Aktualności

Kali, Ludmyła i kodeks Hammurabiego

Posted on

Ponoć kandydat PO na prezydenta stolicy największe poparcie ma w grupie wiekowej „120 plus” – to właśnie przedstawiciele tych Matuzalemów odzyskiwali przecież swój majątek z okresu II wojny światowej. Były europoseł Platformy może też liczyć na twardy elektorat tej partii, czyli osadzonych w zakładach karnych i aresztach śledczych. Tutaj Patryk Jaki nie ma szans. Problem polega na tym, że nie wszyscy mieszkańcy stolicy to ludzie metryką sięgający końca XIX wieku, więźniowe czy też ludziska ogarnięte antypisowską obsesją. Sporo jest jeszcze „normalsów”. A jak sporo, to zobaczymy…
Tymczasem nasi siatkarze rozkręcili się niemożebnie na mistrzostwach świata we Włoszech. Po dwóch chwilach słabości z Argentyną i Francją, znowu kroczą drogą efektownych wiktorii. Piszę to po łomocie 3-0 z naszymi braćmi-Słowianami z Serbii. „Słowiańska solidarność” ma jednak swoje granice i Biało-Czerwoni wychodzą na boisko, aby spuścić chłopakom z Bałkanów manto. Skądinąd drugi raz na tych mistrzostwach.
Gdy chodzi o solidarność – jest również jeszcze „europejska”. Kolorem tej europejskiej solidarności jest …. Zagadka. Odpowiedź: czarny. Dlaczego czarny? Bo czarną skórę ma nasz koleżka − ale nie Bambo, tylko Kali. Kali, jak ujął to Henryk Sienkiewicz, jeśli ukradnie krowę to dobrze, jeżeli natomiast to jemu ukradną – to jest to okrutne złodziejstwo wołające o pomstę do nieba (i okolic nieba). „Solidarność europejska” ma być wtedy, jak trzeba na gwałt (hm, nomen omen) przyjmować muzułmańskich uchodźców, głównie spoza Europy. Ale już w przypadku Nord Streamu to owa „europejska solidarność” nie jest wymagana. Nie ma jej także ze strony Republiki Federalnej Niemiec i Królestwa Belgii, gdy chodzi o sprawę „pani Ludmyły”. Ludmyła nawiedziła była Bundestag oraz Parlament Europejski. Stara śpiewka Ludmyły, jak to Polska jęczy w okowach Kaczora-dyktatora została zaprezentowana nad Sprewą, a potem „w sercu Unii” czyli budynku PE przy Rue Wiertz. Dla Ludmyły polskie władze są „be”, co ogłosiła jeśli nie „Urbi”, to na pewno „Orbi”. Ameryki nie odkryła. Skądinąd każdy ma taką Amerykę, na jaką zasługuje.
Dla Rzeczpospolitej Ludmyła od Abliazowa jest persona non grata – ale dla naszych zachodnich sąsiadów i zza miedzy, i trochę dalej – już nie. Jak kiedyś przyjdzie kryska na niemieckiego czy belgijskiego Matyska i Berlin czy Bruksela będą potrzebowały jakiejś pomocy, to wówczas Polacy w ramach rewanżu pokażą gest popularnie nazywany: „tu się zgina dziób pingwina”.
Musimy w końcu nauczyć nasz europejskie otoczenie, że – naszym zdaniem – w polityce międzynarodowej obowiązuje Kodeks Hammurabiego czyli „oko za oko, ząb za ząb”. I drugiego policzka Polska nadstawiać nie będzie. Wręcz przeciwnie….
Achtung, attencion! Zapamiętacie raz na zawsze.

„Gazeta Polska” (03.10.2018)

Aktualności

„Ten jest z Ojczyzny mojej”

Posted on

 


W Polsce trwa wielki spór między obozem patriotycznym a kosmopolitycznym. Ci drudzy którzy oskarżają, że obóz patriotyczny (niepodległościowy) ogranicza pojęcie polskości tylko do „etnos”. Nic bardziej mylnego. Przez wieki nasz naród i Rzeczpospolitą tworzyli ludzie mający różne korzenie, jednak świadomie wybierający polskość.

Tak było, tak jest, tak będzie. Ktokolwiek chce ograniczyć polską wspólnotę – źle czyni, krzywdzi ludzi, ale też brakuje mu zwykłego realizmu. I obojętnie z jakiej strony sceny politycznej to robi.

Mamy też do czynienia z sytuacją, niewątpliwie etnicznych Plaków, którzy krytykując Dobrą Zmianę, alergicznie reagują na przypominanie historycznej wielkości Polski – czy w wymiarze terytorialnym czy militarnym, czy ekspansywności naszej kultury. Często ci sami ludzie, gdy upominamy się o swoje w relacjach z sąsiadami, natychmiast, z definicji, przyznają rację obcym! Tak było, gdy po Smoleńsku demonstracyjnie składano kwiaty na sowieckich grobach, tak jest i teraz, gdy jakiekolwiek wspomnienia o reparacjach ze strony Niemiec wywołują wściekle „odruchy Pawłowa”. Czy tacy ludzie należą do świadomej wspólnoty Narodu Polskiego? O wiele bardziej od nich jest w tej wspólnocie polska biegaczka urodzona w Maroku, która godnie reprezentuje naszą wspólną Ojczyznę.

 

*komentarz ukazał się w „Gazecie Polskiej” (18.08.2018)v

Aktualności

Bronię Trumpa. Jego czyny też go bronią…

Posted on

Bronię Trumpa. Jego czyny też go bronią…

 

Piszę te słowa w centrum Waszyngtonu, dobę po helsińskim spotkaniu prezydentów USA i Rosji. Właśnie mija 73 rocznica „dealu” w Jałcie, ale ja odrzucam te porównania. Zdjęcia Franklina Delano Roosvelta i Iosifa Wissarionowicza Stalina ( z Winstonem Churchillem skądinąd, wtedy jeszcze bez „sir” przed nazwiskiem) z 1945 roku nijak się mają do fotografii z konferencji prasowej Donalda Johna Trumpa i Wladimira Wladimirowicza Putina w stolicy Finlandii. To dwa różne światy i sytuacje. Dlatego nie skorzystam z okazji, aby ulec lewicowo-liberalnego szaleństwa „antytrumpizmu”. Wystarczy, gdy włączam telewizor w pokoju hotelu znajdującego się dosłownie klika minut od Białego Domu -a tam już od pierwszej chwili widzę i słyszę nie tyle „pięciominutowy”, jak w „ Roku 1984” George’a Orwella, ale permanentny „seans nienawiści” wobec amerykańskiego prezydenta. Jako typowy Polak jestem przekorny i zupełnie mi się nie chce śpiewać w tym ideologicznym chórze .

 

Często w Stanach Zjednoczonych słyszę ( w roku wyborów prezydenckich byłem tu cztery razy, w tym „tylko” dwa…) że„Mr Trumpisunpredictable”   czyli „nieprzewidywalny”. Odpowiadam na to z mojej i polskiej i indywidualnej perspektywy . Po pierwsze ,to nie Ameryka Trumpa jest nieprzewidywalna – nieprzewidywalna jest Rosja, Iran, komunistyczna Korea Północna . Ci ,którzy oskarżają administracje USA o „nieprzewidywalność” milcząc jednocześnie o Moskwie , Teheranie czy północnokoreańskich dinozaurach mają albo antyamerykańską albo proestabliszmentową obsesje. Czasami: obie naraz.

 

 

 Po drugie Donald John Trump jest może czasem nieprzewidywalny ,gdy chodzi o słowa, ale dość przewidywalny ,gdy dochodzi o czyny. Porównajmy zresztą konkretne działania w ciągu pierwszego 2,5 lecia w Białym Domu odpowiednio 44 i 45 prezydenta USA, a więc Obamy i Trumpa. Demokrata nie tylko przez pierwsze 30 miesięcy, ale całą swoją pierwszą kadencję „ćwiczył” reset w relacjach z Rosją, co miało opłakane skutki dla pozycji Ameryki w Europie, a szczególnie w naszym regionie Starego Kontynentu. Tymczasem w analogicznym okresie Republikanin konsekwentnie ograniczał role Kremla nie tylko w dawnej strefie sowieckiej, ale szerzej, wprowadził wojska NATO do Polski i krajów bałtyckich, wyrzucił 60 rosyjskich „dyplomatów„-szpiegów… Dodatkowo jeszcze podjął gospodarczą walkę konkurencyjną z Chinami i… Niemcami oraz wymusił podniesienie wydatków na obronność u europejskich „pasażerów na gapę” w NATO. Tak, w polityce zagranicznej (i nie tylko oczywiście) liczą się czyny, a nie deklamacje. Nawet te,które dochodzą do nas z Helsinek.

 Po tym pobycie w Waszyngtonie w moim telefonie komórkowym pieczołowicie będę przechowywał zdjęcie pensjonatu Williama Petersena przy 10 ulicy w północno-zachodniej części amerykańskiej stolicy. To właśnie w tym miejscu 153 lata temu skonał ranny w zamachu w pobliskim teatrze Forda Abraham Lincoln, 16 z rzędu prezydent USA. Nie piszę o tym dlatego, że ten kontrowersyjny dla wielu polityk jest moim ulubionym gospodarzem Białego Domu w całej, niedługiej przecież, historii Stanów Zjednoczonych. Wspominam o tym, bo dziś, po półtora wieku Donald J. Trump budzi może jeszcze większe emocje niż wtedy zwycięzca w wojnie secesyjnej. A wariatów nie brakuje. Przykład Lincolna i 35 prezydenta USA Johna Fitzgeralda Kennedy’ego to pokazał. Także dlatego uważajcie wszyscy, którzy rozhuśtujecie łódź „antytrumpizmu”…

*Felieton ukazał się w tygodniku “Wprost” 27.08

Aktualności

Świat i USA po “tsunami” w Helsinkach

Posted on

Być w Waszyngtonie w czasie helsińskiego spotkania prezydenta Trumpa i pułkownika Putina to jak być w środku tsunami. Byłem w amerykańskiej stolicy dziesiąty raz w ciągu ostatnich dwóch lat ,ale takiego gorącego -politycznie-lata nie pamiętam. Antytrumpowska histeria liberalno-lewicowych elit politycznych i medialnych spotkała się z prawicowa niechęcią części Republikanów do własnego prezydenta. Niektórzy politycy obozu władzy byli szczerze zawiedzeni pokojowym tonem wobec Rosji 45 prezydenta w dziejach USA, inni-konkurenci Donalda Johna Trumpa do prezydentury, jak charyzmatyczny lider republikańskiej większości w Izbie Reprezentantów, katolik Paul Ryan- potraktowali ów „szczyt”’w Finlandii jako pretekst nawet nie tyle do personalnego ataku na gospodarza Białego Domu, co pokazanie słusznej, zgodnej z odczuciami większość prawicowych wyborców, alternatywy w polityce zagranicznej USA.

Reset Obamy i „ Helsinki” Trumpa dzieli przepaść

Gdy miejscowi pytają mnie o moją reakcje na ten współczesny „appeasment” (to naprawdę nie jest to aluzja do premiera Jej Królewskiej Mości Neviille Chamberlaina i przedwojennego „dealu” z Hitlerem w Monachium) to grzecznie odpowiadam, że mój kraj, Polska chce współpracować z każdym prezydentem Stanów Zjednoczonych. I że Ameryka to strategiczny sojusznik Rzeczypospolitej i Trójmorza, ba, całej Europy. I że bliskie relacje transatlantyckie są fundamentem globalnej stabilności i ładu światowego . Po takiej zachowawczej nieco odpowiedzi przechodzę-jeśli jest wola słuchania po drugiej stronie- do porównania dwu i pół lecia prezydentury republikańskiego prezydenta z tym samym okresem rządów jego demokratycznego przeciwnika.
To są konkrety: Obama- fatalny w skutkach reset w relacjach z Moskwą ,oddanie Polski i całego naszego regionu w pacht Rosji w zamian za neutralność Kremla w sprawie Iranu i zaprzestanie przyjmowania palestyńskiego Hamasu- Trump: bazy amerykańskich i NATO-wskich wojsk w naszym kraju i państwach bałtyckich , następnie stałe zwiększanie ich liczby,rezygnacja z pośrednictwa Niemiec w stosunkach USA- Unia, wymuszenie deklaracji podniesienia nakładów na obronność przez europejskich członków NATO.

To porównanie 30 miesięcy Donalda Johna Trumpa i 30 miesięcy Barracka Husseina Obamy jest miażdżące dla byłego prezydenta. Nie chodzi o to,który z nich w tym czasie -niespełna dwóch piątych swoich pierwszych kadencji- był „dobry dla Polski”, bo tu przewaga „prezydenta nr 45” nad „prezydentem nr 44” jest kolosalna. Chodzi o zasługi dla amerykańskiej polityki zagranicznej. Tutaj też ekipa Trumpa zdecydowanie wygrywa z tandemem Obama-Hillary Clinton.

Często słyszę stwierdzenia -i nad Wisłą i tu, gdzie piszę te słowa :nad Potomakiem – że „Ameryka Trumpa jest nieprzewidywalna”. To bzdura. Słowo „inpredictable”(nieprzewidywalny) nie jest żadnym kluczem służącym do otwarcia drzwi do zrozumienia polityki zagranicznej Bialego Domu. Jest raczej przasnym wytrychem dla fanów ideologicznego „antytrumpizmu”. Prawda jest inna: to Rosja jest nieprzewidywalna,to Iran taki jest czy komunistyczna Korea Północna. Na tym tle USA rządzone przez republikańska administracje sa wzorem przewidywalności. Ameryka Trumpa dąży do wielkości. Także na arenie międzynarodowej, choć sam amerykański prezydent, zgodnie z wolą wyborców, woli koncentrować się na doprowadzeniu do powrotu świetności ekonomicznej i ma tu olbrzymie sukcesy. Działania ludzi z White House są przewidywalne właśnie: dla nich Putin jest konkurentem gospodarczym, politycznym i geopolitycznym i dlatego należy go ograniczać i zwalczać. Nawet jeśli publicznie ogłasza się „zawieszenie broni”( jak w Helsinkach) to takie „deale” nie zmienia istoty rzeczy: strategiczne interesy Stanów Zjednoczonych Ameryki na „long term”, w długim okresie czasowym są całkowicie sprzeczne z interesami Federacji Rosyjskiej. To nadzieja-ale też stwierdzenie faktu.

Trump: polityka zagraniczna jak biznes

Widać swoiste „biznesowe” podejście Donalda J. Trumpa do polityki zagranicznej.Dla niego i jego administracji kanclerz Niemiec to konkurent, prezydent Rosji jeszcze większy konkurent, a prezydent Chin -największy. Chodzi przede wszystkim o konkurencję gospodarczą, ale też polityczną. Czemu ekonomicznie stale słabnąca Federacja Rosyjska jest rywalem największego mocarstwa świata? Bo konkuruje na dwóch bardzo ważnych dla Waszyngtonu rynkach. Pierwszy to rynek surowców energetycznych. Drugi to rynek broni. Oba są też kluczowe dla Moskwy, bo decydują o gros rosyjskiego eksportu. To kolejny powód, że Biały Dom i Kreml są skazane na strategiczną rywalizację. Czasowe w niej „antrakty” nie zmieniają istoty rzeczy. Także w wymiarze politycznym . Ostatni szczyt NATO w Brukseli, traktowany przez wielu obserwatorów jako rzekomy przykład osłabienia Sojuszu był tymczasem kolejnym udanym etapem okrążania Rosji właśnie. Kolejne zbliżenie z Gruzją i Ukrainą, formalne zaproszenie Macedonii do negocjacji akcesyjnych to następne kroki wchodzenia Rosjanom „w szkodę”. Przez Pakt Północnoatlantycki -a więc przez Waszyngton. Gdyby te otwieranie drzwi dla Tbilisi, Kijowa i Skopje(w ostatnim wypadku to otworzenie szlabanu na „ostatnią prostą”) zależało od Berlina, Paryża czy Rzymu to skończyłoby się to tak, jak w 2008 roku, gdy na szczycie NATO w Bukareszcie ta właśnie koalicja niemiecko-francusko-włoska skutecznie przeciwstawiła się próbom USA i Polski, aby przedstawić Gruzji „mapę drogową” jej wchodzenia do Paktu. Konsekwencje tego zachodnioeuropejskiego- a nie amerykańskiego – „grzechu zaniechania” były olbrzymie. Szczyt w Bukareszcie odbył się w kwietniu 2008, a brak „zielonego światła” dla Tbilisi zachęcił Rosję do agresji na Gruzję w sierpniu 2008 podczas igrzysk olimpijskich w Chinach. Ta wycieczka w przeszłość jest użyteczna,aby pokazać doniosłość zmian dokonywanych teraz przez administracje Trumpa-w przeciwieństwie już nie tylko Obamy, ale jego republikańskiego poprzednika -George’a Walkera Busha. Warto o tym -i o innych czynach i konkretnych działaniach w polityce międzynarodowej – prezydenta Donalda J. Trumpa pamiętać,zanim po jednej konferencji prasowej w Helsinkach i jednej rozmowie z Putinem, której przebiegu nie znamy, zainfekujemy się modnym „antytrumpizmem”. Dołączając zresztą do środowisk lewicowo-liberalnych po obu stronach oceanu, które amerykańskiego prezydenta zwalczają z taką samą siłą, jak obóz niepodległościowy w Polsce.

* Artykuł ukazał się w ” Gazecie Polskiej Codziennie” 23.07

Aktualności

Terroryzm w Europie

Posted on

Ostatni raport Europol TESAT 2018 (”European  Union Terrorism Situation and Trend Report”) pokazuje ponowny wzrost liczby ataków terrorystycznych w krajach członkowskich Unii Europejskiej. W 2014 było ich 226 , w 2015 -196, 2016 -142 ,ale w 2017 aż o 63 więcej -205. Przeszło połowa miała miejsce w Wielkiej Brytanii (107). Kolejne miejsca w tej tragicznej statystyce  zajęły  Francja (54) Hiszpania (16), Włochy( 14), Grecja( 8), Niemcy i Belgia ( po 2), Finlandia i Szwecja (po 1). Ale ilość zamachów nie jest wcale wprost proporcjonalna do liczby ich ofiar. I tak przy mniejszej ilości w 2016 roku -ponad 140 -śmierć poniosło aż 142 osoby, a zraniono 379. Rok później przy przeszło 200 zginęło 68 ludzi. Wzrosła jednak wyraźnie ilość rannych -aż o blisko 500 -do 844. Obok terroryzmu islamskiego Europa boryka się z zamachami separatystycznymi ,ale tez takimi, których autorami są przedstawiciele skrajnej lewicy. Ciekawe ,ze jest ich o około 50 procent więcej niż zamachów będących dziełem skrajnej prawicy! Oczywiście stoi to w sprzeczności z medialnym ,wykrzywionym obrazem ,sugerującym ,że poza islamistami główne zło to właśnie skrajna prawica. Polska nie ma tych problemów. Zadbaliśmy o mądra politykę -wyciągnęliśmy wnioski z cudzych błędów.

Aktualności

Radykalizacja opozycji zmniejsza jej społeczne zaplecze

Posted on

A o to tekst wywiadu,jakiego udzieliłem redaktorowi Jakubowi Pacanowi dla portalu tysol.pl. Tylko u nas] R. Czarnecki: Platforma zraża do siebie coraz więcej ludzi
Opublikowano dnia 25.07.2018 16:13

– Ta radykalizacja totalnej opozycji ma paradoksalnie dla samego obozu rządzącego dobre strony, bo jest ona źle przyjmowana przez opinię publiczną. Ta milcząca większość Polaków nie lubi radykałów robiących niebezpieczne happeningi. Wyborcy oczekują od polityków pewnej powagi. Dlatego zachowanie tych grup pod Sejmem zmniejsza zaplecze społeczne opozycji – mówi w rozmowie z Jakubem Pacanem europoseł, Ryszard Czarnecki.

Jak Pan ocenia zachowania opozycji tej parlamentarnej i pozaparlamentarnej w ostatnich dniach? Pytam o słynny już bagażnik samochodowy posłanki Schmidt, posłów Arłukowicza w biurze przepustek sejmowych i Szczerbę, który upublicznił dane policjanta, który pełnił służbę pod Sejmem.
Ryszard Czarnecki: Opozycja parlamentarna zachowuje się, jakby od lat była poza parlamentem i podejmuje działania, które sugerują, że należy zanegować nie tylko rząd Prawa i Sprawiedliwości, ale całe państwo polskie, bo państwo w obecnym kształcie traktowane jest jako coś obcego, wrogiego i zewnętrznego.

W krajach Europy Zachodniej opozycja zachowuje się podobnie?
Ryszard Czarnecki: To sytuacja zupełnie nieprawdopodobna w krajach tzw. Starej Unii czy USA. Tam też są silne napięcia, ale tam nawet ze względów pragmatycznych politycy opozycji deklarują poszanowanie dla państwa, ponieważ wiedzą, że to się podoba ich wyborcom. Wyborcy i Demokratów i Republikanów nie zaakceptowaliby polityków negujących państwo amerykańskie. Nawet w sytuacji histerycznej niechęci do prezydenta Donalda Trumpa mówi się o Impeachmencie, czyli metodzie demokratycznej, a nie o obaleniu prezydenta.

No właśnie Obywatele RP czy KOD odbierają PiS-owi legitymizację do rządzenia i mówią, że walczą o demokrację. Co zatem mają do zaproponowania tym około 40 proc. Polaków, którzy na PiS głosowali i ciągle deklarują, że chcą głosować?
Ryszard Czarnecki : PO, Nowoczesna i te grupy spod Sejmu twierdzą, że mają monopol na demokrację, praworządność i wartości obywatelskie, a PiS jest tego zaprzeczeniem. Pojawia się argument, że PiS nie ma legitymizacji demokratycznej, ponieważ wybrało go 38 proc. obywateli, no, śmiać się chce. Platforma, gdy w 2011 r. zdobyła 39 proc. głosów i wygrała wybory nie używała tego argumentu. Ba, myśmy go nie używali. Mało tego, posłowie PO mówili, że 62 proc. Polaków nie głosowało na PiS. To przykład skrajnej hipokryzji, ale też traktowanie Polaków jak idiotów. Wyborcy to widzą i w ten sposób Platforma zraża do siebie coraz więcej ludzi. Nawet tych, którzy uważają, że PiS popełnia błędy.

Czy nie jest tak, że na takich zachowaniach najbardziej cierpi powaga polskiego parlamentu?
Ryszard Czarnecki :Uważam, że należy oddzielić to, co dzieje się w parlamencie, od tego co dzieje się na ulicy. Dopuszczam nawet bardzo ostrą debatę w parlamencie. To nawet zgodne z polska tradycją, radzę przy okazji wszystkim- jako historyk- zajrzeć do stenogramów Sejmu II Rzeczpospolitej, gdzie te debaty były niesłychanie emocjonalne i ostre. Od tego jest parlament. Tutaj nie byłbym cenzorem. Parlament jest także po to, żeby padały mocne słowa i lepiej, by padały one w parlamencie niż poza nim.

Dlaczego Pan tak uważa?
Ryszard Czarnecki : Problemem globalnym w tej chwili jest to, że cały establishment i klasa polityczna są coraz bardziej negowane przez własne społeczeństwa. W związku z tym pojawia się coraz więcej demonstracji nawołujących do przemocy właśnie dlatego, że parlamenty w tych krajach przestały pełnić rolę pewnego zaworu bezpieczeństwa, z którego uchodzi para. W Polsce natomiast mamy do czynienia ze swoistą „ukrainizacja” polityki. To, co wydawało się u nas nieprawdopodobne ,a co obserwowaliśmy na Ukrainie zaczyna się dziać u nas. Ale ta radykalizacja totalnej opozycji ma, paradoksalnie, dla samego obozu rządzącego dobre strony, bo jest ona źle przyjmowana przez opinie publiczną. Ta milcząca większość Polaków nie lubi radykałów robiących niebezpieczne happeningi,wykrzykujących wulgarne hasła i poszturchujących policjantów, Wyborcy oczekują od polityków pewnej powagi. Dlatego zachowanie tych grup pod Sejmem zmniejsza zaplecze społeczne opozycji.

Aktualności

Zmiana konstytucji-TAK, termin i niektóre pytania-NIE

Posted on

Poniżej przedstawiam wywiad ,jakiego udzieliłem red. Przemysławowi Harczukowi dla dziennika „ Superekspress”. Oto jego autoryzowana wersja: Czy Andrzej Duda przekona PiS do swojego referendum?

Diabeł Tkwił w szczegółach

Ryszard Czarnecki Europoseł PiS
„Super Express”: – Co się stało, że PiS nie popiera jednoznacznie inicjatywy referendalnej prezydenta Andrzeja Dudy?

Ryszard Czarnecki: – Na wstępie powiem tak: inicjatywa prezydenta sama w sobie, co do idei, była super. Zmiana konstytucji jest niezbędna. Dlatego chwała prezydentowi Dudzie, że rozpoczął dyskusję na ten temat.

– To czemu jednak PiS nie podszedł do inicjatywy entuzjastycznie?

– Przy tej wspaniałej inicjatywie były dwie rzeczy nie najszczęśliwsze. Po pierwsze – nie najszczęśliwszy termin. Święto Niepodległości, w dodatku w stulecie jej odzyskania przez Polskę, powinno rodaków jednoczyć. Na pewno nie powinno się w tym dniu organizować wydarzeń stricte politycznych, które siłą rzeczy związane są ze sporem politycznym. W dodatku referendum miałoby się odbyć tuż po wyborach samorządowych. Istniało więc ryzyko, że Polacy kolejny raz w krótkim czasie nie mieliby wielkiej ochoty iść do urn. A niska frekwencja dałaby tylko argumenty naszym przeciwnikom i przede wszystkim przeciwnikom zmiany konstytucji.Jest też drugi problem.

– Jaki?

– Problemem tym są same pytania. O ile co do zasady, czyli konieczności zmiany w konstytucji, nie ma sporu, o tyle liczba pytań-było ich zbyt wiele-budzi wątpliwości. Tak samo jak wpisywanie do ustawy zasadniczej Unii Europejskiej. Przecież konstytucja ma być wprowadzona na dziesiątki lat. Polska jest wieczna. A Unia Europejska była, jest, ale czy będzie za dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści lat? Może tak, a może nie. W okresie międzywojennym Polska należała do Ligi Narodów. Dziś tej organizacji od dawna nie ma. Dlatego wpisywanie Unii do Konstytucji nie było dobrym pomysłem.

– Wspomniał pan o możliwości niskiej frekwencji. Porażka referendum byłaby klęską prezydenta. Czy nie jest trochę tak, że senatorowie głosujący przeciwko organizacji referendum w jakimś sensie ratują prezydenta przed porażką?

– Najważniejsze są sprawy merytoryczne, o których wspomniałem. Ale myślę, że i to, o co pan pyta, mogło mieć znaczenie przy podejmowaniu decyzji przez senatorów Prawa i Sprawiedliwości.

– Mówi pan jednak, że sama zmiana konstytucji jest konieczna. W jaki sposób chcecie ją zmieniać bez organizacji referendum?

– Jestem zwolennikiem zmiany konstytucji, co więcej, jestem zwolennikiem referendum w tej sprawie. Jednocześnie mówię to jako człowiek, który z zasady sprzeciwia się referendom jako takim. Senatorowie i posłowie są wybierani do parlamentu nie po to, by uciekać od odpowiedzialności ,wysługiwać się wyborcami i chować się za społeczeństwem. A takim chowaniem się jest referendum. Jednak w sprawach kluczowych, takich jak zmiana konstytucji, Polacy powinni się móc wypowiedzieć. Powtórzę – inicjatywa prezydenta była bardzo dobra, diabeł jak zwykle tkwi jednak w szczegółach.

– To mam rozumieć, że będziecie chcieli zorganizować sami referendum konstytucyjne?

– To, czy będziemy o to zabiegać, to już decyzja ugrupowania Prawo i Sprawiedliwość . Ale uważam, że w przyszłości takie referendum mogłoby być zorganizowane. Mam nawet pomysł, aby odbyło się ono razem z wyborami do Parlamentu Europejskiego.

– Dlaczego akurat ten termin?

– Jako kraj jesteśmy czerwoną latarnią, jeśli idzie o frekwencję w wyborach europejskich. Jesteśmy najgorsi w Europie,obok Słowacji i Litwy.Warto kampanią przedreferendalną przy okazji podnieść frekwencję w tych wyborach. Poza tym zarówno prezydent, jak i partia rządząca zyskują dodatkowe pół roku na przekonanie do idei referendum obywateli.

Rozmawiał: PRZEMYSŁAW HARCZUK

Aktualności

Wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE: korzystny dla Polski!

Posted on

Wywiad , którego udzieliłem portalowi Fronda.pl po korzystnym wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE . Rozmowę przeprowadził redaktor Marcin Jan Orłowski

Ryszard Czarnecki dla Fronda.pl: Decyzja TSUE da Polsce poważne korzyści

Dzisiejsza decyzja Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej wywołała ogromne poruszenie wśród polityków i komentatorów obydwu stron sceny politycznej. Wyrok jasno wskazał, że polski przestępca narkotykowy pozostanie w irlandzkim więzieniu, mimo że Polska złożyła wniosek o jego ekstradycję. Według TSUE w Polsce istnieje ryzyko „naruszenia prawa podstawowego do niezawisłego sądu”.

Marcin Jan Orłowski, Fronda.pl: Panie Pośle, czy ta decyzja wywołała w Panu oburzenie? Jest dla Pana w jakiś sposób niezrozumiała?

Ryszard Czarnecki: Może zabrzmi to paradoksalnie, ale ja się z tej decyzji bardzo ucieszyłem. Jej praktyczne konsekwencje dla Polski i dla polskiego budżetu są bardzo korzystne. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej sugerując krajom członkowskim UE, że w Polsce nie ma niezawisłych sądów, dał do zrozumienia, że dilerzy narkotykowi nie mogą być w Polsce sądzeni. Zapala się zatem zielone światło do nieuruchamiania procedur ekstradycyjnych przestępców złapanych w takich krajach jak np. Irlandia, Wielka Brytania, Niemcy czy Holandia.

Oczywiście oburzające jest, że instytucja z Luksemburga może wypowiadać krzywdzące sądy na temat polskiego wymiaru sprawiedliwości, choć tenże funkcjonuje na bardzo podobnych zasadach jak ten w Niemczech, Francji czy Hiszpanii.

Ale poza oburzeniem na tą decyzję, dostrzegam same pozytywne konsekwencje praktyczne.

A więc na tej decyzji Polska zyska?

Rozpocznie się eksodus przestępców z Polski, którzy będą utrzymywani na koszt podatnika irlandzkiego, brytyjskiego, niemieckiego czy też szwedzkiego. Dzięki temu budżet państwa polskiego będzie mógł wydawać mniej środków na utrzymywanie przestępców w więzieniach.

Wywoła to też reakcję odwrotną. Polacy z Wielkiej Brytanii, Irlandii, Francji oraz innych krajów będą wracać do naszej Ojczyzny ze względów bezpieczeństwa. W ich krajach będzie więcej przestępców niż w Polsce. Bilans jest zatem pozytywny. My im dilerów, oni nam zamożnych, wykształconych Polaków z rodzinami, które będą chciały mieszkać w Polsce.

Inną kwestią jest, że ten wyrok oczywiście wpisuje się w pewną agresję wobec naszego kraju. Swego rodzaju polityczno-prawno-społeczną wojnę hybrydową, która trwa ze strony instytucji unijnych. Jeszcze raz powtórzę, dostrzegam praktyczne pozytywy tej decyzji.

A czy zauważa Pan pewien paradoks, który wyłonił się w dzisiejszym dniu, a mianowicie: Totalna opozycja działając przeciwko Polsce, wywołała decyzję, która jest dla nas pozytywna. Niezaplanowany sukces poprzez klęskę?

Myślę, że w polityce nie istnieje takie pojęcie jak “dobre uczynki, wbrew własnym intencjom”, więc proszę nie wpisywać tego jako plus po stronie opozycji, aczkolwiek faktycznie, skutki praktyczne na pewno są zupełnie odwrotne od zamiarów Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej oraz polityków opozycji.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Aktualności

Państwo M. stawiają UE do (federalistycznego) pionu

Posted on

Niemiecko-francuska lokomotywa prowadząca długi – choć już w praktyce pozbawiony brytyjskiego wagonu – unijny pociąg, przedstawiła dopiero co propozycje nowej trasy dla Europy. Istnieje wrażenie, że maszyniści z Paryża i Berlina mają jednak trochę inne koncepcje, w którym kierunku ma jechać europociąg. Widać też, że o ile Francois Hollande pokornie przyjmował rolę pomocnika niemieckiego maszynisty, o tyle Emanuel Macron dość szybko wybił się na pozycję samodzielnego kierownika składu. Niemcy uważają nawet, że w tej chwili to Francja jest większym beneficjentem integracji europejskiej niż Republika Federalna, która przecież w większym stopniu finansowo angażuje się w utrzymanie UE. Mimo jednak różnic i niemiecko-francuskiego meczu o wpływy, wspólne propozycje Paryża i Berlina są faktem. I są na tyle kontrowersyjne, że powstaje fundamentalne pytanie czy kierunek tego nowego euroszlaku kolejowego będzie opłacalny i akceptowalny dla wszystkich wagonów, które mają nim jechać? W tym najważniejszego dla nas – polskiego.

Meseberg: Europa paru prędkości

Wspólny plan „dla Unii” Merkel i Macrona został w ostatnim czasie przedstawiony w niemieckim Mesebergu. W wymiarze politycznym należy odbierać to jako próbę klajstrowania istotnych różnic publicznie wyrażanych przez niemiecką kanclerz i francuskiego prezydenta. Z drugiej strony jest to sygnał do reszty Unii, iż mimo ofensywy eurosceptyków i eurorealistów, której symbolem stało się powstanie włoskiego rządu składającego się z ugrupowań zdecydowanie przeciwnych strefie euro ‒ „proeuropejski”, euroentuzjastyczny establiszment ma się dobrze i kontroluje sytuację. Słowem: optymistyczne „jedzie z nami maszynista” rozniosło się po Unii.

Plan „państwa M.” zakłada stworzenie osobnego budżetu (funduszu) dla eurolandu. Ma być przeznaczony na inwestycje. W ciągu najbliższych 6 miesięcy współpraca parysko-berlińska ma wejść na wyższe piętro wzajemnej integracji. Jej wyrazem ma być nowy „Traktat Elizejski”, który ma pogłębić podatkową, ekonomiczną i spoczną konwergencję między tymi dwoma liderami Unii Europejskiej. Deklaracja z Mesebergu jest jedną wielka pochwałą wspólnej europejskiej waluty. Podkreśla ona, że „euro” wymaga integracji i koordynacji gospodarczej ,a także zachęca wszystkie państwa członkowskie UE do akcesu do „eurolandu”. Oczywiście szczegółów nie było. A w nich siedzi eurodiabeł. Konkrety mają być przedstawione w najbliższym półroczu.

EMS jak RWPG? Marzenie o permanentnej kontroli

Merkel i Macron opowiedzieli się za wzmocnieniem Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego (EMS). EMS ma oceniać sytuację ekonomiczną poszczególnych państw „eurozony”, tak, aby zapobiegać kryzysom. Ma jednak nie przejmować kompetencji Komisji Europejskiej. W praktyce oznacza to wzmocnienie kolejnego „bata” na kraje członkowskie, który będzie ingerował w wewnętrzne sprawy poszczególnych państw pod pozorem „braterskiej pomocy”. Oczywiście po to, aby im „pomóc” w trudnej sytuacji ekonomicznej. A ponieważ w strefie euro, a zwłaszcza w jej biedniejszej części, te kryzysy są nieustające, Europejski Mechanizm Stabilizacyjny byłby w rzeczywistości mechanizmem… permanentnej kontroli nad gospodarką państw Unii. Nie jestem z tych, co porównują Unie Europejska do Związku Sowieckiego, ale nie zdziwię się, jak plan Frau Kanzlerin i Monsieur President będzie odbierany jako twórcze rozwinięcie idei moskiewskiej RWPG (Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej). A ta za czasów komuny była superkontrolerem gospodarek państw Układu Warszawskiego i doskonałym instrumentem „trzymania za twarz” w rękach Sowietów.

Europejski Mechanizm Stabilizacyjny chętnie zaoferuje pomoc gospodarczą poszczególnym krajom, ale, uwaga , po „analizie zdolności obsługi zadłużenia” danego państwa strefy. W praktyce oznacza to założenie długoterminowego ekonomicznego kagańca: „polityczne” pożyczki i ich obsługa, na krótką czy długa metę, będąca realnie biorąc swoistym wędzidłem.

EMS ma również mieć większą rolę w tworzeniu i monitorowaniu programów pomocowych, z których korzystają kraje członkowskie UE, szczególnie, te mniej zamożne. Dotychczas była to rola Komisji Europejskiej, która składa się z przedstawicieli wciąż jeszcze 28 państw. Ta propozycja ma zwiększyć znaczenie i kompetencje krajów „eurolandu”.

Wprowadzenie zmian proponowanych w Mesebergu przez panią M. i pana M. wymaga zmiany traktatów i ma być przeprowadzane w dwóch etapach. Pierwszy to zmiana w traktacie międzyrządowym, który pozycjonuje Europejski Mechanizm Stabilizacyjny . Mają one umożliwić realizację planu „Unii Bankowej”. EMS występuje tu jako mechanizm ochronny dla „Single Resolution Mechanizm”, Jednolitego Funduszu Restrukturyzacji i Uporządkowanej Likwidacji. Zmiany traktatowe mają też „zwiększyć skuteczność instrumentów pomocowych” EMS, a także „poszerzyć jego rolę w ocenie i monitorowaniu wdrażania programów pomocowych”. Wydźwięk tej nowomowy zgodny jest z klasycznym powiedzeniem amerykańskiej polityki, iż „nie ma darmowych lunchów ”. Słowem: Bruksela łaskawie da, ale skontroluje czy obdarowany poradził sobie z wydaniem pieniędzy, czy wydał je właściwie i czy dalej pasuje do towarzystwa…

Drugi etap zakłada włączenie Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego do „aquis communautaire” czyli unijnego prawa wspólnotowego. Ma to nastąpić jednak przy jednoczesnym zachowaniu międzyrządowego zarządzania nim. Jednym słowem: świeczka dla eurofederalizmu i ogarek dla państw narodowych – zwłaszcza tych silniejszych.

Byle nie z polskiej kieszeni…

Unia bankowa ‒ to ukochane dziecię eurofederalistów ‒ ma teraz przyspieszyć. Skądinąd obowiązuje cały czas decyzja ECOFIN-u czyli rady ministrów finansów krajów członkowskich UE (oficjalna nazwa: Rada do Spraw Gospodarczych i Finansowych), że dalszy postęp we wprowadzaniu w życie „unii bankowej” musi być poprzedzony zmniejszaniem ryzyka w państwach Unii. Chętnie będę obserwował proces redukcji ryzyka w np. Włoszech, Grecji, Portugalii, Hiszpanii czy na Cyprze, w całej biedniejszej części strefy euro. I naprawdę nie będę przy tym przypominał starego polskiego powiedzenia: „czekaj tatka latka”… No, ale Berlin z Paryżem będą czekały i następnie wdrożą Europejski System Gwarantowania Depozytów, a dwa największe państwa Unii zaangażują się w tworzenie „rynków kapitałowych”. Aż strach się bać …

Dodajmy, że w myśl koncepcji pani Merkel i pana Macrona budżet strefy euro zacząłby funkcjonować przy okazji następnej 7-letniej perspektywy finansowej UE czyli w latach 2021-2027. Byłby on finansowany po pierwsze ze składek członkowskich państw „eurozony”(zatem szczęśliwie bez polskiego wkładu), po drugie specjalnego podatku od transakcji finansowych, wreszcie środków europejskich. Przy tym ostatnim mogą już sięgnąć do polskiej kieszeni.

Czytając ten plan przywódców Niemiec i Francji na przyszłość coraz bardziej federalnej Unii Europejskiej przypomniały mi się słowa jednego z bohaterów sztuki Mikołaja Gogola: „jedno jeszcze nie umarło, drugie jeszcze się nie narodziło, ale jedno i drugie zagraża żyjącym”… Cóż, pasuje jak ulał.

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (02.07.2018)

Aktualności

Unijna prezydencja: pożegnanie Sofii, przywitanie Wiednia – a w tle „wojna” z USA

Posted on

Unijna prezydencja: pożegnanie Sofii, przywitanie Wiednia – a w tle „wojna” z USA

Dzisiejszy dzień jest ostatnim poniedziałkiem podczas prezydencji Bułgarii w Unii Europejskiej. W nocy z soboty na niedzielę formalnie stery w Unii przejmie Austria. Sofia swoje półroczne przewodnictwo w UE zaczęła z impetem. Wielce charakterystyczny szef rządu, Bojko Borisow na swojej pierwszej konferencji prasowej skrytykował pomysły oddawania Polski pod unijny pręgierz i stosowania artykułu 7. Ba, nawet ostro zaatakował szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska. Premier Borisow w zasadzie wprost powiedział, ze Bułgaria nie chce głosowania w sprawie Polski podczas „swojej” kadencji w Unii. Tyle, że później Bułgaria bywała bardzo podatna na naciski z zewnątrz. Może nawet nie tyle Komisji Europejskiej jako takiej, lecz unijnego rozgrywającego czyli Niemiec. Im dalej w ten słowiański las, tym więcej było drzew niezgody. Na posiedzeniach COREPER czyli ambasadorów krajów członkowskich UE przy Unii w Brukseli pod koniec bałkańskiej prezydencji dochodziło wręcz do utarczek miedzy ambasadorami Rzeczpospolitej i Bułgarii.

Nowa „Oś”. Tym razem z… Polską?

Teraz czas na Austrię. Między Warszawą a Wiedniem są różnice i wspólne mianowniki. Nie powinno być jednak złudzeń, które były obecne w polskich mediach (zwłaszcza „narodowych”) oraz po części w obozie rządzącym, gdy premierem tego kraju – najmłodszym w Europie – zostawał dotychczasowy, również najmłodszy w Unii, minister spraw zagranicznych naddunajskiego gabinetu i lider austriackiej Partii Ludowej 32-letni Sebastian Kurz. Uważano wtedy dość naiwnie (pamiętam pytania szeregu dziennikarzy), że Wiedeń doszlusuje do Grupy Wyszehradzkiej. Było to typowe „wishful thinking” – czyli myślenie życzeniowe. Austria jest zbyt związana z Niemcami, by pozwolić sobie na taką gwałtowną zmianę sojuszy wewnątrz UE. Potwierdziła to w połowie tego miesiąca wizyta austriackiego premiera w Berlinie i jego bardzo koncyliacyjne spotkania z liderami CDU (kanclerz Angela Merkel) i CSU (Horstem Seehoferem). Konserwatywnemu Kurzowi bliżej zreszta do bardziej konserwatywnej bawarskiej CSU niż centrowej i nijakiej w sprawach polityki imigracyjnej – CDU. A to właśnie stosunek do inwazji imigrantów spoza Europy, gównie muzułmanów, jest czymś co zbliża Polskę i Austrię. Można sobie wyobrazić bliską współpracę MSW w Warszawie i Wiedniu, ale choć Kurzowi ideowo będzie bliżej do Morawieckiego, będzie się jednak politycznie bardziej trzymał sukienki Merkel.

Promowana przez najmłodszego szefa rządu w Europie koncepcja „osi chętnych” ‒„Achse der Willigen” tworzy nadzieję na wspólny, realistyczny front wobec wyzwań związanych ze współczesną imigracją w Europie. Widząc to, nie można jednak zapominać o tym, co różni nasze oba kraje. A tą sprawą jest, niestety, kwestia oceny praworządności w Polsce. Sebastian Kurz tuż po objęciu sterów rządu „nad pięknym, modrym Dunajem” skrytykował Polskę, zgodnie z obowiązującą w Europie Zachodniej chadecko-liberalno-lewicową „polityczną poprawnością”. Gdyby doszło do głosowania artykułu 7. na Radzie Europejskiej, to na rodaków cesarza Franciszka Józefa na pewno liczyć byśmy nie mogli.

Co jeszcze łączy Polskę i kraj nowej unijnej prezydencji? Mało kto o tym wie, ale… rolnictwo. A ściślej biorąc, fakt że to właśnie nad Wisłą i Dunajem jest procentowo największa w Unii Europejskiej liczba młodych rolników (do 35 roku życia)! Paradoksalnie, na trzecim miejscu tej klasyfikacji, zupełnie inaczej niż w Europie Południowej jest państwo z bardzo niewielkim odsetkiem osób zatrudnionych w rolnictwie czyli Niemcy (tylko 3 % obywateli RFN pracuje w tym sektorze).

Pragmatyzm państw czy ideologia Komisji?

Już pojutrze, w środę odbędzie się w Brukseli „hearing” czyli „wysłuchanie” w sprawie Polski i artykułu 7. Mało kto w naszym kraju zauważył, że jesteśmy już w nowej sytuacji strukturalno-politycznej. Dotychczas bowiem swoistym „dysponentem” artykułu 7. była Komisja Europejska. Zwykle, przy całym zniuansowaniu, zajmowała ona wobec rządu RP stanowisko bardziej lub znacznie bardziej krytyczne niż państwa członkowskie. Tymczasem na środowym wysłuchaniu zjawi się przedstawiciel Komisji Europejskiej (prawdopodobnie „człowiek jednego tematu” Frans Timmermans, który pewnie już do końca swojego życia będzie się kojarzył z antypolską obsesją). Ale reprezentant KE przedstawić ma tylko fakty, a nie dokonywać ocen. Ujrzenie towarzysza Timmermansa z politycznym kneblem na ustach jest rzeczą samą w sobie ciekawą. Głównymi aktorami owego brukselskiego wysłuchania mają być jednak kraje członkowskie. Oznaczać to będzie znacznie bardziej merytoryczny stosunek do oceny sytuacji w Polsce. O ile Komisja Europejska bywa ideologiczna, o tyle twarde realia polityki międzynarodowej nie pozwalają państwom-członkom Unii na brak pragmatyzmu.

Coraz bardziej widać jak kraje członkowskie UE dzielą się względem stosunku do Polski. I tak w awangardzie stawiania Rzeczypospolitej do kąta są państwa Beneluksu: Belgia, Holandia i Luksemburg oraz kraje skandynawskie,zwłaszcza Szwecja oraz Dania, w mniejszym stopniu Finlandia. Najbardziej natomiast możemy liczyć na państwa „Wyszehradu”. W nieco mniejszym stopniu na Bałtów. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, choć nikt nikogo za rękę nie złapał, że Komisja Europejska wykorzystuje swoje instrumenty nacisku, na przykład budżetowego na mniejsze kraje, stawiając sojuszników Polski pod ścianą. Ostatnio najsłabszym ogniwem w tym środkowo-wschodnioeuropejskim łańcuchu solidarność z Polską okazała się Łotwa. To dość ryzykowna postawa kraju, który w ostatnich parunastu latach szczególnie intensywnie był oskarżany na forum organizacji międzynarodowych o brak poszanowania dla ludności rosyjskojęzycznej stanowiącej blisko połowę mieszkańców Łotwy. Czyżby Ryga chciała stracić sojusznika stale dotychczas broniącego go na forum zewnętrznym ?

Priorytet dla UE: „wojna” z USA, a nie „wojna” z Polską

Ostatnio jeden z dyplomatów, na placu Schumana w Brukseli, gdzie mieści się Komisja Europejska zażartował do mnie, że sprawa artykułu 7. będzie się toczyć jeszcze ze 20 lat. I obie strony będą zadowolone: KE, bo „nie odpuściła” ‒ a Polska, bo wciąż nie została ukarana. A co na to wszystko najwięksi „playmakerzy” europejskiej sceny politycznej, główni rozgrywający w Unii Europejskiej : Niemcy i Francja? Może to zabrzmieć jak paradoks, ale choć chcą postawienia Rzeczpospolitej, piątego co do wielkości kraju Unii do „politycznego kąta”, nie traktują tej sprawy jako głównego wyzwania dla swoich interesów. Dużo bardziej zajmuje ich „epoka lodowcowa” w relacjach transatlantyckich. Na razie „zimna wojna” Unii z USA szczególnie osłabia pozycję Angeli Merkel w CDU, w koalicji CDU-CSU, wreszcie w rządzie nad Szprewą. Musi też jednak niepokoić prezydenta Macrona: jego Francja może przez to pogłębić swój kryzys gospodarczy, z którego właśnie zaczęła wychodzić. A Polska? Na forum unijnym nie dajemy się wciągnąć w żadną antyamerykańską awanturę. U naszych europejskich partnerów wywołuje to zgrzytanie zębów, a czasem nawet ledwo skrywana wściekłość. Ale to już nie nasz problem.

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (25.06.2018)

Aktualności

Ego Trumpa jest….naszą szansą !

Posted on

Poniżej rozmowa ,która dla dziennika „Superekspress” przeprowadził ze mną red. Miroslaw Skowron. Ryszard Czarnecki: Ważne co Trump robi, a nie co mówi

On ma gigantyczne ego, ale paradoksalnie ja upatruję w tym szanse. Ego każe mu stawiać się w roli konkurenta Putina. Długookresowe interesy USA są rozbieżne z rosyjskimi. Trump chce też przejść do historii jako „przywracający wielkość” Stanom. A drogą do tego jest tylko ostra konkurencja z Rosją – tak o prezydencie Donaldzie Trumpie mówił europoseł z ramienia Prawa i Sprawiedliwości, Ryszard Czarnecki.

– „Super Express”: – W kwietniu, po wydalaniu rosyjskich dyplomatów pisał pan o Trumpie, że „wszedł w buty Reagana” i stosuje wobec Rosji „równie ostrą politykę”. Po konferencji z Putinem trzeba stwierdzić, że Reagan to to nie jest…
– Ryszard Czarnecki: – Ktoś taki jak Reagan zdarza się raz na 200 lat. Myślę, że był obok Wilsona najwybitniejszym prezydentem USA w XX wieku. U Trumpa zwracałbym raczej uwagę na to, co robi, a nie na to co mówi, lub „ćwierka” na Twitterze. Jego prezydentura z punktu widzenia konkretnych decyzji jest dla Polski bardzo pozytywna, a działania wobec Rosji dotkliwe.
– Nie zaniepokoiła pana tak konferencja?
– To nie był nowy Teheran ani Jałta. I nawet jeżeli padły przychylne czy mocno neutralne słowa wobec Rosji, to tym bardziej w ramach dbania o równowagę sił, pojawią się też jakieś gesty wobec Polski. Do tej pory na decyzje Trumpa nie mamy co narzekać: zwiększanie obecności wojskowej, wsparcie idei jednego z dowództw NATO w Polsce, a także nacisk w sprawie Nord Stream.

– Biorę w nawias komentarze strony liberalnej w USA, która ma hopla na punkcie Trampa. Głosy samych Republikanów są jednak ostre: „USA jako popychadło”, „wyraz słabości Ameryki”.
– Wśród Republikanów, jak w każdej formacji politycznej toczy się walka o wpływy. Establishment tej partii sprzeciwiał się jego kandydaturze. Polska musi jednak współpracować z każdym prezydentem USA. I współpraca z Trumpem pokazuje, że do tej pory w czynach jest to prezydent dla Polski znacznie lepszy niż Obama.
– To akurat nie ulega wątpliwości. Polityka resetu i kierowanie dyplomacją przez Clinton to była tragedia.
– Dla pana tak, ale wielu zachwyca się tym, jak Obama przemawiał. Otóż nawet gdy chodzi o porównania prezydenckich przemówień Trump umiał powiedzieć coś pięknego o naszej historii, a Obama mówił o „polskich obozach śmierci”. Czyny tez wciąż przemawiają za Trumpem. Nawet jeżeli wypowiedzi na szczycie w Helsinkach kogoś zawiodły, to włączenie się Polski w „antytrumpową” krucjatę nam się nie opłaca.

– Ok, to tylko słowa, ale nie poczuł się pan dziwnie, kiedy oznajmił, że wierzy na równi swoim służbom i Putinowi?
– Polityka to twarda gra, a nie piękne słówka. I niezależnie od jego wypowiedzi cieszę się, że za jego kadencji udało się tyle dla Polski ugrać. Trump jest nieprzewidywalny jeżeli chodzi o wypowiedzi. Na szczęście USA są przewidywalne jeżeli chodzi o czyny.
– Trump jest osobą o bardzo głębokiej miłości własnej. Myśli pan, że Putin kiedyś tego nie wykorzysta? Nie trąci w czułą strunę?
– Trump ma gigantyczne ego, ale paradoksalnie ja upatruję w tym szansy. To ego każe mu stawiać się w roli konkurenta Putina. Długookresowe interesy USA są rozbieżne z rosyjskimi. Trump chce też przejść do historii jako „przywracający wielkość” Stanom. A drogą do tego jest tylko ostra konkurencja z Rosją

Aktualności

Zostawcie Trumpa w spokoju

Posted on

Piszę te słowa w stolicy USA kilka dni po spotkaniu Trump-Putin w Helsinkach. Jest dokładnie jak u Hitchocka: najpierw było trzęsienie ziemi (właśnie w Finlandii), a teraz napięcie narasta. Oczywiście można żałować, że na wspólnej konferencji prasowej
prezydenta z Waszyngtonu i pułkownika z Moskwy ten pierwszy nie wbił temu drugiemu kilka szpil. Ale zanim zaśpiewamy w oszalałym lewicowo-liberalnym chórze antytrumpowską pieśń spójrzmy na fakty: to ten właśnie, a nie inny prezydent zdecydował o amerykańskich bazach w Polsce, zwiększa w nich systematycznie ilość żołnierzy, zbliża NATO do Ukrainy i Gruzji, otworzył je na kolejne kraje bałkańskie (w 2017-Czarnogóra, teraz zapowiedź akcesu Macedonii), wyrzucił 60 rosyjskich„dyplomatów” z USA i zamknął ich konsulat w Seattle. To są fakty. Tak, jak uczynienie z Polski głównego partnera USA w Unii Europejskiej po „Brexicie”. Nie warto więc „w ciemno” na Trumpie wieszać psy-tymbardziej, że od początku czynią to te same środowiska, które zwalczają Polskę i jej demokratycznie wybrany

* Komentarz ukazał się w sobotnim wydaniu ” Gazety Polskiej Codziennej”