Blog

Silny siłą swoich wyborców

Posted on

Zapraszam do lektury wywiadu, którego udzieliłem dla gazety „Wiadomości pw.” Ukazującej się w Wołominie. Przeprowadził go redaktor Mirosław Oleksiak

Ci, którzy Pana dobrze znają  mówią, że dla Ryszarda Czarneckiego doba nigdy się nie kończy. Jest Pan dość aktywnym politykiem, na wszystko znajdującym czas. Niektórzy samorządowcy, burmistrzowie czy starostowie z trudem znajdują czas na spotkanie z mieszkańcami czy przedstawicielami mediów. A jeśli już go znajdą, to wyznaczają termin tak odległy jak do wysoce specjalistycznej poradni lekarskiej. Nieraz tygodniami lub nawet miesiącami trzeba oczekiwać na spotkanie.  Pan o wiele chętniej wchodzi w kontakt z ludźmi, praktycznie bez żadnych barier. Czy wynika to z dobrej organizacji pracy czy też z innego nastawienia do ludzi?

 Po pierwsze: lubię ludzi. Niektórzy politycy boją się kontaktu z wyborcami i to z różnych powodów: a to bo usłyszą słowa prawdy, a to bo trzeba będzie komuś pomóc, a na to zły polityk nie zawsze ma czas. A mnie spotkania z ludźmi dają dodatkową siłę i motywację. Mam poczucie, że jestem silny siłą swoich wyborców. Po drugie: ma Pan rację, jestem człowiekiem bardzo dobrze zorganizowanym i potrafię w związku z tym wygospodarować więcej czasu na różne inicjatywy i spotkania. Moja ś. p. Mama nauczyła mnie angielskiej zasady „saturation of time” czyli maksymalnego „wysycenia”, wykorzystania czasu, który jest nam dany.

Aktywnie Pan odwiedza także powiat wołomiński. Dwa tygodnie temu oficjalnie rozpoczął Pan kampanię na Placu 3-go Maja w Wołominie, odwiedził Pan wiele sąsiednich miejscowości, zapewne też wiele przed Panem…

W ostatnim czasie byłem parokrotnie w Wołominie. Ostatnio na spotkaniu z kilkudziesięcioma samorządowcami PiS z powiatu wołomińskiego. Byłem też dwukrotnie w Kobyłce – w tym w ostatni weekend, aby wręczać medale siatkarzom miejscowej drużyny „Wicher”, za zdobycie wicemistrzostwa Mazowsza – ale byłem też w ostatnich dniach w Markach, Ręczajach Polskich, Tłuszczu, Jadowie, Strachówce, Dąbrówce i Radzyminie. Zamierzam też być w najbliższym czasie  w kolejnych miejscowościach powiatu wołomińskiego – ale, uwaga, będę obecny nie tylko przed wyborami, ale też po wyborach. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że tak będzie.

Podczas wspomnianej inauguracji zachęcał Pan do jak największej frekwencji. Dla większości Polaków Parlament Europejski jest instytucją słabo znaną, mimo że PE w systemie instytucji Unii Europejskiej historycznie zyskiwał coraz to większe znaczenie i dziś jest bardzo poważnym organem w procesie legislacyjnym, praktycznie w większości obszarów. Natomiast Pan jest doświadczonym europarlamentarzystą, był Pan również przez lata wiceprzewodniczącym PE. Korzystając zatem z bogatego doświadczenia proszę o krótką odpowiedź, dlaczego wybory do europarlamentu są tak ważne?

Od 9 lat, a dokładnie od grudnia 2009 europarlament zyskał więcej kompetencji i teraz żadna unijna regulacja nie może wejść w życie bez akceptacji PE. Tym bardziej  warto mieć wpływ na ten jeden z trzech głównych organów Unii, obok Komisji Europejskiej i Rady Europejskiej. Jeszcze nie wszyscy wiedzą, ale aż trzy czwarte polskiego prawa w praktyce tworzone jest właśnie w Brukseli i Strasburgu. To kolejny argument, żeby 26 maja pójść na wybory europejskie, skoro zależy od niego lwia część polskiego ustawodawstwa. Pamiętajmy, że wybory europejskie przypadają na Dzień Matki, a każdy z nas ma poza swoją mamą – Ojczyznę, która także jest Matką. Mamy wobec Niej swoje obowiązki – także ten polegający na zapewnieniu godnej reprezentacji Polski w Parlamencie Europejskim. A to zależy od wyborów 26 maja.

 Obecność w Unii Europejskim ma także istotny wymiar finansowy. Praktycznie gdzie się nie obejrzymy to bez trudu zauważymy inwestycję, zrealizowaną z udziałem środków unijnych (czy to drogi, kolej, budynki użyteczności publicznej). Czy w przyszłości również  będziemy mogli liczyć na  tak znaczące wsparcie?

No, właśnie – jest jeszcze kolejny, być może kluczowy argument, że warto wziąć udział w ostatnią niedzielę maja w wyborach europejskich.  To w nowym europarlamencie decydować się będzie kształt budżetu PE na lata 2021-2027. Będzie to ostatni pełny 7-letni budżet Unii , gdzie Polska będzie otrzymywać z Brukseli więcej pieniędzy niż wynosić będzie nasza składka członkowska do UE. W kolejnej „siedmiolatce” czyli w latach 2028-2034 Polska przy wzroście zamożności i PKB na głowę mieszkańca, stanie się płatnikiem netto -czyli będziemy więcej wpłacać do kasy Unii niż z stamtąd brać. Znajdziemy się więc w sytuacji ,w której są obecnie kraje znacznie bardziej zamożne niż nasz, jak Niemcy, Austria, Holandia, Szwecja, Francja czy inne. Tym bardziej więc ważne jest aby polscy – nie tylko z nazwy – europosłowie wywalczyli maksymalnie korzystny kształt budżetu Unii na kolejne 7 lat ,bo to będzie ostatni budżet Polski na plusie. To następna zachęta , żeby 26 maja wybrać ludzi i doświadczonych i patriotów, którzy skutecznie zmienią projekt budżetu przedstawiony przez Komisję Europejską. Projekt, który dla Polski i krajów naszego regionu jest fatalny, bo zakłada przesunięcie środków finansowych z naszej części Europy do Europy Południowej, a nawet do najbogatszej części UE czyli do Europy Północnej i Zachodniej. Zupełnie nie rozumiem dlaczego ten projekt budżetu poparła komisarz z Polski, wicepremier w rządzie PO-PSL Elżbieta Bieńkowska. Dlaczego podpisała się pod budżetem, który dla naszej ojczyzny jest tak zły? Przecież powinna walczyć o polskie interesy, a nie im szkodzić. Politycy PO tyle mówią o swoich wpływach w UE, po czym okazuje się, że te wpływy wykorzystują wbrew polskim interesom.

Jest Pan miłośnikiem historii. Na pewno też samo istnienie i funkcjonowanie Unii analizuje Pan w kategoriach procesu historycznego. Jakie realne scenariusze rozwoju UE Pan rozpatruje i jaką rolę w nich odgrywałaby Polska? Który z nich byłby dla nas optymalny?

Jestem historykiem nie tylko z wyksztalcenia, ale także „praktykującym”. To znaczy interesuje się i pisze o dziejach nie tylko Polski, ale naszego regionu i całej Europy oraz USA. Uważam, ze historia jest „nauczycielką życia” i znajomość dziejów pozwala na podejmowanie mądrzejszych decyzji politycznych. Po raz pierwszy o integracji europejskiej pisano już w I połowie XIX wieku. Jestem jednak sceptyczny w doszukiwaniu się tu jakichś ciągłości, bo Europejska Wspólnota Węgla i Stali nic nie miała wspólnego z tymi manifestami sprzed kilkudziesięciu lat, tylko powstała jako odpowiedź na II wojnę światową i totalitaryzmy, z których pierwszy pochłonął kilkadziesiąt milionów ludzkich istnień, w tym 6 milionów obywateli Polski, a drugi cały czas zagrażał Europie Zachodniej, a już wcześniej opanował Europę Środkowo-Wschodnią  – chodzi oczywiście o komunizm. W kontekście współczesności mocno podkreślam, że Unia Europejska Unią, integracja integracją, globalizm globalizmem, a w XXI wieku, tak samo jak w XX i XIX  każde państwo i każdy Naród – w  Europie, ale też na całym świecie – walczy o swoje interesy. Polska też nie może być „od macochy” i też musi o nie zabiegać. Tak zresztą dzieje się za rządu Prawa i Sprawiedliwości.

Jest Pan znanym działaczem sportowym, członkiem prezydium Polskiego Komitetu Olimpijskiego oraz wiceprezesem Polskiego Związku Piłki Siatkowej. W przeszłości był Pan też wiceprzewodniczącym Wydziału Zagranicznego PZPN, a także kierował Pan klubem żużlowym i współkierował klubem piłkarskim. Czy poza sportem przez duże „S” interesuje się Pan też sportem w wymiarze lokalnym, na przykład w naszym powiecie wołomińskim?

Tak, oczywiście. Rozmawiamy akurat tuż po tym, jak jako wiceprezes PZPS wręczałem srebrne medale siatkarzom „Wichru” Kobyłka za wicemistrzostwo Mazowsza. A potem oglądałem ich mecz. Pamiętajmy, że sport przez duże „S” – jak to Pan określił – rodzi się właśnie z takich mniejszych, lokalnych klubów, które zasługują na mocne wsparcie, nie tylko samorządów, ale i spółek Skarbu Państwa.

Dziękuje Panu Przewodniczącemu za rozmowę.

Blog

Białe jest czarne czyli hi-PO-kryzja

Posted on

Brytyjski pisarz George Orwell otarł się o komunizm, poparzył się solidnie i do końca życia, zachowując lewicowe poglądy, był antykomunistą. Do historii światowej literatury przeszedł jako autor m.in. „Folwarku zwierzęcego”, którego setki egzemplarzy kolportowałem w podziemiu w stanie wojennym i potem, a także  innej książki będącej wielkim oskarżeniem wszelkich totalitaryzmów, czyli „Roku 1984”. Gdy ją czytaliśmy w czasie wojny polsko-jaruzelskiej, miało to szczególną wymowę, bo było to tuż przed owym tytułowym rokiem 1984. W tejże książce funkcjonuje Ministerstwo Pokoju, które faktycznie jest Ministerstwem Wojny oraz „Prawdomin”- Ministerstwo Prawdy, które  tejże Prawdy jest żywym zaprzeczeniem.

„Rok 1984” jest i dziś  jak znalazł, mimo że mamy A. D. 2019. Oto bowiem, Platforma Obywatelska i łże-elity oskarżają szeroko rozumiany Obóz Niepodległościowy o to, że jesteśmy formacją antywolnościową, gdy tymczasem to większość z głosujących europosłów PO była w Strasburgu za ograniczeniem  wolności. Chodzi oczywiście o ACTA 2 i podniesienia ręki za filtrami i cenzurą w Internecie.

Z Konstytucją RP jest to samo. Ci, którzy przez ostatnich kilkanaście miesięcy paradowali w koszulkach z napisem „Konstytucja”, teraz mają pełne gęby propozycji homozwiązków, „małżeństwa” homoseksualnych, które jeszcze mają do tego adoptować dzieci – gdy tymczasem ta sama konstytucja RP, na którą się powołują, jednoznacznie  w  art.18 definiuje małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny.

Z podatkami – też to samo. Platforma niezmiennie oskarża Prawo i Sprawiedliwość o chęć ich podnoszenia – tak było w latach 2005-2007 i od 2015 roku – a sama, gdy rządziła z PSL podnosiła podatki, że aż hej. Mówi, że jak przejmie rządy, to wywalczy duży budżet dla Polski w Unii, a  tymczasem, w praktyce ma swoją komisarz, byłą wicepremier „sorry, taki mamy klimat” Elżbietę Bieńkowską, która przyłożyła rękę do tego, że budżet zaproponowany przez jej Komisję Europejską na lata 2012-2027 jest dla Polski ( i dla całego naszego regionu Europy) dramatycznie zły. Teraz rząd PiS będzie to negocjował i oczywiście posprząta po pannie z PO, jak sprząta po całej PO już od trzech lat.

Ta sama Platforma Obywatelska zachłystuje się od deklamacji, jakie to wpływy międzynarodowe możemy mieć jako , jak wygrają wybory. Tymczasem w praktyce, jak już je mają, to używają je tak, ze pożal się Boże. To ich europosłanka Danuta Huebner przewodniczyła w Parlamencie Europejskim Komisji Spraw Konstytucyjnych, która zaproponowała skrajnie niekorzystny dla Polski podział mandatów po Brytyjczykach: mamy dostać raptem o 1 więcej, tak jak maleńka Estonia, a niewiele od nas większa demograficznie  Hiszpania – aż o 5 (czyli tyle, ile Francja)! 

Jak to wszystko określić? To mówienie jednego, a robienie dokładnie czegoś odwrotnego? To proste. To hi-PO-kryzja.

Blog

Ideologizacja europarlamentu i rekordowa absencja wyborcza w Polsce

Posted on

Proponuję lekturę wywiadu, którego udzieliłem po raz pierwszy dla portalu  wio.waw.pl. Rozszyfrujmy skrót: „wio” – nie jest bynajmniej w tym kontekście okrzykiem do konia, tylko skrótem od „Warszawa i okolice”.  Moją debiutancką rozmowę dla tego medium prowadził redaktor Łukasz Warzecha.  

W Parlamencie Europejskim zasiada Pan od 15 lat. W polityce 15 lat oznacza spory czas i okazję do porównań? 

– W tym roku obchodzimy 30 rocznicę wolnych wyborów do Senatu i częściowo wolnych do Sejmu. Z kolei ten czas można podzielić na dwa okresy po piętnaście lat każdy. W pierwszym z nich Polska aspirowała najpierw do członkostwa w Unii Europejskiej, potem dopiero do NATO – przyjęto bowiem błędne założenie, że Rosja będzie skutecznie blokować wejście dawnych państw socjalistycznych do Sojuszu. Nie okazało się ono trafne: wstąpiliśmy do NATO w 1999 roku, a do Unii dopiero pięć lat później. O tym teraz się nie mówi, ale elity III RP przyjęły też kolejne błędne założenie, że akcesja do UE nastąpi w 2000 roku. Właśnie ta data powtarzała się w negocjacjach. Gdy w 1997 r. prezydent Francji Jacques Chirac ją potwierdził w przemówieniu w polskim Sejmie – zapanował entuzjazm. W tym czasie byłem eurorealistą. Studziłem emocje, że w polityce -międzynarodowej także- różne rzeczy się mówi w kategoriach obietnic. Strona polska popełniła w negocjacjach błąd, bo zakładając ten 2000 rok jako pewnik zniosła jednostronnie bariery celne. Dlatego przez całe 4 lata towary z Unii trafiały tu bez cła, a nasze nie były w Unii obecne na podobnych zasadach. Oznaczało to niekorzystną dla nas asymetrię. Oczywiście nie tylko Polska popełniła błąd w negocjacjach akcesyjnych. Pomyliła się Hiszpania, wstępując do UE w 1986 roku, gdy nie zastrzegła korzystnej dla siebie i swoich rybaków dużej strefy połowowe, tylko mniejsze akweny. Tyle, że Hiszpanie spostrzegli ten błąd i go nadrobili. Po 6 latach zaszantażowali Brukselę, kiedy Polska, Węgry i Czechosłowacja- ta w ostatnim roku istnienia jako jednolite państwo jeszcze razem ze Słowacją- miały podpisać ze Wspólnotami Europejskimi umowę stowarzyszeniową. Hiszpanie po prostu zagrozili, że ją zawetują. Unia musiała im ustąpić w kwestii rybołówstwa, przystać na rozszerzenie ich strefy połowów. To pokazuje, że w Unii trzeba negocjować twardo.

– Do Unii jednak weszliśmy, nikt tego nie zawetował. Spójrzmy na ten przełomowy 2004 rok i obecny 2019. Jak zmienił się Parlament Europejski przez te 15 lat? 

– Niestety stał się bardziej ideologiczny. Gdy zaczynałem pierwszą kadencję 2004-09, więcej tam mówiło się o gospodarce. W tej, która się kończy 2014-19 częściej europarlamentarzyści częściej forsują swoje, zwykle lewicowe czy liberalne, ideologie, koncentrują swoje wysiłki, żeby wpisywać do rezolucji i dyrektyw sprawy natury moralnej czy obyczajowej, które z podejmowanymi tematami nie mają żadnego związku. A przecież powinno chodzić o konkretne, gospodarcze sprawy. Zabiegam zawsze o to, żeby gdy pojawia się kwestia pomocy rozwojowej – a państwa Unii mają obowiązek jej udzielać w wysokości do 1 proc budżetu – partnerami Polski w tej kwestii nie stawały się kraje Afryki, gdzie nie mamy swoich interesów, tylko państwa powstałe po rozpadzie ZSRR, gdzie nie tylko mamy swoje cele, kontakty i interesy, ale również skupiska Polaków, o których trzeba zadbać, potomków wywiezionych mieszkańców Kresów.

– A polska reprezentacja w Brukseli i Strasburgu, jak ona się zmieniała? 

– Ciekawe, że w pierwszej kadencji, w której w europarlamencie zasiedliśmy, posłowie z Polski głosowali ponad krajowymi podziałami, tak żeby było to jak najbardziej korzystne dla Polski. Wtedy graliśmy w jednej drużynie. Teraz eksportuje się krajowe spory do Brukseli, do Strasburga. Gdy europosłowie PiS zorganizowali konferencję w sprawie niemieckich odszkodowań dla Polski – nie zjawili się na niej europosłowie z opozycyjnych ugrupowań. Kiedy na ten sam temat konferencję przygotowali Grecy – wzięli w niej udział wszyscy ich eurodeputowani od lewicowej Syrizy po skrajna prawicę. Znajduję też drugi przykład: opozycja z Polski atakuje na forum europarlamentu rząd Rzeczypospolitej, a podczas debaty w PE o sytuacji w Czechach czescy eurodeputowani opozycyjni nie krytykowali premiera Andreja Babisa – bo owszem, ostro go zwalczają, ale tylko w kraju, nie w Brukseli czy Strasburgu.

– Jakie trwałe zmiany zaznaczyły się na forum europarlamentu? 

– Zmieniło się podejście do państwa Izrael. W pierwszej mojej kadencji obserwowałem, że dominuje poparcie, potem nastąpiło ochłodzenie. Nie ma to związku ze sposobem, w jaki władze izraelskie traktują Palestyńczyków, bo ten się nie zmienił. Wzrosła natomiast liczba muzułmańskich wyborców w krajach Zachodu i rządy tych państw i sami eurodeputowani zaczęli się bardziej z ich zdaniem liczyć.

– Cały czas rozmawiamy o ważnych sprawach, którymi europarlament się zajmuje. Dlaczego Polacy nie głosują w wyborach do Parlamentu Europejskiego choćby równie chętnie jak w parlamentarnych lub prezydenckich, tylko frekwencja okazuje się najniższa, zawsze poniżej 25 proc? 

 – Nie usprawiedliwiam oczywiście faktu, że Polacy nie doceniają ważności tych wyborów, tylko informuję, że jest to problem całej Unii. Niestety, Polska wraz z Litwą i Słowacją zalicza się do trzech państw, w których frekwencja do europarlamentu jest najniższa. Ale problem mają też inni, wszędzie uczestnictwo w krajowych wyborach – parlamentarnych lub prezydenckich – tam gdzie one są, bo przypomnę, że w UE mamy 7 królestw – okazuje się bardziej masowe niż w europejskich. Sporo Polaków uważa, że to wybory „egzotyczne”, dotyczące spraw, które toczą się daleko. Do nich również kieruję swój apel: idźmy i głosujmy 26 maja w wyborach do Parlamentu Europejskiego. O trzech czwartych polskiego ustawodawstwa decyduje się już teraz przecież w Brukseli i Strasburgu i obojętnie jak ten fakt oceniamy-jest on rzeczywistością . Poza tym za 10 lat Polska stanie się w Unii płatnikiem netto, czyli do kasy w Brukseli zacznie wpłacać więcej, niż z niej będzie brać . Dlatego wykorzystajmy maksymalnie dla Polski czas, jaki nam do tego momentu pozostał. W drugiej połowie 2020 roku zapadną decyzje dotyczące ostatniego budżetu, którego będziemy beneficjantami. Nie wolno tej szansy zmarnować. Dziwię się, że na razie Komisja Europejska z panią komisarz Elżbieta Bieńkowska (PO) w składzie przedstawiła bardzo niekorzystny dla nas projekt, zakładający przesunięcie środków nie tylko z Polski, ale i z całego naszego regionu na rzecz Europy Południowej, a nawet najbogatszej: Europy Północnej. Ten projekt Komisji, w tym byłej wicepremier Bieńkowskiej zakłada „rozsmarowanie” środków budżetowych tak, żeby większa niż dotąd ich część trafiła do najbogatszych państw. Dlatego właśnie powtarzam: idźmy i głosujmy. Pójdźmy na wybory i spowodujmy wybór takich polityków, którzy dzięki swojemu doświadczeniu i patriotyzmowi zmienia niekorzystny dla Polski unijny budżet.

 – Wierzy Pan, że to się uda? 

– Tak. Ale muszę dodać jedna uwagę. Otóż w XXI wieku drogowskazem w polityce na forum europejskim są dalej, jak kiedyś, interesy państw i narodów- a nie organizacji międzynarodowych! Dlatego proponuję: spierajmy się ostro w kraju, ale wspólnie walczmy o polskie interesy w strukturach międzynarodowych. Wykorzystajmy Parlament Europejski do przeforsowania najkorzystniejszych dla Polski rozwiązań.

 

Blog

Imigracja podzieli TSUE i Radę Europejską?

Posted on

Chciałem polecić lekturę mojego wywiadu, którego udzieliłem właśnie co portalowi wpolityce.pl. Rozmowę ze mną przeprowadził red Aleksander Majewski .

 

Mam wrażenie, że niektóre instytucje unijne ciężko pracują nad jeszcze większym spadkiem autorytetu Unii Europejskiej. Swoją cegiełkę dokłada do tego również Frans Timmermans 

— mówi portalowi wPolityce.pl Ryszard Czarnecki, europoseł PiS. 

 wPolityce.pl: Ostatnie notowania „Wiosny” nie zachwycają, a przecież w towarzystwie Roberta Biedronia zaczął pojawiać się Frans Timmermans. Na ile pomocny dla nowego ugrupowania może być wiceszef Komisji Europejskiej? 

 Ryszard Czarnecki (PiS): Sprawdziłem, że p. Timmermans nie wziął urlopu w Brukseli jako wiceprzewodniczący Komisji. Oznacza to, że na spotkania z Biedroniem przyjeżdżał służbowo. Zastępca Junckera bierze udział w kampanii wyborczej, co z punktu widzenia formalno-prawnego jest rzeczą niedopuszczalną. To absolutnie naganne! Timmermans zapowiadał wcześniej, że spotka się z przedstawicielami Wiosny i SLD. Ostatecznie z politykami Sojuszu się nie spotkał. Czy to oznacza, że nabrał sceptycyzmu do Koalicji Europejskiej? Jeśli chodzi o „Wiosnę”, to warto zauważyć, że ugrupowanie Roberta Biedronia jedzie na paliwie skrajnie liberalnych nowinek obyczajowych i antypisizmie. Natomiast na Timmermansa, Człowieka Roku „Gazety Wyborczej”, PiS działa jak czerwona płachta dla byka. Wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej reaguje odruchami Pawłowa na wszystko, co słyszy o polskim rządzie, stając się twarzą sił wrogich polskim władzom. Wrogowie rządu mają alternatywę – Koalicja Europejska albo Wiosna. Być może po wizytach Timmermansa większość niezdecydowanych będzie skłonna oddać głos na partię Roberta Biedronia. Nie bardzo mnie to jednak interesuje. Mnie interesuje, żeby Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory.

Tylko czy Komisja Europejska jest wystarczającą rękojmią w walce o liberalny elektorat? Zwłaszcza po wyczynach jej szefa… 

Ostatnio w Afryce pan Juncker miał problemy z pochodnią. Omal kogoś nie podpalił… Trzeba jednak trzymać kciuki za przewodniczącego Komisji Europejskiej, żeby dotrwał w dobrym zdrowiu do końca kadencji i nikomu nie stała się z tego powodu krzywda. Mam wrażenie, że niektóre instytucje unijne ciężko pracują nad jeszcze większym spadkiem autorytetu Unii Europejskiej. Swoją cegiełkę dokłada do tego również Frans Timmermans.

A na co pracuje TSUE? Niebawem poznamy opinie rzecznika generalnego Trybunału na temat sytuacji w Polsce. 

Myślę, że daty ogłoszenia opinii – 15 maja na temat imigrantów i 23 maja na temat praworządności – nie są przypadkowe. Warto jednak zwrócić uwagę, że jeśli Trybunał wyda orzeczenie niekorzystne dla Polski, Czech i Węgier wejdzie w konflikt nie tylko z tymi trzema państwami, ale również z… Radą Europejską. To właśnie Rada już dwukrotnie podkreśliła, że kwestia relokacji i imigracji leży w kompetencjach poszczególnych państw.

 

Blog

Frans, lewica, ingerencja…

Posted on

Sprawdziłem w Brukseli: pierwszy wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans przyjeżdżając do Polski poprzeć lewicową „Wiosnę”, nie wziął urlopu. Jako komisarz KE powinien być bezstronny, ale cnotę bezstronności stracił dawno, jeśli ją w ogóle kiedykolwiek miał. Ten holenderski socjalista, którego partia w zeszłym roku zajęła  dopiero dziewiąte miejsce w wyborach do parlamentu w Hadze (wcześniej był druga) jest kandydatem europejskiej lewicy na szefa KE i pod pretekstem tej kampanii zapewne przyjechał i do nas. Bajdurzył, niczym na zamówienie, o rzekomym Polexicie – równie dobrze mógłby przestrzegać przed pojawieniem się Yeti w Brukseli czy potwora  z Loch Ness w Strasburgu. To kolejna ingerencja przedstawiciela UE w wewnętrzne sprawy państwa członkowskiego. Ten sam Timmermans nie jest jednak konsekwentny, bo pytany o sytuację we Francji , nabiera wodę w usta, a o gwałtowny spór hiszpańsko-kataloński – głośno, można by powiedzieć,  milczy.  Ta eskapada towarzysza Fransa nad Wisłę jest kolejnym argumentem, żeby pójść na wybory europejskie i zagłosować tam na tych, którzy będą takim ingerencjom w wewnętrzne sprawy Polski się sprzeciwiać, a nie im przyklaskiwać.

*komentarz ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (13.04.2019)

 

Blog

Polska – kraj unikatowej ordynacji europejskiej

Posted on

Wybory do Parlamentu w Brukseli i Strasburgu – zwane potocznie wyborami europejskimi – odbędą się w ostatnią niedzielę maja. Będą one w jakiejś mierze „randką w ciemno”, bo nie wiadomo, czy weźmie w nich udział Wielka Brytania, czy też nie. To znaczy kiedy Państwo czytają te słowa, może to już wiecie, ale gdy ja pisałem je 22 lutego, nie było to jasne. Możliwość startu przedstawicieli Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej dopuścił ostatnio sam przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker. Według wcześniejszych przecieków Bruksela dopuszczała możliwość przesunięcia brexitu nawet o 9 miesięcy, ale bez startu brytyjskich polityków w wyborach do europarlamentu. Prawdę mówiąc, ten sam efekt miałby tzw. twardy brexit, czyli wyjście Wielkiej Brytanii z UE bez żadnego porozumienia, niejako na „wariackich papierach”. 73 mandaty, które pozostały po Brytyjczykach, podzielono na dwie pule: część rozdzielono na obecne kraje członkowskie Unii, część zarezerwowano dla przyszłych członków UE.

Ta druga pula będzie zapewne użyta dopiero za 10–12 lat, gdy do Unii przystąpią – w pierwszej kolejności – takie państwa jak Czarnogóra, Macedonia, Serbia, ewentualnie Albania (byłby to zresztą pierwszy kraj członkowski UE z większością muzułmańską…). To z tej puli byłyby czasowo „wypożyczone” mandaty dla reprezentantów Albionu i innych poddanych Jej Królewskiej Mości. Co do tej pierwszej szuflady z mandatami, to podzielono je według zupełnie kuriozalnych reguł najpierw na posiedzeniu AFCO, czyli Komisji Spraw Konstytucyjnych PE, by potem przegłosować je na sesji plenarnej europarlamentu. Możemy być jako Polacy słusznie oburzeni tym podziałem mandatowej masy upadłościowej po Brytyjczykach. Bolesnym paradoksem był fakt, że nasz kraj, mając porównywalną liczbę ludności do Hiszpanii, dostał raptem o jeden mandat więcej niż dotychczas (było w tej kadencji 51, będzie 52, a poprzednio liczba mandatów dla Polski oscylowała między 54 w pierwszej „polskiej” kadencji, czyli w latach 2004–2009, do 50 w kolejnej). Tymczasem Hiszpania otrzymała aż o 5 mandatów więcej niż dotychczas (wzrost z 54 do 59). Zysk Madrytu wyniósł tyle samo co wzrost ilości mandatów Francji (5), zaś wzrost liczby mandatów piątego co do wielkości kraju UE, czyli Polski, był identyczny jak… maleńkiej Estonii – o jeden. Racjonalnie nie da się wytłumaczyć tej polskiej krzywdy. A powinna to uczynić przewodnicząca tejże Komisji Spraw Konstytucyjnych, europosłanka z… Polski, wybrana z listy PO, a będąca niegdyś komisarzem z ramienia rządu SLD-PSL Danuta Huebner. Ale jakoś tego nie uczyniła.

Polska ordynacja wyborcza w wyborach europejskich jest absolutnie unikatowa w skali UE. Zdecydowana większość państw członkowskich stosuje listę krajową (ponad 20 krajów!). Niektóre z nich co prawda absurdalnie obniżają próg wyborczy – na przykład w Niemczech do 1 proc.! – co skutkuje nalotem na Brukselę i Strasburg ugrupowań, które nie mają szans wejść do parlamentów narodowych. We Włoszech była to na przykład nacjonalistyczna Fiamma Tricolore (Trójkolorowy Płomień) z profesorem Lucą Romagnolim, a z kolei niemieccy wyborcy zapewnili pięć lat w Brukseli i Strasburgu przedstawicielowi partii niemieckich rodzin Arne Gericke oraz reprezentantce Partii Piratów Julii Redzie.

W Polsce wszystkie partie po cichu myślały o wprowadzeniu listy krajowej do europarlamentu, ale nikt tego nie uczynił. W efekcie mamy ordynację, która dzieli Polskę na 13 okręgów, w których partie zgłaszają maksimum po 10 kandydatów. Nie ma, inaczej niż w ordynacji krajowej, określonej, zamkniętej liczby mandatów w okręgu – mandaty „przepływają” między poszczególnymi okręgami. Zależy to od frekwencji w danym okręgu. Dlatego małe województwo kujawsko-pomorskie raz miało tylko jednego przedstawiciela (2004–2009), ale niewiele brakowało, by nie miało go w ogóle. Polacy są cudownym narodem, skoro wymyślają tak skomplikowane rzeczy…

 *tekst ukazał się w marcowym numerze “Nowego Państwa” (03.2019)

Blog
Posted on

Zjazd rodzinny. Najstarsi uczestnicy są dobrze po „80-tce” . Rozmawiamy o  dziejach naszych rodów, ale też o życiu. Kuzyn, który rzucił pracę w Raiffeisen Bank w Wiedniu, bo rodzina chciała mieszkac w Polsce cytuje dialog z „Pętli” Hasa: „Czemu pijesz?” – „Żeby zapomnieć” – „A o czym zapomnieć?” – „O tym, że piję”… Wuj Maciej mówi, że niedaleko stąd, w Warszawie, chodził do szkoły podstawowej na Grottgera. A mieszkał wtedy na Flory. Potem rodzina Zbijewskich przeniosła się na ulicę Czerwonego Krzyża. Ale to było później – pierwsze lata po wojnie aż do 1948 roku spędzili w Łodzi. Wuj mówi, że z jego mieszkania miał widok na flagę na Belwederze. Rozmawiamy na tyłach ambasady rosyjskiej, dowcipkując, że na pewno nas stamtąd podsłuchują. Ojciec wspomina, że ówczesną ambasadę Związku Sowieckiego budowano z tego, co zostało po budowie Pałacu Kultury i Nauki imienia Józefa Stalina.

Niedaleko miejsca naszej rozmowy jest ulica Nabielaka: seniorzy wspominają, że wychodziła ona na willę, w której przez cały okres II Rzeczpospolitej mieszkał generał Władysław Sikorski, późniejszy premier i Naczelny Wódz.

Rozmowa schodzi na politykę, bo jeden z uczestników rodzinnego konwentyklu mieszka w Ożarowie, gdzie jakiś czas temu mieściła się fabryka kabli.  Właściciel ją zlikwidował, robotnicy protestowali. Jeden z uczestników spotkania mówi, że premier Miller zachował się przyzwoicie, bo … nie kazał do nich strzelać, w  przeciwieństwie do „premiera z PO”, za którego czasu strzelano do górników.

Dyskusja wraca na tory historii. Konkretnie – o herbach.  Prus III – nim legitymują się Czarneccy. Słyszę wywód, że hetman Stefan Czarniecki – ten z hymnu – na dzwonie na wieży kościelnej w rodzinnej Czarncy w Świętokrzyskiem pisany był tak, jak jego rodzina w starych zapisach „Czarnecki”. Zmiękczenie przez dodanie „i” to „posag” wniesiony przez tych z rodu, którzy mieszkali na wschodzie rozległej Rzplitej. le hetman pieczętował się innym herbem – Łodzia.

Idziemy dalej przez dekady, wieki i terytoria. Słyszę legendę rodzinna, że córka hetmana Stefana wyszła za dwukrotnego króla Polski Stanisława Leszczyńskiego, który dokonał żywota w Nancy we Francji, a jego wnuczka, córka królewska wyszła za mąż za francuskiego króla. Słucham i jako historyk mówię: hola! Dzwoni, owszem, ale nie w tym kościele. Bo Konstancja Joanna Czarniecka owszem poślubiła Leszczyńskiego, ale hetmana wielkiego koronnego -Wacława i mieli syna Stefana, a nie córkę…

To była opowieść „po mieczu”. A teraz opowieść „po kądzieli”. Dziadek ze strony mamy, Ryszard Bieliński, przed druga wojną światową właściciel drukarni i antykwariatu na Nowym Świecie zginął rok po wojnie, bo dom, w którym mieszkał, wcześniej zbombardowany przez Niemców, nagle się zawalił. Budynek znajdował się na ulicy Tamka 45, poniżej Okólnika i miejsca, gdzie teraz mieści się Akademia Muzyczna im. Chopina.

Historia cioci mamy, Jadwigi Skórzewskiej, przez lata pracowniczki PKO BP. Pamiętam jej mieszkanko na pięterku willi na warszawskiej Sadybie. Była już starszą panią, gdy do Ojczyzny z pierwszą pielgrzymką przyjechał polski papież. Wrażenia były tak silne, że parę godzin po transmisji jego pożegnania na krakowskich Balicach dostała udaru i po paru dniach zmarła.

I znów wszyscy cofamy się w czasie. Jerozolima, lata 1920., zamożny  brat dziadka, Eugeniusz Bieliński  jedzie zwiedzać Ziemię Świętą i Palestynę z żona Zofią z domu Luedecke (po wojnie mieszkała na Angorskiej na Saskiej Kępie w stolicy). Wynajmują automobil. W tumanach kurzu wyprzedza ich inny samochód. Poirytowany tym Eugeniusz każe szoferowi wyprzedzić z kolei tamtego…Ale w wyścigowego pyle  szofer nie zauważa zakrętu i lądują na piargu. Żona cała, szofer tez, gorzej z Eugeniuszem – ma duże obrażenia wewnętrzne. Tydzień spędza w szpitalu i gdy wydaje się, ze idzie ku dobremu, nagle umiera. Na warszawskich Powązkach, od czwartej bramy w prawo, kawałek za nagrobkiem bohaterskiego szewca-powstańca Stanisława Hiszpańskiego, na grobie Bielińskich (nazwisko mojej mamy) jest pomnik Ikara symbolizujący przedwczesną śmierć mojego stryjecznego dziadka.

 Jest już noc, gdy kończymy rodzinne rozmowy. Oby udało się  jeszcze raz spotkać się w tym samym gronie…

*tekst ukazał się w miesięczniku  “Nowe Państwo” (luty 2019)

Blog

Niemcy: krajobraz przed wyborczą, europejską bitwą

Posted on

Tydzień temu  w „GPC” z 01.04.2019 w artykule „Francja. Krajobraz przed wyborami” opisałem wyścig do Parlamentu Europejskiego w drugim, co do siły demograficznej i gospodarczej państwie UE (uwzględniając Brexit). Dziś pora na omówienie kampanii w „państwie numer 1” czyli Niemczech.

SPD – stabilny dół sondażowy  

U naszego zachodniego sąsiada sytuacja jest znacznie bardziej stabilna niż we Francji, gdzie doszło do politycznego trzęsienia ziemi w wyniku którego dwie główne formacje, które od II wojny światowej  wymieniały się u władzy, teraz raptem mają łączne poparcie ledwo co…  siódmego  Francuza.  W Republice Federalnej sytuacja jest bardziej przewidywalna, choć na łeb, na szyję polecieli wciąż  jeszcze współrządzący socjaliści. Co skądinąd jest tendencja ogólnoeuropejska, co pokazują wyborcze klęski lewicy w Holandii (spadek z drugiego na dziewiąte miejsce), Austrii, Francji, Czechach – w tych państwach  lewica straciła władzę, także we Francji (Macron to liberał). Nawet tam, gdzie socjaliści utrzymali się u władzy, stracili bardzo wiele mandatów: w Szwecji tworzą rząd mniejszościowy (!), a na Słowenii współtworzą tęczową koalicję, której jedynym wspólnym mianownikiem jest niechęć do eurorealistycznej prawicy.

We wszystkich trzech  głównych niemieckich partiach doszło do zmiany przywódców. Mowa o CDU, CSU i SPD, które wspólnie rządzą kolejną kadencję – a władza zużywa nawet w Niemczech. Wykorzystały to umiejętnie partie, które bądź dawno nie były u władzy -jak Zieloni, bądź nie byli nigdy i prędko nie będą – jak „Alternatywa dla Niemiec”. „Zieloni” po prostu  „pożywili się”, gdy chodzi o sondaże, biorąc zarówno z prawa (CDU-CSU), jak i z lewa (SPD, w mniejszym stopniu komunistyczna „Die Linke”). Okrzepła również bardzo prawicowa oraz antyimigracyjna i eurosceptyczna „Alternatywa”, która zaczęła odbierać wyborców CDU i CSU już nie tylko retoryką antyimigracyjną, ale też odwoływaniem się do konserwatywnych, rodzinnych wartości.

Niemcy: prawie 100 mandatów i „rozproszona” ordynacja

Niemcy mają niemal stu posłów do europarlamentu! Dokładnie – 96. Nawet jeżeli dojdzie do Brexitu, to nie powiększą liczby swoich mandatów, jak Francja, Hiszpania – o pięć, czy przykładowa Polska czy Estonia – o jeden. Dlaczego? Bo już wcześniej RFN, w przeciwieństwie do innych krajów, „wysyciła” swój limit.

Niemiecka ordynacja europejska jest, jak w Polsce, zupełnie inna niż krajowa. Nie ma już progu 5% – ostatni raz był w 2009 roku. Wybory są proporcjonalne, a jeden wielki okręg wyborczy stanowi terytorium Niemiec. Każdy wyborca dysponuje tylko jednym głosem – piszę „tylko” , bo w wyborach federalnych  i w większości landowych każdy obywatel RFN ma dwa głosy, dzięki czemu ujawnia swoje dodatkowe preferencje wyborcze. Każda formacja polityczna ma prawo wybrać, czy chce mieć listę krajową, czy 16 „landowych”. Wszystkie partie wybierają to pierwsze rozwiązanie, tylko CDU decyduje się na 15 list w krajach związkowych , a 16-ta, w Bawarii, wystawia CSU.

W Polsce przestrzega się, naszym zdaniem słusznie, przed rozdrobnieniem głosów: im więcej Polaków w różnych frakcjach w PE, tym siła głosu Polski jest mniejsza, bo właśnie rozporoszona. Tym czasem w Niemczech postąpiono dokładnie odwrotnie. Dzięki zmianie „Europawahlgesetz” – ordynacji wyborczej  do europarlamentu z 1978 roku, skądinąd wielekroć poprawianej, wprowadzono możliwość wejścia do parlamentu w Strasburgu i Brukseli dla partii nawet z marginalnym poparciem. Dzięki temu aż 14 ugrupowań z Niemiec ma swoich europosłów, z czego równo połowa, siedem – ledwie po jednym.

CDU-CSU: tyle samo lub prawie tyle samo

Warto porównać wyniki z 2014 roku z sondażami z marca 2019. I tak CDU-CSU miały w wyborach 35,3 % i 34 mandaty (CDU – 29 i CSU – 5), a teraz mają poparcie minimalnie mniejsze, w zależności od badań  od 32-35%.  Obecny wynik oznacza od 30 – 35 mandatów dla chadecji. Medialną lokomotywą ma być Manfred Weber, lider Europejskiej Partii Ludowej w PE, kandydat na pierwszego po pół wieku niemieckiego szefa Komisji Europejskiej. Choć jest członkiem CSU – to politycznie blisko związany jest z kanclerz Merkel.

SPD zjechało z 27,3%  do 18-19%. Obecnie socjaliści z RFN mają 27 mandatów, a będą mieli miedzy 16 a 21. SPD zanotowało jednak minimalny wzrost sondaży w porównaniu z końcem zeszłego roku. Jej program wyborczy nawołuje do „uczynienia Europy silną”. Liderem listy ma być Katarina Barley, obecny minister sprawiedliwości, a poprzednio minister do spraw rodziny, osób starszych, kobiet i młodzieży. Była sekretarz generalna SPD i prawniczka urodziła się  w Kolonii.

„Zieloni” partia nr 2 w wyborach europejskich?

Na identyczną liczbę mandatów – od 16 do 21–  może liczyć Sojusz ‘90/Zieloni. Jest to wyraźny wzrost, bo obecnie mają 11. Partia, która nie przekroczyła 11% w wyborach w 2014 obecnie ma notowania rzędu 18%. Liderem listy ma być obecna europosłanka i współprzewodnicząca frakcji w europarlamencie, Ska Keller. Ciekawe, że urodziła się „niemal” w Polsce, bo w dolnołużyckim Gubinie leżącym na granicy z Polską (i polskim Gubinem). Ta była rzeczniczka europejskich „Zielonych” w latach 2001-2007 i szefowa partii w Brandenburgii jest europosłanką 10 lat. Ciekawostka: studiowała judaistykę, islamistykę i turkologię. A ponieważ Zieloni bezwzględnie przestrzegają parytetów, to „dwójką” na liście krajowej będzie mężczyzna, obecny europoseł Sven Giegold. Urodzony w Las Palmas, na hiszpańskich Kanarach(!), studiował w Bremie, Birmingham i Paryżu, jest europosłem od 10 lat.

Komuniści – równia pochyla, antyimigracyjna prawica – w górę

 „Alternatywa dla Niemiec” („AfD”) pięć lat temu miała 7% i 5 mandatów, teraz liczy na od 10 do 15 miejsc, dzięki wynikowi od 9-11%. Niemiecka twarda prawica znalazła się na zakręcie w rezultacie wewnętrznych  kłótni, a także zarzutom o nielegalne finansowanie kampanii wyborczych. Liderem ich listy krajowej ma być obecny europoseł  (objął mandat po wnuczce ministra finansów III Rzeszy Beatrix von Storch, która została posłanką do Bundestagu) –  Joerg Meuthen. Ten nauczyciel akademicki gościł w Polsce, a jego wykład odwołał w swoim czasie Uniwersytet Wrocławski…

Liberałowie  w 2014 roku ponieśli klęskę, uzyskując  3,3 % i mając tylko 3 mandaty – co się paradoksalnie przełożyło na stanowisko wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiej dla  Alexandra Grafa Lambsdorffa.

Teraz mają poparcie na poziomie od 6 do 7% i liczą na od 6 do 9 mandatów. Listę krajową ma otwierać Nicola Beer, prawniczka, niegdyś radna we Frankfurcie nad Menem, posłanka do landowego parlamentu Hesji (przez 18 lat!), była sekretarz generalna FDP, a od roku deputowana do Bundestagu.

Z większych partii  pozostają jeszcze komuniści z „Die Linke”. Oni akurat stracili w  porównaniu z A. D. 2014. Mieli 7 europosłów, dzięki wynikowi 7,4%, teraz mogą liczyć na od 6 do 7%, ale teoretycznie mogą nawet powiększyć swój stan posiadania. Liderką listy krajowej jest urodzona w Turcji 35-letnia Özlem Alev Demirel, która do RFN przyjechała w wieku 4 lat. Działała w DIDF czyli organizacji skupiającej Turków i Kurdów w Niemczech, by nawet ja kierować  w latach 2012-2014. Była też posłanką do landtagu Nadrenii Północnej-Westfalii.

Zatem w odróżnieniu od Francji, w Niemczech będziemy mieć do czynienia z „twórczą” kontynuacją. Wygra CDU-CSU, a o drugie miejsce bić się  będą „Zieloni” jadący polityczną windą w górę i SPD, która taką windą zjeżdża właśnie w dół.  Te przetasowania dla Polski w praktyce znaczą więcej niż niewiele.

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie”  (08.04.2019)

Blog

P(uste) O(bietnice), cenzura i rtęć …

Posted on

“Jestem za, a nawet przeciw” – mawiał klasyk gatunku ob. Wałęsa Lech. Zgodnie z tą dewizą zachowała się partia Pustych Obietnic, która w minionym tygodniu w Strasburgu zagłosowała za ACTA 2, chociaż w lipcu zeszłego roku głosowała – tak jak Prawo i Sprawiedliwość – przeciwko. Wówczas to na swojej stronie internetowej PO ogłosiła, że jest za …wolnością, przeciw cenzurze i że prawa twórców nie mogą kolidować  z ograniczaniem wolności w „necie” ! Nie minęły dwa miesiące, jak tuż po wakacjach A. D. 2018 Platforma zagłosowała wbrew tym swoim, kolejnym Pustym Obietnicom, zjadła, a  właściwie zżarła własny język i dołączyła do tych w polskiej historii, którzy byli za cenzurą. Cóż, rzeczywiście, w tym zakresie są pewne tradycje, do których może nawiązywać i do których partia  DEG (Donka, Ewy, itd.) nawiązuje. Nawet twórczo… W owym strasburskim  głosowaniu większość z głosujących polityków PO zagłosowała za kneblem, ale byli też tacy, którzy postanowili odegrać rolę Poncjusza Piłata i umyli ręce: będąc na sali, nie zagłosowali, nie wciskając  przycisków. Cierpieli niczym młody Werter, by potem swe cierpienia opisać na Twitterze. Owymi współczesnymi platformerskimi Poncjuszami zostali ob. Buzek Jerzy i ob. Rosati Dariusz (ten drugi nawet: tow.)

Wracając do ob. Wałęsy Lecha, to był on autorem jeszcze kilku innych wiekopomnych stwierdzeń, które cytować warto, dopisując kolejne rozdzialiki – ewentualnie przypisy – do książki Aleksandra Bocheńskiego  „Dzieje głupoty w Polsce”. W trakcie prac nad konstytucją w II kadencji Sejmu RP (przewodniczącym Komisji Konstytucyjnej był ob. Kwaśniewski Aleksander, nawet:  tow.) – ob. Wałęsa był łaskaw zająć się wstępem do tejże Konstytucji, używając co chwila wyrazu „parambuła”. Wyjaśniam, że chodziło o … preambułę.

O stałości poglądów w polityce tenże ob. Wałęsa Lech powiedział kiedyś: „słowo daję, słowo cofam”. Nie dość na tym. Na jednym z posiedzeń Komitetu Obywatelskiego ob. Wałęsa jeszcze jako przewodniczący „Solidarności”, a nie prezydent RP , będąc wtedy w fazie – chwilowej, jak się okazało – konfliktu z lewicą laicką i „katolewicą”  rzekł do Jerzego Turowicza: „Stłucz pan termometr, a nie będziesz pan miał gorączki”.

Co do termometru, to pamiętam, że w czasach szkolnych pełnił czasem istotną rolę przed wyjściem do szkoły. Udawało się natenczas straszną chorobę, potworne zaziębienie, w ogóle niemalże stan agonalny i żeby owe nieprawdopodobieństwo uprawdopodobnić wkładało się termometr do jednej z dłoni i zaciśniętą dłonią z termometrem uderzało o drugą. Oczywiście słupki rtęci szły w górę, szkoła  i często klasówka oddalały się na właściwą odległość, można się było wyspać, poleniuchować lub, ha, ha, przygotować do kolejnej klasówki. Trzeba było tylko bardzo uważać, aby termometr nie wystawał z dłoni, bo można go było wtedy łatwo rozbić, a rtęć, wiadomo, jest trująca.

Cóż, teraz już tak nie robię…

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej” (03.04.2019)

Blog

Timmermans u Biedronia, a Broniarz tam, gdzie zawsze

Posted on

Proponuję lekturę bardzo  „świeżego” wywiadu radiowego, jakiego udzieliłem red. Pawłowi Lisickiemu w porannej audycji Polskiego Radia Programu Trzeciego. Po części jest on poświęcony sprawom krajowym (nauczyciele!) , ale także wizycie Timmermansa u Biedronia. 

Salon Polityczny Trójki zaprasza Paweł Lisicki. Dzień dobry Państwu, moim gościem jest Ryszard Czarnecki, były wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, poseł do Parlamentu Europejskiego, dzień dobry. 

-Witam Pana, Witam Państwa.

Wczoraj w nocy, wieczorem, toczyły się rozmowy ostatniej szansy, które miały doprowadzić do tego, żeby nie wybuchł strajk nauczycieli. Niestety, wydaje się, że udało się porozumieć tylko z  jednym ze związków – z „Solidarnością”, a nie udało się porozumieć z ZNP pana Broniarza ,no i sądząc po informacji, która się teraz pojawiła, około 80% szkół i przedszkoli ma przystąpić do strajku. Dlaczego nie udało się osiągnąć tego porozumienia? 

– Związki zawodowe są w tej kwestii podzielone  , tak jak opozycja jest podzielona, bo przecież nie idzie jednym blokiem, tylko jest kilka inicjatyw – osobno Koalicja Europejska, osobno partia „Razem” pana Zandberga, osobno partia „Wiosna” pana Biedronia, osobno Kukiz’15. Opozycja jest podzielona i związki zawodowe też są podzielone w sprawie strajku. Ja mam wrażenie, że zabrakło jednak chyba dobrej woli ,konkretnie po stronie ZNP . „Solidarność”, która bardzo była krytyczna w wielu aspektach, gdy chodzi o kwestie  oświaty i działania rządu, jednak uznała, że dla dobra polskich  dzieci, polskich rodziców, dla dobra szkoły należy porozumienie podpisać, aby i dalej żądać oczywiście reformy edukacji, systemu edukacji po to, żeby jednak  nie robić strajku w okresie egzaminów, bo to uderzy  ewidentne w dzieciaki i w  rodziców.

To, co udało się osiągnąć „Solidarności, to jest ustawa, na mocy której pensje nauczycielskie mają wzrosnąć średnio o 15% , ZNP domaga się 30%, ta różnica to jest powód, dla którego ten strajk ostatecznie wybuchł. 

– Właśnie. I ja jestem tutaj zaskoczony, że to samo ZNP, kiedy  w 2013 roku za rządów Platformy i PSL-u nauczyciele nie dostali  ani złotówki  podwyżki, wtedy nie było protestu i nie było  mowy o strajku. W 2014 roku za rządów  PO-PSL  ani złotówki  podwyżki i ZNP  zachowywało się jak struś, który schował głowę w piasek, polityczny struś. W 2015 roku  – to samo, znów za rządów PO i PSL zero złotych podwyżki – i też  żadnej reakcji ze strony ZNP. Teraz natomiast  te reakcje są  w momencie, kiedy te podwyżki się pojawiły i uwaga, pojawiły się podwyżki wyższe niż były na przykład w 2012 roku.  Za rządów Platformy i PSL-u , i to znacznie wyższe. Mam wrażenie, że pan Broniarz jest człowiekiem, który ma niebawem ubiegać się o kolejną kadencję  prezesa ZNP,  którego widywaliśmy na manifestacjach KOD-u, a więc skrajnej opozycji wobec rządu RP, który -trzeba tak powiedzieć wprost – kiedy centroprawicowy  rząd AWS-u wprowadzał gimnazja, to protestował, a kiedy  prawicowy rząd  Prawa i Sprawiedliwości i obozu Zjednoczonej Prawicy  te gimnazja likwiduje, też protestuje.  A więc widać wyraźnie, ze jednak tutaj jest to osoba, u której te polityczne emocje bardzo grają .  Szkoda tylko, że jednak kosztem nauczycieli. Tak, uwaga, kosztem nauczycieli, nie tylko rodziców i dzieci, ale także nauczycieli. Jeżeli, panie redaktorze, przez 3 miesiące, przez kwartał toczyły się od stycznia do kwietnia negocjacje między rządem, MEN-em, a potem już szersza delegacja rządowa a  związkami zawodowymi, a pan  Bronairz pojawił się raptem raz na  tych negocjacjach, to nie wiem czy rzeczywiście  chodziło mu o te podwyżki, czy też nie. Mam wrażenie graniczące z pewnością, że  tutaj można się  było porozumieć przy dobrej woli. Tę dobrą wolę wykazała „Solidarność”, co nie oznacza, że nie będzie dalej się domagać  dla nauczycieli podwyżek i w ogóle zmiany systemu  funkcjonowania oświaty, co jest  konieczne.

Może jest tak, że może PiS trochę, przynajmniej  częściowo sam jest sobie  winny, w tym sensie, że ogłaszając „Piątkę Plus”, prawda, i ogłaszając duże przepływy finansowe do różnych grup, na przykład 500 złotych na pierwsze dziecko, „trzynastka” czyli  emerytura wypłacana dla wszystkich , pokazał, ze budżet  ma się tak dobrze, że zachęcił  kolejne grupy, żeby domagały się i mogły coraz mocniej, że tak powiem, walczyć o swoje? 

-Panie redaktorze, żyjemy w kraju demokratycznym i każda  grupa zawodowa ma prawo domagać się tego, żeby również ona miała lepiej. Ja absolutnie nie krytykuję nauczycieli. Ja do nauczycieli podchodzę z wielkim szacunkiem, z wielkim respektem, z wdzięcznością za to, że dobrze uczą polską młodzież, polskie dzieci. Bo tu chciałem powiedzieć, mało kto o tym mówi, a to trzeba powiedzieć, że jak dochodzi  do różnego rodzaju międzynarodowych konkursów, gdzie  Polacy, polskie dzieci, polscy  uczniowie startują, to bardzo często Polacy te konkursy wygrywają czy są na absolutnie czołowych miejscach  czy tez gdy polskie dziecko  wyjedzie zagranicę , do innej szkoły, to często jest najlepsze, czy jednym z najlepszych w klasie, właśnie także dlatego, ze szkoła polska nieźle czy bardzo dobrze przygotowuje uczniów w zasadzie – więc ja tutaj chciałem się nauczycielom pokłonić, natomiast mam takie wrażenie, że ZNP chodzi o to, nie żeby złapać króliczka tych podwyżek i zmian w systemie edukacji, tyle, żeby  go gonić. No i tak gonić, gonić – ze względów także politycznych.

Tak a propos polityki, bo rozumiem, że nauczyciele zarabiają za mało, i że powinni  zarabiać więcej to się pewnie wszyscy zgadzamy. 

– Pełna zgoda.

Szczerze mówiąc to nie słyszałem żadnej innej opinii, kogoś , kto by powiedział, że  jest tak , jak być powinno. Natomiast oczywiście pytanie  dotyczy tego  w jaki sposób należy osiągnąć podwytych płac. I teraz  ten wątek polityczny, który tez jest bardzo ważny. Na pierwszej stronie „Gazety wyborczej” – „Strajk!” z wykrzyknikiem. A na drugiej stronie można przeczytać: „Trzymajcie się i nie ustępujcie rządzącym, ponieważ rządzący wypłacają sobie kilkudziesięciu tysięczne premie, a wy, biedni nauczyciele dostajecie tylko po  kilka tysięcy, i to raczej mniej niż więcej”.

– To jest sprawa i przykra i skandaliczna, że jednak znaczna część  opozycji  i część mediów tej opozycję wspierających, wręcz szczuje do strajku  i  uwaga – tutaj przestają się liczyć  dzieciaki, młodzież, przestają się liczyć rodzice, mam wrażenie również, że ci nauczyciele wcale się nie liczą,  dla części opozycji i dla części  mediów.

 A dlaczego opozycja, Pańskim zdaniem, to robi? Jaki jest cel polityczny tego? No, bo  wybucha strajk, rozumiem on jest masowy, dzieci  zostają w domach, jest chaos z tym związany, jaki  jest polityczny powód? Jeśli ta teza jest prawdziwa, co opozycja chce uzyskać? 

– To jest dość oczywiste, że mamy sytuację  wyborów  w tym roku – i to dwukrotnie: w maju  wyborów europejskich, jesienią – wyborów  krajowych i wiosną przyszłego roku wyborów prezydenckich, i tutaj każdy pretekst, żeby uderzyć  w rząd będzie wykorzystywany.  Podkreślam, szkoda, że instrumentalnie traktuje się nauczycieli, bo  można było dogadać się, można było dokonać decyzji wspólnej, decyzji  o podwyżkach, ale także o pewnych zmianach w systemie oświaty, bo przecież tak naprawdę  te podwyżki nie zmienią pewnej  struktury i tutaj, pewnie za rok czy za dwa,  byłby ten sam czy  podobny problem. Tutaj trzeba myśleć o zamianach strukturalnych. Podkreślam jeszcze raz – instrumentalne traktowanie i dzieciaków i rodziców i nauczycieli jest czymś, co budzi zgrozę. Ja po prostu przed tym przestrzegam, aby nauczyciele czy uczniowie nie byli takim mięsem armatnim w pojedynku opozycji z rządem, bo to naprawdę nie warto i jest to nieetyczne.

Strajk – wszystko na to wskazuje – wybuchł i co się w ogóle stanie? Bo pan Broniarz zapowiadał i duża część nauczycieli mówiła o strajku bezterminowym, że warunkiem absolutnie koniecznym jest spełnienie wszystkich postulatów. Co to oznacza? Jest ósmego kwietnia, co będzie dalej? Rzeczywiście: egzaminy, potem matury, i tak dalej. Pytanie, które zadają sobie wszyscy rodzice – brzmi co będzie dalej z egzaminami? Z normalnym funkcjonowaniem szkoły? 

– Pytanie fundamentalne. Cieszę się z deklaracji pani wicepremier Beaty Szydło, która była szefową strony rządowej w tych negocjacjach  i wyraźnie wczoraj  wieczorem  deklarowała dobra wolę  i, mówił o tym zresztą pan minister Dworczyk  ,szef KPRM. Owszem,  jest dzisiaj akcja strajkowa. Zobaczymy, jak będzie dzisiaj  ona duża. Natomiast  dobra wola rządu jest. W każdej chwili  pani premier Szydło i ten zespół rządowy jest gotów usiąść  do negocjacji  z tymi związkami zawodowymi, które porozumienia nie podpisały. Dobra wola jest, chęć  kompromisu, chęć dialogu,  konsensusu – to wszystko jest. Też  prośba o tę dobrą wolę do drugiej strony.

Zmieniamy temat – w Warszawie  był pan Frans Timmermans, to już dotyczy ściśle wyborów  do Parlamentu Europejskiego i spotkał się z „Wiosną” Robert Biedronia, i usłyszał, to cytat  z Roberta Biedronia – „Oto człowiek, który nie kłania się tym, którzy demolują ład konstytucyjny w naszym kraju” i wygląda na to, że pan Timmermamns włączył się  całkiem bezpośrednio w kampanię  wybroczą w  Polsce i ona nabrała przez to takiego  globalno-europejskiego wymiaru. 

– Maski opadły . Pan Timmermans,  który zresztą dość nieudolnie do tej pory, grał takiego obiektywnego  urzędnika, który tutaj  załamuje ręce nad sytuacją w Polsce, teraz przyjechał do Polski wesprzeć  jedną – a słyszałem o dwóch, że SLD też – partie polityczne…

Ale jak to jest w sensie formalnym, bo ja nie  rozumiem. Pan Timmermans jest  przecież  pierwszym wiceprzewodniczącym KE i pojawia się w jednym z państw Unii Europejskiej, gdzie  prowadzono kampanię  polityczną na rzecz jednej z partii. Czy to jest normalne? 

– Pan Timmermans  w zgodzie  z takim angielskim powiedzeniem  o  facecie  w paru kapeluszach , drugi kapelusz  ma ten, że jest jednym z „Spitzenkandidaten”, oficjalnym kandydatem na szefa  Komisji Europejskiej. Został wybrany  przez europejskich socjalistów jako ich kandydat  na przewodniczącego KE po panu Junckerze, wybory  jesienią i w tym charakterze objeżdża, jak widać także Polskę. Z tego, co sprawdzałem w Brukseli, on nie wziął urlopu nawet  – jako pierwszy wiceprzewodniczący KE co oczywiście  nie tylko w Polsce, ale także w Brukseli budzi zasadne pytanie tak naprawdę, a w jakim charakterze przyjeżdża? To, że nie wziął urlopu ,zatrzymajmy sie na tym: ci wszyscy politycy opozycji  mówią, że nasi kandydaci, którzy pełnią funkcje rządowe powinni wziąć urlop  na  czas kampanii,  ja rozumiem te postulaty-ale ci sami ludzie milczą, gdy pan Timmermans przyjeżdża tu z Brukseli bez urlopu.

Jest to żałosne zachowanie bardzo.

Niestety z tym pytaniem musimy pozostać. Bardzo  dziękuję. Moim gościem był Ryszard Czarnecki  europoseł z ramienia PiS do Parlamentu Europejskiego.

Blog

Anglicy z BSI to tłuste , syte koty i skupiają się wyłącznie na przeliczaniu „szmalu”

Posted on

Wczoraj, po zimowej przerwie ruszyła najsilniejsza i najlepiej opłacana żużlowa liga świata- polska Ekstraliga. Z tej okazji proponuje lekturę mojego wywiadu, którego udzieliłem „Tygodnikowi Żużlowemu” – między innymi o organizacji mistrzostw świata.

Ile imprez żużlowych objął pan swoim patronatem w minionym sezonie?

Blisko trzydzieści. Nie były to tylko zawody w Polsce. Z bardziej znanych to oczywiście finały SEC i IMŚJ, ponadto IMME, drużynowe  ME juniorów, różne memoriały, testmecze polskiej reprezentacji, czy niektóre mecze ligowe.

Warto przy tym powiedzieć, że jak obejmował Pan patronat, to zazwyczaj organizator „coś” z tego  miał.

Z reguły starałem się pozyskać sponsora często było tu paru sponsorów.

Jest Pan europosłem wybranym w Wielkopolsce, w  najbliższych wyborach występuje Pan z listy w Warszawie. Czy to oznacza, ze w przypadku sukcesu już nie będzie Pan tak widoczny na żużlowych stadionach?

Skąd jestem posłem – absolutnie nie ma to żadnego znaczenia. Dla mnie żużel nie jest mniej ważny od polityki.

Można się z Panem różnic politycznie, ale każdy powinien wiedzieć , ze jest Pan człowiekiem żużla i sportu i dzięki panu sport ten ma wymierne korzyści.

Cieszę się, ze Pan to dostrzega. Tak jest w istocie. Jeżeli mogę, to pomagam i wykorzystuje swoje stanowisko i kontakty tak, aby polski sport żużlowy coś z tego miał.

Warszawa polskiemu kibicowi żużla kojarzy się z dwiema rzeczami. Pierwsza to Grand Prix w tym miejscu, a duga – że niestety nie ma tam żużlowego ośrodka.

Mam nadzieję, ze to się zmieni. Pamiętam Stadion Gwardii Warszawa i orgaznizowany tam chociażby finał IMP, albo mniej eliminacyjny IMP, w którym nieodżałowany Robert Dados „kradł” starty.

Jakie będą dalsze losy żużla w stolicy?

Ja już na rzecz odbudowy czarnego sportu w Warszawie działałem do tej pory , co może potwierdzić Pan Wojciech Jankowski – niestrudzony animator powrotu żużla do stolicy. Rozmawiałem na ten temat z wieloma ministrami. Sprawa jest trudna. Nie będę obiecywał, że mi się to na pewno uda, bo jestem poważnym człowiekiem. Wolę zadeklarować kontynuowanie działań w tym zakresie i zobaczymy, co z tego wyniknie. Na razie mamy do czynienia ze swoistym ping-pongiem  w sprawie administratora obiektu Gwardii.

W sejmie powołano kiedyś parlamentarny zespół ds. żużla, który m. in. miał się zajmować właśnie reaktywacją żużla w stolicy.

Pomysł na pewno jest bardzo dobry. Życzę kolegom-parlamentarzystom dobrych inicjatyw, pomysłów i skuteczności.

Żużel w Polsce ma się nieźle i podpisze się Pan  pod stwierdzeniem, że tak naprawdę to brakuje jeszcze mocne sekcji żużlowej w stolicy.

Myślę, ze do pełni szczęścia to brakuje nam czego innego, a mianowicie tytułu Indywidualnego Mistrza Świata. To jest obecnie kluczowa kwestia, abyśmy się doczekali trzeciego mistrza z Polski.

A Warszawa?

To jest szerszy problem. Żużel nie jest sportem dużych aglomeracji. Na najwyższym poziomie ligowym wyjątkiem jest tylko Wrocław. Pozostałe ośrodki to nie są metropolie, ale z drugiej strony miasta o wielkiej żużlowej tradycji.

Czy to się może zmienić?

W jakimś sensie to się zmienia, dzięki Sparcie Wrocław i jej sezonowi w stolicy Wielkopolski rozwija się żużel w Poznaniu, „Pyrlandii”. Ruszyło się też w Łodzi. Na razie w sensie infrastruktury, bo powstał piękny obiekt . Zobaczymy czy pójdą za tym wyniki. Reasumując, żużel to jest dumą dużych miast , ale nie tych największych.

Nie brakuje opinii, ze mistrza świata nie możemy się doczekać , bo żużlowcy nie potrafią odciąć pępowin od swoich ojców. Zgodzi się Pan z tym?

Na moim przykładzie mogę powiedzieć, że prędzej czy później dzieci, które wykonują ten sam zawód co rodzice, usamodzielniają się. Mam tu na myśli mojego najstarszego syna Przemysława,  który też jest politykiem.

To dlaczego nie mamy mistrza świata ?

Myślę, że wszystko zależy od głowy,  wyrachowania i zwykłego łutu szczęścia. Nasi jeźdźcy maja bowiem na pewno nie gorszy sprzęt niż  Tai Woffinden, maja sponsorów, doświadczenia, a  także o wiele większe wsparcie kibiców  niż wszyscy inni żużlowcy w Grand Prix razem wzięci. Jestem jednak przekonany, że raczej prędzej niż później tego złota się doczekamy. Oby było tak, że jak ten „worek się rozwiąże” , to seryjnie będziemy kolekcjonowali tytuły.

Żużel na świecie – nie bójmy się tego powiedzieć – umiera. Czy nie nadszedł najwyższy czas, aby stery tej dyscypliny w FIM objął Polak?

Nie chcę wchodzić w kompetencje i decydować za światową federację, komu powinna powierzyć szefowanie Komisji Wyścigów Torowych. W tym wypadku widzę jednak podobieństwo do siatkówki. W tej dyscyplinie też odgrywamy kluczową rolę, a  absolutnie nie ma to odzwierciedlenia  w naszej pozycji w strukturach światowej federacji. Chciałbym, aby Polak rządził światowym żużlem, ale należy zadać sobie pytanie, co jest ważniejsze: czy szefowanie w CCP FIM , czy to, aby polska firma One Sport wygrała przetarg na organizację grand Prix, co w mojej opinii byłoby jednoznaczne z poszerzeniem geografii tego sportu. Obiektywnie należałoby się na jedno i drugie, ale mam przekonanie, ze zarządzając Grand Prix można mieć większy wpływ na światowy speedway.

Dlaczego Pan uważa, że gdyby polski promotor rządził Grand Prix , to poszerzyłaby się geografia tego sportu?

Powiem wprost, bo Anglicy z BSI to tłuste, syte koty i skupiają się wyłącznie na przeliczaniu „szmalu”. Cykl GP w ostatnich latach się uwstecznia. Przykładem jest chociażby Grand Prix Australii , której już drugi rok z rzędu nie będzie w kalendarzu Grand Prix. Poza tym widać niebezpieczna tendencję odwrotu od dużych prestiżowych stadionów i powrotu do małych ośrodków. Wyjątkami od reguły są Cardiff i Warszawa, a pamiętam jak sam byłem kiedyś na GP na Stadionie  Olimpijskim w Sztokholmie, na którym w 1912 roku rozegrano letnie igrzyska, co zrobiło na mnie kolosalne wrażenie.  Alternatywą dla BSI jest One Sport. Polska firma byłaby gwarantem, że Grand Prix po raz pierwszy trafiłoby na Wschód, gdzie jest ogromny potencjał dla żużla. Wiem, że jest wizja ekspansji na Bliski Wschód. Tam są sponsorzy, jest ropa i siłą rzeczy pretekst do tego, aby pokazać tam żużel. Dobrze, że w FIM jest nowy portugalski szef. Chciałby pewnie, aby jego nazwisko było kojarzone z ekspansją speedwaya na świecie.

 

 

Blog

Brytania zostaje w Unii – na razie

Posted on

Francuska minister spraw europejskich Nathalie Loiseau ochrzciła swojego kota imieniem Brexit. I nawet uzasadniła te nazwę we francuskiej gazecie „Journal du Dimanche”. To złośliwość bardzo podobna do tej, z jaką Francuzki mówiąc czym różnią się od Angielek, stwierdzają, że niczym poza tym, że wazą mniej o 10 kilo. W druga stronę: gdy były już premier Jej Królewskiej Mości David  Cameron spotkał się brytyjskimi lekkoatletami, to podkreślił nie ile zdobyli medali na mistrzostwach świata, tylko że zdobyli ich… kilka razy więcej niż Francuzi.

Zostawmy te uszczypliwości i poczucie ledwo skrywanej wyższości mające wielowiekową tradycję po obu stronach Kanału La Manche – oczywiście przez Brytyjczyków zwanego … Kanałem Angielskim. Mnie, jako polskiemu politykowi  zależy, aby druga co do wielkości gospodarka w Unii – czyli Zjednoczone Królestwo właśnie – była w UE także dlatego, bo chcę, aby polskie firmy eksportujące tam na potęgę, dzięki którym mamy dodatni bilans handlowy z Londynem,  mogły dalej to czynić  bez ograniczeń. Nie rozumiem tych polityków i komentatorów w naszym kraju, którzy szydzą z brytyjskich problemów czy wręcz sugerują , żeby „synowie Albionu i reszta”, jak najszybciej opuścili Unię. Wolę, aby w UE dalej był kraj, który ma podobne jak Polska realistyczne podejście do Rosji – inne niż Francja, Włochy czy Niemcy. I który jest za przepływem towarów i usług, bez utrudnień np. dla polskich firm transportowych – inaczej niż Berlin, Wiedeń czy Paryż.

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (06.04.2019)