Litwie i Słowacji.

Oceniając przebieg kampanii, to – na pewno subiektywnie – uważam, że udało nam się narzucić narracje i tematy sporów, chociażby na przykład w sprawie waluty euro.

Dzisiaj, kiedy rozmawiamy, obok mojej aktywności w samej Warszawie na Pradze Północ i na Służewcu, byłem też w Nowym Dworze Mazowieckim i pod Otwockiem. Wydaje mi się, że nasi wyborcy są bardziej zmobilizowani i zdeterminowani niż 5, 10 i 15 lat temu. Liczę więc na wyraźne powiększenie liczby mandatów. W 2004 roku PiS miał ich 7, w 2009 już 15, w 2014 – 19 , a teraz będziemy mieli 20 „plus” i wierzę, że wygramy.

Opozycja bardzo liczyła na strajk nauczycieli. Grzegorz Schetyna był łaskaw powiedzieć wprost, że to będzie miało wpływ na decyzje wyborców przy urnach. Nie była to dla rządu i Pana obozu miła sprawa, ale jaki jest i będzie rzeczywisty polityczny skutek? Kogo Polacy tu ukarzą, a kogo nagrodzą?

Zobaczymy za niespełna miesiąc. Wydaje się jednak, że bardzo wiele osób początkowo wspierających pomysł podwyżek dla nauczycieli zmieniło opinie na temat strajku, ZNP i instrumentalnie traktującej nauczycieli opozycji w ostatnich trzech tygodniach.

Dostrzeżono i komentowano, że cześć nauczycieli wspierana przez kuratoria i społeczników z zewnątrz potrafiła przeprowadzić egzaminy dla ośmioklasistów i gimnazjalne, a  rząd pokazał, że Państwo Polskie nie jest z dykty czy tektury, że nie istnieje „teoretycznie”, tylko że ma realną moc sprawczą, potrafi chronić młodzież i ich rodziców, potrafi zapewnić po prostu normalność.

Do tego doszły liczna presja i szykany wobec nauczycieli, którzy pracowali -ze strony tych strajkujących oraz kabaretowe występy nauczycieli poprzebieranych za krowy muczących i nagrywających „utwory”, które pokazywały tylko jedno: utratę autorytetu.

Ucieka pan od politycznej oceny konsekwencji strajku?

Nie. Można powiedzieć, że rząd wygrał politycznie strajk, choć dobrze świadczy o rządzących to, że nie odtrąbił tego sukcesu i pokazuje pokorę i powściągliwość. Tak na marginesie, powiem nieco żartobliwie, że te dwie cnoty kojarzą mi się z katolickim miesięcznikiem wychodzącym w latach 1980., który był redagowany przez jakże katolickiego i uznającego autorytet Kościoła dziennikarza, Jacka Żakowskiego. Kojarzy Pan to nazwisko?

Oczywiście. Podobnie jak fakt, że w trudnym czasie właśnie w instytucji kościelnej ten lewicowy dziś dziennikarz znalazł schronienie i wsparcie. Ale zapytam jednak jeszcze pana o ostatnie słowa lidera opozycji. Grzegorz Schetyna w ostatnim przemówieniu znowu odwołał się do dziedzictwa Solidarności, a nawet antykomunistycznego zrywu z 1956 roku. Jak pan przyjmuje te wypowiedzi? Odżegnywanie się od panów Cimoszewicza, Rosatiego i innych?

To śmieszne. Praktyka polityczna – a ta zawsze jest ważniejsza niż słowa – jest kompletnie inna. Trzech postkomunistycznych premierów, Cimoszewicz, Belka i Miller są na biorących miejscach Koalicji Europejskiej do Parlamentu Europejskiego. Czwarty reprezentant SLD, Bogusław Liberadzki jest „jedynka” do PE w okręgu zachodniopomorsko-lubuskim. Lewica postkomunistyczna tonęła i pewnie by utonęła, gdyby nie PO to  podała jej pomocną dłoń i koło ratunkowe w postaci Koalicji Europejskiej.

A skoro już jesteśmy przy Cimoszewiczu i Millerze, to przypomnę, że gdy rząd SLD-PSL negocjował z Brukselą Traktat Akcesyjny i wynegocjował nie tylko gorsze warunki członkostwa niż miały w swoim biedniejsze kraje EWG typu Hiszpania, Portugalia czy Grecja, ale gorsze niż nawet szereg państw, które wraz z nami weszły do UE przed kilkunastoma laty, jak choćby Estonia i Słowenia- to wtedy Prezesem Rady Ministrów postkomunistyczno-ludowej koalicji był Miller, a ministrem spraw zagranicznych Cimoszewicz.

I jaki z tego wniosek?

Prosty i ważny: to oni odpowiadają za to, że dopłaty dla polskich rolników były zdecydowanie niższe niż te dla rolników w Holandii, Włoszech czy Niemczech. I takich politycznych dinozaurów i nieudaczników dostała PO w posagu w ramach mariażu z lewicą. To są fakty. I to się liczy. A nie strojenie rzekomo antykomunistycznych min.

Obóz prawicy niepodległościowej jest w ostatnich dniach bardzo mocno atakowany przez Konfederację. Jak Pan to odbiera? Skąd takie zjawisko? Czy może być groźne?

To próba odebrania nam naszych głosów, ewidentnie wspierana przez establishmentowe media. Co charakterystyczne, że  TVN 24 i TOK FM usłużnie podsuwa mikrofony tym państwu z uzasadnioną nadzieją, że zaatakują formację Jarosława Kaczyńskiego. A oni korzystają z tej okazji. Różnić się można – to w demokracji normalne, ale politycy powinni znać pojęcie „qui bono?”- czyli w czyim interesie dzieje się to czy tamto.

A działania takiej Konfederacji to próby odbierania głosów PiS, to spełnianie „koncertu życzeń” PO, Koalicji Europejskiej i popierających je mediów. Państwo z Konfederacji wiedzą, że oddają przysługę obozowi kosmopolitycznemu. I to o nich źle świadczy. Chyba, że nie wiedzą, ale to by świadczyło o nich, że nie rozumieją polityki. A to jeszcze gorzej.

A zatem: jak na to odpowiada PiS?

Mogę tylko ponowić swój apel sprzed kilku tygodni z tygodnika „wSieci”: wyborcy obozu niepodległościowego, patriotycznego, szeroko rozumianej prawicy powinni wyciągnąć wnioski z porażek podzielonej prawicy w 1993 i 2001 roku. Nie warto i nie wolno marnować głosu na drobne inicjatywy prawicowe, które zapewne nie osiągną progu wyborczego, a mogą zabrać decydujące o zwycięstwie Prawa i Sprawiedliwości głosy. Ta gra nie tylko jest niewarta świeczki, ale też godna potępienia. Dziś za „Konfederacje” najmocniej trzymają kciuki Schetyna z Budką, Lubnauer z Gasiuk-Pihowicz ,a zagranica Timmermans z Verhofstadem.

Dziękuję za rozmowę.