Blog

4 lipca 2004

Posted on

Najważniejsze wydarzenie dnia, tygodnia, miesiąca: Anioł Pański z Papieżem na Placu Świętego Piotra. Ojciec Święty wysoko w swoim oknie, daleko, ale tak blisko. Stary człowiek, ale tak młody duchem. Pisanie, że każde zetknięcie z Nim, to spotkanie z wielkością, zakrawa na banał, ale tak właśnie jest. To zawsze lekcja pokory. Ludzi chyba trochę mniej, niż jeszcze parę lat temu, ale może to środek lata.

Po południu powrót do Warszawy. Wieczorem w Wiadomościach TVP news tego samego wydarzenia: dziennikarz Piotr Kraśko skupia się na tym, że na Plac Świętego Piotra przyjechało kilkadziesiąt ferrari. W gruncie rzeczy to było kompletnie nieistotne i spłycające.

Poprzedniego dnia późnym popołudniem maszerując z Via Conciliazone przez Piazza Argentina i Piazza Venezzia (gdzie Mussolini wygłaszał swoje przemówienia przed II wojną światową) do Koloseum wpadam na demonstrację zorganizowaną przez lewicę postkomunistyczną i lewicową koalicję “Drzewo Oliwne”. Celem akcji jest poparcie postulatów środowisk homoseksualnych. Lesbijki, geje, politycy lewicy, transwestyci, przebierańcy, kolorowe baloniki, dużo par tej samej płci demonstrujących wzajemne relacje, a w przemówieniach ostra krytyka Berlusconiego i podkreślanie, że Włochy są jedynym (to oczywiście nie prawda) krajem w Europie, który nie uregulował należycie (zdaniem mówców) kwestii praw tej mniejszości. Przypomina mi się marsz homoseksualistów, który również przypadkiem, mogłem obserwować w Waszyngtonie w 1993 r. Ofensywa tych środowisk trwa. Na przestrzeni tych jedenastu lat trzeba przyznać, iż ta dobrze zorganizowana mniejszość postawiła już nie tyle stopę w drzwiach, co je dość szeroko otworzyła dla swoich żądań. Takie czasy…

Powrót do Wrocławia samolotem LOT-u zdominowanym przez hiszpańską wycieczkę (95% to kobiety). Co za żywotna nacja! Głowa mnie rozbolała od tego sympatycznego gadulstwa.

Prawosławni Grecy pokonali faworyzowanych katolików z Portugalii w finale piłkarskich mistrzostw Europy. Gospodarze przegrali, mała Hellada pokazała dzielność Sparty. Mecz był fair i dialog ekumeniczny pogłębił się.

Blog

3 lipca 2004

Posted on

Włosi reagują alergicznie, gdy mówi się o osi rządzącej Unią Europejską: Berlin – Paryż. Również bardzo mi się nie podoba, gdy mówiło się o trójkącie: Niemcy – Francja – Wielka Brytania. To ostatnie było dla nich szczególnie upokarzające, bo to właśnie Włosi byli jedynym narodem pominiętym z Wielkiej Czwórki. Antyniemieckie resentymenty miał kiedyś premier Andreotti, a dzisiaj ma je premier Berlusconi. Objawił to szczególnie w zeszłym roku w Parlamencie Europejskim. Ciekawostką jest, że pan Martin Schulz z niemieckiej SPD (Ówczesny wiceprzewodniczący frakcji socjalistów w PE), któremu ówczesny premier Włoch zaproponował rolę kapo w kręconym właśnie włoskim filmie o obozach koncentracyjnych – dziś ten sam Martin Schulz ma być przewodniczącym frakcji socjalistycznej w PE. Oznacza to, że Niemcy będą mieli szefostwo dwóch największych klubów parlamentarnych (obok socjalistów, także chadeków z Hansem Poetteringiem na czele). Tak na marginesie ów Poettering – europejski weteran parlamentarny (jest w PE od początku, od pierwszych wyborów, czyli od 25 lat) – ma przygotowanych na każdą okazję pięć przemówień. W efekcie zawsze powtarza to samo. Jednym z tych wyuczonych schematów jest mniej więcej taki: “Nigdy nie myślałem, gdy po raz pierwszy zostałem wybrany do Parlamentu w Brukseli, że kiedyś będę w nim zasiadał wraz z kolegami z Polski, Czech, Słowacji, Węgier, itp., itd…” Powtarza to ciągle, a “koledzy” z Europy Środkowo-Wschodniej skręcają się ze śmiechu.

Dzisiaj znakomite risotto z różnymi przyprawami, wczoraj na obiad klasyczne spaghetti bolognese, a wieczorem rewelacyjny makaron z serem gorgonzola. To ostatnie w ulubionej mojej restauracji “Da Luigi” przy Corso Vittorio Emmanuele II. Włosi żyją po to, aby jeść…

Blog

2 lipca 2004

Posted on

Bladym świtem podróż autem z Wrocławia do Krakowa. Położyłem się o 2:00, a wstałem o 4:30, ale po dwóch i pół godzinie snu czuję się nawet wypoczęty. Podobną konstrukcję fizyczną miał (i pewnie dalej ma) Jerzy Buzek. W ciągu dnia wystarczyło Mu zdrzemnąć się kilkanaście czy kilkadziesiąt minut, żeby później funkcjonować znów całą dobę. Autostrada Wrocław – Gliwice, a potem Katowice – Kraków w części 3-pasmowa. To już Europa – niemieccy turyści jadąc do ziomków na Opolszczyźnie czują się jak w Vaterlandzie. I tylko dwie rzeczy są inne: ograniczenie prędkości (co prawda i tak nie przestrzegane) i droga od granicy do Wrocławia, która kiedyś (za Hitlera) autostradą była, a teraz jest raczej sposobem na policzenie zębów. Ach ci Niemcy – narzekają dowcipnisie – jak oni tak to mogli zbudować.

Po wyborach mam wielu nowych przyjaciół. Kompletuję sobie listy gratulacyjne. Ostatnio przesłali je m.in.: Pat Cox – przewodniczący Parlamentu Europejskiego, Józef Oleksy – marszałek Sejmu RP, Krzysztof Zynoul – prezes Nafty Polskiej SA, Andrzej Kurowski – prezes Zakładów Chemicznych “Police”, Andrzej Malinowski – prezydent Konfederacji Przedsiębiorców Prywatnych, posłanka Renata Beger i poseł Włodzimierz Borczyk, Jan Franciszek Jarosiński – starosta Powiatu Jaworskiego i jednocześnie członek Rady Europy, Ryszard Nowak – dyrektor TVP3 we Wrocławiu, Andrzej Ryński – przewodniczący Związku Województw RP, ambasador Turcji w Polsce Candan Azer, ambasador Rumunii w RP Irina Comaroschi, Witold Knychalski – prezes Towarzystwa Dialogu Kultur “Łodź Ziemia Przyszłości”, marszałek Województwa Opolskiego Grzegorz Kubat, dyrektor Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce – Dorota Dąbrowska, prezydent Wrocławia – Rafał Dutkiewicz, prezes Federacji Związków Łowieckich UE – Gilbert de Turckheim i przewodniczący Polskiego Związku Łowieckiego – dr Lech Bloch, prezydent Płocka – Mirosław Milewski, rektor Akademii Rolniczej we Wrocławiu – prof. dr hab. Michał Mazurkiewicz, prezes Związku Banków Polskich – Krzysztof Pietraszkiewicz, prezydent Jeleniej Góry Józef Kusiak, wojewoda dolnośląski – Stanisław Opatowski, prezes Instytutu Pamięci Narodowej – prof. dr hab. Leon Kieres.

Jestem szczerze wzruszony… Do tego stopnia, że łzy kapią mi na koszulę z napisem: “Bruce Lee – karate mistrz”. Warto było wygrać te wybory.

Rzym wita mnie 30-stopniowym upałem i 30 kanałami telewizyjnymi bliźniaczo podobnymi do polskich (“kultura europejska”). Jestem świadkiem jak włoska straż graniczna zatrzymuje na kilkanaście minut obywatela RP, który chce wjechać na terytorium Włoch tylko z dowodem osobistym, Włosi się dziwią, bo widzieli już nowe dowody osobiste, ale starych nie. W końcu człowieka przepuszczają, lecz niesmak pozostaje.

Niestety nie ma już Rzymu zapamiętanego z filmów włoskiego neorealizmu: “Rzym miasto otwarte”, “Złodzieje rowerów”, “Rzym godzina 11” czy “Odrażający, brudni, źli”, choć ten ostatni obraz to już mniej kino społeczne, a bardziej komercyjne.

Podświetlony Plac Świętego Piotra i Bazylika robią – jak zawsze wielkie wrażenie. Tylko złośliwi twierdzą, że rzymska Bazylika Świetego Piotra bardzo przypomina Licheń…

Blog

1 lipca 2004

Posted on

Dzisiaj powrót do korzeni, czyli interaktywna konferencja prasowa we wrocławskim Rynku na oczach turystów, gapiów, wrogów, przyjaciół i obojętnej ludności. W kampanii wyborczej miałem je 2-3 razy w tygodniu, a po wyborach 2 razy dopiero. Telewizja w lokalnym dzienniku wyeksponowała później, że poprzemy na szefa parlamentu – mimo istotnych różnic politycznych na forum krajowym – Geremka. W TVP było też jak, pokazuję badge’a czyli taką elektroniczną “niby” przepustkę do Parlamentu Europejskiego.

Mama czuje się źle, powinienem poświęcać jej więcej czasu. Polityka, rodzina – realne dylematy.

Jutro o 5 rano ruszam do Krakowa, gdzie będę miał konferencję prasową z panem posłem Rutowiczem, a potem lecę do Rzymu – pierwszy raz w tym roku (w poprzednim roku byłem trzykrotnie). Ta moja kaleka włoszczyzna przydaje się w kontaktach z włoskimi deputowanymi do PE.

Dzisiaj parę razy gorąca linia z Brukselą. Wieści przed południem pesymistyczne, a po południu optymistyczne. Jak tak dalej pójdzie to najlepsze wiadomości będą nocą. Upał we Wrocławiu. No i kończy się ostrą ulewą. Jadę do Świdnicy, po drodze wszędzie mokro.

Blog

30 czerwca 2004

Posted on

Dzisiaj gadu-gadu z: Duńczykami, Francuzami, Belgami, Włochami, Słowakami. Przekładamy wyjazd do Wilna na II połowę przyszłego tygodnia. Następnie – znowu zmiana, być może pojadę na Litwę już w niedzielę. Autem – nie samolotem, na 1 dzień – nie na 2 dni. A więc wariant najbardziej męczący. Już rezerwuję sobie bilety do Brukseli, na następny wtorek – środę.

Andrzej Lepper rzeczywiście chory. To nie żadna symulka, jak sugerują niektóre media. Jutro czeka go zabieg kardiologiczny, ale i tak ze szpitalnego łóżka, trzyma rękę na pulsie, wczoraj i dzisiaj dzwonił do mnie do Brukseli 3 razy.

Dziś po śniadaniu w hotelu, bez obiadu, dopiero kolacja w samolocie do Warszawy. Ale już nie tak karmią w Locie jak kiedyś. Siedzę sobie skromnie z tyłu i tylko patrzę jak w pierwszym rzędzie gruchają z sobą polityk z SLD z politykiem z PIS-u. Gołąbki pokoju.

Rewelacja dnia: wiewiórka na lotnisku Zaventem w Brukseli, ledwie metr od pasa startowego kica sobie, jak gdyby nigdy nic. No i ma w rudym ogonie integrację europejską. A nawet rozszerzenie Unii, o nowych 10 państw, też ma w dwucentymetrowym nosie.

Wszystkim turystom, a zwłaszcza turystom – obżartuchom (vel smakoszom) polecam pewien hotel w Brukseli, nazywa się “Melia Avenue Louise”. Nie dlatego, żeby miał jakaś wyborną kuchnię – wręcz przeciwnie (niech to będzie dowód na to, że nie jest to krypto reklama) chodzi o… wagę dla gości, którą znalazłem w pokoju 504. Jest to cudowne urządzenie! Najpierw wykazało, że ważę 74 kilo, a następnie, gdy byłem już w butach, garniturze + pasek i zegarek dalej ważyłem 74 kilogramy. Po prostu rewela. To był zastrzyk optymizmu na cały dzień.

Do tej pory znałem Parlament Europejski od strony sali plenarnej i kilku większych sal. Dopiero teraz poznaję PE jako dżunglę, gąszcz zakamarków, niezliczonych pokoi i pokoików poselsko – urzędniczych. Kafka redivivus! Trzeba z tym żyć i tego się nauczyć.

Po przylocie do kraju, w ciągu 2 minut otrzymałem 23 wiadomości tekstowe. Rekord świata. Ekipie rekordzistów gratuluję.

Dzisiaj rozmawiałem z przedstawicielami pewnej partii z Europy Środkowo – Wschodniej, którzy oświadczyli mi, że przez najbliższe 2-3 miesiące nie wejdą do żadnej frakcji w Parlamencie Europejskim, poczekają, zorientują się… Refleks szachisty (ale amatora). Oni zresztą obiecywali w kampanii wyborczej, że będą niezależni. Bardzo, bardzo ciekawe. Właśnie przed chwilą Portugalia łupnęła Holandię 2:1 w półfinale Piłkarskich Mistrzostw Europy. Lubię Holendrów, ale dopingowałem gospodarzy. Po pierwsze są biedniejsi, a po drugie, to bądź co bądź naród wierzący. No i nie sprzedają u siebie miękkich narkotyków…

Blog

29 czerwca 2004

Posted on

Dziś cały dzień w Brukseli – pierwszy raz po wyborze do Europarlamentu. Piękna pogoda, zupełnie nie jak w deszczowej Brukseli (bardziej deszczowa niż Warszawa). Przed samolotem spotykam Geremka, który wita się ze mną wyniośle i jest demonstracyjnie lodowaty. I słusznie, bo dzisiaj są upały – to się przyda. Na lotnisku w Brukseli Marek Siwiec – syn Ziemi Kaliskiej – jest cały w skowronkach, ale ziemi nie całuje, bo to przecież Belgia, a nie południowa Wielkopolska.

W Parlamencie Europejskim dwa spotkania polityczne (jedno z udziałem 5, drugie z udziałem 7 osób). Umawiamy się na następny dzień. O 16 natomiast, konferencja prasowa nowej frakcji – eurosceptyków. Beze mnie – ja przecież jestem eurorealistą…

Przed budynkiem Europarlamentu park ze stawem, wodą, kaczki (jak w Polsce) atmosfera sielsko – anielska. Zielona trawa, słońce parzy, wysepka z drzewami, których liście taplają się w wodzie, rzęsa na stawie (też jak w Polsce). Jednym słowem bajka, ale jak lunie – a jesienią to norma – to już będzie powrót do brukselskiej rzeczywistości. W jednym z ostatnich numerów “Financial Times” świetny artykuł o konstytucji UE. Już w tytule jest mowa o “wejściu do utopii” w kontekście Traktatu Konstytucyjnego. Myślę, że to bardziej trafne określenie niż, używane często przy tej okazji, “wejście do historii”. W samym tekście mowa o “nawiedzonych wizjonerach” oraz “zramolałych biurokratach”, czyli twórcach konstytucji…

Obiad na “Place du Jourdane” w restauracyjce “Czerwony księżyc”, carpaccio z serem gorgonzolą na ostro z dużą ilością oliwy i pieczywem. Przypomina mi się wczorajsza kolacja w restauracji na warszawskim Nowym Mieście. Tam świetne gaspacho, oryginalne, bo z dużymi kawałkami warzyw, a na drugie – trzy rodzaje pierogów z gęstym, sycącym i smakowo kontrastowym sosie. Akceptuję kuchnię brukselską, ale wolę polską…

Po spotkaniu z naszym ambasadorem, w Królestwie Belgii wracam do Parlamentu Europejskiego przez park. Młode, zakwefione Arabki z muzułmańskimi maleństwami, często w towarzystwie dziadka – Araba. Sielankowy obrazek, ale owe urocze maleństwa za 30 lat – kto wie – może gdzieś jakąś bombę podłożą? Oby nie. Słowem w Brukseli, jak to w Brukseli – masę eurobiurokratów i dużo kolorowych imigrantów. Dwie różne bajki nie mające ze sobą w zasadzie nic wspólnego. A na ulicach prężą się młode Rosjanki. Oczywiście odwracam głowę zajęty myśleniem o Polsce i Europie…

Blog

28 czerwca 2004

Posted on

Jadąc z Torunia do Warszawy, kawałek za Kutnem, drewniane słupy telegraficzne, jak przed pół wiekiem, za to na stacji Warszawa Zachodnia trawa, a zwłaszcza chwasty sięgające wysokości peronu. To takie części Polski, która właśnie weszła do Unii Europejskiej.

Chyba się starzeję. Widzę to po tym – między innymi – że coraz większe znaczenie mają dla mnie rozkosze stołu. Podkreślam: zdecydowanie większe niż łoża. Kiedyś zupełnie nie zwracałem uwagi na to co jem, gdzie, kiedy i z kim. Teraz to wszystko nagle wydaje się ważne. Dzisiaj np. ostry barszczyk czerwony z kołdunami w restauracji hotelowej w Płocku, a na drugie mięsko, z topionym żółtym serem plus podsmażane ziemniaczki i mizeria. Może nie jest to dieta Kwaśniewskiego, ale na pewno jest to bardzo smaczne. Jestem herbaciarzem. Piję herbatę litrami, jak ojciec i ojca ojciec, kawę natomiast bardzo rzadko. Dzisiaj się przemogłem, ale z konieczności, bo nie jestem p. Thatcher, która potrafiła spać do 4 godziny dziennie. Ja po tygodniu braku snu się poddaje. Śmieję się (tak trochę, pół żartem – pół serio), że kawę piłem tylko na posiedzeniach rządu, jako minister, żeby nie usnąć z nudów…

Dzisiaj telefony, maile, sms-y z Brukseli, Anglii, RFN, Francji. Zrobiło się międzynarodowo…

Blog

27 czerwca 2004

Posted on

Dzisiaj wieczorem (ok. 21.) zorientowałem się, że w teczce nie ma portfela z kartą kredytową, dowodem osobistym, rachunkami, itp.itd. Analiza: gdzie, kiedy, jak?… Kiedy ostatni raz miałem ten “drobiazg” w ręku? Wyszło mi, że na stacji paliw w Lubinie, którędy przejeżdżałem w drodze zza Głogowa do Trzebnicy. Szybko ustalam numer telefonu do Orlenu. Dzwonię. Akurat zastaję tych samych ludzi, którzy wczoraj mnie obsługiwali. Twierdzą stanowczo, że absolutnie nie mieli mojego portfela w ręku. Dzwonię do przyjaciela, który mnie wczoraj woził autem. Z właściwą sobie powolnością idzie sprawdzić samochód. Okazuje się, że… nic nie ma. Dzwonię raz jeszcze na stację w Lubinie. Tam są już po obejrzeniu kasety, na której rejestrowane jest wszystko, co dzieje się na stacji, i która jest przechowywana przez trzy tygodnie. Widzą na ekranie wyraźnie, że wyszedłem z Orlenu z portfelem w ręku. Dalsza analiza… Po drodze kupowałem jeszcze kwiaty na wesele do Trzebnicy, gdzie byłem zaproszony. Ale… pieniądze brałem wtedy z kieszeni. Wzięliśmy jeszcze po drodze 2 osoby na autostop. Bez wątpienia pamiętam, że nie miały nic w ręku wsiadając i wysiadając z samochodu. Dzwonię raz jeszcze do Bogdana. Pytam, gdzie szukał portfela. Odpowiada: “w samochodzie…”. To znaczy? – pytam? “Z przodu i w bagażniku” – pada odpowiedź. A na tylnym siedzeniu? – nieśmiało podpytuję – tam, gdzie była teczka? “Nie szukałem” – mówi. Za chwilę dzwoni i .. znalazł! Jak to kiedyś powiedział Jan Ciszewski: “wróciłem z dalekiej podróży”.

Pojechałem do Torunia na mecz żużlowy mojego klubu WTS Wrocław. Siedzę sobie w loży VIP-ów, gdy podchodzi do mnie prezydent Torunia Michał Zalewski (niegdyś SLD, ostatnio startował jako niezależny). Na oczach ludzi, demonstracyjnie składa mi gratulacje i całuje “z dubeltówki”.

Blog

26 czerwca 2004

Posted on

Jeszcze wczoraj Jałta, Krym, Ukraina a już dzisiaj we Wrocławiu otwieram Międzynarodowy Turniej Gimnastyczny, który odbywa się już po raz 13, tym razem z udziałem 6 krajów. W wywiadzie dla Telewizji Dolnośląskiej, w tym samym czasie mówię, że w tym samym czasie w Europie odbywają się 2 imprezy sportowe: Mistrzostwa Europy w Piłkę oraz ten właśnie turniej gimnastyki we Wrocławiu. Pierwsza impreza przyciąga tłum widzów i media – druga wręcz przeciwnie. Ale pierwsza często kieruje się względami pozasportowymi i różnymi układami a druga, w zasadzie amatorska – bo w gimnastyce nie ma pieniędzy – jest pod tym względem czysta i poza podejrzeniami.

Późnym popołudniem pod Bolkowem Głogowskim na polance niedaleko jednej z nielicznych ocalałych Rolniczych Spółdzielni Produkcyjnych party z ludźmi, którzy pomagali nam w kampanii wyborczej na terenie kilku okolicznych powiatów. Soczysta zieleń, karczek i kiełbaski, no i zadowoleni ludzie bo tutaj nasza formacja uzyskała wynik o 4% lepszy niż w skali kraju. Choć jest też obecny szef naszych struktur w Górze Śląskiej, były internowany działacz Solidarności, gdzie dostaliśmy ok. 40% głosów.

Wczoraj na Piłkarskich Mistrzostwach Francja dostała baty w meczu z debiutantem – Grecją. Jak nie ma biało-czerwonych, to naród kibicuje słabszym i mniej bogatszym. Czyli cieszymy się ze zwycięstw Czechów, Greków, Portugalczyków, Łotyszy. Słabsi wygrywają, my się cieszymy, ale bez większego entuzjazmu, bo po chwili zazdrościmy narodom mniej od nas liczebnym, ale lepiej wysportowanym i zorganizowanym.

Już pod Głogowem czerwone maki w wieczornym słońcu, na tle przezroczystego nieba, symbolicznych, pastelowych chmur, jasnego zboża i ostrej zielonej trawy, piękne, a jednak realne. Nie tylko Krym, ale i polska ziemia rzuca na kolana. Na zakończenie dnia jeszcze Trzebnica – miasto, w którym mieszkała i zmarła św. Jadwiga Śląska. Niemka z urodzenia (Andechus w Bawarii) Polka z wyboru, żona i matka książąt. Kiedyś dla Polsatu zrobiłem półgodzinny film dokumentalny o Klasztorze w Trzebnicy i Zakonie Salwatorianów i jeszcze paru innych dolnośląskich miastach. I tak sobie myślę, że te moje reportaże (przez cztery lata uzbierało się ich ok. 50), dzisiaj jeszcze dałoby się oglądać. Jeszcze niedawno TV Niepokalanów, po raz kolejny emitowała mój film o ociemniałych dzieciach w podwarszawskich Laskach.

Trwa kolejny, pracowity weekend, choć kampania wyborcza się zakończyła…

Blog

25 czerwca 2004

Posted on

Ostatni, trzeci dzień pobytu na Krymie. Dzisiaj z kolei potworny upał, plus nie zawsze klimatyzowane autokary. VII Szczyt Gospodarczy “Polska – Ukraina” za nami. Prezydent Kwaśniewski żegnając się ze mną, mówi, że zrobiłem woltę polityczną. Odpowiadam, że zrobiłem to dla dobra Polski. Głowa państwa mówi, że osobiście mi życzy powodzenia, ale nie życzy tego formacji w której jestem. Takie były rozmowy na Krymie owego lata…

Kuczma witając Kwaśniewskiego mówi, że przywiózł ze sobą dobrą pogodę, bo w poprzednie dni padał w Jałcie deszcz. Kwaśniewski na to, że przypomina mu to jego rozmowę z Papieżem, w czasie jego wizyty we Wrocławiu w czerwcu 1997 roku, (dodam, że w trakcie I w Polsce Kongresu Eucharystycznego). Wtedy w stolicy Dolnego Śląska temperatura spadła do 4oC i w trakcie mszy papieskiej była potworna ulewa, (pamiętam, że z tego powodu musiałem z moim 7 letnim Bartkiem wyjść wcześniej z uroczystości). Kwaśniewski zażartował w rozmowie z papieżem, że wszystko strona polska przygotowała, poza zadbaniem o pogodę, ale o to “myślimy, że postara się Wasza Świątobliwość”, “Pan Prezydent przecenia moje kontakty” – odparł Papież. Trzeba przyznać, że prezydent RP ma szczęście do rozmówców obdarowanych refleksem i umiejętnością celnej repliki. Pamiętam, jak w czasie oficjalnej wizyty w Grecji w 1998 roku, w czasie uroczystego obiadu wydanego przez Konsula Honorowego Polski, jednego z najbogatszych armatorów statków w tym kraju. Ówczesny minister spraw zagranicznych Pangalos o swojej biografii politycznej mówił, że przez długie lata należał do Greckiej Partii Komunistycznej, bił się z policjantami na ulicach, w czasie lewicowych demonstracji, a nawet doszedł do stanowiska członka Biura Politycznego KC Komunistycznej Partii Grecji. “Byłem w Biurze Politycznym tak jak Pan Panie Prezydencie” – mówi Pangalos. “Ależ ja nigdy nie byłem w Biurze Politycznym – obrusza się Kwaśniewski – ja byłem tylko ministrem ds. sportu i młodzieży”. “Hm, nobody is perfect” – komentuje grecki polityk.

 

Zajadam się w czasie bankietu wielkimi, nienaturalnej wielkości czereśniami, są znakomite i budzą powszechny entuzjazm, ale ktoś komentuje: Są takie wielkie po Czarnobylu…”

 

Droga Jałta – Symferopol, skąd odlatujemy. Widoki, które zapadną w pamięć. Pan Bóg był szczodry dla tego kraju. Nagle autokar staje, bo samochód, który jechał przed nami potrącił pijaczka. Pijak wstał, pozbierał się, ale nie zdążył odejść, bo dopadł go wściekły kierowca samochodu (porysowana karoseria?). Krótki pojedynek, ale nie na słowa. Ponownie wygrywa zmotoryzowany. I co, myślicie Państwo, że takie rzeczy zdarzają się tylko na Wschodzie? Nie, sam pamiętam taką identyczną sytuację na ruchliwej, londyńskiej ulicy w Sylwestra w 1988 albo 1989 roku.

Blog

24 czerwca 2004

Posted on

Byłem dzisiaj w willi, w której dokonano czwartego rozbioru Polski. Jałta, luty 1945 – Jałta czerwiec 2004. Siedziałem w fotelu Roosevelt’a… Ponieważ amerykański prezydent był sparaliżowany, obrady odbywały się w willi, w której mieszkał. W sumie było osiem spotkań przywódców “Wielkiej Trójki”, na sześciu z nich, mówiono o Polsce. W końcu Waszyngton i Londyn, Polskę, bez żalu – sprzedali. Polskim akcentem tego miejsca – poza tym, że nas tam zdradzono – jest to, że Polak, Potocki (z tych Potockich), sprzedał ziemię, ze starym pałacem carowi rosyjskiemu w 1862 roku. Po pół wieku, nowy car pobudował nowy pałac, ale pamięć, że to Polak był ostatnim właścicielem, przed carem i późniejszą nacjonalizacją pozostała.

Pogoda zmienna: upał, parno, oberwanie chmury, pochmurno ale ciepło, mżawka. Tylko 18oC miała temperatura wody w morzu, tylko, zwykle o tej porze roku jest więcej. Króluje język rosyjski. Główną mniejszością są… Tatarzy Krymscy, którzy w liczbie 270 tys. wrócili po 1990 roku. Na zakończenie pierwszego dnia, VII Polsko – Ukraińskiego Szczytu Gospodarczego, program artystyczny – wyłącznie po rosyjsku. Premier Krymu jest Rosjaninem, podobnie mer Jałty. Ukraina jest tam w głębokim odwrocie.

Miałem swoje wystąpienie – jako jedyny Polak na ośmiu mówców, pytałem m.in. o polsko – ukraińską umowę międzyrządową z maja 1998 roku, dotyczącą kredytu komercyjnego w wysokości 20 mln euro, dla polskich firm chcących inwestować na Ukrainie. Upłynęło 6 lat a Kijów umowy nie ratyfikował.

Na koniec akcent gastronomiczny: na bankiecie znakomity żółty ser z czosnkiem. Pycha…

Blog

23 czerwca 2004

Posted on

Przed wyjazdem na Krym byłem jeszcze oglądać w Al. Jerozolimskich miejsce, pod nową siedzibę mojego Instytutu Studiów i Prawa Europejskiego. W dobrym miejscu, między Hotelem Marriott a rotundą.

 

“Kochane pieniądze prześlijcie mi rodzice” – mniej więcej takiej treści dostaję info od Przemka, który już pracuje, tyle że nie w Irlandii a w Irlandii Północnej (Belfast!), są chyba bardziej bezpieczne miejsca na świecie na wakacyjne dorabianie sobie. Okazuje się, że za hostel trzeba płacić co tydzień, a pensję otrzymuje się co miesiąc. Jak trwoga, to do taty…

 

Krym wita nas pochmurnym niebem, ale nie pada. Prognozy meteo wskazywały na 3 dni deszczu, ale na razie nie spadła ani kropla. Dwugodzinna podróż autokarem z lotniska w Symferopolu do Jałty, bardzo malownicza trasa, między skałami na wzgórzach a morzem. Dużo soczystej zieleni, wielkie skiby żyznej ziemi. Bajkowy krajobraz – kontrast miedzy morzem z lewej, na dole, a górami po prawej.

 

Jemy kolację w hotelu “Jałta” – w tym wielkim hotelowym kołchozie mieści się 1200 pokoi! Zapada zmierzch – mały, jakby nierealny rogalik księżyca wysoko w górze. Trochę romantyczny. Teraz rozumiem tych, którzy opiewali piękno Krymu. Choć nam Polakom, Jałta będzie się zawsze źle kojarzyć ! Ale te krajobrazy…