Blog

JUŻ GADAM W BRUKSELI…

Posted on

Pierwsze wystąpienia w Parlamencie Europejskim mam za sobą. W Strasburgu, w czasie sesji plenarnej zabrałem glos jako drugi, po Geremku, mówiąc o tym, ze rozszerzenie UE 1 maja 2004 miało charakter polityczny, formalny, a nie faktyczny. Nie objęło ono bowiem w praktyce  rynku pracy, stad UE dzieli sie na Europę “A” i Europę “B”. Zwróciłem się też do premiera Irlandii – Aherna, aby nie używał pojęcia “nowa” i “stara Europa” w odniesieniu do starych i nowych członków Unii, bo ta niby “nowa Europa” to często kraje o wielowiekowej, nieraz ponad tysiącletniej tradycji. Wezwałem też przywódców UE do jak najszybszego otwarcia rynku pracy dla wszystkich obywatel z nowej “10”.

 Natomiast w tym tygodniu (już w Brukseli) w czasie posiedzeń komisji, najpierw zabrałem glos na Komisji Konstytucyjnej oponując przeciwko jednolitemu terminowi referendum w tych krajach UE, gdzie one się odbędą. Podkreśliłem również, że ważne jest informowanie o konstytucji, a nie propaganda konstytucji. Uznałem także, że optymalny termin referendum w Polsce to jesień 2006 – a nie jesień 2005. Połączenie jego z wyborami jest rzeczą słuszną, ale nie należy łączyć ich z wyborami prezydenckimi, tylko z rok późniejszymi wyborami samorządowymi. Spełnia to dwa istotne argumenty, które wysunął Kwaśniewski: referendum dużo mniej kosztuje, bo jest przy okazji wyborów i zapewniona jest wysoka frekwencja. 

 Także w tym tygodniu na Komisji Spraw Zagranicznych, przepytałem gościa Komisji, szefa Dyrekcji Generalnej odpowiadającej w UE za politykę zagraniczną, Hiszpana (a właściwie Baska) Eneko Landaburu w sprawie polityki Unii wobec Chin. UE bowiem dużo gada o prawach człowieka, ale w praktyce akceptuje ona, a zwłaszcza, jej większe i bogatsze kraje członkowskie politykę łamania praw człowieka w Chinach. Odpowiedź była na “dużym poziomie ogólności” – mowiąc językiem dyplomatycznym. 

 Polacy są aktywni na forum PE. Na komisjach, w których uczestniczyłem, poza mną glos zabierali: Geremek, Rosati, Onyszkiewicz, Klich, Szymański, Grabowska. Sądzę, że jako nacja prezentujemy się i w Strasburgu i w Brukseli w sposób poważny i merytoryczny. Coś mi się zdaje, że lepiej niż nasi koledzy w Sejmie RP.

Blog

26 lipca 2004

Posted on

Skoro świt na nogach, bo Bruksela, choć nie kocha to czeka. W Belgii zimniej niż w Polsce. Na dworcu La Gare du Midi czeka samochód z Parlamentu z dyplomatycznymi numerami. Odbieram klucze od nowego biura. Sporo czasu zajmuje ustalenie specjalnego kodu do komputera i telefonu – jest już po 12.30, a wtedy wielu urzedników robi sobie dwugodzinną przerwę na lunch. Po południu posiedzenie komisji konstytucyjnej. I tu sensacja. Ale nie polityczna, tylko techniczno – prestiżowa. Okazuje się bowiem, że polityczne rozszerzenie UE 1 maja 2004 to jedno, a funkcjonowanie Parlamentu Europejskiego to drugie. Nie ma tłumaczeń na żaden z języków krajów nowoprzyjętych. Przewodniczący Leinen wyraźnie zaskoczony. Głupia sytuacja. Skrucha i obietnice poprawy. Wyszło rzeczywiście beznadziejnie. Interweniowała poseł Grabowska (socjaliści) – jutro ma być już 20 języków, a nie 11. Widać, że dla niektórych eurourzędników czas stanął w miejscu.

Piszę sobie ten blog w czasie “Wiadomości” TVP, ale nie mam specjalnej potrzeby ich ogladania. Wolę słuchać “The 10 news songs” Leonarda Cohena. Stary, dobry na wszystko Cohen z jego “Love itself” i “A Thousand Kisses Deep”. Po prostu relaks na drugim piętrze Europarlamentu.

Przypadły mi dwa gabinety i łazienka z prysznicem na zapleczu. Z tego, co wiem to nie wszyscy deputowani mają takie wygody. Teraz dopiero zrozumiałem wypowiedzi na zebraniu posłów niezrzeszonych, że “elementarnym prawem posła jest prawo do toalety”. Tak rodzi sie hierarchia deputowanych: podział na tych, co mają gabinety z prysznicami i tych, co ich nie mają. Trochę to zabawne – ale nie dla wszystkich.

Oglądam wycinki z Wyborczej i Rzeczpospolitej, ze swoimi zdjęciami ze Strasburga. Każdy lubi ogladać siebie, ale mam pewne przeczucie, że zainteresownie polskich mediów polskimi eurodeputowanymi ograniczy sie raczej tylko do inauguracji PE, a dalej najwyżej przyciągnie ich jakiś skandal… Jeśli tak, to niech już będzie lepiej cicho.

Każdy dobry uczynek spotka zasłużona kara – powtarzałem sobie wściekły, odbijając się od filii mojego banku, mieszczącej się w parlamencie. Byłem porządny, siedziałem, jak Pan Bóg przykazał, do końca obrad komisji, no i bank mi zamknęli. Dobrze, że przed wyjazdem wymieniłem pieniądze, bo byłoby krucho…

Dostałem zachętę, aby więcej pisać o swoich snach. I żeby bez cenzury. A przecież życie jest ciekawsze od snów. Nawet mało kolorowe życie (a moje nie jest szare) jest ważniejsze od najbardziej kolorowych sennych marzeń.  Wolę czyny od snów.
 
Zły jestem na komputer, na którym piszę ten blog. Są znaki francuskie, są niemieckie – nie ma polskich. A ja jestem polskim posłem. No i układ klawiatury zupełnie inny. Zanim się nauczę upłynie trochę cennego czasu.

Na koniec wychodzi mi – mimo woli – puenta. Kiedy piszę ostatnie zdanie blogu słucham Cohena “Here It Is”. No właśnie…

Blog

DOKUMENTACJA UNII EUROPEJSKIEJ

Posted on

Urząd Komitetu Integracji Europejskiej udostępnił już “Monitor Integracji Europejskiej”. Zawiera on istotne dokumenty i materiały polskiej administracji centralnej, dokumentację i opracowania dotyczące najważniejszych kierunków rozwoju UE oraz przeglądy propozycji aktów prawnych UE. Monitor jest dostępny w wersji papierowej jako miesięcznik oraz sukcesywnie aktualizowany w wersji internetowej.

Blog

CZARNECKI PRZEPYTUJE

Posted on

W czasie posiedzenia Komisji Spraw Zagranicznych PE poseł Ryszard Czarnecki zadał pytanie gościowi komisji – dyrektorowi generalnemu odpowiedzialnemu w Komisji Europejskiej za politykę zagraniczna UE Eneko Landaburu. Chodziło o sprawę Chin, które dla UE są priorytetem i przestrzeganie przez to państwo praw człowieka. R. Czarnecki stwierdził, że dotychczasowa polityka UE, a zwłaszcza niektórych państw członkowskich UE, w odbiorze opinii publicznej odbierana jest jako akceptacja dla łamania przez Pekin praw człowieka. W odpowiedzi Landaburu stwierdził, ze “w dalszym ciągu kraje Unii nie zniosły embarga na eksport broni do Chin oraz ze polityka Brukseli wobec Pekinu jest długofalowa”.

Blog

O REFERENDUM KONSTYTUCYJNYM

Posted on

Ryszard Czarnecki wystąpił na forum jednej z najważniejszych komisji PE, tj. Komisji ds Konstytucyjnych. W debacie, w której udział wzięli przewodniczący i dwóch wiece przewodniczących komisji, były premier Belgii Dehaena, poseł Bronisław Geremek i przedstawiciel Komisji Europejskiej,

Blog

25 lipca 2004

Posted on

Budzę się rano w pokoju, w którym na szafie naprzeciw łóżka stoi kilkudziesięciocentymetrowa figurka Matki Boskiej. Matka Boska jest w niebieskim płaszczu, pomarańczowym od wewnątrz i w żółtej sukni. Strój jak tęcza niemal, kolorowy, przyciągający uwagę. Kontrast, ale i harmonia barw. Zapewne krytycy sztuki powiedzieliby o tej figurce, że to kicz. Jednak ludzie, którzy na całym świecie modlą się przed milionami takich figurek nie dostrzegają w nich aspektów artystycznych – szukając czegoś – Kogoś zupełnie innego. I pewnie to jest ważniejsze. Bo nie każdy jest Michałem Aniołem, a modlić się trzeba. Tym bardziej modlić się trzeba, że grzeszników (takich jak ja) nie ubywa, wręcz przeciwnie. Dlatego to Matka Boska Na Szafie jest tak potrzebna, choćby połowa profesorów na ASP skrzywiła się na nią z niesmakiem.

Dzisiaj jadę autem ze Środy Śląskiej do Wrocławia z kimś kto absolutnie przestrzega wszystkich przepisów. Duże wrażenie. Następnie z Wrocławia do Częstochowy raźnie pomykam z kimś innym kto absolutnie nie przestrzega żadnych przepisów. Duże wrażenie. Wyznam szczerze, że wolę ten drugi wariant, choć z ograniczeniami (szybkości).

Miałem dzisiaj dwa sny. Pierwszy miły choć prozaiczny, aczkolwiek wiele mówiący o mnie: w tym śnie ni mniej ni więcej widzę tylko chleb z żółtym serem i pomidorem na wierzchu. Nie wiem jakie sny mieli więźniowie, którzy niedojadali, ale ja miałem właśnie taki. Parę godzin potem przekułem go na rzeczywistość, tyle że zamiast serka była szyneczka. Drugi sen to zgroza: na moich oczach jakaś młoda dziewczyna skoczyła z wysokości paru pięter popełniając samobójstwo. Okropne. To była brunetka. Jedyne co jeszcze zapamiętałem to kostium zapinany suwakiem pod szyję. Strasznie głupi sen. Czemu nie śnią mi się kobiety w innych przyjemniejszych sytuacjach. Nie będę sprawdzał po sennikach egipskich odnośnie tego drugiego snu, ale wytłumaczenie pierwszego jest stosunkowo proste, bez sięgania do książki. Jestem po prostu okropnym obżartuchem, który nie tylko je, ale myśli o żarciu i jeszcze śni o nim.

Dziś postanowiłem sobie – jest niedziela zero polityki. Słowa dotrzymam.

Byłem w Częstochowie na wyjazdowym meczu mojej drużyny z tamtejszym Włókniarzem. Wtopiliśmy. Dostać 24 punkty w plecy, to nic miłego. Z drugiego miejsca w tabeli spadliśmy na trzecie. To dopiero mój trzeci mecz wyjazdowy w tym sezonie. Na żużel, czytaj: przyjemności, mam o wiele mniej czasu niż w zeszłym roku. Szkoda, bo zapach metanolu oraz cała ta atmosferka speedway’a jest po prostu bardzo ok.

Teraz jadę do Warszawy, parę godzin snu i pobudka najpóźniej o 5, bo samolot może kocha, ale nie poczeka. Dziś dzień wyjątkowo relaksowy, słuchałem tylko paru serwisów w Radiu Zet po drodze, coś mi ojciec mówił o awanturze wokół kandydata na szefa wywiadu (chodzi o mojego znajomego Andrzeja Ananicza, miłego człowieka, z którym jestem po imieniu, i którego szanuję, teraz jest ambasadorem w Turcji), znajomi coś mi tam gaworzyli o kolejnych wyczynach Giertycha przed sejmową komisją ds. Orlenu, ale niespecjalnie chciało mi się tego słuchać. Jestem nawet zadowolony, powiem szczerze, że nie muszę się tym tak bardzo przejmować.

Blog

POLSKIE PIEKIEŁKO?

Posted on

Po braku poparcia ze strony części polskich eurodeputowanych dla kandydatury prof. Bronisława Geremka na przewodniczącego PE, kolejny polski kandydat – prof. Michał Kleiber, z powodu braku wsparcia ze strony polskich negocjatorów, prawdopodobnie stracił szansę na objęcie najwyższego rangą stanowiska w Komisji Europejskiej. Według doniesień polskiej prasy obecny minister nauki i informatyzacji M. Kleiber miał zostać szefem Europejskiego Centrum Badawczego, który składa się z siedmiu instytutów o budżecie około 300 milionów euro, czyli połowy polskiego budżetu przeznaczonego na naukę. Nominacja M. Kleibera została wycofana.

Blog

SAMOOBRONA W POLSCE I EUROPIE

Posted on

“Przez piętnaście lat działalności politycznej przyzwyczaiłem się już do tego, że zarzuca mi się różne rzeczy. Populista, demagog, dyktator – to są najdelikatniejsze epitety jakimi jestem obrzucany przez tak zwane “światłe elity”, podobno dobrze wykształcone, kulturalne i uczciwe. Traktuję to jako normalne zjawisko w polityce. Natomiast jeśli ludzie uważający się za “niezależnych ekspertów”, ludzie warszawskich salonów, potrafią o przywódcy partii o największym poparciu społecznym wypowiadać się wulgarnie w stylu “watażka”, a o partii Samoobrona “chwast polityczny”, przekracza to wszelkie granice przyzwoitości i kultury nie tylko politycznej, ale zwykłej osobistej kultury na co dzień. Niektórym wydaje się, że jak mają tytuł naukowy czy możliwość publikowania swoich “wypocin” w mediach to im wszystko wolno. Takie zachowanie tak zwanych elit pokazuje, że ja mam rację i robię swoje.

Blog

24 lipca 2004

Posted on

Lapsus tygodnia: nie znam, niestety portugalskiego, opieram się więc tylko na polskim tłumaczeniu wystąpienia kandydata na przewodniczącego Komisji Europejskiej Barroso. Przemawiając przed Parlamentem Europejskim Portugalczyk użył sformułowania: “razem, wspólnie będziemy posuwać Europę…”  Ta atrakcyjna oferta nowego szefa KE z całą pewnością podniesie podupadłe w społeczeństwach UE poparcie dla idei integracji europejskiej.

Docieram do Wrocławia przed 2 w nocy. Niestety 25 minut wcześniej odjechał do Krakowa pociąg, który miał zawieźć tam mojego kolegę deputowanego Rutowicza (poseł – senior naszej grupy, w tym charakterze, jako jedyny Polak – otwierał pierwsze posiedzenie jednej z komisji PE w tym tygodniu, ale mimo 72 lat trzyma się krzepko). W związku z tym towarzyszyłem mu do odjazdu następnego pociągu, a więc kolejne 2 godziny. W międzyczasie dałem się namówić do zjedzenia nocnego obiadu w restauracyjce przy Dworcu Głównym PKP. Chciałem pierogi, ale dałem się, o nieszczęsny przekonać kelnerowi, który zaaplikował nam szaszłyki ze strusia. Struś ma strusiowy żołądek, zje wszystko, ale ja nie jestem strusiem i tych jego zalet nie mam. Strusiowe mięso wziąłem po części na skutek perswazji kelnera, po części ze względu na szacunek na przewodniczącego Andrzeja Leppera, który takowe strusie hoduje. Niestety skończyło się to jak zwykle, czyli biegunką, ale nie myśli.

Od siedmiu dni nie miałem w ręku żadnej polskiej gazety (poza jednym czy drugim zerknięciem do internetu). I nie dość, że przeżyłem, to jeszcze mam się dobrze, zdrowie mi dopisuje (pomińmy problem strusiego mięsa), jestem pogodny i pełen pozytywnej energii. Jeżeli ktoś ma dużo stresów moja rada brzmi: mniej TV, mniej gazet. Działa!!!

Pizza czteroserowa (quattro fromaggi) we włoskiej restauracyjce w Galerii Dominikańskiej we Wrocławiu. Moja ulubiona. Uwielbiam kuchnię włoską a zwłaszcza wszystko co się wiąże z serami: serowe pizze, pasty z gorgonzolą (pasty w sensie włoskim czyli makaron w różnej postaci), różne gatunki serów do wina. W tej sytuacji szybko zapominam o kłopotach żołądkowych. Na tyle szybko, by potem z entuzjazmem skonsumować dwa kurze udka z młodymi ziemniaczkami – na drugie, z lekko kwaskowatym białym barszczem z pokruszonym jajkiem na pierwsze (prawdopodobnie był to żur śląski, w odróżnieniu od kujawskiego, który jest podawany z ziemniaczkami i kiełbaską. ). Żeby domknąć (nie: dopchnąć) ten dzień gastronomicznie – lekka kolacja, wiejski chleb z wędliną i pomidorami z cebulką. Plus morele na dobranoc. Kocham jeść…

Nocuję dzisiaj w historycznej Środzie Śląskiej (ta od słynnego, odnalezionego przed kilkunastu laty skarbu średzkiego) to tutaj 192 lata przede mną nocował inny podróżnik: niejaki Napoleon. Akurat szedł na Moskwę. Nie mogłem ustalić, gdzie dokładnie spał. Jedna wersja mówi o domu należącym do sióstr salezjanek, inna o niezachowanej oberży. Byłem tu niedawno w czasie kampanii wyborczej. Zapamiętałem ówczesny pobyt dobrze, bo w trakcie rozdawania ulotek, czasopism, tekturowych czapeczek dla dzieci, chorągiewek i autografów zjadłem świetnego loda z ulicznego straganu. W Środzie są dwie parafie, cztery kościoły, w tym jeden mały, najstarszy, który kiedyś służył – w czasach zarazy jako kościół dla trędowatych. To biedne miasto z dużym bezrobociem. Wieczorem jest tu cudowna cisza, pożądana przeze mnie jak mało co.

Do Środy jadę autem w towarzystwie mojej mamy. Jeszcze we Wrocławiu zasnąłem jak zabity, obudziłem się gdy wjeżdżaliśmy do Środy, na szczęście to nie ja prowadziłem.  Żarty żartami, ale zmęczenie wyłazi ze mnie coraz większe.

Dobre wieści z Austrii. Dwóch naszych żużlowych juniorów świetnie pojechało pod Wiedniem w półfinale Mistrzostw Świata. “Misiek” (Robert Miśkowiak) wygrał, a “Świder” (Piotr Świderski) był 4. WTS-owi Atlas Wrocław wieczna chwała i cześć!

Zapadł zmierzch. Spokojny zmierzch małego miasteczka. Chyba wielkie miasta nie sprzyjają próbie zaglądnięcia w samego siebie. Tam czas galopuje, człowiek usiłuje go dogonić, po drodze zapominając kim jest i po co… Ktoś mi dzisiaj mądrze powiedział, że w czasach podróży konnych gdy nie było jeszcze aut czy kolei żelaznej, nie mówiąc o samolotach ludzie podróżując np. z Warszawy do Krakowa mieli czas pomyśleć, zastanowić się nad życiem i nad sobą. Coś w tym jest.

Blog

LEPPER MUSI NADEJŚĆ

Posted on

“Tylko Andrzej Lepper tak naprawdę otworzył swoją partię na młodzież, czyli jakby trochę był mądrzejszy, a może po prostu uboższy i nie musiał o srebra się bać z zastawy swojej; tak czy owak to jego powinna ponieść pokoleniowa fala, gdy będzie zalewać generacyjną lukę. Czas gra na korzyść Leppera, a jedyna siła zdolna go jeszcze raz powstrzymać, to już by musiał być jakiś Wszechpolski Ruch Ocalenia Narodowego,

Blog

STRASBURG – STARCIE PIERWSZE

Posted on

Rola Parlamentu Europejskiego wzrosła na znaczeniu w sposób automatyczny po 1 maja 2004. Nie tylko i nie głównie dlatego, że liczy on więcej deputowanych (z 626 do 732), ale przed wszystkim dlatego, że stał on się reprezentacją nie 15 a już 25 narodów.

Wzrost roli PE przewiduje również Konstytucja Europejska, czy mówiąc precyzyjniej Traktat Międzyrządowy, zwany potocznie Konstytucją UE. Wzrost znaczenia władz wykonawczych UE w sposób dość naturalny będzie również powodował konieczność kontroli tych władz nie tylko przez Europejski Trybunał Obrachunkowy w Luksemburgu (Euro-NIK), ale również Parlament Europejski.

Najprostsza podręcznikowa analiza porównawcza stopnia zaawansowania integracji europejskiej z tą mającą miejsce w Afryce (OJA – Organizacja Jedności Afrykańskiej) w Ameryce Środkowej czy Azji, jednoznacznie pokazuje jak bardzo daleko – na tle innych – zaawansowany jest w tym procesie Stary Kontynent. Miałem okazję przekonać się o tym naocznie zwiedzając siedzibę MERCOSUR-u, czyli odpowiednika UE na kontynencie latynoamerykańskim. Mieści się ona w stolicy Urugwaju – Montevideo. Stanowi ją paropiętrowy budynek, którego część pomieszczeń wynajmowana jest w celach komercyjnych. Stopień realnej integracji ekonomicznej, celnej, nie mówiąc o walutowej jest porównując z Europą daleko z tyłu. Oczywiście: cos za coś. Integracja europejska implikuje systematyczny wzrost eurobiurokracji. Im więcej państw liczy UE, im bardziej jest to system obejmujący coraz większą ilość dziedzin życia ekonomicznego i społecznego – tym więcej urzędników generuje. Albo – albo. Może to irytować (mnie irytuje), ale raczej trudno się temu dziwić. To, co drażni jest, przynajmniej po części, usprawiedliwione.

Podobnie jest z chętnie wyśmiewanymi eurodziwactwami typu: precyzyjne dekretowanie poprzez dyrektywy długości i stopnia zakrzywienia standardowego banana lub też uznanie marchewki za owoc. W tym szaleństwie jest metoda. Skrupulatne mierzenie bananowych parametrów miało wyeliminować i w dużym stopniu wyeliminowało, import bananów z krajów, których związki ekonomiczne (postkolonialne) z czołowymi państwami europejskimi są słabe. Podobnie z ową marchewką: uznanie jej za owoc nie było przejawem szaleństwa skretyniałego eurokraty, lecz wyrazem troski o narodowe interesy ekonomiczne Portugalii, która dzięki temu zyskiwała możliwość większej produkcji i promocji swojego, tradycyjnego, historycznego marchewkowego dżemu. Nie wszystko więc jest eurokratyczne, co się biurokratycznie świeci.

Parlament Europejski zainicjował swoja nową, pięcioletnią kadencję. Pierwsza sesja tradycyjnie we francuskim Strasburgu (jeżeli nie chcemy urazić Francuzów wymawiajmy jego nazwę Strasburg, a nie z niemiecka Sztrazburg) była efektywna, interesująca, a momentami irytująca.

Efektywna, bo wybrano nowego przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Hiszpana, a właściwie Katalończyka Borrella. Wybór nastąpił od razu w pierwszej turze – inaczej niż 5 lat temu. To pierwszy od 10 lat socjalista na tym stanowisku. Ja glosowałem na Geremka, w ramach solidarności narodowej, choć nie wszyscy polscy eurodeputowani tak postąpili. Uznałem, że nie należy przenosić krajowych, nawet uzasadnionych sporów na forum europejskie. Innego zdania byli posłowie LPR-u, PSL-u, cześć lewicy i prawdopodobnie część PO. Wybrano również 14 wiceprzewodniczących PE, w tym dwóch Polaków (Saryusz-Wolski i Onyszkiewicz). Wiceszef PE wiceszefowi jednak nierówny. Zastępcy przewodniczącego Parlamentu mają swoje “numerki” i na tym polega ich hierarchia ważności (nasi mają numery odległe. Zaakceptowano też, po burzliwej, ciekawej debacie, w sposób daleki od jednomyślności kandydaturę Portugalczyka Barroso na Szefa Komisji Europejskiej. Głosowałem na niego uważając, że choć nie jest to na pewno kandydat idealny, to jego wizja godzenia idei Europy Narodów z integracją europejską jest mi osobiście bliska. A ponadto pochodzi z kraju leżącego na obrzeżach Unii – w ten sposób naturalny nasuwa analogię do też geograficznie peryferyjnej Polski. Nie będzie też prawdopodobnie rzecznikiem państw wielkich czy bogatych – jego ojczyzna nie jest ani taka ani taka.

Pierwsza sesja plenarna PE była ciekawa – dla mnie z trzech powodów. Po pierwsze dla tego, że wszystko, co nowe, to ciekawe. PE to olbrzymia wielonarodowa machina, która funkcjonować musi i funkcjonuje na zasadzie konsensusu, choć nie raz wymuszanego siłą (choć niedosłownie-chodzi o siłę poszczególnych grup politycznych oraz ilość “szabel” – potrzebnych do głosowania). Po drugie – to arena nie raz fascynujących popisów oratorskich. Poettering, Schulc (obaj Niemcy), Brytyjczyk Watson, Włoszka Frassoni czy Franco – Niemiec czy Niemiecko-Francuz Cohn-Bendit – to świetni aktorzy Europarlamentu. Po trzecie wreszcie – interesująca jest w PE gra polityczna, która pozwala z jednej strony na podzielenie stanowisk między 2 największe grupy polityczne: socjalistów i chadeków (po obecnym szefie PE Borrellu z lewicy przyjdzie chadek Poettering), z drugiej zaś na wyłanianie parytetowe wiceszefów PE i szefów Komisji, co nie przeszkadza słownym, ostrym harcom i polemikom między poszczególnymi partiami, a także narodowościami. Dzisiejsi sojusznicy w głosowaniu mogą być przez siebie nawzajem niemiłosiernie karceni także w dzisiejszej debacie.

Ta sesja była również irytująca. My w Polsce narzekamy na demokrację, ale przyzwyczailiśmy się do niej i bardzo odczuwamy gdy coś jest z nią nie tak. Obojętnie czy na Białorusi czy w UE. A w Unii mamy deficyt demokracji. Dotyczy to zarówno Komisji Europejskiej uważającej się za pępek świata i mającej w nosie opinie obywateli krajów członkowskich UE. Dotyczy to także, tak teoretycznie demokratycznej instytucji jaką powinien być Parlament Europejski. Oto przykłady. Na 14 wiceszefów PE było… 14 kandydatów poczułem swąd PRL-u. Mimo głosów z sali przewodniczący parlamentu nie dopuścił żeby kandydaci na funkcje zastępców przedstawili się. Następnego dnia ten sam “numer” powtórzył się przy wyborze kwestorów, czyli osób mających kontrolować finanse PE. Tym razem łaskawie zgodzono się, aby kandydaci na to stanowisko (było 6 na 5, ale tylko dlatego, że najstarsza posłanka obecnego Europarlamentu, zbuntowała się przeciwko własnej grupie politycznej – chadekom. Stanęła do wyborów samowolnie, by je zresztą wygrać…). Mogli przynajmniej wstać i ukłonić się. O wyborach na przewodniczących i wiceprzewodniczących komisji w PE zapomnijmy. Tu działa maszynka D’Hondta i funkcje te są przydzielana wg parytetów. Szanuję realny układ sił, jestem z polityce od lat, ale budzi to swoisty niesmak.

Parlament Europejski – ta wielka i coraz ważniejsza instytucja budzi różne reakcje, sprzeczne oceny, a czasem emocje. Nie da się go określić jednym, wartościującym zadaniem. Wiem jedno: jest to fascynujące miejsce, w którym znalazłem się w arcyciekawym czasie największego poszerzenia Unii Europejskiej. Ze wszystkimi tego plusami i minusami. Jednak władzom UE: Komisji Europejskiej oraz Radzie trzeba patrzeć na ręce. Może i powinien to robić PE, który już raz doprowadził do zbiorowej dymisji Komisji. Również władzom Parlamentu należy uważnie patrzeć na ręce, aby instytucja ta nie stała się maszynka do głosowania z jedynie demokratycznym sztafażem. Tak bywało w czasie pierwszej, lipcowej, francuskiej sesji.

Blog

23 lipca 2004

Posted on

Nie było już wolnego pokoju w hotelu w Strasburgu. W związku z tym cztery ostatnie noce siedziałem w małym hoteliku w Lingholmsheim. Jedzie się stamtąd do Parlamentu Europejskiego rano, równe pół godziny. Hotelik przytulny, nastawiony w dużym stopniu na eurodeputowanych. Ma jednak dwie specyficzne cechy. Po pierwsze: nie mogą go odnaleźć nawet taksówkarze, po drugie: funkcjonuje pod trzema różnymi nazwami – jedna jest na hotelu, druga na drogowskazach, a pod trzecią jest powszechnie znany. Urocze. Aha, jeszcze jeden szczegół – jest potwornie akustyczny, jak w schronisku młodzieżowym, czy niektórych akademikach. Jak sąsiad kichnie w pokoju, możesz mu krzyknąć sto lat. To może być krępujące, choć nie musi, co kto lubi…
Upał potworny, znów parno, a przede mną 10-godzinna droga autem do Wrocławia. Będzie niezły czyściec.
Dziś w PE tylko techniczne sprawy do załatwienia, w związku z tym pojawiam się w dżinsach (beżowych) i koszulce z krótkim rękawem (pasiak). Ponieważ jeszcze dziś odbywają się posiedzenia paru komisji, szereg posłów w garniturach pod krawatami. A ja luzik. Fajne zderzenie, ale to ja mam lepszy humor.
 
 

W samochodzie słucham Placido Domingo, który ćwiczy dwóch włoskich klasyków: Verdiego i Pucciniego. Majestatyczna muzyka, w sam raz na długą trasę. Rzeczywiście daje power. Przypomina mi się “Aida”  i “Nabuco” Verdiego, którą w naszej, wrocławskiej Hali Ludowej wystawiła Ewa Michnik. To były ciekawe inscenizacje, bo np. z udziałem zwierząt cyrkowych oraz prezentowane w miejscu gdzie normalnie odbywają się mecze koszykówki oraz organizowane są wystawy …np. sztuki cmentarnej. Na te przedstawienia przychodziła młodzież, która nigdy nie trafiłaby do normalnej opery. W każdym razie na pograniczu francusko-niemieckim Placido Domingo brzmi godnie i dostojnie.
Przy okazji sprostowanie. Uważni czytelnicy mojego blogu – melomani zwrócili mi uwagę, że mógłbym słuchać (w drodze do Francji) Koncertów Brandenburskich Bacha, a nie Sonaty Brandenburskiej. No i mieli rację, ale to dalej ten sam Bach i motywy Brandenburgii.
Kolejna osoba, tym razem koleżanka z liceum pisze do mnie maila, że za ostro napisałem w blogu o napadzie na Bartka, że użyłem zbyt mocnych słów. To już czwarta czy piąta taka reakcja, a ja wyraziłem po prostu to, co czułem. Rzeczywiście nieparlamentarnym językiem. Nie będę przecież cenzurował własnego blogu. Jako rodzic jestem usprawiedliwiony, jako polityk – chyba nie.

Moje biuro znajduje się na 6 piętrze głównego budynku PE. Widok niestety na dachy Parlamentu. Składa się z dwóch pokojów, jeden dla asystenta, drugi dla mnie. W moim jest też kanapka. Regulamin Parlamentu zabrania jednak spania w biurze, choć z tego co wiem, niektórzy posłowie (raczej obserwatorzy) z nowych krajów członkowskich tego próbowali. Wiem na pewno o pewnym młodym polskim pośle (prawica), który – chcąc zaoszczędzić na hotelu – zanocował w PE (w swoim biurze!). Wkrótce pojawiła się ochrona, ponieważ czujniki wykazały obecność żywego człowieka na obszarze chronionym. Myślano, że to złodziej, a to był tylko oszczędny deputowany. Przez litość nazwiska nie wymienię. W każdym razie poseł już się nauczył i obecnie śpi w hotelu.
Tuż koło mojego swoje biuro ma były premier Francji, obecnie deputowany kolejnej kadencji Michelle Rocard. Skądinąd liczba byłych premierów i ministrów jest olbrzymia i to zarówno z nowych jak i starych krajów członkowskich. Jest na przykład premier Polski (Buzek), Łotwy (Kraats) czy Włoch (ekskomunista d’Alema). W debacie, w której uczestniczyłem, zabrał głos, tyle, że po mnie i krócej, były premier Belgii i do niedawna wiceprzewodniczący Konwentu Europejskiego (który wypichcił eurokonstytucję) Jean-Luck De Hane. Bez związku z byłymi premierami czy ministrami , ale tylko wspomnę, że w każdym biurze jest łazienka z prysznicem i oczywiście można wziąć zimny prysznic… Ale ciepła woda też jest.
Socjaliści (polscy) składają nam niedwuznaczne propozycje przejścia do ich frakcji. Liberałowie tak samo. Jacek Saryusz-Wolski powiedział pół żartem pół serio: “Przejdźcie do nas, ale najpierw zmieńcie szefa”. Jesteśmy więc łakomym kąskiem, ale do niczyjej politycznej gęby nie wybieramy się.
 

Po drodze w środkowych Niemczech nagle po obu stronach drogi wyrastają dwie rzeki fioletowych wieżowców. Taki swojski pejzaż środkowo-wschodnio-europejski, do którego chętnie się wraca, bo i nasz cieszy oko.
Już wieczorem burza z błyskawicami rozrywającymi granatowe niebo, ściana płaczu, znowu gigantyczna ulewa, jak ta niedawna francuska. Aż trudno jechać. Trzeba się przebijać w strugach wody. Już niedaleko granicy, przed Chemnitz.