Blog

9 lipca 2004

Posted on

We wczorajszym “Financial Times”, na pierwszej stronie, artykuł numeru o tym, że wg nowych propozycji UE, Wielka Brytania straci prawo do swojego słynnego rabatu. Konkluzja – Londyn będzie płacił o 50% więcej niż Paryż. Świat trzęsie się w posadach, Thatcher mdleje, Blair się wścieka oskarżając dwóch Brytyjskich Komisarzy: lewicowego Kinnocka oraz prawicowego Patena. Ani zyskamy, ani stracimy, ale po takich numerach, Brytyjczycy na pewno nie zaakceptują Konstytucji UE.

Paryż wita mnie ulewą i potwornym bałaganem, czekamy kilkanaście minut w samolocie, aż łaskawie przyjedzie autobus. Potem nie ma zamówionego auta. Awantura o zarobki eurodeputowanych. Tym razem nie to, że za duże, ale że…ich nie ma. Rząd – biedaczek zapomniał. Sejm takoż. A Niemcy potem mówią o “polnische wirtschaft”.

Ktoś mi wczoraj powiedział, że bardzo dużo w tym blogu piszę o jedzeniu. A co: mam pisać o rzeczach nieprzyjemnych?

Blog

8 lipca 2004

Posted on

Czy wiecie, co to jest “carneki”? It’s me. To ja! Tak właśnie wymawiają moje nazwisko urzędnicy w PE, od wielkiej i sympatycznej Finki z Helsinek po biało i czarnoskórych kierowców. Uczciwie mówiąc niektórzy są na tyle biegli w polskim, że mówią “Czarneki”.

Dochodzi do zabawnych sytuacji jak np. dzisiaj, gdy przyjechał po mnie kierowca do hotelu. Miał napisane 2 karteczki, jedną z nazwiskiem “Czarnecki”, a drugą z napisem “Tzarneky”. Pan kierowca bardzo się dziwił, że choć karteczki są dwie, to osoba jedna i przekonywał mnie, że trzeba poczekać na tego drugiego, udało mi się jakoś go przekonać, że tamten to ja a ja to tamten. Mam nadzieję, że jakoś mnie lepiej poznają w najbliższym czasie i to nie z tej najgorszej strony.

A Bruksela ma jeszcze jeden plus. Rano spod Parlamentu Europejskiego na lotnisko Zaventen jedzie się 15 min! To jest znacznie krócej niż z centrum Szczecina, Katowic czy Krakowa na tamtejsze lotniska. Bruksela żegna mnie piękną pogodą. Będę tu znów już za 5 dni. A właśnie słyszę, że w moim Wrocławiu będzie 31oC, gdy w Brukseli rano było 16oC.

Po przylocie do Polski samolot do Wrocławia – spóźnienie 1 godz., następnie samolot z Wrocławia do Warszawy spóźnienie też godzinę. Już przed wojną PKP II Rzeczpospolitej kursowało punktualniej, nawet wrocławskie tramwaje są bardziej ok względem czasu.

Młodszy syn, Bartek wyjechał na 10 – dniowa eskapadę, starszy dalej dorabia w Irlandii. Na zachodzie bez zmian.

Blog

7 lipca 2004

Posted on

Mój przyjaciel mówi mi, że mój pamiętnik jest zbyt polityczny, ja mam jednak zupełnie inne wrażenie. Podświadomie, a może trochę świadomie unikam “upolityczniania blogu”. Ci, co mnie znają tylko jako polityka i oczekują politycznych rewelacji pewnie się zawiodą czytając opisy uczt kulinarnych (wychodzę na żarłoka) – zgodnie zresztą z prawdą – lub zachwyty nad urokami przyrody, (wychodzę na pięknoducha – niezgodnie z prawdą). Myślę jednak, że proporcje będą takie, jakie są, czyli ciągnie wilka do lasu a więc o polityce musi być. Z drugiej strony wilk chce od polityki odpocząć, więc nie będzie o niej za dużo. Hotel Plasky na ulicy o tej samej nazwie (Eugeniusza Plasky) ma jedna wadę: słaby strumień wody pod prysznicem. Nic to w porównaniu z tradycyjnymi wakacyjnymi okresami wyłączania ciepłej wody w niektórych, polskich miastach (to stara świecka tradycja), ale dla kogoś takiego jak ja, kto -uwaga!!!: codziennie rano od lat, po gorącym prysznicu z sadomasochistyczną systematycznością torturuje się, (ale to fajna tortura) parominutowym zimnym prysznicem, brak silnego strumienia lodowatej wody to uciążliwość. Najgorsze jest, gdy woda jest letnia lub ledwo kapie. A po takim “cold shower” (nie mylić z włoskim “caldo” – czyli ciepłym) chce się jeszcze bardziej żyć, człowiek budzi się natychmiast, hartuje się, kobiety by dodały, że ten proceder ma jeszcze jedną zaletę: ujędrnia ciało. A ja dodam, że bardzo kształtuje charakter. Bo latem to pół biedy, ale spróbuj to zrobić zimą, o świcie, po 4 godzinach snu. Wtedy samozaparcie naprawdę jest potrzebne.

W Brukseli znowu świetna pogoda. Znajomy twierdzi, że ja ją przywiozłem. Faktem jest, że na 8 ostatnich dni, 4 spędzam w Brukseli i jest to 4 słoneczny dzień. Spotkała mnie dziś zabawna historia. Rano postanowiłem zrobić sobie spacerek do Parlamentu Europejskiego. Po drodze dostrzegłem znajomych, słowackich eurodeputowanych. No i poszedłem po linii najmniejszego oporu, czyli, jak baran za nimi. Mając po drodze, niejasne poczucie, że ja bym poszedł nieco inna drogą, bardziej na lewo. Uznałem wszak, że ta trójka wie lepiej (“Boh trojcu lubit”). No i doszedłem do Komisji Europejskiej… ale nie potraktowałem tego jako jakiejś metafory.

W wewnętrznym, tygodniowym biuletynie Komisji Europejskiej – “Commission en Direct” nakład 48.300 egz. z przeznaczeniem dla wszystkich instytucji unijnych na str. 8 ogłoszenia o kursach salsy, zarówno dla początkujących jak i średniozaawansowanych. Zajęcia są 7 razy w lipcu po 1 godzinie, koszt: 42 euro. Uczy prof. (?) Paulo Delgadillo. Po ciężkiej pracy w instytucjach europejskich chłopcy-eurobiurokraci i kobitki-eurobiurokratki potańczą sobie salsę, tudzież inne “latin dance”. Ja dziękuję, postoję. Za darmo.

W każdy wtorek i czwartek o wpół do 8 wieczorem w jednym w parków z Brukseli począwszy od 22 czerwca odbywają się zajęcia gimnastyczne dla pracowników zatrudnionych w instytucjach UE. Informuje o tym artykuł, w tymże “Commission en Direct”. Wraz ze zdjęciem, przeważnie młodych eurokratów “ćwiczących brzuszki”. Zajęcia kończą się 19 sierpnia, można ćwiczyć, ale najpierw trzeba pracować w Brukseli. Trzeba przyznać, że nasi europejscy urzędnicy ciężko pracują… nad swoją kondycją.

Dzisiaj kilkanaście (dokładnie 11) godzin spędzonych w Parlamencie Europejskim. Obiad z partyjnymi liderami w restauracji przy okrągłym stole. Mówię Duńczykowi Jensowi Peterowi Bonde, że to taki typowy “polish round table…” . Śmieje się. Zrozumiał aluzję do niedawnej, a już dawnej historii Polski. Rozmówki polsko – angielskie, polsko – słowackie, polsko – belgijskie, polsko – włoskie, polsko – duńskie. Najbardziej zaskoczył mnie socjalistyczny deputowany z Polski Józef Pinior, który zadzwonił do mnie, po czym oddał słuchawkę swojemu włoskiemu koledze Luca R. – eurodeputowanemu, ze skrajnie prawicowej, włoskiej partii. “Dziwny jest ten świat” – zaśpiewałby Niemen.

Wychodzę z Parlamentu o 21, a więc pracowałem na “over time’ach”. Jutro konferencja prasowa w Warszawie na tematy europejskie. Zabieram z Brukseli stosowne kwity. Po raz kolejny przebukowałem bilety na trasie Bruksela – Warszawa – Wrocław, a jutro skoro świt kolejne spotkanie w PE.

Blog

6 lipca 2004

Posted on

“Jeśli dzisiaj jest wtorek – to jestem w Brukseli”. Ta trawestacja tytułu słynnej komedii jest akurat prawdziwa. Kolejny wtorek spędzam w stolicy Belgii i Unii Europejskiej. Od rana spotkanie w Parlamencie, zarówno z naszymi partnerami z Południowej jak i Północnej Europy. Szybko przyswajam unijno – parlamentarne reguły gry. Siedzę w gabinecie Andrzeja Leppera. Niestety wszystkie gabinety po tej stronie Parlamentu, nie są zbyt jasne, a specyficzne oświetlenie powodować może, po paru jesienno – zimowych miesiącach, nastroje depresyjne. Na szczęście jest lato, ale mam przedsmak tego, co będzie.

Załatwiam nową, granatową kartę identyfikacyjną, która niby ma być częścią “Europejskiego Immunitetu”, (vide Protokół w sprawie przywilejów i immunitetów).

Dzisiaj narzuciłem sobie dietę, jak dla mnie niemal ścisłą, bo bez obiadu. Funkcjonuję więc na skromnym śniadanku w samolocie (LOT stał się oszczędny), w dodatku to jakiś para – omlet, a więc omijam go szerokim łukiem (uwielbiam jajecznicę, zwłaszcza mało ściętą i jajka na miękko, ale nie znoszę omletów i jajek sadzonych). W ciągu dnia posiłkuję się tylko jakimiś orzeszkami i sezamkami (!) – oczywiście w ramach diety. To moje umartwienie, to efekt wczorajszej, wystawnej kolacji u Krzysia pod Warszawą z genialnym białym winem i świetnymi, żółtymi serami. Przyłapuję się na tym, że jak jestem głodny to więcej piszę o jedzeniu…

Krótko rozmawiam z Dariuszem Rosatim z nowej partii Borowskiego, który nawet nie został wiceprzewodniczącym frakcji socjalistycznej w PE (Polaków było 8, Węgrów 9, no i Węgierka została “wickiem”). Były minister opowiada o koalicji Południa, w ramach jego frakcji: Francja + Włochy + Hiszpania + Portugalia + Grecja, która “wycięła” Anglików i Niemców, a z Polakami nawet nie podjęła żadnych negocjacji. Rosati narzeka, zwłaszcza na Francuzów, jego zdaniem przesadnie lewicowych. Nie zaprzecza, że rozważa możliwość przejścia do nowej frakcji Romano Prodi i Bronisława Geremka. Na marginesie Geremek już całkowicie stracił szansę na szefowanie w Parlamencie Europejskim, bo Chadecy porozumieli się z Socjalistami ponad głowami Liberałów. Nie będzie więc, jak w poprzedniej kadencji PE (1999-2004), aliansu Chrześcijańskich Demokratów z Liberałami i “Reformatorami”).

Na schodach do Parlamentu spotykam barona Jaskiernię, jak zwykle pogodnie uśmiechniętego, jak gdyby nigdy nic. No bo i cóż, ten syn Ziemi Sandomierskiej miałby się smucić. Jest przecież ruch w interesie, ruch niemal jak w kasynach gry…

Michał Kamiński i Adam Bielan z PiS-u z zapałem mówią mi, o szykowanym na październik, wyjazdowym posiedzeniu ich frakcji … na Sycylii! Podziwiam ich bardzo praktyczne podejście do funkcji eurodeputowanego. Szybko się tego nauczyli od pragmatycznych kolegów z Zachodu.

Moim zachodnim partnerom stanowczo mówię, że na żadne układy ze skrajną prawicą typu Le Pen, Haider, Blok Flamandzki nie pójdziemy, podobnie zresztą wykluczam alianse z lewicą postkomunistyczną, na Zachodzie zresztą, dużo bardziej ideologiczną niż u nas.

Zatrzymuję się w Hotelu “Plasky” – mały, sympatyczny, choć trochę oddalony od centrum. Jestem solidnie zmęczony i z góry cieszę się na herbatkę z eurodeputowanym z mojego ugrupowania, Janem Masielem, który choć posłuje z Wielkopolski, to na stałe mieszka w … Brukseli. No i przekładam niestety mój wyjazd do Polski, ze środy na czwartek.

Blog

5 lipca 2004

Posted on

Kiedyś gen. Felicjan Sławoj – Składkowski, były premier w II Rzeczpospolitej napisał “Strzępy meldunków” (moja mama, mieszkając jakiś czas w Londynie, wynajmowała pokój w domu należącym do żony Sławoja, który zresztą przeszedł do historii Polski jako budowniczy, czy raczej autor pomysłu budowy wiejskich szaletów, ochrzczonych później dowcipnie “sławojkami”). Mam wrażenie, że ten mój pamiętnik to właśnie takie strzępki myśli (bo nie meldunków chyba?).

Mój ojciec dowcipnie zauważył, że niektórzy piszą blogi, a niektórzy blagi… Oczywiście, nie była to żadna aluzja, Boże broń!

Rok 1898. Rosja. Gubernia Jenisejska (od rzeki Jenisej). Później Krasnojarski Kraj, jak jest obecnie – nie wiem (może ktoś z internautów wie?), powiat Minusiński (od miasta Minusin), wieś Suszenskoje. Meldunek przystawa (wiejski policjant), do szefa żandarmerii w Krasnojarsku, w związku z obserwacją niejakiego Włodzimierza Iljicza Uljanowa (jeszcze wtedy nie Lenina, ten pseudonim partyjny przybrał tow. Uljanow w Szwajcarii). Przystaw codziennie wieczorem podglądał go przez niezasłonięte okno i pisał, że Uljanow nic tylko pisze i pisze, pisze i czyta oraz przestrzegał, żeby “z tego pisania coś złego nie wyniknęło”. Ojciec opowiedział mi tę historię (udokumentowaną w archiwach) i spuentował: “żeby z tych blogów nic złego nie wyniknęło”.

Inauguracyjna sesja Parlamentu Europejskiego już za 15 dni w Strasburgu. Dzielenie PE na Brukselę i to francuskie miasto jest ekonomicznym nonsensem, kosztuje miesiąc w miesiąc masę forsy. Ale ekonomia ekonomią, a polityka swoje. Strasbourg dalej będzie siedzibą PE, bo to jest zapisane w Traktatach Europejskich, a Francuzi dalej będą prężyć piersi, demonstrując, że są najważniejsi – obok Niemców – w europejskim, wspólnym domu… C’est la vie. A tak na marginesie. Według badań Francuzi obok Polaków – są najbardziej krytycznym i samokrytycznym narodem Europy. Mamy z nimi coś wspólnego, nie tylko Napoleona Bonaparte w polskim hymnie i wspólną okupację Haiti (San Domingo) i Hiszpanii na początku XIX wieku…

Ciąg dalszy listy gentlemen’ów i gentlewoman, którzy byli łaskawi odnotować fakt mojego wyboru i przysłać z tej okazji gratulacje: Marszałek Województwa Dolnośląskiego – Henryk Gołębiewski, Dyrektor PZU we Wrocławiu – Barbara Mróz, Prezes Polskiego Stowarzyszenia Obrońców Życia Człowieka – dr inż. Antoni Zięba, Prezes Spółdzielczej Kasy Oszczędnościowo-Kredytowej Grzegorz Bielecki, Dyrektor generalny Polskiej Koalicji Przemysłowej na Rzecz Opakowań Przyjaznych Środowisku “Eko-Pak” – Agnieszka Jaworska, Dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych – Ryszard Stemplowski, Prezes “Gromady” – dr Roman Budzyński, Rzecznik Praw Dziecka – Paweł Jaros. Dzięki dobrzy ludzie za życzliwą pamięć. Chcę wierzyć, że 53 innych deputowanych z Polski do Parlamentu Europejskiego dostało od Was gratulacje zindywidualizowane, a nie podług jednego standardu. Przez ostatnich parę lat nie dostawałem jakoś listów gratulacyjnych, ale pewnie to wina Poczty Polskiej, albo pogody, lub transformacji ustrojowej, albo moja (bo nie zawsze wygrywam).

“Zaślubiny z samotnością” – to intrygujący tytuł książki ks. Mariana Zawady – karmelity bosego. Rzecz dotyczy życia kontemplacyjnego. Nie wiem dlaczego skojarzyło mi się to z pieśnią katalońskiego anarchisty Luisa Llaha, którą później spopularyzował Jacek Kaczmarski. Kończyła się ona słowami: “A śpiewak zawsze był sam…” To oczywiście zupełnie inna bajka, ale ma wspólny mianownik: wybór samotności jako formy dystansu wobec działań w tłumie…

Blog

4 lipca 2004

Posted on

Najważniejsze wydarzenie dnia, tygodnia, miesiąca: Anioł Pański z Papieżem na Placu Świętego Piotra. Ojciec Święty wysoko w swoim oknie, daleko, ale tak blisko. Stary człowiek, ale tak młody duchem. Pisanie, że każde zetknięcie z Nim, to spotkanie z wielkością, zakrawa na banał, ale tak właśnie jest. To zawsze lekcja pokory. Ludzi chyba trochę mniej, niż jeszcze parę lat temu, ale może to środek lata.

Po południu powrót do Warszawy. Wieczorem w Wiadomościach TVP news tego samego wydarzenia: dziennikarz Piotr Kraśko skupia się na tym, że na Plac Świętego Piotra przyjechało kilkadziesiąt ferrari. W gruncie rzeczy to było kompletnie nieistotne i spłycające.

Poprzedniego dnia późnym popołudniem maszerując z Via Conciliazone przez Piazza Argentina i Piazza Venezzia (gdzie Mussolini wygłaszał swoje przemówienia przed II wojną światową) do Koloseum wpadam na demonstrację zorganizowaną przez lewicę postkomunistyczną i lewicową koalicję “Drzewo Oliwne”. Celem akcji jest poparcie postulatów środowisk homoseksualnych. Lesbijki, geje, politycy lewicy, transwestyci, przebierańcy, kolorowe baloniki, dużo par tej samej płci demonstrujących wzajemne relacje, a w przemówieniach ostra krytyka Berlusconiego i podkreślanie, że Włochy są jedynym (to oczywiście nie prawda) krajem w Europie, który nie uregulował należycie (zdaniem mówców) kwestii praw tej mniejszości. Przypomina mi się marsz homoseksualistów, który również przypadkiem, mogłem obserwować w Waszyngtonie w 1993 r. Ofensywa tych środowisk trwa. Na przestrzeni tych jedenastu lat trzeba przyznać, iż ta dobrze zorganizowana mniejszość postawiła już nie tyle stopę w drzwiach, co je dość szeroko otworzyła dla swoich żądań. Takie czasy…

Powrót do Wrocławia samolotem LOT-u zdominowanym przez hiszpańską wycieczkę (95% to kobiety). Co za żywotna nacja! Głowa mnie rozbolała od tego sympatycznego gadulstwa.

Prawosławni Grecy pokonali faworyzowanych katolików z Portugalii w finale piłkarskich mistrzostw Europy. Gospodarze przegrali, mała Hellada pokazała dzielność Sparty. Mecz był fair i dialog ekumeniczny pogłębił się.

Blog

3 lipca 2004

Posted on

Włosi reagują alergicznie, gdy mówi się o osi rządzącej Unią Europejską: Berlin – Paryż. Również bardzo mi się nie podoba, gdy mówiło się o trójkącie: Niemcy – Francja – Wielka Brytania. To ostatnie było dla nich szczególnie upokarzające, bo to właśnie Włosi byli jedynym narodem pominiętym z Wielkiej Czwórki. Antyniemieckie resentymenty miał kiedyś premier Andreotti, a dzisiaj ma je premier Berlusconi. Objawił to szczególnie w zeszłym roku w Parlamencie Europejskim. Ciekawostką jest, że pan Martin Schulz z niemieckiej SPD (Ówczesny wiceprzewodniczący frakcji socjalistów w PE), któremu ówczesny premier Włoch zaproponował rolę kapo w kręconym właśnie włoskim filmie o obozach koncentracyjnych – dziś ten sam Martin Schulz ma być przewodniczącym frakcji socjalistycznej w PE. Oznacza to, że Niemcy będą mieli szefostwo dwóch największych klubów parlamentarnych (obok socjalistów, także chadeków z Hansem Poetteringiem na czele). Tak na marginesie ów Poettering – europejski weteran parlamentarny (jest w PE od początku, od pierwszych wyborów, czyli od 25 lat) – ma przygotowanych na każdą okazję pięć przemówień. W efekcie zawsze powtarza to samo. Jednym z tych wyuczonych schematów jest mniej więcej taki: “Nigdy nie myślałem, gdy po raz pierwszy zostałem wybrany do Parlamentu w Brukseli, że kiedyś będę w nim zasiadał wraz z kolegami z Polski, Czech, Słowacji, Węgier, itp., itd…” Powtarza to ciągle, a “koledzy” z Europy Środkowo-Wschodniej skręcają się ze śmiechu.

Dzisiaj znakomite risotto z różnymi przyprawami, wczoraj na obiad klasyczne spaghetti bolognese, a wieczorem rewelacyjny makaron z serem gorgonzola. To ostatnie w ulubionej mojej restauracji “Da Luigi” przy Corso Vittorio Emmanuele II. Włosi żyją po to, aby jeść…

Blog

2 lipca 2004

Posted on

Bladym świtem podróż autem z Wrocławia do Krakowa. Położyłem się o 2:00, a wstałem o 4:30, ale po dwóch i pół godzinie snu czuję się nawet wypoczęty. Podobną konstrukcję fizyczną miał (i pewnie dalej ma) Jerzy Buzek. W ciągu dnia wystarczyło Mu zdrzemnąć się kilkanaście czy kilkadziesiąt minut, żeby później funkcjonować znów całą dobę. Autostrada Wrocław – Gliwice, a potem Katowice – Kraków w części 3-pasmowa. To już Europa – niemieccy turyści jadąc do ziomków na Opolszczyźnie czują się jak w Vaterlandzie. I tylko dwie rzeczy są inne: ograniczenie prędkości (co prawda i tak nie przestrzegane) i droga od granicy do Wrocławia, która kiedyś (za Hitlera) autostradą była, a teraz jest raczej sposobem na policzenie zębów. Ach ci Niemcy – narzekają dowcipnisie – jak oni tak to mogli zbudować.

Po wyborach mam wielu nowych przyjaciół. Kompletuję sobie listy gratulacyjne. Ostatnio przesłali je m.in.: Pat Cox – przewodniczący Parlamentu Europejskiego, Józef Oleksy – marszałek Sejmu RP, Krzysztof Zynoul – prezes Nafty Polskiej SA, Andrzej Kurowski – prezes Zakładów Chemicznych “Police”, Andrzej Malinowski – prezydent Konfederacji Przedsiębiorców Prywatnych, posłanka Renata Beger i poseł Włodzimierz Borczyk, Jan Franciszek Jarosiński – starosta Powiatu Jaworskiego i jednocześnie członek Rady Europy, Ryszard Nowak – dyrektor TVP3 we Wrocławiu, Andrzej Ryński – przewodniczący Związku Województw RP, ambasador Turcji w Polsce Candan Azer, ambasador Rumunii w RP Irina Comaroschi, Witold Knychalski – prezes Towarzystwa Dialogu Kultur “Łodź Ziemia Przyszłości”, marszałek Województwa Opolskiego Grzegorz Kubat, dyrektor Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce – Dorota Dąbrowska, prezydent Wrocławia – Rafał Dutkiewicz, prezes Federacji Związków Łowieckich UE – Gilbert de Turckheim i przewodniczący Polskiego Związku Łowieckiego – dr Lech Bloch, prezydent Płocka – Mirosław Milewski, rektor Akademii Rolniczej we Wrocławiu – prof. dr hab. Michał Mazurkiewicz, prezes Związku Banków Polskich – Krzysztof Pietraszkiewicz, prezydent Jeleniej Góry Józef Kusiak, wojewoda dolnośląski – Stanisław Opatowski, prezes Instytutu Pamięci Narodowej – prof. dr hab. Leon Kieres.

Jestem szczerze wzruszony… Do tego stopnia, że łzy kapią mi na koszulę z napisem: “Bruce Lee – karate mistrz”. Warto było wygrać te wybory.

Rzym wita mnie 30-stopniowym upałem i 30 kanałami telewizyjnymi bliźniaczo podobnymi do polskich (“kultura europejska”). Jestem świadkiem jak włoska straż graniczna zatrzymuje na kilkanaście minut obywatela RP, który chce wjechać na terytorium Włoch tylko z dowodem osobistym, Włosi się dziwią, bo widzieli już nowe dowody osobiste, ale starych nie. W końcu człowieka przepuszczają, lecz niesmak pozostaje.

Niestety nie ma już Rzymu zapamiętanego z filmów włoskiego neorealizmu: “Rzym miasto otwarte”, “Złodzieje rowerów”, “Rzym godzina 11” czy “Odrażający, brudni, źli”, choć ten ostatni obraz to już mniej kino społeczne, a bardziej komercyjne.

Podświetlony Plac Świętego Piotra i Bazylika robią – jak zawsze wielkie wrażenie. Tylko złośliwi twierdzą, że rzymska Bazylika Świetego Piotra bardzo przypomina Licheń…

Blog

1 lipca 2004

Posted on

Dzisiaj powrót do korzeni, czyli interaktywna konferencja prasowa we wrocławskim Rynku na oczach turystów, gapiów, wrogów, przyjaciół i obojętnej ludności. W kampanii wyborczej miałem je 2-3 razy w tygodniu, a po wyborach 2 razy dopiero. Telewizja w lokalnym dzienniku wyeksponowała później, że poprzemy na szefa parlamentu – mimo istotnych różnic politycznych na forum krajowym – Geremka. W TVP było też jak, pokazuję badge’a czyli taką elektroniczną “niby” przepustkę do Parlamentu Europejskiego.

Mama czuje się źle, powinienem poświęcać jej więcej czasu. Polityka, rodzina – realne dylematy.

Jutro o 5 rano ruszam do Krakowa, gdzie będę miał konferencję prasową z panem posłem Rutowiczem, a potem lecę do Rzymu – pierwszy raz w tym roku (w poprzednim roku byłem trzykrotnie). Ta moja kaleka włoszczyzna przydaje się w kontaktach z włoskimi deputowanymi do PE.

Dzisiaj parę razy gorąca linia z Brukselą. Wieści przed południem pesymistyczne, a po południu optymistyczne. Jak tak dalej pójdzie to najlepsze wiadomości będą nocą. Upał we Wrocławiu. No i kończy się ostrą ulewą. Jadę do Świdnicy, po drodze wszędzie mokro.

Blog

30 czerwca 2004

Posted on

Dzisiaj gadu-gadu z: Duńczykami, Francuzami, Belgami, Włochami, Słowakami. Przekładamy wyjazd do Wilna na II połowę przyszłego tygodnia. Następnie – znowu zmiana, być może pojadę na Litwę już w niedzielę. Autem – nie samolotem, na 1 dzień – nie na 2 dni. A więc wariant najbardziej męczący. Już rezerwuję sobie bilety do Brukseli, na następny wtorek – środę.

Andrzej Lepper rzeczywiście chory. To nie żadna symulka, jak sugerują niektóre media. Jutro czeka go zabieg kardiologiczny, ale i tak ze szpitalnego łóżka, trzyma rękę na pulsie, wczoraj i dzisiaj dzwonił do mnie do Brukseli 3 razy.

Dziś po śniadaniu w hotelu, bez obiadu, dopiero kolacja w samolocie do Warszawy. Ale już nie tak karmią w Locie jak kiedyś. Siedzę sobie skromnie z tyłu i tylko patrzę jak w pierwszym rzędzie gruchają z sobą polityk z SLD z politykiem z PIS-u. Gołąbki pokoju.

Rewelacja dnia: wiewiórka na lotnisku Zaventem w Brukseli, ledwie metr od pasa startowego kica sobie, jak gdyby nigdy nic. No i ma w rudym ogonie integrację europejską. A nawet rozszerzenie Unii, o nowych 10 państw, też ma w dwucentymetrowym nosie.

Wszystkim turystom, a zwłaszcza turystom – obżartuchom (vel smakoszom) polecam pewien hotel w Brukseli, nazywa się “Melia Avenue Louise”. Nie dlatego, żeby miał jakaś wyborną kuchnię – wręcz przeciwnie (niech to będzie dowód na to, że nie jest to krypto reklama) chodzi o… wagę dla gości, którą znalazłem w pokoju 504. Jest to cudowne urządzenie! Najpierw wykazało, że ważę 74 kilo, a następnie, gdy byłem już w butach, garniturze + pasek i zegarek dalej ważyłem 74 kilogramy. Po prostu rewela. To był zastrzyk optymizmu na cały dzień.

Do tej pory znałem Parlament Europejski od strony sali plenarnej i kilku większych sal. Dopiero teraz poznaję PE jako dżunglę, gąszcz zakamarków, niezliczonych pokoi i pokoików poselsko – urzędniczych. Kafka redivivus! Trzeba z tym żyć i tego się nauczyć.

Po przylocie do kraju, w ciągu 2 minut otrzymałem 23 wiadomości tekstowe. Rekord świata. Ekipie rekordzistów gratuluję.

Dzisiaj rozmawiałem z przedstawicielami pewnej partii z Europy Środkowo – Wschodniej, którzy oświadczyli mi, że przez najbliższe 2-3 miesiące nie wejdą do żadnej frakcji w Parlamencie Europejskim, poczekają, zorientują się… Refleks szachisty (ale amatora). Oni zresztą obiecywali w kampanii wyborczej, że będą niezależni. Bardzo, bardzo ciekawe. Właśnie przed chwilą Portugalia łupnęła Holandię 2:1 w półfinale Piłkarskich Mistrzostw Europy. Lubię Holendrów, ale dopingowałem gospodarzy. Po pierwsze są biedniejsi, a po drugie, to bądź co bądź naród wierzący. No i nie sprzedają u siebie miękkich narkotyków…

Blog

29 czerwca 2004

Posted on

Dziś cały dzień w Brukseli – pierwszy raz po wyborze do Europarlamentu. Piękna pogoda, zupełnie nie jak w deszczowej Brukseli (bardziej deszczowa niż Warszawa). Przed samolotem spotykam Geremka, który wita się ze mną wyniośle i jest demonstracyjnie lodowaty. I słusznie, bo dzisiaj są upały – to się przyda. Na lotnisku w Brukseli Marek Siwiec – syn Ziemi Kaliskiej – jest cały w skowronkach, ale ziemi nie całuje, bo to przecież Belgia, a nie południowa Wielkopolska.

W Parlamencie Europejskim dwa spotkania polityczne (jedno z udziałem 5, drugie z udziałem 7 osób). Umawiamy się na następny dzień. O 16 natomiast, konferencja prasowa nowej frakcji – eurosceptyków. Beze mnie – ja przecież jestem eurorealistą…

Przed budynkiem Europarlamentu park ze stawem, wodą, kaczki (jak w Polsce) atmosfera sielsko – anielska. Zielona trawa, słońce parzy, wysepka z drzewami, których liście taplają się w wodzie, rzęsa na stawie (też jak w Polsce). Jednym słowem bajka, ale jak lunie – a jesienią to norma – to już będzie powrót do brukselskiej rzeczywistości. W jednym z ostatnich numerów “Financial Times” świetny artykuł o konstytucji UE. Już w tytule jest mowa o “wejściu do utopii” w kontekście Traktatu Konstytucyjnego. Myślę, że to bardziej trafne określenie niż, używane często przy tej okazji, “wejście do historii”. W samym tekście mowa o “nawiedzonych wizjonerach” oraz “zramolałych biurokratach”, czyli twórcach konstytucji…

Obiad na “Place du Jourdane” w restauracyjce “Czerwony księżyc”, carpaccio z serem gorgonzolą na ostro z dużą ilością oliwy i pieczywem. Przypomina mi się wczorajsza kolacja w restauracji na warszawskim Nowym Mieście. Tam świetne gaspacho, oryginalne, bo z dużymi kawałkami warzyw, a na drugie – trzy rodzaje pierogów z gęstym, sycącym i smakowo kontrastowym sosie. Akceptuję kuchnię brukselską, ale wolę polską…

Po spotkaniu z naszym ambasadorem, w Królestwie Belgii wracam do Parlamentu Europejskiego przez park. Młode, zakwefione Arabki z muzułmańskimi maleństwami, często w towarzystwie dziadka – Araba. Sielankowy obrazek, ale owe urocze maleństwa za 30 lat – kto wie – może gdzieś jakąś bombę podłożą? Oby nie. Słowem w Brukseli, jak to w Brukseli – masę eurobiurokratów i dużo kolorowych imigrantów. Dwie różne bajki nie mające ze sobą w zasadzie nic wspólnego. A na ulicach prężą się młode Rosjanki. Oczywiście odwracam głowę zajęty myśleniem o Polsce i Europie…

Blog

28 czerwca 2004

Posted on

Jadąc z Torunia do Warszawy, kawałek za Kutnem, drewniane słupy telegraficzne, jak przed pół wiekiem, za to na stacji Warszawa Zachodnia trawa, a zwłaszcza chwasty sięgające wysokości peronu. To takie części Polski, która właśnie weszła do Unii Europejskiej.

Chyba się starzeję. Widzę to po tym – między innymi – że coraz większe znaczenie mają dla mnie rozkosze stołu. Podkreślam: zdecydowanie większe niż łoża. Kiedyś zupełnie nie zwracałem uwagi na to co jem, gdzie, kiedy i z kim. Teraz to wszystko nagle wydaje się ważne. Dzisiaj np. ostry barszczyk czerwony z kołdunami w restauracji hotelowej w Płocku, a na drugie mięsko, z topionym żółtym serem plus podsmażane ziemniaczki i mizeria. Może nie jest to dieta Kwaśniewskiego, ale na pewno jest to bardzo smaczne. Jestem herbaciarzem. Piję herbatę litrami, jak ojciec i ojca ojciec, kawę natomiast bardzo rzadko. Dzisiaj się przemogłem, ale z konieczności, bo nie jestem p. Thatcher, która potrafiła spać do 4 godziny dziennie. Ja po tygodniu braku snu się poddaje. Śmieję się (tak trochę, pół żartem – pół serio), że kawę piłem tylko na posiedzeniach rządu, jako minister, żeby nie usnąć z nudów…

Dzisiaj telefony, maile, sms-y z Brukseli, Anglii, RFN, Francji. Zrobiło się międzynarodowo…