Blog

Pozornie nic o polityce

Posted on

Polski papież Jan Paweł II wzywał nas, swoich rodaków: „Czuwajcie!”. Mieliśmy czuwać, aby nic złego nie spotkało Ojczyzny. Czyżby znał słowa jednego z pierwszych amerykańskich prezydentów, Tomasza Jeffersona: „Cena wolności jest nieustanne czuwanie”?

Polska jest wolnym krajem wolnych ludzi – jest wspólnotą różnych, często bardzo różniących się w wielu sprawach ludzi, wszak „połączonych myślą jedną”, by użyć słów Jana Pietrzaka z „Żeby Polska była Polską”.  Jesteśmy różni, to naturalne, bo jak pisał Voltaire „Umysły różnią się od siebie nawet bardziej niż twarze”.  Tenże Wolter, piewca wolności wysługiwał się za pieniądze wrogowi wolności carycy Rosji Katarzynie II. Jak mówi stare polskie powiedzenie: „Drogowskazy nie chodzą”. Do Francuza Woltera też jakoś tam pasuje.

Od bardzo wczesnych, młodzieńczych lat lubiłem pisarstwo Gilberta Keitha Chestertona. Ten angielski pisarz, uwaga: katolik, był przedstawicielem bardzo wybitnej grupy ludzi pióra, synów Albionu z przełomu XIX i XX wieku. To co ich łączyło to wielki kunszt pisarski, a to co ich różniło od znaczącej reszty własnego społeczeństwa to fakt, że wszyscy byli katolikami. Chesterton-najstarszy z nich, Graham Greene, Archibald Joseph Cronin, Bruce Marshall, John Ronald Reuel Tolkien. Najsłynniejszy teraz jest ten ostatni, kiedyś był Chesterton, ale wszyscy byli znamienici .Urodzeni pod koniec XIX stulecia (Chesterton, Tolkien, Greene) lub na początku zeszłego wieku stanowili fenomenalną falę brytyjskiego pisarstwa mającą ten sam wspólny mianownik: byli mniejszością, byli katolikami, uznawali papieża…

Wracając do Chestertona, którego książki stały w moim domu rodzinnym. Napisał on kiedyś mądre i ponadczasowe słowa: „Cnota nie jest nieobecnością wad ani unikaniem moralnych zagrożeń; cnota to żywe i odrębne zjawisko, jak ból czy odrębny zapach. Ciekawe, nieprawdaż? Oczywiście, każdy tę maksymę angielskiego pisarza, który zmarł przed 83 laty, może dowolnie interpretować, w myśl spostrzeżenia hiszpańskiego myśliciela, także urodzonego pod koniec XIX wieku, José Ortegi y Gasseta. Tenże stwierdził, że każdy pisarz tak naprawdę chce powiedzieć więcej niż pisze, ale tez odwrotnie: każdy czytelnik domyśla się więcej, niż w gruncie rzeczy chciał powiedzieć autor. Ortega y Gasset, inaczej niż wspomniani przeze mnie angielscy pisarze – katolicy, był liberałem, a nawet lewicowym liberałem. Miał 15 lat, gdy jego ojczyzna, dawne „imperium, nad którym nie zachodziło słońce” straciło swoją ostatnią kolonię – Kubę. To był szok dla José i całego pokolenia Hiszpanów, którzy stworzyli nurt zwany „generacją 1898”. Ortegę y Gasseta odkryłem na pierwszym roku studiów – mój Boże, 37 lat temu. Tempus fugit

*felieton ukazał się w „Gazecie Polskiej” (27.02.2019)

 

Blog

Jestem numerem dwa z Warszawy i „obwarzanka” z listy PiS

Posted on

Proponuję lekturę zapisu mojego wywiadu radiowego dla „Sygnałółw  Dnia” Programu Pierwszego Polskiego Radia. Rozmowę przeprowadził red. Piotr Gociek.

Ryszard Czarnecki, europoseł PiS gościem „Sygnałów Dnia” i Radiowej  Jedynki, witam. 

 Witam Pana, witam Państwa, spotykamy się w 52 dniu roku i mamy 52 mandaty dla Polski do europarlamentu.

 Z których Prawo i Sprawiedliwość zamierza wziąć… połowę, zgadłem? 

 W wyborach 5 lat temu uzyskaliśmy najlepszy dotychczas wynik- mandatów 19, chcemy ten wynik poprawić.

 Według sondażu przedstawionym przez Parlament Europejski na 24 mandaty może PiS w tych wyborach liczyć, ale to oczywiście będzie zależało od kampanii i tego, kto na tych listach się znajdzie. Wiemy już o miejscach pierwszych i drugich w poszczególnych okręgach- ta informacja już wczoraj do nas dotarła i tu niespodzianka, nasz gość, Ryszard Czarnecki, który dotąd startował z Wielkopolski, tym razem z Warszawy z miejsca nr 2. Skąd ta zmiana Panie Pośle? 

To prawda, pan prezes Jarosław Kaczyński podjął taką decyzję i zaproponował to władzom Prawa i Sprawiedliwości, które jednomyślnie to zaakceptowały, za co dziękuję, także za zaufanie prezesowi Kaczyńskiemu i kierownictwu PiS. To bardzo duże wyzwanie, stolica Państwa Polskiego, bardzo silna konkurencja, słyszymy o starcie pani Kopacz i pana Cimoszewicza, więc myślę, że bardzo ciężka praca mnie czeka, ale ja pracę lubię i wierzę, że tutaj PiS także dzięki mojej pomocy i całej mocnej dziesiątce kandydatów osiągnie dobry wynik.

Dużym zaskoczeniem dla komentatorów była informacja o tym, że Joachim Brudziński, szef resortu spraw wewnętrznych ma kandydować z okręgu zachodniopomorskiego. Co to oznacza dla układu sił wewnątrz partii Pana zdaniem? 

To oznacza, że jest mocny sygnał, że chcemy zwycięstwa w wyborach europejskich,ze tworzymy najmocniejsze listy w dziejach wyborów europejskich ze strony PiS, że rzeczywiście prawdziwi liderzy są liderami tych list w 13 okręgach, a to, że Joachim Brudziński startuje w trudnym okręgu, złożonym z dwóch województw: zachodnio-pomorskiego i lubuskiego, to oznacza, że przywiązujemy bardzo dużą wagę do tego okręgu i tych wyborów.

Zaczęły się od razu spekulacje co to może oznaczać dla sukcesji wewnątrz PiS, ale o tym jeszcze będzie okazja porozmawiać – jak będzie o czym, ale pytanie o rekonstrukcje rządu, bo naprawdę wielu ministrów i wiceministrów na te listy trafia, znamy miejsca jeden i dwa, ale te listy będą dłuższe i będą inni znani politycy, których się jeszcze nie wymienia, a są też znani ze stron gazet. Całkiem sporą część rządu będzie trzeba wymienić? 

Pan użył słów „wielu”, „sporo”, a to wyborcy decydują kogo Polacy wybiorą do Parlamentu Europejskiego. Mamy 52 mandaty, natomiast wielu to nie, według mojej wiedzy raptem troje ministrów konstytucyjnych na ponad 20 w rządzie, jeszcze kilku wiceministrów, więc w sumie nie tak wielu. Ale myślę, że to jest rzecz powszechna w wielu krajach, że wystawia się liderów, w tym ministrów .

Beata Szydło premier, Beata Kempa minister, Anna Zalewska minister, Elżbieta Rafalska prawdopodobnie też będzie startować – minister, Joachim Brudziński minister, już się pięciu czy sześciu naliczyło… 

Nie, Pan mówi o sekretarzach stanu również, a ja o ministrach konstytucyjnych, tych jest według mojej wiedzy troje-czworo. Ale również tak było poprzednio, przypomnę, premier Donald Tusk pojechał na stanowisko do Brukseli, wicepremier Elżbieta Bieńkowska pojechała na stanowisko do Brukseli, że minister z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Paweł Graś pojechał na stanowisko w Brukseli…

…i ja pamiętam jak Prawo i Sprawiedliwość krytykowała premiera Tuska, że porzuca polskie sprawy. 

Co do premiera, to zostawmy polskie realia, ja pamiętam jak premier Finlandii Jyrki Katainen po prostu się przesiadł ze stanowisko premiera rządu w Helsinkach na stanowisko komisarza i wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej, a krytyka w Finlandii była powszechna, że stanowisko premiera to jest coś specjalnego, a premier Mateusz Morawiecki do Brukseli jeździ tylko na szczyty do Brukseli, nie walczy o stanowisko komisarza czy o europarlament.

A Koalicja Obywatelska się zbiera do walki, jednoczy i zbiera kolejne podmioty, nie jest Pan zaniepokojony? W miniony weekend SLD dołączyło do koalicji, w tym tygodniu decyzję ma podjąć PSL. Tymczasem i bez tych mniejszych ugrupowań, jak się patrzyło ostatnio na sondaże, to różnica między PiS a PO to różnica 8-6-4%, więc to pokazuje, że nie będzie łatwo wygrać w tych wyborach. 

Tendencja sondażowa jest jednoznaczna, PiS jest liderem. Czy to jest 8% czy mniej, czy więcej, to ważne, że jesteśmy na pierwszym miejscu. Ale sondaże sondażami, ważne, by być na pierwszym miejscu po wyborach w wyniku wyborów, o to będziemy walczyć. Na pewno będzie to trudna rywalizacja, ale my z pełną pokorą będziemy zabiegać o głosy naszych i potencjalnie naszych wyborców, ciężko pracowaliśmy przez 4 lata w rządzie, przez 5 lat nasi europosłowie pracowali w europarlamencie, mamy konkretne rezultaty. Myślę, że wyborcy docenią ciężką pracę naszego rządu, bo w wielu krajach wybory europejskie są także taką okazją, żeby wyborcy wypowiedzieli się, jak oceniają prace rządu – czy jest pracowity, czy nie.

Jesienią prócz Koalicji Europejskiej może też wystartować podmiot pod inną nazwą, to znaczy „Ruch 4 czerwca”, ruch, którego patronem i cichym organizatorem ma być Donald Tusk. Jak Pan to ocenia? 

Dla mnie 4 czerwca kojarzy się także z dramatycznym wydarzeniem, jakim było odwołanie rządu Jana Olszewskiego. Ta śmierć naszego byłego premiera w ostatnich dniach i ta żałoba przypomniała nam te przykre wydarzenia dla Polski, więc 4 czerwca może się z tym kojarzyć, a nie z 4 czerwca 1989. Natomiast Donald Tusk chce zaistnieć w krajowej polityce, jest duża rywalizacja między nim a szefem PO Grzegorzem Schetyną. Nie obchodzą nas te kłótnie w opozycji, ale są one faktem. Jednego dnia się opozycja dzieli, innego łączy, ale jak widzimy, nie łączy się cała, bo partia Biedronia Wiosna idzie osobno, partia Zandberga Razem też idzie osobno. Opozycja więc zjednoczona i skonsolidowana nie jest. Ale my zajmujemy się rządzeniem dla dobra Polski i Polaków, myślę, że będzie to docenione.

 Mówił to Ryszard Czarnecki, europoseł PiS, gość „Sygnałów Dnia” i radiowej Jedynki, w tych wyborach nr 2 na liście PiS w okręgu w Warszawie. Dziękuję bardzo. 

Dziękuję bardzo.

 

Blog

Wybory europejskie: Warszawa i “obwarzanek”

Posted on

 Zapraszam do lektury zapisu wywiadu, jakiego udzieliłem VOD „Gazety Polskiej”. Rozmowę ze mną przeprowadził red. Jan Przemyłski.

Witam serdecznie, Jan Przemyłski „Rozmowa niezależna”, dzisiaj naszym gościem jest były wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego, a także kandydat w najbliższych wyborach do Parlamentu z ramieniu Prawa i Sprawiedliwości. 

 – Witam Pana, witam Państwa

Panie pośle, jest Pan tak zwaną „dwójką” na liście PiS z okręgu Warszawa, startuje Pan z tego okręgu, nie z Mazowsza , lecz z okręgu Warszawa. Może wyjaśnilibyśmy naszym widzom – na Pana mogą zagłosować nie tylko osoby z samej Warszawy, ale ten okręg jest większy, szerszy, prawda? 

– Tak, to prawda, warto o tym powiedzieć, ponieważ wiele osób tego nie wie, nie zdaje sobie sprawy, że ordynacja europejska jest inna, znacząco inna niż ta ordynacja  wyborach do Sejmu RP – zarówno, gdy chodzi o sposób wyboru posłów, o czym za chwilę, ale także, gdy chodzi o kształt okręgów. Na przykład tutaj mamy do czynienia z połączeniem dwóch okręgów – a wiec poza Warszawą wchodzą tu takie miasta i powiaty jak Piaseczno, Wołomin, Pruszków, Otwock, Grodzisk Mazowiecki, Nowy Dwór Mazowiecki, Legionowo i powiat Warszawa Zachodnia – Błonie, Ożarów, Łomianki. To oznacza, że mieszkańcy tych miejscowości, tych powiatów mogą głosować na tę samą listę, jak mieszkańcy Warszawy- Śródmieścia, Mokotowa, Wilanowa, Pragi Północ, Pragi-Południe, Targówka czy Woli, czy Żoliborza – czego nie ma w wyborach krajowych.

To jest jedyny chyba taki okręg w Polsce. 

– Takich zmian granic okręgów jest więcej, na przykład są okręgi, które maja dwa województwa w sobie, tj. małopolskie i świętokrzyskie – największy okręg w kraju. To jest także, choć mniejszy – zachodniopomorsko- lubuski (też dwa województwa). To jest wreszcie dolnośląsko-opolski. Z kolei – z racji liczebności stolicy państwa polskiego – Warszawa i województwo mazowieckie zostało podzielone na dwa okręgi: a więc pierwszy to Warszawa i powiaty przyległe, które wymieniałem: Legionowo, Piaseczno, Otwock, Nowy Dwór Mazowiecki, Pruszków, Wołomin, Grodzisk Mazowiecki,Warszawa Zachodnia i osobno Mazowsze z takimi stolicami dawnych województw, jak Radom, Siedlce, Płock, Ostrołęka. Ja mówię o tym, ponieważ często nieznajomość tej ordynacji i olbrzymie skomplikowanie powoduje, ze ludzie na wybory nie chodzą, maja takie poczucie, ze ta Unia Europejska to rzecz odległa, daleka. I w efekcie mamy taką sytuację, jak pięć lat temu, ze w samej Warszawie poszło głosować 38 procent uprawnionych do głosowania, nie ma co ukrywać, w wyraźnej większości na Platformę, a z kolei w Mazowszu było 26 procent frekwencja – z kolei tutaj wyniki korzystne dla nas. Co to oznacza? To oznacza, ze na te wybory europejskie, tradycyjnie elektorat środowisk liberalnych, lewicowych jest bardziej zmotywowany, w większej części idzie na te wybory, natomiast nasz elektorat uważa, ze to sa najmniej ważne wybory i często zostaje w domach, co oczywiście uprzywilejowuje naszych przeciwników, naszych oponentów politycznych. Stąd apel o jak największa frekwencję. To ważne  także w wymiarze prestiżowym , bo Polska już tradycyjnie ma tu jedną z trzech najniższych frekwencji w Europie, jedna z trzech najwyższych absencji wyborczych, obok Litwy i Słowacji. Trochę nie jest przyjemnie słuchać, szczerze mówiąc, takich drwin z tego powodu, jakie ja słyszę w Brukseli czy w Strasburgu : czemu u Was, w Waszym kraju tak mało osób głosuje? Mam nadzieję że to można zmienić. Warto podkreślić, że w tym roku zwiększa się liczba mandatów dla Polski, będzie ich więcej: było ich 51, ale kiedyi zaczynaliśmy nasza obecność w Unii w 2004 roku, było ich 54, potem to zmniejszono, bo wchodziły kolejne kraje: Bułgaria, Rumunia – oddaliśmy cztery mandaty, było ich zatem 50.

Teraz ile ich będziemy mieli? 

Potem z tych 50-ciu po Traktacie Lizbońskim urosło do 51. Teraz na skutek tego, że podzielono część puli po Brytyjczykach, mówiąc ściśle mamy teraz o jeden więcej czyli 52. Po europosłach z Wielkiej Brytanii schedę podzielono na kraje członkowskie obecne, w tym na przykład na Polskę, a reszta została zamrożona niejako do momentu akcesji nowych państw UE – typu Czarnogóra, Macedonia, Serbia, do której właśnie się udaje na spotkanie z premierem i szefem parlamentu i wreszcie, prawdopodobnie, Albania – która byłaby pierwszym muzułmańskim państwem  w Unii Europejskiej -60 procent jej mieszkańców to wyznawcy islamu. Z tym, że jest to perspektywa mniej więcej 10-12 lat zanim te akcesje nastąpią, ale tyle mandatów więcej mamy dla Polski już od teraz.

Panie Przewodniczacy, zostawmy na razie ordynację wyborczą. Chciałem pana spytać, czy uważa Pan, że po najbliższych wyborach, tych majowych, Unia Europejska drastycznie się zmieni? Czy będzie jakaś drastyczna reforma? Odejdą jedni, przyjdą nowi? Czy jednak pewien stały trzon tych polityków europejskich się utrzyma? 

Ciekawe pytanie. W ogóle ja porównuję europarlament z parlamentami narodowymi, na przykład polskim: PE ma większą rotację. Tam za każdym razem zmienia się mniej więcej 50% posłów – to jest więcej zwykle niż w Polsce. Co się zmieni? Na pewno osłabnie ten establishment. Na pewno będzie znacznie mniej posłów dwóch największych europartii, tych dwóch największych partii, które tworzą tę wielką koalicję w tym europarlamencie – czyli chadeków z Europejskiej Partii Ludowej – tu będzie spadek – a już katastrofalny spadek zanotują socjaliści, którzy, przypomnę, w ostatnich dwóch latach utracili władze w Austrii, Francji, Holandii, Czechach, we Włoszech, a na Węgrzech ponownie przegrali z kretesem ,zas w Polsce wcześniej nie weszli do parlamentu krajowego.

 Czy to się zmieni?

Zobaczymy, ponieważ ja obawiam się, że zamiast tej wielkiej koalicji czyli EPL – chadecy i socjaliści może nastąpić wskrzeszenie koalicji, tej która była kiedy mnie odwoływano z funkcji wiceszefa Parlamentu Europejskiego – koalicji „antyCzarnecki”: chadecy, socjaliści, liberałowie, komuniści i zieloni. Tak na marginesie, być może w każdej z tych frakcji będą europosłowie z Koalicji Europejskiej, bo tam jest taki rozstrzał, że w zasadzie mogą wejść do kilku frakcji.

Ale chyba Prawo i Sprawiedliwość ma pomysł jak zreformować Unię? I będzie chciało do tego doprowadzić, prawda? Dosyć mocna reprezentacja, bardzo mocne nazwiska na listach Prawa i Sprawiedliwości do Parlamentu Europejskiego. Cześć polityków opozycji mówi, że to jest ucieczka na tzw. „ciepłe posadki” do Parlamentu Europejskiego. Gdy rozmawiam z politykami z PiS, miedzy innymi z Panem, miałem okazję ostatnio porozmawiać, to mówicie, że idziecie takim mocnym składem, bo chcecie tę Unię reformować przede wszystkim dla Polski. 

– Po pierwsze chcemy te wybory wygrać także dlatego, że kilka miesięcy po wyborach europejskich będą wybory parlamentarne, które zadecydują, kto w Polsce będzie rządził, czy będzie jak było, czy też będziemy kontynuować Dobrą Zmianę. To jest pierwszy powód. Po drugie, tak, faktem jest, że chcemy reformować Unię . I co jest bardzo charakterystyczne i o czym mało kto mówi, że przecież dwa lata temu Unia Europejska sobie obiecała, że do końca 2017 roku będzie gotowy projekt takiej wielkiej reformy Unii Europejskiej. Nawet początkowo miało to być w połowie roku w związku z obchodami 60. rocznicy podpisania  Traktatów Rzymskich, ale uznano – co wydawało się wtedy słuszne – poczekajmy na Niemcy, tam były wybory 2017 jesienią, więc wypadało poczekać czy coś się tam nie zmieni, czy będzie ten sam rząd, pani kanclerz była faworytem, ale poczekajmy. Potem okazało się, że przez pół roku Niemcy nie były w stanie stworzyć rządu, a jak już go stworzyły to już nikt o tej reformie nie mówi. Sprawa jest ciekawa, bo jest taka wielka cisza wokół tego, „głośne milczenie”, bo w ogóle przestało to być w agendzie. Nikt nie mówi o żadnych reformach. Teraz, gdy spotyka się pani kanclerz Merkel z prezydentem Macronem, to mówią, że te siły prawicowe, nacjonalistyczne chcą przejąć władzę, ale już o reformie ani słowa. Tak, są jakby dwa obszary, dwie sfery tej reformy. Po pierwsze jednak chyba powrót do korzeni, przyznanie tego chrześcijańskiego dziedzictwa, chrześcijańskich korzeni wspólnot europejskich. To nie jest przypadkiem, że Europejską Wspólnotę Węgla i Stali zakładali ludzie głęboko wierzący – jak Alcide de Gasperi, który jest kandydatem na ołtarze, Włoch i również Robert Schuman urodzony w Luksemburgu, ale Francuz, też człowiek bardzo mocno wierzący.

Miała być to wspólnota ojczyzn … 

…i zresztą jasno deklarujący także sprzeciw wobec aborcji, sprzeciw wobec zabijania dzieci nienarodzonych. Od tego Unia daleko odeszła.Ale to jakby taka pierwsza sfera, która jest bardziej natury ideowej, a sfera taka bardzo praktyczna – to jednak powrót, pytanie czy to się uda, powrót do innych zasad podejmowania decyzji, do innego sposobu głosowania, bo argumentem, żeby odejść od systemu konsensusu, jednomyślności było  to, że wydłużać by to miało proces decyzyjny. Trzeba tu wprowadzić pewien kompromis, to znaczy: jest szereg niebudzących wątpliwości kwestii technicznych czy dotyczących gospodarki, deregulacji i tu można odejsc od systemu jednomyślności, ale są rzeczy strategiczne, a za takie należy uznać politykę imigracyjną, politykę klimatyczną i wreszcie politykę energetyczną- i  tutaj decyzje musza być podejmowane konsensusem . Nie może być tak, że grupa państw nakręcana przez duopol niemiecko-francuski wszystko przegłosowuje – czyli chwilowa większość przegłosowuje chwilową mniejszość. Bo efektem  tego jest coraz mniejsze poczucie partycypacji państw członkowskich Unii, zwłaszcza tych trochę mniejszych, trochę mniej zamożnych . I rosną w ten sposób tendencje odśrodkowe. Ja nie mówię, że  to źle czy dobrze, ale należy zwrócić uwagę, że na tych tendencjach odśrodkowych gra Rosja. Trzeba więc widzieć taka pewną grę, że ci skrajni euroentuzjaści, ci eurofederaliści tak dociskają pedał gazu integracyjnego w Europie, że wywołuje to takie polityczne kontrreakcje, które są potem politycznie wykorzystywane do tworzenia prawicy euronegatywistycznej , ale nie tylko – jest także lewica eurosceptyczna – wszystko to potem wykorzystywane jest przez Federację Rosyjską. To jest główny kierunek zmian.

Panie Pośle na koniec chciałem Pana spytać o ostatnio zaprezentowany program Prawa i Sprawiedliwości, zaproponowana „Piątka Kaczyńskiego”, tak zwana. Bardziej mnie interesuje Pana zdanie na temat głosów, które płyną z opozycji. Mamy sprzeczne informacje, ponieważ jedni politycy opozycji mówią, że to jest kradzież ich programu, że tak naprawdę to oni chcieli właśnie to zaoferować Polakom, natomiast z drugiej strony ci sami politycy mówią, że budżet się zawali, po raz kolejny wdrażając te programy społeczne – czy to nie jest schizofrenia? 

– Absolutnie tak i hipokryzja. Natomiast ja bym zwrócił uwagę na inny aspekt, mianowicie ci wszyscy ekonomiści, i pan Rzońca – główny ekonomista Platformy i inni – oni zupełnie paradoksalnie nie biorą pod uwagę, że są rzeczy fundamentalne w gospodarce, że te pieniądze, które przyjdą do rodzin – na pierwsze dziecko 500 plus od 1 lipca, które przyjdą do emerytów, te pieniądze w większym stopniu będą także dla młodych zatrudnionych do 26 roku życia, nie będą płacić podatku – te wszystkie pieniądze trafią na rynek, one będą napędzać koniunkturę, to jest w wielkiej mierze naturalne, będą odpowiadały za nakręcanie konsumpcji. Na tym więc też skorzystają przedsiębiorcy. Te pieniądze wrócą. Jeśli się szacuje 24 miliardy w tym roku, więcej lub mniej, mówię akurat o tej liczbie, o której słyszałem i czytałem, że to będzie kosztowało budżet państwa 24 miliardy, to połowa tego, może trochę mniej, może 10 miliardów – wróci do budżetu państwa w postaci choćby podatków płynących z zakupionych towarów, usług, przez tych ludzi, którzy nagle poczują przypływ gotówki. Ja to mówię, uwaga, w kontekście tego, że w Europie, także u naszego zachodniego sąsiada zaczyna się recesja, zaczyna się pewna dekoniunktura. Jeżeli my natomiast właśnie w ten sposób zapewnimy cały czas ten popyt konsumpcyjny, zapewnimy to także, że gospodarka będzie hulać także dzięki tym pieniądzom – to oznacza, że u nas tego spowolnienia nie będzie. Niektórzy mówią, co na to budżet, co na to gospodarka? Są to działania prospołeczne, prosocjalne, ale także mają absolutnie fundamentalne znaczenie gospodarcze, napędzają polską gospodarkę i chwała za to premierowi Morawieckiemu i prezesowi Kaczyńskiemu – za to, że ten plan aktywowali na dłuższy okres czasu.

Panie Pośle, bardzo panu dziękuję za wizytę w naszym studio. Dzisiaj Jan Przemyłski, naszym gościem był Ryszard Czarnecki 

-Warszawa i obwarzanek.

Tak! Dziękuję serdecznie. 

 

Blog

Anty-PiS-owscy trendsetterzy i posłuszni celebryci…

Posted on

Moja koleżanka z klasy w liceum skończyła weterynarię i od lat pracowała w tym zawodzie. Przed laty była inicjatorką powołania specjalnego stowarzyszenia skupiającego weterynarzy zajmujących się „małymi” zwierzętami (pies, kot, chomik etc.) w odróżnieniu od zwierząt hodowlanych (koń, świnia, itp). „Od zawsze” była we władzach tego stowarzyszenia jako jego inicjator i współzałożyciel. Zdarzyło jej się parokrotnie na posiedzeniach zarządu czy kongresach przyznać, ze na przykład głosowała na Andrzeja Dudę, jest za PiS-em, a jej szkolny kolega Czarnecki został niesłusznie odwołany tylko dlatego, że bronił  Polski. Przyszły wybory w stowarzyszeniu, pierwsze „za PiS-u”. Antypisowska „spółdzielnia” wycięła ją, nie chcąc pamiętać, że to ona wystąpiła z inicjatywą zorganizowania się środowiska.

Czemu o tym piszę? Bo identyczny ostracyzm, tyle że do sześcianu, albo i potęgi „n-tej”, panuje w środowiskach artystycznych czy szerzej celebryckich. Ba, weterynarz dalej będzie leczył koty, żółwie i kanarki, choć pewnie mu przykro, że z powodów czysto politycznych, na fali antypisizmu nie będzie już reprezentantem branży. Ale co ma zrobić aktor czy reżyser, który nie chce śpiewać w antykaczystowskim chórze? Artysta żyje z zamówień. Oferta państwa dotyczy głównie okazjonalnych i epizodycznych występów z okazji rocznic narodowych. To może i dobre, ale jako uzupełnienie właściwych gaży i stawek. Tymczasem środowiskowi trendsettrzy jasno wytyczają antypisowskie drogowskazy. Polecam nawet nie tyle wyczyny słowne Krystyny Jandy czy Agnieszki Holland, bo forma i treść ich histerii jest tak skrajna, że szereg osób zraża, ale wywiady publikowane w „Gazecie Wyborczej” z różnymi tuzami (pisarzami, reżyserami, muzykami, aktorami). Ani -Boże broń! – nie opowiadają się za PiS, ani nie bronią formacji Jarosława Kaczyńskiego, ale rozpaczliwie prezentują swoisty współczesny eskapizm, w ramach którego uciekają od ocen obecnej sytuacji politycznej w kraju. Jak im wtedy „GW” dociska śrubę, aby wreszcie wydusili pół słowa o konstytucji czy rzekomo zagrożonej demokracji. Przekaz jest oczywisty: baczność, w lewo patrz. Bez żadnych tam herbertowsko-norwidowskich „światło-cieni”. Oczywiście „antypisizm”, choć intelektualnie ubogi, to opłaca się tym, którzy  występują pod jego sztandarem. Ich się promuje, dostają role, dotacje do filmów, zagraniczne stypendia dla twórców czy choćby możliwość obecności na różnego rodzaju festiwalach. Jak Cię tam nie ma – to wyraźnie nie istniejesz. A jak nawet istniejesz, to raczej jest to wegetacja poza głównym nurtem. Opozycyjne media dopieszczają takich artystów − „obrońców konstytucji”, przekazują ich z redakcji do redakcji, aby „rekord medialny” był później argumentem przy kolejnym zatrudnieniu do filmu, możności wydania książki, itd., itp.

Celebryci żyją w „bańce”, by użyć określenia nawróconego na antyestablishment Roberta Biedronia: oglądają TVN, słuchają TOK FM, czytają „Wyborczą”, surfują po necie (można tu postawić inne medialne tytuły). Przekonanie mniejszości, nieraz wyraźnej mniejszości, że jest się większością, siłą dominującą, a już za chwilę obejmie władzę polityczną, ale rząd dusz mając już od dawna, jest proste, pod warunkiem stworzenia zamkniętego obiegu medialnego.

W niemieckim filmie „Good bye, Lenin!” jest scena, gdy syn walczący w obronie matki, funkcjonariuszki komunistycznej partii w dawnej NRD, której ciężka wielomiesięczna choroba pozwoliła nie zorientować się, że komuna już padła – by w tym ją utwierdzić dobry syn specjalnie montuje rzekome dzienniki telewizyjne, aby matka nie dowiedziała się, że Ericha Honeckera i wschodnioniemieckiego komunizmu już dawno nie ma.

Mam wrażenie graniczące z pewnością, że w podobnym „wirtualu”, żyje też spora grupa celebrytów („made in III RP”), nawet jeśli wiedzą, że w wyniku demokratycznych wyborów społeczeństwo pogoniło PO, to są święcie przekonani, że to tylko chwilowe, że to tylko przejściowe „usterki w  programie”.

I tak to się toczy…

*tekst ukazał się w grudniowym numerze „Nowego Państwa”

Blog

My wszyscy z nich …

Posted on

O Żołnierzach Wyklętych, których nazywać należy Żołnierzami Niezłomnymi powinniśmy pamiętać nie tylko 1 marca, ale przez cały rok. To dobrze, że z inicjatywy ś. p. Prezydenta RP profesora Lecha Kaczyńskiego i środowisk kombatanckich ten dzień ustanowiono. Powinniśmy pamiętać tym bardziej, że tak wiele Polska im zawdzięcza. Ale pamięć o nich i oddawanie im czci jest szczególnie ważne dzisiaj, gdy coraz więcej środowisk politycznych, a także dziennikarzy zaczyna znów z nimi walczyć. Żołnierzy Wyklętych zabijano, aby potem zabijać pamięć o nich. Teraz tę pamięć usiłuje się zohydzić – a Niezłomni bronić się nie mogą. Musimy to zrobić za nich. Gdy chodziłem do szkoły podstawowej w Rabce jeden z nauczycieli opowiadał nam, dzieciakom, o Józefie Kurasiu – „Ogniu”. Było to 30 lat po jego śmierci. Wtedy, jako nastolatek po raz pierwszy usłyszałem  o niezakończonej wojnie tych, którzy nie chcieli się pogodzić  z sowiecką okupacja Ojczyzny. Potem po latach moja ś.p. Mama opowiedziała mi o ukrywającym się tuż po wojnie w naszym rodzinnym mieszkaniu jednym z Wyklętych. Takie doświadczenia ma wielu z nas. Pamiętajmy o ludziach, którzy służyli Polsce podejmując straceńczą walkę, mordowani przez Wschód i zdradzeni przez Zachód. Cześć i chwała Bohaterom!

*komentarz ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (02.03.2019)

Blog

Krajobraz po konferencji bliskowschodniej

Posted on

Krajobraz po bitwie? Nie, po szczycie bliskowschodnim w Warszawie. Rzecz w tym, że podobieństwa są liczne. Byleby na konto tegoż warszawskiego szczytu nie zrzucać wypowiedzi niemających z nim nic wspólnego.

Skandaliczna wypowiedź szefa izraelskiej dyplomacji – a raczej braku dyplomacji – miała miejsce w jego ojczyźnie, a nie w stolicy Polski z okazji konferencji „irańskiej”. Słowa premiera Państwa Izrael Beniamina „Bibiego” Netanjahu – których, jak wiadomo, nie było – padły (albo raczej: nie padły…) podczas warszawskiego szczytu, ale izraelscy politycy mówili to już niejeden raz bez żadnego związku z jakąkolwiek konferencją w naszym kraju.

Niewiedza? A może interesy?

Zatem nie ta konferencja była powodem steku piramidalnych bzdur zwieńczonych wypowiedzią amerykańskiej dziennikarki Andrei Mitchell (skądinąd autorki ostatniego telewizyjnego wywiadu z Michaiłem Gorbaczowem). Problem więc tkwi nie w kolejnym globalnym szczycie robionym przez Polskę – po Zgromadzeniu Parlamentarnym NATO z udziałem ok. 50 państw w połowie zeszłego roku też w naszej stolicy oraz szczycie klimatycznym w Katowicach w grudniu 2018 r. – lecz w różnicy interesów między nami i innymi krajami. Tak, właśnie: różnicy interesów – a nie braku wiedzy. To stwierdzenie może szokować. Jak to? To jeśli dotrzemy do elit amerykańskich, zachodnioeuropejskich czy izraelskich z prawdą o najnowszych polskich dziejach, z informacjami o tysiącach Polaków mordowanych przez Niemców za pomoc Żydom, to ich stosunek do naszego kraju nie zmieni się diametralnie? Otóż uważam, że nie musi się zmienić. Choć oczywiście warto i trzeba próbować „inwestować” w działania informacyjne i uświadamiające światową opinię publiczną, jak było naprawdę w Polsce pod okupacją niemiecką, ilu naszych rodaków zginęło za pomoc, w tym ukrywanie obywateli RP żydowskiego pochodzenia i dlaczego na tych terenach właśnie były niemieckie obozy śmierci (na terytorium Rzeczypospolitej przed 1939 r. mieszkało najwięcej Żydów w całej Europie).

Niewygodna prawda

Bo oczywiście, że jest poza Polską pewna część polityków, dziennikarzy i tzw. ekspertów, którzy bredzą z niewiedzy. Mam jednak wrażenie graniczące z pewnością, że większość osób życia publicznego, które na temat polskiej historii i Polaków plotą w różnych krajach niczym Piekarski na mękach, doskonale zna prawdę o polskim męstwie i ratowaniu Żydów podczas okupacji niemieckiej, ale nie chce się oficjalnie przyznać, że wie, jak było naprawdę. Prawda o Polsce i Polakach podczas II wojny światowej, rozpoczętej od agresji Niemiec ­Hitlera na nasze państwo, dla wielu cudzoziemców jest niewygodna. Dla wielu krajów i środowisk politycznych, medialnych czy finansowych owa „polska prawda” jest sprzeczna z ich partykularnymi czy strategicznymi interesami. I dlatego jest, jak jest. Owe ataki na nasze dzieje nie mają kompletnie nic wspólnego ze szczytem bliskowschodnim w Warszawie. Kto tak twierdzi, albo nie ma zielonego pojęcia o świecie, albo łże.

Konferencja warszawska była potrzebna, choć zapewne lepiej, gdyby zorganizowano ją po wyborach do izraelskiego Knesetu. Tyle że zapewne obecna administracja amerykańska zdecydowanie wolała ten przedwyborczy termin. Dlaczego? Z przezorności. Bardzo, nawet jak na warunki amerykańskie, proizraelska administracja prezydenta Donalda Trumpa ma szczególne relacje właśnie z obecnym rządem prawicowego Likudu i jego – nieraz kontrowersyjnych – koalicjantów. A nie ma przecież żadnej gwarancji, że po wyborach do Knesetu premierem będzie – już po raz piąty – Beniamin Netanjahu. Równie dobrze może to być rząd na razie opozycyjnej Partii Pracy. Dla nas to, prawdę mówiąc, niewielka różnica, bo jej lider Avi Gabbay miewał też antypolskie wypowiedzi, co skądinąd jest przykładem, że lewica nie musi być kosmopolityczna, jak nierzadko zdarza się w Europie.

Miejsce dialogu państw Bliskiego Wschodu

Warszawski szczyt był potrzebny z wielu względów. Wbrew krytykom, także po naszej stronie sceny politycznej, wymienię kilka powodów, dla których tych parę dni w stolicy Polski było dla znaczenia międzynarodowego Rzeczypospolitej ważne – choć dostrzegam też potencjalne korzyści gos­podarcze dla naszego państwa wynikające z tejże konferencji.

Nie mówi się o tym w ogóle, zatem ja to uczynię: pierwszą potencjalną korzyścią był fakt przyjazdu do nas wysokich przedstawicieli najbogatszych krajów arabskich – państw „grających” na arenie międzynarodowej z USA i rywalizujących z Teheranem o polityczne i ekonomiczne wpływy w świecie islamu. Obecność ministrów spraw zagranicznych ZEA (Zjednoczonych Emiratów Arabskich), Arabii Saudyjskiej, Kuwejtu, Bahrajnu, Jordanii i innych jest podwójną szansą z naszej perspektywy. Po pierwsze otwiera nam w zdecydowanie większym stopniu niż dotychczas atrakcyjne rynki zbytu w tych zamożnych krajach. Po drugie jednak stwarza również nadzieje na inwestycje w Polsce – i to potencjalnie inwestycje bardzo znaczące.

Od bardzo dawna nie było takiego wydarzenia, które na tak wysokim szczeblu zgromadziło w jednym miejscu i czasie reprezentacje Izraela i świata arabskiego. To Polska stworzyła taką możliwość, to Polska w ten sposób bezpośrednio wpływa na deeskalację napięć w regionie Bliskiego Wschodu – choć nie sądzę, aby Jarosław Kaczyński poszedł śladami Jasera Arafata oraz Szymona Peresa i dostał Pokojową Nagrodę Nobla. Na to jeszcze poczekamy. Tak, to umożliwienie dialogu bliskowschodniego na poziomie nie technicznym, gospodarczym czy charytatywnym, ale stricte politycznym to polska zasługa i drugi powód, dla którego szczyt w Warszawie był jednak sukcesem.

Polska łącznikiem między USA a Unią

Kolejna, trzecia już przyczyna ukazująca, że polska konferencja sprzed dziesięciu dni była potrzebna, to pokazanie nie tylko sobie, ale przede wszystkim światu, że nasze państwo może być pomostem – w sprawach Iranu, ale przecież nie tylko – między Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej a Unią Europejską. To może i wymarzona z jednej strony, ale też naturalna rola z drugiej, dla kraju, który po brexicie stał się sojusznikiem USA nr 1 w UE, a jednocześnie jest piątym co do wielkości członkiem Unii i liderem „nowej” UE (państwa, które wstąpiły do Wspólnoty Europejskiej po 2004 r. – jest ich 13, w tym 11 z naszego regionu Europy). Łącznik amerykańsko-europejski czyli euroatlantycki? Brzmi ciekawie z punktu widzenia naszych interesów. Warto dodać, że taką rolę odgrywali przez niemal dwie kadencje prezydentury Baracka Obamy nasi sąsiedzi – Niemcy. I wykorzystali to w wymiarze politycznym znakomicie, zwłaszcza na gruncie wew­nątrzeuropejskim, wzmacniając swój prymat w Unii.

Na końcu to, co najważniejsze. Zdecydowanie najistotniejszym walorem warszawskiej konferencji jest to, o czym na niej nie mówiono: zwiększenie szansy na stałą obecność wojsk USA w Polsce i przyspieszenie decyzji Waszyngtonu o bazach U.S. Army na terytorium Rzeczypospolitej. Zaledwie dzień po polskim szczycie bliskowschodnim w Monachium ministrowie obrony naszego kraju i Stanów Zjednoczonych Mariusz Błaszczak oraz Patrick Shanahan spotkali się po pięciomiesięcznej przerwie i rozmawiali o permanentnej obecności oraz większej liczbie żołnierzy amerykańskich w Polsce tak, jak nie rozmawiali nigdy wcześniej. To także pokłosie tak krytykowanej przez wielu konferencji bliskowschodniej w stolicy RP.

*tekst ukazał się w “Gazecie Polskiej Codziennie” (25.02.2019)

Blog

Koalicja zgiętych karków i dancingi przedwyborcze

Posted on

Ludzie są okrutni. Ludzie to bestie, bo tylko bestiom mógł przyjść do głowy pomysł, aby tak niegodziwie spostponować Tuska Donalda i umieścić jego przerobione billboardy z logiem Platformy Obywatelskiej, z podpisem byłego przewodniczącego PO i niedługo już (we wrześniu) byłego przewodniczącego Rady Europejskiej oraz tekstem: „Polska zasługuje na lepsze afery”…  Cóż, Tusk Donald na zdjęciu jest szeroko uśmiechnięty, gdyby jednak zobaczył jakie hasło firmuje, pewnie by mu mina zrzedła, a uśmiech przemienił się w grymas. Grymas, taki jak mowa, najbardziej popularna dziś w mediach – mowa, która zaczyna się na literę „N”, tak jak na przykład wyrazy : „nic” i „nicość”. Zresztą od tej litery „N”, która w przeciwieństwie do „V” jest w polskim alfabecie zaczynają się też charakterystyczne w opisie  Tuska Donalda zwroty: „nie da się” czy „nic nie mogę”.

Tak, ludzie są jednak okrutni. Wysyłają smsy z pytaniami typu: „Czy Stefan N. zostanie zakuty w kajdanki? Jeśli tak, czy to będzie kara czy nagroda?”

Teraz ja będę okrutny i nie skomentuję powstania partii Wiosna. Dlaczego? Żeby nikt się nie dowiedział, że wcale się nie martwię, ze dla  bywszej partii Tuska Donalda narodziła się alternatywa, a przynajmniej  konkurencja. Biedroń i jego spółka z o.o.  niewątpliwie zjada wyborców PO oraz resztki wyborców, które zostały przy SLD ,Nowoczesnej i partii Razem. Żarłoczność Biedronia Roberta nie martwi mnie, no ,właśnie, nic a nic. Kłótnie w opozycji to nie mój ból głowy. Walki opozycyjnych buldogów, a raczej ratlerków pod dywanem, a ostatnio nawet na czerwonym dywanie, nie przejmują mnie wcale.

Podobnie jak slalom PO, która jednego dnia zawiązuje koalicję wyborczą z PSL-em i Nowoczesną, aby następnego dnia dać kopa koalicjantom i wziąć pod pachę bywszych komuchów. Liderzy PO jednego dnia paradują pod pachę z premierami rodem z PZPR – SdRP-SLD , a następnego dnia robią misia z Kosiniakiem-Kamyszem i Lubnauer. Nie przypadkiem „Koalicja Europejska” czyli koalicja  słuchania Unii w głębokim pokłonie i  zgiętym karku powstała dwa dni przed wiosennym wzmożeniem Biedronia Roberta ,aby odwrócić uwagę od tejże  wiosny zimą.

Dzień przed konwencją Biedronia  też byłem na Torwarze ,ale na meczu siatkówki Onico Warszawa – Cerrad Czarni Radom i podobało mi się to znacznie bardziej niż to, co było „one day after”. Po Biedroniu na Torwarze PO znów zaprosiła do tańca PSL i zachwyceni ludowcy piszczeli z  tego powodu z radości jeszcze głośniej niż Biedroń. Co do tańca, to nie wszyscy wiedzą, że Kalinowski Jarosław zanim zaczął działać w PSL, tez tańczył, ale nie w „Tańcu z gwiazdami”, tylko w zespole ludowym „Promni”. Przedwyborcze dancingi PO i chłopów z Marszałkowskiej nie przypominają eleganckiego walca czy zmysłowego tanga, ale raczej tańce „umpa-umpa”. Cóż, każdy ma to, na co zasłużył.

*tekst ukazał się w “Gazecie Polskiej” (13.02.2019)

 

Blog

Jaś Fasola z Bydgoszczu i drogowskaz Macron

Posted on

Wszystko jasne. Owsiak Jerzy do pokojowej nagrody Nobla, Petru Ryszard , który wzbogacił język polski niczym Bob Dylan „American- English” – do literackiej nagrody Nobla, a Rostowski Jan Vincent – do nagrody Nobla z ekonomii – i będzie komplet, święto Trzech Króli. Upp, sorry święto Sześciu Króli … Król Jurek „róbta co chceta”, król Rycho „Kamerun”, wreszcie król Jaś Fasola Vincent z Bydgoszczu „ni ma piniendzy”. Jak śpiewał zespół Elektryczne Gitary „To już jest koniec, nie ma już nic. Jesteśmy wolni, możemy iść…”. To wręcz pachnie „Sejmem Głuchym”, by zacytować Petru Ryszarda.

Na arenie międzynarodowej też ciekawie. Prezydent Macron, który we włosienicy i z głową posypaną popiołem ma przybyć w przyszłym miesiącu do Polski zażądał od prezydenta Wenezueli Maduro, żeby ten podał się do dymisji z powodu… demonstracji ulicznych. Cóż, drogowskazy nie chodzą drogą, którą wskazują, czyż nie, Monsieur President?

A propos – by użyć języka Macrona właśnie- tejże Wenezueli byłem jedynym Polakiem wśród 29 MEPs (czyli po prostu europosłów), którzy podpisali list do Mogherini Federici, co by uznała   szefa wenezuelskiego parlamentu Juana Guaido jako prezydenta tego roponośnego kraju. Czekamy na odpowiedź. Na razie ze strony szefowej unijnej dyplomacji, a kiedyś komunizującej działaczki młodzieżowej    słychać głośne milczenie. Następna faza to ‘Milczenie owiec”, ale do niej przecież nie dojdzie… Nadzieja – cnota chrześcijańska.

Poza tym w europarlamencie na ostatniej sesji przemawiał Juha. Ściślej: premier Finlandii Juha Sipila. Prawił o przyszłości Europy. Nie wiem, jaka będzie przyszłość Europy, ale na razie częścią tej najbliższej przyszłości Europy była debata na temat wystąpienia premiera z kraju, którego flaga przedstawia, o tempora, o mores, niebieski krzyż na białym tle. Ten niebieski krzyż nie podoba się niektórym muzułmanom-mieszkańcom Suomi. Uraża ich  uczucia religijne. Gdyby zamiast tradycyjnego krzyża był np. zielony (kolor islamu) półksiężyc, to by pewnie gitara grała.

Tak, teraz było inaczej. Trochę wody w Motławie upłynęło, więc to napiszę. Uroczystości żałobne w Gdańsku i atmosfera wokół nich różniły się od tego, co było prawie dziewięć lat temu po tragedii smoleńskiej. Nikt publicznie nie kwestionował miejsca pochówku prezydenta Gdańska, tak jak wtedy czyniono to wobec Pary Prezydenckiej czy prezesa IPN. Nikt też jakoś nie pytał o ubezpieczenie śp. prezydenta Gdańska i na jaką kwotę ono było. Po tej tragedii ktoś pokazał klasę, po tamtej – brak klasy.

Po lewej stronie od mojego biurka z komputerem na którym właśnie pisz dla Państwa ten felieton jest zdjęcie śp. Prezydenta RP i Pierwszej Damy. I tak zostanie. Zacząłem dziś szyderczo, skończyłem poważnie. Takie czasy.

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej” (06.02.2019)

Blog

Strzyżenie owiec (i baranów) w europarlamencie…

Posted on

W lipcu we Francji, w miejscowości Le Dorat (Haute-Vienna) odbędą się światowe mistrzostwa w … strzyżeniu owiec. Cóż, można i tak. Ja nie wystartuję, ale nikomu nie zabraniam. Jak jakiemuś juhasowi  się zachce, to mu ani baca ani gazda nie zakaże. I odwrotnie. Ponieważ nie jestem felietonistą ani „Owcy Polskiej” ani też „Barana Obywatelskiego” to nie zamierzałem się na ten temat rozpisywać. Bo i po co? Nie mój cyrk, nie moje małpy, nie moje zawody i nie moje owce. Ale musiałem zmienić zdanie ,jak tylko zobaczyłem w budynku Parlamentu Europejskiego w Strasburgu (Francja) plakat zapraszający na wystawę poświęcona … owym mistrzostwom w Le Dorat (Francja). Zapraszała francuska europosłanka, niech ją Pan Bóg kocha. Osłupiałem byłem. Co ma parlament reprezentujący ponad pół miliarda Europejczyków do strzyżenia owiec? Podejrzewam, że baranów też, a jakże…  Czy jest coś o czym nie wiem, po latach spędzonych na wysuniętej placówce brukselsko-alzackiej?

Czy wystawa o globalnym czempionacie w strzyżeniu owiec buduje powagę Wysokiej Izby? Oto jest pytanie. Moim zdaniem wręcz przeciwnie. Być może jednak owce mają w tej sprawie inny punkt widzenia. Zabiorą glos? Ba, jedynym dokumentem – fakt, fabularyzowanym – na temat zdolności oratorskich owieczek było głośne „Milczenie owiec” w reżyserii Jonathana Demme i z udziałem Jodie Foster i Anthoniego Hopkinsa. Zatem nie można rozstrzygnąć czy owce w tej sprawie by beczały czy też demonstracyjnie, głośno i nienawistnie milczały? Ta owcza afera, której twórcami były niewątpliwie barany rodzi w ogóle bardzo wiele pytań.

Robiąc sobie śmichy-chichy z baranów w ludzkich skórach czy tam może odwrotnie przechodzę do spraw śmiertelnie poważnych czyli do agendy ostatniego posiedzenia Parlamentu Europejskiego w tymże  Strasburgu. A tam takie kwiatki, jak na przykład debaty i głosowania nad następującymi dokumentami: „Prawa osób interseksualnych” czy „Wrogie nastawienie w odniesieniu do praw kobiety i równouprawnienia płci  w UE” lub też – dla każdego coś miłego, frontem do klienta – „Prawa osób LGBTI”. Up, sorry, najmocniej przepraszam, toż to nie kwiatki żadne, jeno kwiaty przecudnej urody, lilije rzekłbym nawet. W kolorze tęczy zresztą.

Nad zmęczonym europarlamentem Strasburgiem zapada zmierzch. Może i lepiej.

*tekst ukazał się w “Gazecie Polskiej” (20.02.2019)

 

Blog

Nagroda za “mecze na wyjeździe”

Posted on

W dniu dzisiejszym odbędzie się gala “Strefy Wolnego Słowa”, w tym także miesięcznika “Nowe Państwo”. Coroczną nagrodę tego periodyku dostaje mój kolega, europoseł Ryszard Legutko. Gratulując, pozwalam sobie z tej okazji opublikować tekst poświęcony Profesorowi – laureatowi, który z okazji wyróżnienia ukazał się w styczniowym numerze “Nowego Państwa”.

Po raz pierwszy bodaj polski europarlamentarzysta zostaje doceniony prestiżową nagrodą przyznawaną w kraju. Na forum międzynarodowym to już się zdarzało: nagrodę dla najlepszego eurodeputowanego przyznawaną przez „European Parliament Magazine”, ale gdy laureatów wybierają w drodze głosowania sami posłowie do Parlamentu Europejskiego miałem zaszczyt odebrać równo dziesięć lat temu.

Nagroda ta jest sygnałem, że ważne i wpływowe środowisko medialne w Polsce dostrzega wagę tego, co dla Polski można zrobić na forum zagranicznym – w tym przypadku unijnym.  To zachęta dla wszystkich Polaków (to coś więcej niż tylko posiadanie polskiego paszportu) pracujących w organizacjach międzynarodowych. To także przejaw zrozumienia, że choć najważniejsze dla przyszłości Państwa Polskiego rzeczy dzieją się nad Wisłą, Wartą, Odrą i Bugiem to polska polityka zewnętrzna , realizowana także, co naturalne, poprzez struktury, organizacje i instytucje międzynarodowe jest ważną częścią „polityki polskiej i odbudowania państwa” w jej najnowszej wersji.

Profesor Ryszard Legutko to intelektualista, który postanowił dać świadectwo w polityce. Rodzinnymi korzeniami wywodzi się z Kresów Wschodnich RP – a ściślej mówiąc: z Kresów Południowo – Wschodnich, z Sambora i zdaje się, że niespecjalnie przepada za obecną nazwą tego miasta – „Sambir”. Ten wybitny specjalista filozofii starożytnej, profesor najstarszego polskiego uniwersytetu spotyka się na ubitej strasbursko-brukselskiej  ziemi z euroentuzjastami z różnych partii czasem wadzących się między sobą, ale zawsze zwalczających  idee Europy Ojczyzn, Europy Narodów, ale też i ludzi oraz formacje je reprezentujących. Dorobek naukowy i wydawniczy profesora  z Krakowa (choć kiedyś europosła z Wrocławia i Opola) kontrastuje z brakiem takowych, generalnie, osiągnięć wielu politycznych szermierzy w Parlamencie Europejskim, skandujących „więcej Europy w Europie” i inne hasła równie głośne, co puste. Intelektualnie to zderzenie czołgu (Legutko) z rowerem (reszta), choć gdy chodzi o liczbę „szabel”, to w europarlamencie  jest, póki co, odwrotnie. Ale czasem nawet polityczni przeciwnicy potrafią docenić Profesora – po jego ostatnim wystąpieniu w Parlamencie Europejskim, gdy powiedział, że wystąpienia szefów grup politycznych Manfreda  Webera (Niemca z EPL), Udo Bullmanna (Niemca z lewicy) czy Verhofstadta (Belga, Flamanda – liberała ) można by zamienić i tak by tego nikt nie poznał – jeden z niemieckich dziennikarzy napisał „weise Ryszard Legutko”. Fakt, polski przewodniczący EKR jest „mądry” – oby po najbliższych wyborach europejskich w końcu maja głos tych mądrych był bardziej donośny niż niemądrych.

Przewodniczący frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, trzeciej co do wielkości w Brukseli/Strasburgu dawno przekroczył granice dzieląca naukę i politykę. Ale już jako „homo politicus”- w praktyce, a nie w teorii – napisał kilka ważnych książek. Kosztem polityki ? A może politycznej „bieżączki”, nieefektownej, nużącej ,ale przecież koniecznej? Sprawia wrażenie człowieka zdystansowanego, ze stoickim spokojem przyjmującego szaleństwa współczesnej Europy, czy może raczej Unii Europejskiej. Ale przecież jest „insiderem”, człowiekiem współtworzącym politykę, a nie narzekającym li tylko „outsiderem”. Jego działalność publiczna poza Polska kojarzy mi się – także – z bohaterami Herberta „uparcie powtarzającymi wielkie słowa”.  I oddającymi, że to „kwestia smaku”.

Był mającym swoje zdanie ministrem edukacji narodowej w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, a wcześniej wicemarszałkiem Senatu.

Blog

Barnevernet i Piątek za 35…

Posted on

W Brukseli, olaboga, spadł śnieg. Zrobiło się biało. Całkiem biało. Duże zdziwienie miejscowych. Lokalsi przyzwyczajeni do tego, że przez 300 dni w roku, albo niewiele mniej, pada deszcz, są w stanie egzystencjalnego szoku.
Skoro już o pogodzie mowa, zawsze dużą radość sprawiają mi cudzoziemcy, którzy uwiedzeni stereotypem o mroźnej Polsce z krainy lodowców i białych niedźwiedzi, pytają mnie, jak bardzo zimno jest w Polsce? Kiedyś takie pytania słyszało się nierzadko w  Europie, teraz głównie poza naszym kontynentem. Gdy słyszę powielanie stereotypu o Polsce skutej lodem, wstępuje we mnie diabeł i odpowiadam, że tak, owszem, jest u nas w stolicy co prawda  „tylko” minus paręnaście  stopni (wtedy słychać głośne „och”), za to na północnym wschodzie temperatura bywa, że jest ponad minus trzydzieści … Nie kłamię, bo przecież w Suwałkach kiedyś rzeczywiście było minus 33… Oczywiście w ten sposób pogłębiam u obywateli – cudzoziemców wiedzę o Polsce trzaskającego mrozu, w  której ciepło jest tylko turystom-Eskimosom.
Uprzedzając Państwa pytania, czy w Parlamencie Europejskim w Brukseli mówi się o Polsce i co się mówi, odpowiadam: owszem mówi się sporo, ale w zupełnie innym kontekście niż w tym ,do jakiego przywykła zarówno formacja rządowa ,jak i totalna opozycja . Zatem nie króluje ,bynajmniej, praworządność i powiązanie jej z unijnym budżetem, Puszcza Białowieska, Trybunał Konstytucyjny, sądy czy dziki, ale.. Krzysztof Piątek, nasz bramkostrzelny rodak kupiony przez klub niegdyś Silvio Berlusconiego „AC Milan” z innego włoskiego klubu „Genoa”. Zwłaszcza włoscy europosłowie mówią o nim dużo. Żaden z naszych kolegów z Italii nie byłby w stanie odpowiedzieć na pytanie, kto to jest Lubnauer czy Rzepliński, ale wyraźna większość zna Piątka czy Milika .Cóż, transferowy rekord w historii polskiej piłki( 35 milionów euro ), obchodzącej właśnie sto lat jest pasjonująca „story”, w przeciwieństwie do marszy KOD-u, na które przynosić trzeba − w ramach obserwacji – coraz większy mikroskop.
Wracając do mroźnych krain, to, już serio mówiąc, kuda nam tam do Norwegii. Tam rzeczywiście jest zimno, jak polarna cholera. Może to jest powodem epidemii astmy u norweskich biegaczek oraz epidemii głupoty, jaka objawia się w funkcjonowaniu instytucji znanej Barnevernet. Ów Barnevernet (trochę mi to przypomina niemieckie przekleństwo „Donnerwetter”…) to taki odpowiednik niemieckiego Jugendamtu. Nie wiem czy bardziej czy mniej antypolski, ale zdaje się, że są po jednych pieniądzach. Jugendamt ma trochę pecha z trzech powodów. Po pierwsze w Niemczech mieszka jednak dużo więcej Polaków niż w Norwegii-zatem łatwiej skandale nagłośnić. Po drugie: do  Berlina  znacznie bliżej od nas niż do Oslo. Po trzecie :z Norwegami nie mamy, historycznie rzecz biorąc, jakichś sporów czy pretensji, a do naszych zachodnich sąsiadów czyli Teutonów – jak najbardziej. Dlatego też nagłaśniamy antypolską bezduszność Jugendamtów, a niemniej brutalne praktyki Barnevernetu są mało w Polsce znane. A powinny, bo cisza tylko rozzuchwala.

Panie konsulu, Sławomirze Kowalski, dobra robota, dziękujemy…

*tekst ukazał się w tygodniku “Gazeta Polska” (30.01.2019)

Blog

Strasburg: ostatnie regulacje i przedwyborcza gorączka

Posted on

Gdy oczy Europy i w dużej mierze świata skierowane były na Warszawę (Szczyt Bliskowschodni), Monachium 55 Konferencja Bezpieczeństwa oraz Bruksele (Rada NATO na szczeblu szefów MON), to w cieniu tych wydarzeń odbyła się lutowa sesja Parlamentu Europejskiego w Strasburgu. Europarlament dwoi się i troi przed wyborami zapowiedzianymi na koniec maja A.D 2019. Świadczą o tym choćby dwie tury głosowań, które miały miejsce w przedostatni dzień sesji – zdarzyło się to po raz trzeci w ciągu pięcioletniej kadencji. O tej sesji PE można by powiedzieć słowami Alfreda Hitchcocka, że najpierw było  trzęsienie ziemi, a potem napięcie  narastało … Pierwszym punktem agendy była debata nad raportem hiszpańskiego posła, byłego ambasadora UE w Argentynie Jose Ignacio Salafranca Sanchez-Neyra na temat „Unijnego programu zwalczania nadużyć finansowych”. Cel szczytny, a wręcz nawet bezdyskusyjny, ale diabeł zawsze siedzi w szczegółach. Występując w imieniu Grupy Politycznej Europejskich Konserwatystów i Reformatorów podkreśliłem, że wspólne zwalczanie oszustw i ułatwienia we wzajemnej pomocy na szczeblu administracji i służb są czymś jak najbardziej pozytywnym. Nie możemy jednak poprzeć odniesień zawartych w rezolucji do roli Prokuratury Europejskiej. Sceptycznie zaopatruję się, wraz z moimi kolegami europosłami z Prawa i Sprawiedliwości , co do przekazywania uprawnień państw narodowych do Brukseli – w tym także w obszarze wymiaru sprawiedliwości i zbędnej naszym zdaniem instytucji, jaką jest tzw. Prokuratura Europejska. Przejawem takich tendencji federalistycznych i paneuropejskich jest promowanie właśnie nowego „organu „Unii”– Prokuratury Europejskiej. Dyrektywa „PIF” w sprawie zwalczanie za pośrednictwem prawa karnego nadużyć na szkodę finansową Unii w praktyce również może być pretekstem do przejmowania kompetencji państw członkowskich UE przez struktury i prawo europejskie. W tym samym sprawozdaniu posła Salafranca znalazł się „ni przypiął, ni przyłatał” zapis o powiązaniu wypłacania środków unijnych ze stanem praworządności w państwach UE. Zaprotestowałem przeciwko temu podkreślając, że w praktyce jest to atak na kraje członkowskie Wspólnot Europejskich. Dodajmy: przy bardzo nieprecyzyjnie określonym obszarze do ewentualnego kwestionowania przez Brukselę. Warto podkreślić, że nawet European Court of Auditors czyli Europejski Trybunał Obrachunkowy (odpowiednik naszej Najwyższej Izby Kontroli, tyle ze na poziomie unijnym), a więc inna instytucja UE – negatywnie wypowiedział się o tym projekcie swoistej marchewki finansowej i kija budżetowego forsowanego przez Komisję Europejską oraz europarlament.

Również kontrowersyjne jest wyposażenie Komisji Europejskiej w uprawnienia do standaryzowania kontroli. To również swoiste „wrogie przejęcie” kompetencji państw członkowskich Unii.

Afryka, Arktyka, ryby…

Dla polskich rybaków mogła być interesująca debata w PE nad raportem francuskiego europosła Alaina Cadeca o „Wieloletnim planie gospodarowania stadami ryb w wodach zachodnich i wodach sąsiadujących oraz połowów eksploatujących te stada”. Tym bardziej, że owe sprawozdanie zmienia rozporządzenie UE z 2016 roku, które odnosiło się do wieloletnich planów połowowych na Morzu Bałtyckim.

Zapewne mniejsze zainteresowanie w naszym kraju – choć zapewne większe w Afryce- wzbudziło „Oświadczenie Komisji Europejskiej w sprawie dużych drapieżników”….

Również zapewne mniej dla Polaków istotna była debata o „Umowie o partnerstwie w sprawie połowów między Republiką Wybrzeża Kości Słoniowej a Unią Europejską (2018-2024)” oraz analogiczna „Umowa o partnerstwie w sprawie zrównoważonych połowów między UE a Marokiem”.

Aktywna w Parlamencie Europejskim Komisja Rybołówstwa ,w której kiedyś czynnie zasiadał jako europoseł obecny minister Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej Marek Gróbarczyk, przygotowała też, tak dla równowagi „Umowę o sprawie zapobiegania nieuregulowanym połowom na morzu pełnym w środkowej części Oceanu Arktycznego”. Wszystkie te „rybne” regulacje zostały przegłosowane duża większością głosów.

 Unia pochyla się nad Syrią

Debatowano też o umowie o partnerstwie, wolnym handlu oraz ochronie inwestycji między Unią Europejską a Singapurem.

Odbyła się też dyskusja, z udziałem wiceprzewodniczącej Komisji Europejskiej – Wysokiej Przedstawiciel Unii do spraw Zagranicznych i Polityki Bezpieczeństwa Federici Mogherini, o sytuacji w Syrii w kontekście zapowiedzi o wycofaniu się stamtąd Amerykanów ,a jednocześnie aktywności rosyjskiej w tym kraju.

Widocznym znakiem politycznego inwestowania Unii Europejskiej w Bałkany Zachodnie jest „Sprawdzanie za rok 2018 dotyczące Bośni i Hercegowiny” . Sarajewo nie ma szans wejść do Unii w pierwszej kolejności w tym regionie ,ale to państwo podzielone na trzy enklawy : katolickich Chorwatów, prawosławnych Serbów i muzułmańskich Bośniaków marzy aby to uczynić w nieodległej perspektywie po Czarnogórze, Macedonii, Serbii i zapewne Albanii.  Ale nawet w przypadku tych bałkańskich prymusów – Podgoricy, Skopje, Belgradu i Tirany – nie nastąpi to wcześniej niż za mniej więcej dekadę.

Bardzo ważna była debata z nowym premierem Włoch ,reprezentującym eurosceptyczny gabinet Ligi Matteo Salviniego i Ruchu Pięciu Gwiazd Luigi Di Maio – profesora ekonomii Giussepe Conte. Spokojny, wyważony „bezpartyjny fachowiec” jest zaprzeczeniem lewicowych i liberalnych stereotypów na temat obecnych władz Italii.

Feministki, marihuana i LGBT…

Oczywiście nie zabrakło również w agendzie sesji europarlamentu tematów „ideologicznych”. Taki charakter miała debata odnośnie „pytania ustnego” na temat: „Napotykane wrogie nastawienie w odniesieniu do praw kobiet i równouprawnienia płci w UE”. Zostało ono zainicjowane przez bardzo feministyczną Komisje Praw Kobiet i Równouprawnienia. Swoistym kontrapunktem dla tego raportu był podpisany przez grupę posłów o poglądach konserwatywnych był alternatywny projekt rezolucji , którego sygnatariuszem była polska posłanka Jadwiga Wiśniewska (PiS). Jednak nie był to jedyny „ideologiczny” temat. Debatowano również o ,na przykład „Prawach osób interseksualnych” oraz o „Przyszłości wykazu działań na rzecz LGBTI”.

Parlament Europejski pochylił się również nad sprawozdaniem o „Stosowaniu marihuany w celach leczniczych”. W głosowaniu przepadł wniosek postkomunistów i „zjednoczonej nordyckiej lewicy” o znaczącym rozszerzeniu definicji „marihuany leczniczej”…

Ale środowiska konserwatywne i tradycjonalistyczne tez potrafią przypuszczać w parlamencie w Strasburgu ofensywę . Z inicjatywy  słowackiego europosła z chrześcijańskiej demokracji, byłego ambasadora tego kraju w Kanadzie, jednoznacznie i publicznie opowiadającego się za życiem (pro life) Miroslawa Mikolasika oraz niemieckiego chadeka Petera Liese podjęto debatę na temat „Modyfikacji genomu zarodków ludzkich”.

Regulacje regulacjami, raporty raportami, ale w Strasburgu, w opustoszałym przez cały miesiąc -poza czteroma dniami sesji- gmachu Parlamentu Europejskiego wyczuwa się przede wszystkim atmosferę „końca wieku” i kampanii wyborczej. Kampanii, która głęboko zmieni układ sił i geografie polityczna europarlamentu oraz, być może, całej Unii.

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (18.02.2019)