Blog

O historycznym meczu w skali świata, który odbył się na Dolnym Śląsku

Posted on

Dolny Śląsk  może być doprawdy dumny! Oto bowiem pierwszy mecz jakiejkolwiek polskiej reprezentacji od ataku pandemii koronawirusa odbył się właśnie w naszym województwie. Wiem najlepiej, bo tam byłem. Chodzi oczywiście o spotkanie siatkarek Polski i Czech  w Wałbrzychu. Mecz był towarzyski, ale nie wierzmy w bzdury, że wyniki tzw. „friendly matches” są nieistotne. Nasze dziewczyny miały po przymusowej przerwie od siatkówki taki głód gry, taki zapał, taką energię, taki „power”, że serce rosło. Rozniosły Czeszki  3 – 0 w setach: do 14, do 19, znowu do 19. Tym wszystkim, którzy w mediach widzieli wynik 3 – 1 informuję, że trenerzy obu zespołów ustalili, aby w  przypadku 3 – 0 zagrać  czwarty dodatkowy set, w którym nie grała już na przykład nasza Magda Stysiak i inne z tzw. „pierwszego składu”. Seta tego po obronie dwóch piłek setowych w końcu przegraliśmy 24 – 26. Ale tak naprawdę najważniejsze było to, że był to nie tyko pierwszy oficjalny mecz Biało-Czerwonych w jakiejkolwiek dyscyplinie od 4 miesięcy, czyli ataku COVID – 19, ale też, uwaga: moim zdaniem pierwszy oficjalny mecz reprezentacji siatkarskich, nie tylko w Europie, ale i na świecie. I to wszystko u nas! Brawo (Z)Dolny Śląsk!

Mogę po czasie ujawnić wybór, jakim się kierowały władze PZPS, decydując, że to właśnie Wałbrzych. Bo na przykład chciały też Nysa czy Opole. Jednak o wyborze stolicy dawnego województwa wałbrzyskiego zdecydował fakt, że w tym samym miejscu jest i sala i hotel (co za piękny widok z okien!) – co wyeliminowało przemieszczanie się zawodniczek między halą a hotelem, niezbędne w przypadku innych lokalizacji.

Zatem mamy to już za sobą, Dolny Śląsk i Polska są pionierami, gdy chodzi o  „odmrażanie” sportów w hali. Cóż, mieliśmy pionierów na Dolnym Śląsku czyli na dawnych Ziemiach Odzyskanych (z czasów studenckich pamiętam wielkie, jakbyśmy to dziś powiedzieli,  bilboardy z napisem „Byliśmy, Jesteśmy, Będziemy” w kontekście tej części Polski określanej również jako „Ziemie Zachodnie i Północne”.)  Teraz na tymże Dolnym Śląsku mamy pionierów  sportu wyczynowego, który powrócił do normalności – pionierów na skalę europejską i globalną.

Następnego dnia trener Jacek Nawrocki, od lat konsekwentnie stawiający na młodzież, rotował składem, jak mógł, ale też wygraliśmy – tyle, że po tie-breaku 3 – 2.

Mało kto już pamięta, ale właśnie w Wałbrzychu 2 lata temu podczas Ligi Narodów debiutowała meczem z Japonią (3-2 dla nas) w reprezentacji Biało-Czerwonych Maria Stenzel – libero Grota Budowlanych Łódź. Wiem, bo wtedy też tam byłem, choć niestety, nie mogę powiedzieć, że „miód i wino piłem”. Dziś bez Stenzel nie można sobie wyobrazić polskiej reprezentacji. Jak będzie z debiutantkami z historycznego wtorku 30 czerwca 2020 Anno Domini? Zobaczymy. Myślę, że warto zapamiętać wszystkie, ale jedną może szczególnie, bo ta jeszcze nastolatka została nieformalnie  uznana za  MVP meczu – Weronika Centka.

Dzieje się w siatkówce, bo przecież już za trochę ponad 2 tygodnie, tym razem na Ziemi Lubuskiej, znanej może bardziej z żużla niż z siatkówki, odbędą się towarzyskie mecze  dwukrotnych z rzędu mistrzów świata w siatkówce mężczyzn – Polski z poprzednim wicemistrzem Europy – Niemcami. Możliwe jest już, aby były to prawdopodobnie pierwsze w Europie od początku pandemii mecze z udziałem publiczności (22-23 lipca w Zielonej Górze). To będzie kolejny powrót do normalności…

Nie byłbym sobą – jako przez 8 lat wiceprezes, potem prezes i znów wiceprezes WTS „Sparty” Wrocław – gdybym nie napisał o żużlu. Może niektórzy kibice są trochę zawiedzeni, że drużyna trenowana przez Dariusza Śledzia (mój Boże, ja pamiętam go  ćwierć wieku temu, dwie dekady wstecz, jako czynnego zawodnika…) wygrała jeden mecz z trzech. Spokojnie, to nie jest awaria, to tylko mecze wyjazdowe z faworytami do złota (DMP): z Lesznem i Częstochową.

Zresztą tak naprawdę w tym wyjątkowym sezonie  będziemy coś więcej wiedzieli o potencjale poszczególnych zespołów dopiero po 4-5 kolejkach. Wyjątkowym, bo rozpoczętym w czerwcu bez żadnego sparingu. Jak pamiętam – może mnie poprawią Szanowni Czytelnicy – był taki sezon bez ani jednego meczu towarzyskiego przed meczem Ligi, gdzieś tam hen w latach 1970-ch, gdy była bardzo długa i ostra zima… Cóż, historia kołem się toczy.

Dziękuję za miłe, sportowe prezenty: szaliki klubu piłkarskiego „Żórawina” (na zimę) i t-shirt siatkarskiej Gwardii Wrocław (to raczej na lato), skądinąd wraz z dresem i piłką. Do mojej kolekcji sportowych szalików i koszulek przybyły kolejne…

*tekst ukazał się w tygodniku „Słowo Sportowe” (20.07.2020)

Blog

Polacy na Kremlu i polskie siatkarki

Posted on

„O roku ów!” – tak można by zawołać, za „Panem Tadeuszem” i Adamem Mickiewiczem. Tyle, że autorowi „Dziadów” i „Ksiąg Narodu i Pielgrzymstwa Polskiego” chodziło o 1812 rok, kiedy Polacy z Francuzami szli na Moskwę. Mi chodzi o to, co dzieje się w polskim i światowym sporcie 208 lat później – A. D. 2020.

 O sporcie za chwilę, na razie wrócę do wyprawy Napoleona na Rosję, w której ochoczo uczestniczyli nasi rodacy w rewanżu za zabrane nam przez carycę Katarzynę (skądinąd Niemkę urodzoną w Szczecinie) niepodległość i terytoria. Napoleonowi to się nie udało, podobnie jak Niemcom w 1941 roku – w związku z tym my, Polacy, jesteśmy jedynym narodem, który potrafił zdobyć i okupować stolice Rosji. Co prawda było to ponad cztery wieki temu, ale zawsze… Polacy rządzili Moskwą oraz państwem rosyjskim i można zdać pytanie: komu to przeszkadzało? Jak w końcu się Rosjanie zbuntowali i musieliśmy stamtąd odejść, to i tak kultura i cywilizacja polska była na dworze carów w XVII wieku punktem odniesienia i drogowskazem, mówiono na nim po polsku wtedy i później tak, jak na dworze polskich królów mówiono po francusku. W tym czasie bojarzy czyli rosyjscy możnowładcy, którzy podpadli carowi bojąc się stracić głowę uciekali z Rosji – gdzie? – oczywiście do Polski. Zresztą ich rodacy – tak zwana „biała” rosyjska emigracja po komunistycznej rewolucji w październiku 1917 też uciekała miedzy innymi do Polski. Z takiej rodziny pochodził nasz świetny przedwojenny pływak, a potem bohater walki z Niemcami w … Grecji – Jerzy Iwanow-Szajnowicz, opisany potem w książce Stanisława Strumpha „Agent Nr. 1″, którą zaczytywałem się w dzieciństwie. Poległ w walce z Niemcami, ale został bohaterem dwóch narodów: polskiego i greckiego.

Do sportu zaraz przejdę, tylko wspomnę, że nie tylko Rosjanie uciekali do ówczesnej Polski czyli I Rzeczpospolitej – nasz kraj na tle pogrążonej w wojnach religijnych Europie był oazą tolerancji, „państwem bez stosów”, dzięki temu wiali do nas ludziska ze Szkocji, Francji, Niemiec czy innych krajów, bo u siebie mogli stracić życie – u nas im to nie groziło. Ale przecież Polska była też adresem emigracji zarobkowej. Dziesiątki tysięcy ludzi z Europy Zachodniej udawało się do państwa polskiego będącego największym w Europie, bo liczącym milion kilometrów kwadratowych (dobrze ponad trzy razy więcej niż teraz!) – za pracą. Byli majstrami, kupcami, ale też architektami, muzykami czy malarzami. Polska kultura, otwarta, tolerancyjna, pociągająca, sprawiała, że wielu z nich szybko się polonizowało, a ich dzieci były już, jak to się mówi, „stuprocentowymi” Polakami. Na liście polskich bohaterów w powstaniach i wojnach, ale też twórców kultury czy osób zasłużonych w rozwoju różnych dziedzin znajdziemy masę niepolskich nazwisk ludzi, którzy nie tylko uważali się, ale byli po prostu Polakami.

  No to wreszcie przechodzimy do sportu. Za nami pierwsze zgrupowanie siatkarek w nieodległym Szczyrku i siatkarzy w Spale. W tym tygodniu dwa mecze Polek – jednej z czterech najlepszych drużyn Mistrzostw Europy i jednej z pięciu najlepszych reprezentacji ostatniej Ligi Narodów (o czym się znacznie mniej mówi, a to duży sukces) – i to u nas, na Dolnym Śląsku, w Wałbrzychu – z Czeszkami. Z tymi samymi, które pozbawiły nas startu w ostatnich Mistrzostwach Świata, ale teraz to my jesteśmy faworytami.

Wierzę w Biało-Czerwone, nie tylko w tych towarzyskich meczach, ale przede wszystkim wierzę, że na trwałe dołączą do europejskiej i światowej elity. Przed 17 i 15 laty zdobywały tytuły mistrzyń Europy, 11 lat temu jeszcze miały brąz na Mistrzostwach rozgrywanych u nas w Polsce, teraz doszlusowały do najlepszych. Niech to potwierdzą w przyszłorocznych ME, a zwłaszcza w mistrzostwach świata, które w 2022 będą rozgrywane u nas (i w Holandii). A ponieważ w sporcie trzeba myśleć długofalowo, teraz trzeba powiedzieć: „do trzech razy sztuka!”. Oczywiście można tę „trójkę” interpretować jako trzecie złoto na Mistrzostwach Europy, jednak bardziej może minimalistycznie myślę, żeby po raz trzeci w historii na Igrzyskach Olimpijskich były i polskie siatkarki i polscy siatkarze. To dotychczas zdarzyło się na IO tylko dwa razy: w Meksyku 1968 i w Pekinie w 2008 roku.

 To był mój pierwszy – ale nie ostatni – felieton w „Słowie Sportowym”. Będziemy spotykać się co tydzień. Czy zawsze będę tyle pisał o historii i kobietach (akurat siatkarkach)? Życie pokaże…

*tekst ukazał się w “Słowie sportowym” (29.06.2020)

Blog

Współpraca, jedność, sukces

Posted on

Druga kadencja prezydenta wybieranego w wyborach powszechnych jest, niezależnie od szerokości geograficznej, zawsze próbą zapisania się przez Głowę Państwa w historii. To „oczywista oczywistość”. Z jednej strony może to być pokusą pewnego usamodzielnienia się nowego-starego prezydenta od jego zaplecza politycznego, z drugiej jednak Andrzej Duda jest  pragmatykiem i wie, że w naszym systemie politycznym prezydent dla realizacji swoich inicjatyw legislacyjnych potrzebuje większości sejmowej. Jeżeli Andrzej Duda chce zapisać się w dziejach Polski jako autor ważnych ustaw, będzie chciał – i musiał – współpracować, z  wzajemnością, z obozem PiS.

Przed nami więc co najmniej trzy lata i kwartał – choć będziemy pracować, żeby był to dłuższy okres czasu – współpracy w tandemie prezydent – rząd, a raczej w trójkącie Głowa Państwa – Rada Ministrów – większość sejmowa. Nasi przeciwnicy chcą, aby był to swoisty „Trójkąt Bermudzki”: w tym prawdziwym giną statki, w tym planowanym przez opozycję mają zginąć nasze szanse na utrzymanie władzy. Jeśli chcemy zrealizować własny scenariusz – a nie scenariusz tych, którzy przegrali kolejnych siedem wyborów – musimy w  naszym obozie zachować absolutną jedność. Publiczne polemiki, zwłaszcza na forum nieprzychylnych nam mediów tej jedności nie służą.

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (18.07.2020)

Blog

Pan od starożytności, pan od Kedywu

Posted on

W sobotę 9 maja, minęła 34. rocznica śmierci człowieka, polskiego patrioty, którego sylwetkę doprawdy warto przypomnieć. Chodzi o szefa Kedywu – Kierownictwa Dywersji AK płk Józefa Rybickiego. Był odważny w walce z Niemcami, a potem w walce z Sowietami i ich poplecznikami – działacz WiN, więzień PRL, współzałożyciel Komitetu Obrony Robotników „KOR”. Urodził się w Kołomyi, na Kresach Wschodnich RP, wówczas pod zaborem austriackim. Do gimnazjum chodził w Brzeżanach, w mieście w którym kilkanaście lat wcześniej urodził się przyszły marszałek Polski Edward Śmigły-Rydz. Potem był uczniem gimnazjum w Wadowicach, w których z kolei parę lat później urodził się przyszły papież z Polski Karol Wojtyła. Jeden z momentów zwrotnych w jego życiu nastąpił, gdy miał 12 lat i z ojcem urzędnikiem sądowym przyjechał z wizytą do Lwowa. Tak o tym sam mówił: „Należę do epoki minionej… Byłem wychowany na roku 1863. Pamiętam, jak ojciec prowadził mnie na wystawę we Lwowie, popowstaniową, w pięćdziesięciolecie, w 1913 roku… Wszedłem do sali, gdzie cała sala była wyklejona nekrologami powstańców. I ten obraz, tych nekrologów, cały czas tkwi w moich oczach. Tak nas wychowano”.

Maturę zrobił właśnie w tymże Lwowie. Tak potem o tym mówił „ Szkoła lwowska, moi nauczyciele, moi wychowawcy nigdy nie mówili do mnie kochaj Polskę, , taką kochaj, a taką. Ten patriotyzm był wewnętrzny. On wynikał z całej atmosfery, z klimatu szkoły, w którym się wychowywaliśmy”.

Uczeń, co austriackie godła zrywał …

Był jednym z pierwszych harcerzy w tym, „zawsze wiernym” Rzeczypospolitej mieście. Jednak polityczną inicjację przeżył wcześniej podczas nauki w Wadowicach, gdy zrywał austriackie godła i napisy. Gdy Polska „wybiła się na niepodległość” miał 17 lat. Tak to wspominał: „Byłem uczniem 6 klasy. Dyrektor gimnazjum wadowickiego Jan Doroziński zawołał nas i zwrócił się do nas wielkimi słowami, zaczerpniętymi z Sienkiewicza „Jesteśmy na „Jasnym brzegu”… Potem w stylu bardzo wzniosłym i patriotycznym mówił o tym, ze Polska zmartwychwstała. Słuchaliśmy go, stojąc w głębokiej ciszy”.

Poświeciłem sporo miejsca latom młodzieńczym Józefa Rybickiego nieprzypadkowo. Bo właśnie wtedy należy szukać jego późniejszych moralnych i patriotycznych wyborów. Tak o tym mówił: „W moich latach gimnazjalnych i uniwersyteckich tkwią korzenie tego, co robiłem potem: w czasach AK, na wojnie i jeszcze w latach 1970”.

Dla pokolenia Rybickiego walka o niepodległość, a potem jej zachowanie była „oczywistą oczywistością”. Cała jego klasa poszła na front w 1920 roku „na ochotnika”. 19-letni Józef został ciężko ranny- Kozak rozpłatał mu prawą rękę(bark).Wdała się w to gruźlica kości i do końca życia nasz bohater miał niedowład ręki. Niemal ćwierć wieku potem zostaje znów ranny, walcząc z kolei z Niemcami, w Powstaniu Warszawskim ,w słynnym ataku na budynek dawnej Komendy Głównej Policji Państwowej…

Tak wspominał powrót z frontu polsko-bolszewickiego do domu: „Zastałem moja mamę w żałobie”, bo ktoś jej doniósł, że zginąłem”. Został odznaczony Krzyżem Małopolskich Oddziałów Armii Ochotniczej (numer 1713).

Opuszcza Lwów na rzecz drugiej kresowej stolicy – Wilna. Tam studiuje filologię klasyczną na słynnym Uniwersytecie Stefana Batorego. Studia przerwie na dwa lata wyjeżdżając do Szwajcarii i Włoch dla poratowania zdrowia po obrażeniach odniesionych w walkach z Armią Czerwoną .

 Wilno wywarło szczególne piętno na osobowości młodego humanisty: „Tkwiła we mnie atmosfera Wilna (…) Na Uniwersytecie Wileńskim moim wychowawcą, który kształtował moja umysłowość, był wielki filozof chrześcijański, jeden z największych moim zdaniem myślicieli owych czasów, Marian Zdziechowski.(…) znany wielki filozof, na którego wykłady chodziłem, który fascynował naszą młodzież”. Cóż, Rybickiego Zdziechowski fascynował, ale już Czesław Miłosz z tego wybitnego polskiego myśliciela szydził w swoich wspomnieniach, określając go mianem: „Staruszka”.

Pan Profesor od sabotażu i dywersji

Broni doktorat z historii starożytnej, pewnie nie myśląc, że za paręnaście lat zostanie szefem antyniemieckiej dywersji w warszawskiej AK. Jest asystentem na Uniwersytecie, a jednocześnie uczy w szkołach średnich, a potem im dyrektoruje, najpierw w Nowogródku, a potem w Tomaszowie Lubelskim. Gdy wybucha wojna i Tomaszów Lubelski przechodzi z rąk jednych okupantów w ręce drugich, ukrywa się przed Sowietami w lesie,. Potem ten „stuprocentowy cywil”, jak mówi o sobie, któremu wpisano do książeczki wojskowej przymiotnik „niewyszkolony” zostaje jednym z dowódców Polskiego Podziemia, kierując sabotażem w przemyśle pracującym dla Niemców, a potem dywersją. Podlegały mu tzw. oddziały dyspozycyjne, kobiece patrole minerskie, Oddziały Dywersji Bojowej. Rybicki wszedł do konspiracji rekomendowany przez ówczesnego podpułkownika, Stanisława Sosabowskiego (późniejszego dowódcy pierwszej polskiej brygady spadochroniarzy – tych od operacji Garden Market i bitwy pod Arnhem). Pewnie nie przypuszczał ,ze jednym z jego podkomendnych będzie syn Sosabowskiego, Stanisław Janusz-„Stasinek” (w Powstaniu Warszawskim stracił wzrok).

Jak nauczyciel filologii klasycznej z niedowładem prawej ręki mógł kierować jedną z kluczowych struktur Armii Krajowej? Tak o nim pisał „cichociemny”, zrzucony z Anglii Henryk Witkowski „Boruta” (zmarł w latach 1980. w Warszawie): „Spodziewaliśmy się ujrzeć kogoś o marsowym wyglądzie i typowych manierach dowódcy wysokiego szczebla, a tym czasem podawał nam rękę pan w średnim wieku, o łagodnych oczach i dobrodusznej rumianej twarzy, wzbudzającej zaufanie od pierwszego spojrzenia. Pełen był przy tym jakiejś wewnętrznej delikatności, której widomym wyrazem był sposób poruszania się i wyrażania w pełnych umiaru słowach, dalekich od żołnierskiego żargonu”. Rybicki może był łagodny co do formy, ale bardzo stanowczy co do treści. Jak wspominał „Boruta: „ Choć zawsze rozmawiał z nami z pozycji dowódcy, nigdy nie wydawał rozkazów w uświęconej tradycją wojskową formie, lecz zawsze wypowiadał tylko swe życzenia w formie: proszę wysadzić w powietrze ten tor kolejowy(…). Ta forma(…) poparta była jednak(…) szczególna intonacja i nieznoszącym sprzeciwu przenikliwym spojrzeniem”.

 Niemniej ciekawe były słowa samego płk. „Andrzeja” (używał tez pseudonimu „Maciej”) o sabotażu, którym kierował: „Praca sabotażowa (…) to stała, codzienna, mozolna praca uświadomionego robotnika, praca o wiele trudniejsza od akcji w dywersji bojowej(…).Żołnierz sabotażowy pozostaje na miejscu ,jest związany z nieprzyjacielem miejscem swej akcji i przy lada inspekcji, rewizji grozi mu niebezpieczeństwo ”.

„ Moi chłopcy leżą na cmentarzach”

Nie przypadkiem cytowałem te słowa pułkownika , bo o robotnikach – żołnierzach AK będzie mówił jeszcze z najwyższym uznaniem … na sali sądowej w czasie procesu wytoczonego mu przez komunistyczne władze. W procesie kierownictwa WiN oskarżony Rybicki powiedział także :„To, co robiłem w czasie wojny było tylko moim obowiązkiem i nie mam zamiaru zbierać teraz procentów. Najwyższą nagrodą było dla mnie szczęście, że mogłem wykonać taką właśnie, a nie inną pracę. A to, co mi się udało zrobić zawdzięczam moim bohaterskim chłopakom, którzy dziś lezą na cmentarzach”.

Skazano go na 10 lat, potem wynik ten zmniejszono do 6, a i tak szef KeDyWu siedział blisko… 9 …. Jakim był człowiekiem świadczy także, że na koniec procesu poprosił o łagodny wymiar kary, ale nie dla siebie, lecz dla swojego podkomendnego Mariana Gołębiowskiego (siedział do 1956 roku, by po 20 latach współzakładać ROPCiO). Równie charakterystyczny jest fakt, że Rybicki odrzucił zaoferowaną mu w czasie procesu pomoc: do jego adwokat zgłaszali się na świadków ludzie, którzy zawdzięczali mu życie , w tym Żydzi uratowani z getta – pułkownik dowodził odsieczą, która miała wspomóc walczących żydowskich powstańców.

Nic dziwnego, że taki człowiek nie mógł się bać komunistów. Dlatego też między innymi, obok A. Macierewicza i P. Naimskiego był sygnatariuszem KOR-u.

Miałem szczęście poznać Józefa Rybickiego. Stan wojenny, Warszawa i jego niezapowiadany publicznie wykład. Zapamiętałem mocną osobowość człowieka, który o przeszłości mówił z dumą, a o przyszłości z optymistycznym spokojem-co wtedy było rzadkie.

Zakończę jego słowami: „Naród, który utracił niepodległość, a nie wykazał wszystkich możliwości do jej odzyskania, ten naród nie jest godzien być narodem. Rozumieją Państwo? To było dewizą mojego życia”.

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (11.05.2020)

Blog

Jak „Der Spiegel” okradł gen. Andersa

Posted on

Był rok 1967. W niemieckim, bardzo wpływowym, opiniotwórczym tygodniku „Der Spiegel” (milionowe nakłady w erze wczesnotelewizyjnej) ukazał się artykuł omawiający bitwę o Monte Cassino. Niemieccy dziennikarze przypisali zwycięstwo w tej historycznej i krwawej batalii nie Polakom, tylko … Francuzom! Niemcy wycięli z dziejów kampanii włoskiej II wojny światowej generała Władysława Andersa i przypisali autorstwo zwycięstwa marszałkowi Alfonsowi Juinowi. Tymczasem Francuz, owszem, dowodził szturmem na Monte Cassino, ale tym 25 stycznia 1944 roku, który zakończył się sromotną klęską aliantów. Zresztą podobnie jak kolejne, jednostek z Nowej Zelandii i innych w lutym i w marcu tegoż roku.

Zrobiła się wokół tego fałszerstwa burza. Kto jednak bronił w tym czasie prawdy historycznej oraz godności i honoru polskich żołnierzy oraz ich dowódców z II Armii gen Władysława Eugeniusza Andersa? Rząd PRL? Nie. Ambasada PRL w ówczesnej NRF (Niemiecka Republika Federalna – jeszcze nie Republika Federalna Niemiec)? Jasne, że nie. Może chociażby „Trybuna Ludu” czy „Życie Warszawy”? Oczywiście też nie. Tymi, którzy bronili polskiej racji stanu byli nasi rodacy w Ameryce, a konkretnie Kongres Polonii Amerykańskiej. Skutecznie! Niemcy wycofali się rakiem i przeprosili. Redaktor naczelny Heine Poerschke tłumaczył to kuriozalnie, iż „wszystkie prawie pisma francuskie przypisują Marszałkowi (Juinowi) największy udział w zwycięstwie pod Monte Cassino”. Owe absurdalne przeprosiny zwalające winę na Francuzów przypominają mi anegdotę z II Rzeczypospolitej, gdy sąd kazał Tannebaumowi przeprosić pana Schwarzbauma, za to, że nazwał go świnią. Tennenbaum wyrok wykonał w swoisty sposób stwierdzając: „Panie Schwarzbaum, Pan naprawdę nie jest świnią? Bardzo przepraszam”…

Cała ta historia kazała mi sięgnąć do opracowanej przez Samuela Adalberga „Księgi przysłów, przypowieści i wyrażeń przysłowiowych polskich” wydawanej w Warszawie, w drukarni Emila Skiwskiego, cyklicznie w latach 1889-1894. Jest tam szereg ciekawych przysłów staropolskich, które można zadedykować redaktorom „Der Spiegla” sprzed 53 lat i redaktorom niemieckiej ZDF z czasów współczesnych w haniebny sposób mówiących o rzekomo „polskich obozach śmierci”.

Oto kilka przykładów, które świetnie współgrają z niemieckim kłamstwem przeszłym i obecnym: „Kłamie, aż belki trzeszczą” czy „Kłamie, aż mu się zza kołnierza kurzy” lub „Kłamie, aż uszy puchną” albo też „kłamie, co się zmieści…”. I bardziej znane dziś: „Kłamie, jak najęty”, „Kłamie jak pies”. Ale też i mniej znane: „Kłamie jak piórko osmalił…” czy „Kłamie na funty (na pudy)”.

Jest też i inne przysłowie, które mnie zaintrygowało. Występuje w dwóch odmianach. Pierwsza z nich to: „Kto kłamie, ten kradnie”. Druga zaś: „Kto kłamie ten kradnie, a kto kradnie – ten wisi ładnie”.

Jakoś to ostatnie spodobało mi się najbardziej…

*tekst ukazał się na portalu Wprost.pl (28.05.2020)

Blog

Dwie planety

Posted on

Tegoroczna kampania wyborcza pokazała przepaść między szeroko rozumianym obozem patriotycznym a lewicowo-liberalną opozycją. Mam wrażenie, że ten podział pogłębia się z wyborów na wybory. Nie widać też specjalnie mostów budowanych między tymi dwiema planetami. Planetą polską i planetą opozycji. Modne w niektórych środowiskach jest powtarzanie, że polityczny konflikt w Polsce przypomina krwawą rzeź między plemionami Hutu i Tutsi w Rwandzie i Burundi. To kompletny – choć efektowny – absurd.

Innym absurdem jest sugerowanie, że konflikt ten dzieli Polskę zgodnie z geograficznym podziałem. Północ i zachód – za liberałami i lewicą, południe i wschód za prawicą; wielkie miasta – obóz kosmopolityczny, mniejsze miasta, miejscowości, wieś – obóz patriotyczny.

Geograficzna polaryzacja Polski to już przeszłość 

To drugie wydaje się bardziej skomplikowane, niż się to przedstawia. To pierwsze jest fałszem, bo o ile tak było mniej więcej dekadę i trochę więcej temu, o tyle z wyborów na wybory Prawo i Sprawiedliwość odbija kolejne województwa, poszerzając strefę swoich wpływów. Dzieje się to szczególnie intensywnie i z godną podziwu systematycznością w ostatnich pięciu latach, gdy PiS jest u władzy.

Czy taka sytuacja układu w praktyce politycznej stricte bipolarnego, występująca przecież w klasycznej wersji w USA, a w Europie choćby w Irlandii, jest w polskich dziejach czymś nowym i zaskakującym? Jednak tak. Przestrzegałbym w sposób bardzo zdecydowany przed porównywaniem III RP z okresem II Rzeczypospolitej. Dlaczego? Przecież wtedy temperatura politycznych zmagań też była olbrzymia. Naczelnikowi Państwa Józefowi Piłsudskiemu zdarzały się wulgarne określenia odnoszące się do Sejmu RP, a w samym Sejmie posłowie zionęli do swoich przeciwników żywiołową niechęcią i, jako żywo, nie bawili się w Wersal. Jeśli ktoś czytał sejmowe diariusze z tamtego czasu lub choćby ówczesną prasę cytującą parlamentarne wystąpienia, to wie, o czym piszę. W Sejmie mówiono językiem niesłychanie ostrym, nie brano jeńców, argumenty ad personam były normą, a hejt, jak byśmy to dziś nazwali, unosił się nad sejmowymi fotelami, przypominając momentami nieco gorszą stronę sejmików szlacheckich i sejmów elekcyjnych.

II RP: dwa patriotyczne obozy i zdrajcy z KPP 

Czy to, co jest teraz, jest kontynuacją ostrej walki politycznej z czasów I RP, a potem podczas odzyskanej państwowości polskiej w okresie między I a II wojną światową? Absolutnie nie. W II Rzeczypospolitej zdarzały się rzeczy haniebne, jak zabójstwo pułkownika Włodzimierza Zagórskiego, pobicie publicysty Adolfa Nowaczyńskiego, Brześć i Bereza Kartuska. Ale jednak były to spory pomiędzy patriotami, którzy często się nie znosili, często przesadzali w sporach i braku szacunku dla oponentów, ale niewątpliwie kierowali się interesem Polski, polską racją stanu, interesem narodowym czy państwowym. Komunistyczna Partia Polski (KPP), która chciała, aby Górny Śląsk trafił do Niemiec, bo miało to zwiększyć szansę na światową rewolucję mającą torować drogę Moskwie do zaprowadzenia „Pact Sovietica” – była na kompletnym marginesie. Także dlatego, że w polskiej opinii publicznej towarzysze z KPP uważani byli po prostu za zdrajców. Czy nam to coś przypomina?

Zwracam uwagę na wzajemne relacje między dwoma przywódcami największych orientacji politycznych czasów walki o niepodległość z okresu II RP. Mowa o Romanie Dmowskim i Józefie Piłsudskim. Oto dwóch polityków, w wielkiej mierze – tak, tak – pragmatyków. Dwie szkoły myślenia, działania, inne metody i środki, dwie orientacje, nieraz drastycznie sobie przeciwstawne. Ciekawe, że lider Obozu Narodowego Roman Dmowski, atakując PPS czy szerzej: nurt niepodległościowych socjalistów, z punktu widzenia wdrażania innej taktyki politycznej i ideologii, wyraźnie oddzielał Józefa Piłsudskiego od reszty socjalistycznych przywódców, uważając go – i podkreślając to publicznie – za człowieka uczciwego i prawego, który swoje życie, także osobiste, podporządkował sprawie niepodległości. Dmowski publicznie podnosił osobiste zalety Piłsudskiego, podkreślał, że jego polityczny przeciwnik świadomie znosił trud ukrywania się, zmiany miejsc pobytu, nieustabilizowanego trybu życia, wyrzeczeń. Mówiąc wprost: Dmowski uważał Piłsudskiego za szlachetnego idealistę w nieskłonnym raczej do wyrzeczeń społeczeństwie.

Właśnie taka była wymowa artykułu Romana Dmowskiego, który w 1903 r. opublikował w bardzo ważnym i opiniotwórczym piśmie obozu endeckiego – „Przeglądzie Wszechpolskim”. Tytuł owej publikacji mówił sam za siebie: „Historia szlachetnego socjalisty”.

Co prawda już rok, dwa lata po publikacji tego tekstu drogi Dmowskiego i Piłsudskiego całkowicie się rozeszły – w związku z różną oceną sytuacji międzynarodowej, ze stosunkiem do Rosji i stanowiskiem Japonii, do której przecież obaj udawali się z tajnymi misjami politycznymi. Jednak w latach późniejszych obaj ci przywódcy funkcjonowali na tej samej polskiej planecie.

Artykuł Romana Dmowskiego wywarł na Piłsudskim kolosalne wrażenie. Gdy „Dziadek” wyruszał na akcję ekspropriacji rosyjskich pieniędzy pod Bezdanami, napisał list, który jego zdaniem miał być jego ostatnim. Adresatem tej korespondencji przewidującego własną śmierć Piłsudskiego był Feliks Perl. „Komendant” tak pisał: „Chcę właśnie sobą, którego nazwano i szlachetnym socjalistą, i człowiekiem, o którym nawet wrogowie paskudztwa głośno nie powiedzą, człowiekiem zresztą, który ma trochę zasługi w kulturze ogólnonarodowej, podkreślić tę gorzką bardzo prawdę, że w społeczeństwie, które cofa się przed każdym batem, padając na twarz, ludzie muszą ginąć nawet w tym, co nie jest szczytnym, pięknym i wielkim” (za: „Idea i Czyn Józefa Piłsudskiego”, Warszawa 1934, s. 100).

To się już nie sklei? 

Czy widać fundamentalną różnicę między tymi słowami i opisem relacji Dmowski – Piłsudski a językiem i praktyką postępowania Donalda Tuska wobec śp. prezydenta prof. Lecha Kaczyńskiego? Tak, te różnice są spektakularne. Sto lat temu konkurencyjni, ba, zwalczający się przywódcy różnych nurtów politycznych mieszkali, żyli, działali, znów używając tej przenośni – na tej samej planecie. Teraz już tak nie jest, niestety. Ale nie tylko teraz. Tak nie jest od co najmniej piętnastu lat. Od momentu, gdy Prawo i Sprawiedliwość wygrało prezydenturę na rzecz śp. prof. Lecha Kaczyńskiego, Platforma niespodziewanie przegrała wybory parlamentarne, „premier z Krakowa” okazał się sennym majakiem, a ludzie z dawnego Kongresu Liberalno-Demokratycznego kierujący PO wydali bezwzględną wojnę Prawu i Sprawiedliwości kierowanemu przez ludzi dawnego Porozumienia Centrum (z silnym komponentem ZChN).

Mówiąc słowami poety Jarosława Marka Rymkiewicza: „To co nas podzieliło – to się już nie sklei”…

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (13.07.2020) 

Blog

Szczęście (w nieszczęściu) Didiera, zamieszki w Brukseli i „wymiar niesprawiedliwości”

Posted on

„Wymiar niesprawiedliwości jest zawsze we właściwych rękach” -to ironiczne powiedzonko Stanisława Jerzego Leca oddaje emocje, które towarzyszą w Polsce zamianie właśnie owego „wymiaru niesprawiedliwości” na „wymiar sprawiedliwości” Poczucie ludzkiej krzywdy unosiło się nad polskim sądownictwem od lat, co nie jest sprzeczne z faktem, że w naszym kraju uczciwe i ciężko pracują setki i tysiące sędziów.

Cytowany już tu przeze mnie Stanisław Jerzy Lec wzywał kiedyś szyderczo: „Schodźmy z drogi Sprawiedliwości! Jest ślepa”. Piszę o tym nie w kontekście ostatnich enuncjacji Komisji Europejskiej w Brukseli, która w sprawie Sadu Najwyższego w Polsce zachowuje się jak Poncjusz Piłat czyli umywa ręce, a jednocześnie nieformalnie feruje wyrok. Szczerze mówiąc nie chce mi się tego komentować, podobnie jak wypowiedzi komisarza Didiera Reyndersa o Polsce – człowieka, który sam miał problemy w obszarze praworządności, bo przez belgijskie służby specjalne został oskarżony o korupcję przy budowie ambasady swojego kraju w jednym z państw amerykańskich w czasie, gdy był ministrem spraw zagranicznych Królestwa Belgii. Pisała o tym frankofońska „L’Echo” i flamandzkojęzyczny „De Tijd”. To spowodowało, że omal nie uwalono Belga na przesłuchaniu w Parlamencie Europejskim kwalifikującym go jako kandydata na komisarza do Komisji Europejskiej. Miał jednak szczęście, bo wcześniej europarlament odstrzelił Rumunkę, Węgra i Francuzkę, w związku z czym krwiożercze instynkty w PE zostały na pewien czas zawieszone.

Gdy w ostatni czwartek w Polsce było święto Corpus Christi, europarlament pracował. Na Komisji Kontroli Budżetu PE komisarz Reynders mówił o Prokuraturze Europejskiej, a ja pomny jego doświadczeń z prawem i praworządnością, uśmiechałem się pogodnie. Gdy ktoś atakuje mój kraj, nie widzę powodu, aby nie przypominać opinii publicznej, również w mojej ojczyźnie przeszłości takiego delikwenta.

A Unii Europejskiej dedykuję łacińską maksymę: „Si vis pacem, para iustitiam” czyli „Jeżeli chcesz pokoju, stosuj sprawiedliwość”. Póki co UE stosuje bardzo często „double standards”, podwójne standardy i może się w związku z tym spodziewać raczej jakiejś wojny czy wojenki, a nie nalotu gołąbków pokoju. Skądinąd parę dni temu w tejże Brukseli, gdzie znajduje siedziba Komisji i w której piszę te słowa, na ulicach była prawdziwa wojna: Belgia była jednym z tych europejskich krajów, który zaimportował z USA zamieszki i rozruchy. Ciekawe, że niszczono wiele sklepów, ale obrabowywano tylko dwa ich rodzaje: jubilerskie i te z butami sportowymi…

Na szczęście w Polsce sprawiedliwość znaczy zupełnie co innego niż w Brukseli, a i takich zadym nie ma, jak tutaj „w stolicy Europy”…

*tekst ukazał się na portalu Dorzeczy.pl (16.06.2020)

Blog

Wiktoria Dudy zwiększa siłę negocjacyjną Polski w Brukseli

Posted on

Nikt nie był takim Richelieu, żeby to przewidzieć i przygotować, ale ten „timing” jest dla Polski niezwykły, a ściślej: niezwykle korzystny. Oto bowiem odroczono decyzje na czerwcowym szczycie UE w kwestii wielkiego oceanu pieniędzy, który na Stary Kontynent spłynie trzema „kranami: 1) Recovery Fund czyli Fundusz Odbudowy, 2) Fundusz Sprawiedliwej Transformacji, 3) budżet UE na lata 2021-2027. Przesunięto go z czerwca na 17-18 lipca. Wybory prezydenckie w naszym kraju też przesunięto, najpierw z 10 maja na (niepotwierdzony) koniec maja, a w końcu na 28 czerwca, a drugą turę na 12 lipca. I wyszło na to, że ponownie wybrano prezydenta z obozu rządzącego Polską od pięciu lat … na pięć dni przed owym brukselskim, „finansowym” szczytem. Oznacza to, w praktyce politycznej, olbrzymie wzmocnienie rządu RP w tych negocjacjach. Wynik wyborów był sygnałem, że polski rząd i szerzej: obóz władzy uzyskali po raz kolejny demokratyczną legitymację. I jest to bardzo silna demokratyczna legitymacja, bo frekwencja wyniosła niemal 70 procent i była najwyższa, proszę mnie poprawić, w ostatnich 30 latach.

Tak, podkreślam, ten moment wiktorii PAD akurat zwiększa siłę Polski w tych unijnych rokowaniach odnośnie wielkich pieniędzy z Brukseli – tak wielkich, jakich nigdy nie mieliśmy i jakich, uwaga, już nigdy nie będziemy mieli.

Ta druga część twierdzenia to nie pesymizm tylko proste stwierdzenie faktu. Warto wreszcie Polakom powiedzieć wprost, że Polska w relacjach finansowych z UE będzie na plusie jeszcze tylko (aż) przez najbliższe siedem, może osiem, maksimum dziewięć lat. Na plusie to znaczy, że będziemy więcej otrzymywać z Unii niż tam dawać w formie składki członkowskiej. To się zmieni w kolejnej unijnej „siedmiolatce” budżetowej czyli w latach 2028-2034. Może nie od razu w roku 2028, może rok czy dwa lata później – ale tak się stanie. Polska prawie na pewno jeszcze w tej dekadzie stanie się płatnikiem netto, tak jak Niemcy, Szwecja, Holandia, Austria, Francja czy inne kraje. Nie na taka skalę jak te państwa, ale to my staniemy się „sponsorem” UE.

Tak więc zwycięstwo prezydenta Dudy świetnie współgra czasowo z brukselskimi negocjacjami, bardzo wzmacniając pozycję polskiego rządu. Czynnik czasu był tu sojusznikiem rządu Rzeczypospolitej…

*tekst ukazał się na portalu dorzeczy.pl (14.07.2020)

Blog

Siódme zwycięstwo PiS: Polska to nie Miami

Posted on

Siedem – to szczęśliwa liczba. To było siódme pod rząd (sic!) wyborcze zwycięstwo PiS. To było drugie pod rząd zwycięstwo w wyborach prezydenckich, do tego dochodzą  dwie wygrane w wyborach parlamentarnych (2015 i 2019), wygrane wybory europejskie (2019) oraz dwukrotnie wygrane do sejmików wojewódzkich (2014 i 2018). Była to jednocześnie najdłuższa kampania, jeśli nie w nowożytnej Europie, to na pewno w Polsce, a  to z racji opóźnienia o ponad 1,5 miesiąca wyborów w związku z pandemią. Była to też kampania najbardziej brutalna ze wszystkich – wiem, co mówię, bo w polityce na szczeblu centralnym jestem,  chwalić Boga już  29 lat. Wygrał te wybory ponownie  urzędujący prezydent doktor Andrzej Duda, ale wygrała też POLSKA DEMOKRACJA. Wyborom Anno Domini 2020 towarzyszyła absolutnie rekordowa frekwencja, która wyniosła niemal 70%. To oznacza, że  głosowało siedem na dziesięciu uprawnionych do głosownia Polaków, co stawia nas w czołówce europejskiej – paradoksalnie w wielu krajach Europy Zachodniej frekwencja spada, a u nas rośnie. Jako polski europarlamentarzysta będę używał argumentu tej rekordowej frekwencji ,aby pokazać, że Polacy kochają demokrację i umieją z niej korzystać. Że jest ona dla nas ważna. Będę cytował te stwierdzenia wielu politykom i w PE i poza nim, którzy zupełnie bez podstaw oskarżają nasz kraj o łamanie demokracji czy wręcz autorytaryzm. I dzieje się to wówczas, gdy same te państwa mają nieraz problemy z przestrzeganiem demokratycznych reguł gry.

A więc zwycięska seria PiS trwa. Jednak, aby trwała dalej, trzeba wyciągnąć wnioski, zarówno w tej kampanii wyborczej, jak i z polityki komunikacyjnej rządu, wizerunku władzy w mediach, w tym braku informacji o wielu działaniach władz. Na pewno tutaj można bardzo wiele poprawić. Jest faktem, że głosowało na nas zdecydowanie mniej wyborców młodych między 18 a 29 rokiem życia.  Warto przeanalizować: dlaczego? Warto zastanowić się nad obecnością naszych dokonań w mediach społecznościowych. Przed pięcioma laty w kampanii prezydenckiej Andrzeja Dudy królowaliśmy  w Internecie. Teraz było zupełnie inaczej.

Parę słów o opozycji. Opozycja przegrać nie umie, choć przecież ma w tym długą wprawę – przegrała po raz siódmy z rzędu. Znany były poseł PO, niegdyś piłkarz napisał, że nie były to uczciwe wybory, ze względu na role TVP. O TVN nie wspomniał, zapewne przez roztargnienie. Profesor  Marcin Marczak, guru opozycji to również  stwierdził, że nie były to uczciwe wybory. Cóż, są w Polsce ludzie, którzy rozumują w najprostszy sposób: wybory są uczciwe, kiedy je wygrywa PO i jej kandydat na prezydenta – wybory są absolutnie nieuczciwe, kiedy Platforma, co ja na to poradzę, przegrywa.

Tyle, że Polacy takiej hipokryzji, żeby nie powiedzieć schizofrenii politycznej nie kupią. Próba zablokowania demokratycznego werdyktu poprzez protesty nic nie da, a zapewne będzie źle przyjęta, nawet przez sporą część tych, którzy głosowali na Rafała Trzaskowskiego, ale dziś uważają, że trzeba pogratulować zwycięzcom, a kampania się już skończyła. Różnica 420 tysięcy głosów to jednak nie pojedyncze głosy w Miami na Florydzie, gdy w 2004 roku urzędujący, 43. w historii USA prezydent George Walker Bush pokonywał dosłownie o włos pretendenta demokratów Ala Gore’a .

Polska to nie Miami. Politycznie, na szczęście…

Blog

Wyborcze „fity fity” czyli zasada Roberta Kennedy’ego

Posted on

Ostatnio modne jest obijanie mordy demokracji czyli pokazywane jaka to demokracja jest okropna, ile ma wad, jakie głupoty ze sobą niesie.

Wszystkim tym, którzy smędzą nad demokracją i w istocie kwestionują, w mniej lub bardziej ostrej formie, wyniki demokratycznych wyborów, chciałbym zadedykować znaną maksymę Winstona Churchilla: „„Demokracja jest najgorszą formą rządu, za wyjątkiem wszystkich innych form, których próbowano od czasu do czasu”. To koresponduje z innym powiedzeniem sir Winstona, tym o kapitalizmie, który Premier Jej Królewskiej Mości uznał za najgorszy z możliwych systemów, tyle że jednak lepszego ludzkość nie wymyśliła…

Amerykański kongresmen z czasów zarania USA Fisher Ames (cztery razy reprezentował Massachusetts w Izbie Reprezentantów) twierdził, iż „demokracja jest niczym zbita z bali tratwa, która co prawda nigdy nie zatonie, ale płynący na niej ludzie dalej mają nogi w wodzie”.. Tak, to była nieco dwuznaczna pochwała systemu demokratycznego, który skądinąd zrósł się z pojęciem „amerykańskości”.

Broń Boże, niech kolejnego cytatu nikt nie odczytuje z mojej strony jako aluzji personalnej czy partyjnej czy wreszcie instytucjonalnej. Na pewno nie jest to – ależ skąd! – moją oceną Sejmu RP, ale jakoś mi się ostatnio przypomina myśl następcy Churchilla na stanowisku lokatora 10, Downing Street Clementa Attlee: „demokracja jest sprawowaniem rządów przez dyskusje, ale może być efektywna tylko wówczas, gdy ludzie powstrzymują się przed gadulstwem”.

Wracając do mojego ulubionego Churchilla, który generował „złote myśli”, prawie tak często, jak wzmacniał się whisky. Kiedyś napisał on rzecz szczególnie godną odnotowania i zapamiętania nie tylko przy okazji kolejnych wyborów, ale także między wyborami. Oto ona: „Hołd, jaki winniśmy złożyć demokracji, musi obejmować małego człowieczka chodzącego do małej kabiny, który małym ołówkiem czyni mały krzyżyk na małej kartce papieru. Żadna uczona rozprawa nie jest ważniejsza od tego właśnie czynu”.

Wielki JFK czyli John Fitzgerald Kennedy, który jak to często bywa, przeszedł do legendy dlatego, że przedwcześnie, tragicznie zginął, stwierdził kiedyś, jakże słusznie: „Nie wszyscy mamy te same zdolności, ale wszyscy winniśmy mieć te same możliwości, aby swoje zdolności rozwijać”. Prawdę mówiąc, amerykański prezydent strzelił chyba w „dziesiątkę”. Ciekawe, że w zasadzie identycznie wyraził to, choć innymi słowy, ktoś na innym kontynencie, z zupełnie innego świata i innej cywilizacji, z kraju z totalnie inną historią: mowa o ojcu niepodległości Indii – myślicielu i zwolenniku walki „non-violence” („bez przemocy”) Mahatmie Mohandasie Gandhim. Pamiętam, jak byłem nim zafascynowany w liceum, pochłaniając biografie tego tak egzotycznego i jednocześnie tak bliskiego polityka. Tenże Gandhi powiedział mniej więcej to samo, co JFK: „moje pojęcie demokracji polega na tym, że najsłabsi mają te same możliwości, co najsilniejsi”.

Na koniec coś, co jako żywo nie jest żadna aluzją ani do ostatnich wyborów prezydenckich w USA, ani do ostatnich wyborów parlamentarnych w Polsce. To myśl amerykańskiego polityka, cóż, młodszego brata 35. prezydenta USA, wspomnianego już JFK, czyli Roberta Francisa „Bobby” Kennedy,(znanego także jako RFK). Tenże 64. prokurator generalny USA, który został nim w wieku ledwie 36 lat (jaki to byłby skandal w Polsce, gdyby człowiek w jego wieku został Prokuratorem Generalnym RP, jednocześnie będąc rodzonym bratem Głowy Państwa) powiedział kiedyś jakże mądrze: „doświadczenie poucza, że w demokracji mniej więcej połowa ludzi jest zawsze przeciw wszystkiemu” …

Cóż, nic dodać, nic ująć.

*”Tekst ukazał się na portalu Wprost.pl (11.05.2020) pod tytułem “Demokracja razy 7 czyli połowa zawsze przeciw…”

 

 

Blog

Zburzenie Warszawy czyli największe “Heil Hitler!”

Posted on

Nie jestem obiektywny, ale to poruszająca – więcej: wstrząsająca lektura. Sztuka pisana z myślą o wystawieniu w teatrze, oparta o zapis przesłuchań czterech niemieckich zbrodniarzy wojennych, którzy odpowiadali za eksterminację polskiej ludności cywilnej oraz żołnierzy Powstania Warszawskiego.

Chodzi o marszałka polnego Wehrmachtu Waltera von Brauchitscha, (zmarł w 1948 roku naturalna śmiercią w brytyjskim szpitalu wojskowym w Hamburgu), generała-pułkownika Wehrmachtu Heinza Guderiana (zmarł naturalną śmiercią w 1954 w Schwangau), generała Policji Bezpieczeństwa Ericha von dem Bacha-Zelewskiego (zmarł naturalną śmiercią 1972 roku w Monachium) i generała-majora policji bezpieczeństwa Ernsta Rohdego (zmarł naturalna śmiercią w 1955 roku w Getyndze).

Do tych zeznań Niemców dołączone są niesłychane relacje tych spośród ludności cywilnej Warszawy, którym udało się przeżyć. Z zeznań Polki z warszawskiej Woli Wandy Lurie: „Ustawiono nas czwórkami, prowadzono do stosu trupów (…). Gdy czwórka dochodziła do stosu strzelali z tyłu w kark (…). Zabici padali na stos – podchodzili następni (…). Razem z trojgiem dzieci doszłam do stosu zwłok, trzymając prawą ręką rączki najmłodszych dzieci, a lewą rączka starszego synka (…). Pierwszy strzał zabił jego (…), drugi ugodził mnie (…) następne zabiły młodsze dzieci (…). Byłam przytomna i widziałam wszystko (…) oprawcy chodzili po trupach (..), kopali, (…) przewracali, dobijając żywych, (…), rabując kosztowności (….). W czasie tych okropnych czynności Niemcy śpiewali i pili wódkę (…) Na trzeci dzień poczułam ruchy dziecka w łonie i wtedy myśl: nie mogę zabijać tego dziecka sprawiła, że na czworakach doczołgałam się do muru (…) Wstałam (…). 20 sierpnia urodziłam synka”..

Brauchtisch, generał tego Wehrmachtu, który rzekomo postępował rycersko w odróżnieniu od bestialskiej SS czy Gestapo – przesłuchiwany w 1946 roku w Norymberdze przez prokuratora Jerzego Sawickiego mówił, że nic nie wie, aby lotnicy z Luftwaffe strzelali we Wrześniu 1939 z karabinów maszynowych do polskich cywilów…

Sztuka przez moment grana była w PRL-u i szybko została zdjęta z afisza, bo właśnie PRL dogadywał się z NRF i kanclerz Brandt miał przyjechać do Warszawy…

Niedawno „Zburzenie Warszawy. Największe Heil Hitler!” ukazało się drukiem, dwa wydania, jedno z nich sygnowane przez Editions Spotkania.

A nie jestem obiektywny wobec tego dramatu o dramacie – bo jego autorem jest mój ojciec, Henryk Tadeusz Czarnecki…

Blog

Windą w górę

Posted on

Cieszę, że jestem Polakiem, a mój kraj ma dzisiaj najlepsze wyniki ekonomiczne w Europie w okresie pandemii. Tak, to powód do narodowej satysfakcji, że mamy w praktyce najmniejsze bezrobocie w Europie i najmniejszy spadek produkcji. Opublikowany w tym tygodniu (sic!) raport Komisji Europejskiej pokazuje, że to właśnie nasza ojczyzna będzie miała najniższą recesję w całej UE-27.

Kiedyś była zakłamana „Zielona Wyspa”. Dzisiaj jest realna „oaza rozwoju i spokoju”. Polska wraca do normalności, ponosząc najmniejsze straty z powodu koronawirusa na tle Europy Zachodniej, Północnej i Wschodniej. Śmiertelność w Polsce w związku z pandemią jest od kilku do dwudziestu kilku (!) razy mniejsza niż w krajach Unii, nie mówiąc o Wielkiej Brytanii, USA i Brazylii. Póki co przez tę zarazę XXI wieku przechodzimy jako naród w jakiejś mierze „suchą nogą”. Jestem szczęśliwy, że mój kraj, w odróżnieniu od wielu innych, nie musi wydawać miliardów na walkę z wewnętrznym terroryzmem, który jest pokłosiem fatalnej polityki imigracyjnej. Jesteśmy dumnym narodem, który ma coraz silniejsze i sprawniejsze państwo. Jesteśmy – jako wspólnota narodowa – w windzie, która jedzie w gorę. Oby tak dalej!

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (11.07.2020)