Blog

Trybunał umył ręce jak Poncjusz Piłat

Posted on

Zapraszam do lektury wywiadu, którego udzieliłam tygodnikowi “Wprost”. Przeprowadziła go red. Eliza Olczyk.

Skończył się czas, kiedy opozycja w Polsce mogła łudzić się, że przyjedzie ktoś na białym koniu – pan Tusk, pan Timmermans czy inny pan T. jak trybunał – i rozstrzygnie za Polaków podstawowe kwestie, a nawet zmieni wynik wyborów – mówi Ryszard Czarnecki, europoseł PiS.  

A jednak wracają pomysły, żeby karać finansowo kraje członkowskie za nieprzestrzeganie praworządności.  

– Propozycja karania krajów za rzekomy brak praworządności obcinaniem części należnych funduszy unijnych to jest coś, co nie istnieje w prawie UE. Poza tym zostało to bardzo mocno oprotestowane przez europejski NIK, czyli Europejski Trybunał Obrachunkowy, też z siedzibą w Luksem-
 
Rząd wygrał czy przegrał przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie reformy sądownictwa?  
– Ten werdykt, stwierdzający, że sami mamy ocenić, czy nasze sądownictwo jest prawidłowo ukształtowane, to wielki zawód dla opozycji, która marzyła, żeby zagranica pomogła jej pokonać PiS. Oczekiwano, że Trybunał wbije nóż w serce polskiego rządu czy resortu sprawiedliwości i wysadzi w powietrze reformę systemu, czyli zamianę wymiaru niesprawiedliwości na wymiar sprawiedliwości. Nic takiego się nie stało. Skończył się czas, kiedy opozycja w Polsce mogła się łudzić, że przyjedzie ktoś na białym koniu – pan Tusk czy pan Timmermans, czy inny pan T. jak Trybunał – i rozstrzygnie za Polaków podstawowe kwestie, a nawet zmieni wynik demokratycznych wyborów.

Trybunał orzekł, że Sąd Najwyższy powinien ocenić, czy Krajowa Rada Sądownictwa czy też Izba Dyscyplinarna są upolitycznione. I nasz Sąd Najwyższy szykuje się do rozpatrzenia sprawy.  

– Dokładnie tak. Zostało powiedziane: Polacy, załatwiajcie to sami. TSUE zachował się jak Poncjusz Piłat, czyli umył ręce. Rządowi o to chodziło – żebyśmy to my rozstrzygali, jaki kształt ma sądownictwo. Orzeczenie trybunału w Luksemburgu nie zablokuje zmian, jakie przeprowadzamy w wymiarze sprawiedliwości, aby jego nazwa była adekwatna do rzeczywistości.
Jakie były komentarze w Brukseli po orzeczeniu TSUE?  
– Sprawy polskie nie spędzają snu z powiek politykom innych państw. To, co zostało w Brukseli odnotowane, to dwa zwycięstwa PiS – najpierw w wyborach euburgu.Ta decyzja ETO to ilustracja ciekawego zjawiska, czyli narastających napięć między instytucjami Unii. Czego innego chce Komisja Europejska w sprawie praworządności, a czego innego Europejski Trybunał Obrachunkowy. Z kolei w sprawie imigrantów spoza Europy, głównie zresztą islamskich, Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej przyjął stanowisko krytykujące rządy Polski, Węgier i Czech, które imigrantów nie przyjęły, a tymczasem Rada Europejska dwukrotnie potwierdziła, że w tej sprawie powinna panować dowolność: jeżeli jakieś państwo nie chce przyjąć imigrantów spoza Europy, to ma do tego prawo.
O czym świadczą te rozbieżności?  

– O tym, że nie mamy do czynienia z konfliktem między Polską a Unią, tylko że Unia jako taka jest wewnętrznie niespójna. Instytucje UE polemizują między sobą. I to jest bardzo znaczące, bo nasuwa się pytanie: kto reprezentuje Unię w sprawach powiązania praworządności z budżetem czy w sprawie imigrantów? Z drugiej strony stwarza to możliwość prowadzenia pewnego rodzaju gry przez polskie władze.

Byle tylko w wyniku tej gry nie obcięto nam funduszy unijnych.  
 
– Na razie takich mechanizmów w Unii nie ma. Poza tym widać, że nowa szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen woli mieć w Polsce sojusznika niż stawiać nas pod ścianą. Wygrała wybory na szefa Komisji raptem ośmioma głosami i wie, że 26 deputowanych PiS ją poparło. To dzięki nam po raz pierwszy w historii mamy na tym stanowisku kobietę. Pragmatyczna, zdroworozsądkowa von der Leyen nie będzie chciała pójść z Polską na wojnę.
 
Na pewno śledził pan exposé premiera Morawieckiego. Czy 38 razy powtórzone słowo „normalność” nie zaskoczyło pana?  

– To, co najbardziej chciałem usłyszeć – usłyszałem: pan premier powiedział o Igrzyskach Europejskich, które odbędą się w Polsce, w Krakowie i Małopolsce w 2023 r., a będzie to największa impreza sportowa w historii kraju, obok Euro 2012. Jako członek prezydium Polskiego Komitetu Olimpijskiego bardzo się z tej deklaracji ucieszyłem, bo oznacza zaangażowanie państwa w tę imprezę. Natomiast co do warstwy politycznej, to zgoda – premier proponuje Polakom normalność, ale na bardzo wysokim poziomie materialnym i socjalnym, a także pojednanie. Jego wystąpienie przypomniało mi kampanię Franćois Mitteranda na prezydenta Francji sprzed 38 lat. Ówczesne hasło wyborcze Mitteranda brzmiało: „spokojna siła”. I właśnie ta spokojna siła jest dzisiaj atutem polskiego rządu. Tak, chcemy być spokojną siłą, przewidywalną, niczym niezaskakującą podatników, która daje ludziom pewne perspektywy i nie chce żadnej rewolucji.

A jednak PiS zaskoczył wyborców – wycofał projekt ustawy, która miała znieść pułap dochodów, powyżej którego nie płaci się składek na ZUS.  

– Tak, bo polityka to sztuka kompromisów i osiągania rzeczy możliwych w danym miejscu i czasie. Tu i teraz nie można było ugrać więcej, mimo że wiemy o ograniczeniach budżetowych. Czasem w polityce warto zrobić krok do tyłu, żeby potem zrobić dwa kroki do przodu.

Po co w ogóle było to całe zamieszanie z tą trzydziestokrotnością dochodów, skoro z góry było wiadomo, że posłowie Porozumienia tej ustawy nie poprą?

– Polityka to nie są modele matematyczne, tylko żywa materia. Dotychczas zawsze dochodziliśmy do porozumienia z formacją Jarosława Gowina. Tym razem porozumienia nie było, raczej – proszę wybaczyć grę słów – „nieporozumienie”. Być może wiąże się to ze znaczną liczbą szabel, którymi Gowin dysponuje w Sejmie. Ale nadzieje na to, że ktoś z zewnątrz nas skłóci czy podzieli, są płonne. Mimo różnic będziemy razem, dla dobra Polski.

A kto was skłócał? Sami wymyśliliście tę ustawę.
– Spora część mediów i opozycja grały na podziały. Były szef MSZ Radosław Sikorski publicznie proponował, by Jarosław Gowin przeszedł na „ciemną stronę mocy” i został premierem w rządzie opozycji. Zatem jak widać są tacy, którzy chcą nas podzielić i skłócić, ale „daremne żale, próżny trud”….

Lewica chciała was wesprzeć w zniesieniu limitu dochodów dla składek ZUS, ale jakoś nie chcieliście jej pomocy. Dlaczego? 

– To, że część opozycji chce wspierać rządowe projekty, dobrze świadczy o naszych projektach. Cieszę się z tego uznania dla nas. Ale to dowodzi też, że opozycja, która jeszcze niedawno, w wyborach europejskich, była zjednoczona, teraz jest totalnie skłócona. Poza tym następuje wyraźny przepływ elektoratu – nie z PiS do PO, tylko z PO do Lewicy. W tej sytuacji mam silną pokusę, żeby kupić popcorn, usiąść w pierwszym rzędzie i obserwować, jak liberałowie będą walczyć z obozem lewicy. (śmiech) To oczywiście żart. Nadal będziemy ciężko pracować, żeby utrzymać pozycje lidera na naszej scenie politycznej, żeby umocnić pozycje Polski w świecie i jeszcze bardziej poprawić warunki życia Polaków.

Na razie lewica punktuje was. To Adrian Zandberg w debacie nad exposé wypominał premierowi problemy ze służbą zdrowia i z realizacją niektórych obietnic, np. w sprawie mieszkań czy wielkich inwestycji typu Centralny Port Komunikacyjny.  

– Ale to nie my mieliśmy zmartwione miny podczas przemówienia Zandberga, tylko politycy PO. Wtedy, gdy uświadomili sobie, że lewica, czyhająca na ich elektorat, jest dla nich głównym zagrożeniem. Zatem wystąpienie Zandberga jest zapowiedzią ostrej walki o wyborców po stronie opozycji.

Blog

Prezes Kaczyński nie uważa tej pani za rodzinę

Posted on

Zapraszam do lektury wywiadu, którego udzieliłem dziennikowi “Fakt” w związku z wypowiedziami pani von Thun und Hohenstein.

FAKT: Ujawniliśmy pokrewieństwo pomiędzy Różą Thun z PO, a Jarosławem Kaczyńskim z PiS. Oboje mieli wspólnego przodka. Czy zmieni pan stosunek do Róży Thun, którą wcześniej porównał pan do szmalcowniczki? 

– Ryszard Czarnecki, europoseł PiS: Nie wyrabiam sobie opinii o ludziach na podstawie rzekomego pokrewieństwa czy raczej bardzo odległego powinowactwa, tylko oceniam człowieka merytorycznie. Jestem z panią von Thun und Hohenstein w sporze prawnym i nie będę tego wątku komentować. Mogę powiedzieć tylko, że dalej będę krytycznie oceniał polityków czy celebrytów, którzy w zagranicznych mediach atakują własny kraj czy oczerniają Polskę i podważają demokratyczne werdykty społeczeństwa.

Porozmawiajmy o tym pokrewieństwie.  

 – Nie sądzę, by prezes Kaczyński uważał tę panią za rodzinę. Tego typu zabiegami marketingowymi pani von Thun und Hohenstein próbuje odwrócić uwagę od swoich ataków na własny kraj.

Kraj, czy rząd? To nie to samo. 

Można dyskutować we własnym domu, nie trzeba wynosić sporów na zewnątrz i za granicą, w obcych mediach, oczerniać Polski.

We własnym domu… Podział na obozy polityczne wszedł też do naszych polskich domów i rodzin. Bywa, że we własnym domu Polacy kłócą się i walczą ze sobą o politykę. 

– Mówienie o rodzinie w kontekście pani von Thun i premiera Kaczyńskiego jest absurdalne. Ale prawdą jest, że ludzie przy świątecznym stole spierają się o politykę. Mama, tata, dziadek, babcia. To jest dziś dość powszechne. W krajach arabskich to senior rodu decyduje, kogo popiera cała rodzina. U nas jest inaczej, jest wybór – i dobrze.

Ale niedobrze, że są w tym negatywne emocje i walka po dwóch stronach barykady. Mama za PiS, tata za PO, córka za Lewicą, syn za Konfederacją. Beczka prochu. 

 – Powinniśmy dyskutować, a nie walczyć i bić się ze sobą. Ale różnice są wszędzie. Doradca Donalda Trumpa powiedział mi, że ma ośmioro dzieci i dwoje z nich na Trumpa nie głosowało. Mój kolega z niemieckiego parlamentu ma żonę z konkurencyjnej partii. W Polsce też mamy dwóch braci Kurskich – jeden jest prezesem TVP, drugi szefem „Gazety Wyborczej”. To się po prostu zdarza. Ja z moim teściem Mirosławem Hermaszewskim też mamy różne widzenie różnych spraw i o polityce po prostu w domu nie rozmawiamy.

Czy nie jest to sygnał ostrzegawczy – dla polityków i dla nas, obywateli – że my o politykę zaczynamy się kłócić nawet w rodzinie? Te podziały nie poszły za daleko? 

 – Ja się nie kłócę.

Pan się w domu nie kłóci, bo o polityce nie rozmawia. 

Podziały były, są i będą. W rodzinie można sobie ustalić limity – czy są jakieś tematy tabu, czy „wolna amerykanka”. Czy podczas Wigilii dyskutujemy cały czas, czy na przykład spory ograniczamy do tych chwil przy stole, gdy podano makowiec. A resztę poświęcamy już tylko sprawom rodzinnym.

Ja się po prostu zastanawiam, czy o ważnych dla nas wartościach umiemy jeszcze rozmawiać, nie bijąc się na ostro. 

 – Ja wolę rodzinę z różnicami politycznymi i ścierającą się – z zachowaniem wzajemnego szacunku oczywiście – która idzie głosować, od rodziny, która się nie spiera i nie głosuje. Debaty o polityce i udział w wyborach są przejawem obywatelskiej postawy.

Dopóki tata z mamą nie zaczną na siebie krzyczeć… 

– Zgoda, należy debatować, a nie walczyć.

Wy, politycy, dajecie Polakom tę narrację wojny partyjnej. Dlatego niewiele z tych dyskusji wynika. Czy ma pan pomysł, jak skleić nasz naród w jedną całość? 

– Trzeba pogodzić się z demokracją. Bo dziś opozycja kwestionuje demokratyczne wybory, sugeruje, że większość wyborców PiS to ludzie słabo wykształceni. Śmieją się, że pobierają 500+ i pierwszy raz wyjeżdżają nad morze. Poszanowanie demokratycznego wyboru byłoby podstawą do wzajemnego porozumienia i szacunku. Czytałem wczoraj badania, które mówią dużo o polaryzacji. Wśród zwolenników opozycji ponad 50 procent uważa, że w ogóle nie warto rozmawiać z drugim człowiekiem o odmiennych poglądach. Wśród wyborców PiS ta liczba jest mniejsza o 10 proc., ale i tak niestety ponad 40 proc. też tak uważa. To niedobra prognoza na przyszłość. Rozmawiać ze sobą musimy. O to apeluję.

*Rozmawiał: Donat Szyller

Blog

Nadwiślańscy epigoni Bakunina i Kropotkina

Posted on

Wszystko już było. Zmieniają się kostiumy historyczne i uwarunkowania – ale tylko to. Obserwując trwające od czterech lat – a szczególnie intensywne w ostatnich tygodniach- próby anarchizacji życia publicznego w Polsce sięgam po Wielką Encyklopedię Oxfordzką. Znajduję tam to właśnie hasło: „anarchizm”. Cóż, warto zatem przypomnieć genezę owego pojęcia – podaję za I tomem wielotomowego wydawnictwa – otóż źródłem jest grecki wyraz „anarkhos” oznaczający ni mniej, ni więcej tylko … „bez zasad”. Czy nie pasuje to jak ulał do sytuacji w Polsce, gdzie opozycja działa tak, jak działa? Brytyjscy encyklopedyści wyjaśniają ,ze anarchizm to doktryna polityczna głosząca, że społeczeństwo nie potrzebuje rządu, praw, policji itd. Pokazywanie przez „totalsów”, i zaakceptuje tylko „swoje” prawo, a nie prawo jako takie – jest przykładem anarchizowania państwa. Inna definicja anarchizmu podana przez brytyjskich naukowców sprowadza się do stwierdzenia równie podejrzanie kojarzącego się z praktyką współczesnej opozycji nad Wisłą, Odrą, Wartą i Bugiem. Oto jest to „ruch społeczny sprzeciwiający się wszelkiej władzy publicznej” oraz „postulujący likwidacje państwa i zastąpieniem go ustrojem bezpaństwowym”….

Gra toczy się o państwo – lub jego brak  

Opozycja w Polsce jest wewnętrznie głęboko podzielona. To fakt. Ależ czy europejski, a z czasem i światowy anarchizm nie był podzielony wiek temu czy sto parędziesiąt lat wstecz? Oczywiście, że był. Był przecież anarchizm indywidualistyczny – kojarzony najbardziej z Francuzem Pierre Josephem Proudhonem. Potem ideologia anarchistyczna weszła na wyższe obroty – i stał się anarchizm kolektywistyczny, którego wyrazicielem był Rosjanin Michaił Bakunin. Skądinąd liczba Rosjan działających jako anarchiści przewyższała procentowy udział innych nacji. Charakterystyczne, że Polacy choć też obecni w XIX-wiecznych ruchach anarchistycznych stanowili grupę niezbyt wielką: nam chodziło o niepodległe państwo, a nie o brak państwa! Nasi rodacy półtora wieku temu i później wybierali różne „izmy”, także na przykład socjalizm, uznając iż może być on taranem do skruszenia okowów zaborców – ale anarchizm, poza wyjątkami, z takim wolnościowym instrumentem się nie kojarzył. Choć przecież totalną wolność głosił …

Arystokrata Kropotkin czyli anarchizm komunistyczny 

Kolejnym, wyższym i najwyższym piętrem historycznego anarchizmu był ten głoszony przez Rosjanina Piotra Kropotkina – anarchizm komunizujący czy komunistyczny (tak twierdzi wspomniana Encyklopedia Oxfordzka). Sam Kropotkin jednak, arystokrata i absolwent prestiżowej rosyjskiej akademii wojennej, a potem pilnujący porządku na posterunku w Irkucku (służbowy pobyt na Syberii wykorzystywał głównie jednak do badań naukowych) w sercu pozostał jednak Wielkorusem: ku osłupieniu anarchistycznego świata w 1914 roku nie dość, że poparł I wojnę światową (sic!) to jeszcze wezwał do walki z Niemcami… Polskim wątkiem w jego ciekawym życiorysie jest to, że przełom w jego myśleniu i zwrot w kierunku działalności antycarskiej i anarchistycznej nastąpił w 1866 roku, gdy na własne oczy widział i poniekąd uczestniczył w 1866 roku w krwawym stłumieniu dziś niestety zapomnianego powstania polskich zesłańców po Powstaniu Styczniowym na terenie Syberii. Nasi rodacy chcieli przedostać się do Chin – w trakcie tego buntu i eskapady, mogących być kanwą sensacyjnego filmu, zostali wymordowani przez sołdatów carskiej Rosji. Z Kropotkinem pod koniec jego życia było jak z niektórymi komunistami w sowieckich republikach 60, 70 lat później: poskrobiesz komucha, a okaże się że w środku jest nacjonalista: wrócił do ogarniętej rewolucją Rosji, nie przyjął kilku propozycji pracy na uniwersytetach na Zachodzie, po zwycięstwie Lenina nie wyjechał z kraju. Gdy zmarł niespełna cztery lata po tzw. Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowe, partia komunistyczna ogłosiła amnestię dla przebywających w więzieniach anarchistów, a na pogrzebie tego arystokraty – anarchisty było sto tysięcy ludzi – miała to być ostatnia taka wielka demonstracja w historii Związku Sowieckiego aż do czasów jego upadku.

Współczesne odsłony anarchizmu 

Patrząc na obecna opozycje w Polsce można by zapewne poprzydzielać poszczególne partie, środowiska i liderów do poszczególnych nurtów historycznego anarchizmu, wrzeszczącego „na pohybel państwu!”. Kto by pasował do anarchizmu indywidualistycznego? A kto do kolektywistycznego? Kto wreszcie świetnie by się odnalazł w anarchizmie komunistycznym? Z tym ostatnim tylko byłby taki kłopot co do kolorów: kolorem prawdziwych anarchistów jest czarny, komunistów czerwony. Zatem skończyłoby się, jak w powieści Stendhala „Czerwone i czarne”? Żarty na bok. Dla ułatwienia wyboru samych zainteresowanych i przyporządkowania polityków opozycyjnych do poszczególnych nurtów przez Państwa przypomnę jeszcze jeden fakt historyczny. Znamienny zresztą, moim zdaniem, choć pomijany jakoś czy minimalizowany w historii anarchizmu. Oto bowiem w latach 1980. anarchiści bardzo mocno angażowali się w dwie dotychczas w ogóle z nimi nie kojarzone sfery aktywności. Chodzi o działalność pacyfistyczną i … obronę praw zwierząt ! Co do tej pierwszej była to wówczas modna rzecz: Związek Sowiecki, ojczyzna patrona anarchistów profesora Piotra Kropotkina organizował po cichu antyamerykańskie manifestacje w całej Europie Zachodniej w związku z rozmieszczaniem przez USA rakiet balistycznych SS-20 ( sprawdzić nr !!!). Dla zachodnioeuropejskiej lewicy była to popularna forma zaistnienia, zaś dla Kremla możliwość politycznego wykorzystania lewaków, pacyfistów, anarchistów i kryptokomuchów -„pożytecznych idiotów”, by użyć definicji Włodzimierza Ilicza Lenina – była spora gratka. Czy nie odnajdujemy zadziwiające podobieństwa w tamtych „spontanicznych” akcjach z tymi obecnie w Polsce, których inicjatorzy oburzają się na „nierównoprawność” stosunków polsko-amerykańskich oraz postulują, że trzeba bardziej współpracować z UE, Berlinem czy Paryżem a nie „tym okropnym” Trumpem? „Pożyteczni idioci” po prostu zmieniają kostiumy, retorykę, czasem szerokość geograficzną – ale dalej pozostają właśnie „pożytecznymi idiotami” czy dla „nowej-starej Moskwy” czy innych ośrodków zewnętrznych.

Ruchy radykalnych, ideologicznych obrońców zwierząt przygarniały anarchistów trzy dekady wstecz. Teraz mają swoich kontynuatorów. Proszę poczytać wypowiedzi pani europoseł Sylwii Spurek czy profesor Magdaleny Środy. Anarchistyczni epigoni? Sieroty po dekadzie lat 198. zeszłego wieku? Jak zwał tak zwal, ale podobieństwa „widać, słychać i czuć”.

Groteska „nowej anarchii”… 

Wreszcie ostatni nurt europejski anarchizmu sprzed lat trzydziestu z okładem. Wówczas anarchiści protestowali przeciwko wielkim firmom (dziś nazywanym korporacjami ). Dzisiejsza opozycja protestuje przeciw nim selektywnie. A ściślej: Boże broń, nie sprzeciwia się tym zagranicznym – ależ wręcz przeciwnie. Ale już Spółkom Skarbu Państwa, które mają być częścią „imperium PiS” – jak najbardziej. A tak konkretnie: europoseł Koalicji Europejskiej, były premier(!) i były szef SLD Leszek Miller publikuje na Twitterze swoje zdjęcie z kubkiem kawy na stacji BP i sugestia, że tam jest OK w przeciwieństwie do tego „państwowego” i „partyjnego” Orlenu, gdzie tankowanie jest obciachem… Nie mówiąc już o opozycyjnych mediach, które mszcząc się za ograniczenie im dopływu oceanu środków z państwowych firm atakują je i – jak „Gazeta Wyborcza” – publikują donatorów kampanii wyborczych PiS, zajmujących stanowiska w tychże spółkach lub też pracujących w nich i jednocześnie kandydujących do samorządów lokalnych.

Anarchiści z XIX i XX wieku znaleźli dziś w Polsce naśladowców. Ich epigoni negują – odzyskane – państwo. I jeśli nawet wielu z nich nie słyszało o Bakuninie i nie czytało o Kropotkinie (bo „Wyborcza” nie napisała), to dziś ich działalność sprowadza się do podobnej, choćby nieco inaczej już motywowanej, walki z państwem i jego strukturami. Czasem przybiera to postać groteski, ale jednak ta „nowa anarchia” jest groźna.

*pod takim właśnie tytułem tekst ukazał się w “Gazecie Polskiej Codziennie” (30.01.2019). Pierwotny tytuł brzmiał: “Anarchiści kiedyś – anarchiści dziś, w Polsce A. D. 2019/2020.

Blog

Przysłowiowa „złota” wisienka na torcie

Posted on

Dziś rusza turniej kwalifikacyjny siatkarek do igrzysk olimpijskich w Tokio. Polki zagrają o jedyne premiowane awansem miejsce. To dobry powód, aby dziś zamiast mojego bloga zaprezentować wywiad ze mną nt. siatkówki, który ukazał się na stronie internetowej Polskiego Związku Piłki Siatkowej (PZPS). Przeprowadził go rzecznik PZPS Janusz Uznański.

pzps.pl: Za nami rok 2019: udany, czy mogliśmy sportowo zyskać więcej?

Ryszard Czarnecki – wiceprezes Polskiego Związku Piłki Siatkowej: Jasne, że i zawodnicy, i my po cichu myśleliśmy o „złocie” w Paryżu w mistrzostwach. Zważywszy jednak, że dotychczas niemal zawsze po roku wielkich sukcesów w męskiej siatkówce przychodził rok regresu to utrzymanie się na absolutnym topie rok po zdobyciu tytułu mistrza świata należy uznać za bardzo znaczące osiągnięcie . Z kolei mało kto przewidywał, że Biało-Czerwoni wejdą do Final Six Ligi Narodów, traktowanej jako etap przygotowań do turnieju kwalifikacji olimpijskich w Gdańsku – a tak się stało. „Srebro” Pucharu Świata też robi wrażenie . Dodajmy jeszcze „srebro” na Uniwersjadzie oraz medal minikadetów. Był to więc świetny rok, gdy chodzi o męska siatkówkę, choć zabrakło tej przysłowiowej złotej wisienki na torcie. Tak, jak bardzo doceniając osiągnięcia naszych siatkarek – wyjątkowe od lat, a więc niespodziewany awans do Final Six Ligi Narodów oraz po raz pierwszy od dekady wejście do najlepszej „czwórki” w Europie. Dlatego też i dziewczyny, i my żałujemy, że nie było medalu. Ale „co się odwlecze, o nie uciecze”, jak mówi stare polskie porzekadło…

Rok 2020, to rok olimpijski, czyli szczególny. Męska reprezentacja już ma paszporty do Tokio, ale oczekiwania są medalowe. Czy słusznie?

Nawet sami siatkarze mówią wprost o medalu – i słusznie, bo przecież jesteśmy mistrzami świata. Ale to też świadczy o ich ambicji. Wystarczy posłuchać naszego kapitana Michała Kubiaka, który nawet mówi o bardzo konkretnym kruszcu… Byłby to pierwszy medal na igrzyskach olimpijskich od 44 lat! Ale proponuję mówić o tym, jak najmniej, a skupić się na pracy.

Panie za kilka dni rozpoczną walkę o olimpijskie paszporty. W tym wypadku awans byłby chyba niespodzianką?

Jest kilka reprezentacji, które stają wyżej od nas w rankingu CEV. Choćby gospodynie turnieju, Holenderki, które na ostatnich mistrzostwach świata były czwarte, czy aktualne wicemistrzynie Europy Turczynki. Ale rankingi nie grają. Nasza drużyna, co pokazał rok 2019, jest na fali wznoszącej, mamy duże ambicje, dziewczyny będą walczyć, a ja w nie wierzę!

Zapytam Pana Prezesa, jako członka Prezydium Zarządu PKOl: jak nasza Olimpijska centrala jest przygotowana do Tokio?

Przygotowania przebiegają zgodnie z planem. Organizacyjnie wszystko idzie według wcześniej przyjętych harmonogramów. Nie ukrywam, że chcemy zdobyć więcej medali niż 10-11 zdobywanych na ostatnich paru igrzyskach .

W ostatnich dniach FIVB zaprezentowała nowe zasady kwalifikacji do IO 2024 i nowe zasady rankingu oraz kalendarza. Jak Pan ocenia te zmiany?

To postęp, choć daleko do ideału. Powtórzę po raz kolejny: warto w przyszłości wrócić do modelu, w którym mistrz olimpijski automatycznie uzyskuje awans na igrzyska, a mistrz świata na mistrzostwa globu. Ale doceniam plusy zmian wprowadzonych przez federacje światową, choć nie wszystko jeszcze zostało ustalone na 100 %. Na przykład czy jeden z trzech turniejów kwalifikacyjnych do IO będzie jednocześnie Pucharem Świata czy nie? Pozytywem, w moim przekonaniu jest stworzenie szansy awansu dwóm reprezentacjom z danego turnieju, a nie tylko jednej – oczywiście przy mniejszej ilości turniejów. To dobrze, bo to bardziej sprawiedliwe i mniej loteryjne. Na pewno dużym plusem jest możliwość awansu z „rankingu” kontynentalnego. Zwłaszcza, że będzie on liczony na podstawie wszystkich wyników od 2020 roku począwszy. To pomysł na uniknięcie przypadkowości i na to, żeby w Paryżu na IO 2024 zagrały rzeczywiście wszystkie najlepsze reprezentacje, biorąc oczywiście poprawkę konieczności startu w igrzyskach przedstawicieli różnych kontynentów. Reasumując: krok naprzód, choć nie powinien to być model docelowy.

W roku 2021 będziemy współgospodarzami ME mężczyzn. Pan Premier deklarował wsparcie państwa. Jak ono będzie wyglądać w praktyce?

Rolą PZPS nie jest dyktowanie szefowi polskiego rządu, co ma robić. Ale wiadomo, że chodzi o wsparcie finansowe – bezpośrednie w sensie dotacji celowych lub pośrednie w sensie zaangażowania spółek Skarbu Państwa.

Rok później mamy wraz z Holandią współorganizować MŚ kobiet. Czy i tu możemy liczyć na wsparcie państwa?

Takie wstępne deklaracje padły i to jeszcze przed przyznaniem przez FIVB nam i Holandii mistrzostw w 2022 roku – było to na spotkaniu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów z udziałem szefa KPRM ministra Michała Dworczyka, przedstawiciela FIVB i moim. Zatem, znów odwołując się do kolejnego polskiego porzekadła : „słowo się rzekło – kobyłka u płotu”.  Skądinąd  polska strona użyła w negocjacjach z FIVB tego właśnie ważnego argumentu: gwarancji rządu RP . W styczniu na spotkaniu z premierem Morawieckim będziemy ustalać konkrety tej rządowej pomocy dla pierwszych w historii mistrzostw świata kobiet w naszym kraju.

Wracając na krajowe podwórko. Jeszcze przed świętami wraz z Prezesem Jackiem Kasprzykiem mieliście Panowie okazję spotkać się z nową Panią Minister Sportu. Jak nowa szefowa polskiego sportu pozycjonuje siatkówkę?

To było bardzo dobre i konstruktywne spotkanie. Mówiliśmy i o organizacji największych imprez siatkarskich w Polsce na przestrzeni najbliższych trzech lat i o szkoleniu młodzieży i zwiększeniu środków na to i o inwestycjach dla siatkówki w Szczyrku  i wreszcie o najbliższym turnieju kwalifikacyjnym kobiet do IO w Japonii. To spotkanie dobrze wróży współpracy PZPS z resortem sportu pod nowym kierownictwem. W rozmowie brał również udział dyrektor departamentu sportu wyczynowego pan Marcin Nowak.

Jakie powinny być strategiczne cele Polskiej Siatkówki na najbliższy rok i lata kolejne?

To już temat na kolejna nasza rozmowę, poświęcona wyłącznie strategii dla naszej dyscypliny. Dziś w skrócie tylko powiem, że powinniśmy poza celami czysto sportowymi czyli medalami najważniejszych imprez (IO,MŚ, ME) skoncentrować się na przygotowaniach do turniejów mistrzowskich rozgrywanych w Polsce (ME panów 2021 i MŚ kobiet 2022) oraz LN i ewentualnie Pucharu Świata, zadbać o sukcesy na poziomie juniorskim, poszerzyć podstawę piramidy polskiej siatkówki, czyli szkolenie dzieci i młodzieży w SOS i SMS-ch, starając się o zwiększenie środków na te cele z Ministerstwa Sportu, ale też – co bardzo ważne –poszerzyć polskie „lobby” we władzach FIVB i CEV oraz liczbę sędziów z Polski ,którzy są obecni na najważniejszych imprezach siatkarskich na świecie i w Europie. Warto o tych celach  porozmawiać znacznie szerzej w najbliższej przyszłości.

 

 

Blog

Świat w roku 2020

Posted on

Rok 2020 w polityce międzynarodowej zapowiada się pasjonująco. Mówiąc Alfredem Hitchcockiem: zacznie się od trzęsienia ziemi – 31 stycznia ma w końcu nastąpić Brexit – a potem napięcie będzie narastać. Już teraz prezydencję  w UE pierwszy raz w historii objęła Chorwacja, choć na razie jej półroczne przewodniczenie w Unii jest w cieniu wyborów prezydenckich w tym kraju. Odpowiedź na pytanie czy wygra obecna centroprawicowa prezydent, czy były lewicowy premier będzie częścią fotografii o nastroje polityczne w Europie. Dla całego natomiast regionu, ale także dla idei Trójmorza i współpracy „nowej Unii” z USA będzie miał wynik wyborów prezydenckich w Polsce. Kontynuacja prezydentury Andrzeja Dudy to sygnał samodzielności Polski, emancypacji politycznej Europy Środkowo-Wschodniej oraz dobrych relacji transatlantyckich. Podczas prezydencji Niemiec w UE (drugie półrocze) zapadną wspólne decyzje o budżecie Unii 2021-27: ostatnim, gdzie przez całe 7 lat Polska nie będzie płatnikiem netto czyli będzie więcej brać z Brukseli (jak dotąd) niż dawać tam w formie składki członkowskiej. Wreszcie w listopadzie odbędą się wybory prezydenta USA. To będzie bardzo ważny rok dla globalnej polityki.

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie”

Blog

Dobry rok 2019

Posted on

Mijający rok 2019 był na tyle dobry dla Polski, że śmiało można na Nowy Rok 2020 składać życzenia, aby „był to rok 2019 plus”. Obóz patriotyczny dwukrotnie wygrał wybory. Przy czym europejskie pierwszy raz w historii elekcji do parlamentu w Brukseli i Strasburgu, a parlamentarne drugi raz z rzędu. Prawo i Sprawiedliwość będzie rządzić co najmniej kolejne cztery lata, mając ponownie mocny demokratyczny mandat, choć w Senacie  będąc siłą polityczną „numer 1” –  nie ma większości. Rzeczpospolita notuje okres olbrzymiego wzrostu gospodarczego i przez sześć ostatnich kwartałów jest liderem w Unii Europejskiej, gdy chodzi o wzrost PKB na głowę mieszkańca. Udało się nie wpaść w pułapkę spowolnienia  – a jest to udziałem naszych najbliższych i dalszych zachodnich sąsiadów, choć na pewno w kolejnym roku będzie to dla nas sporym wyzwaniem. Na arenie międzynarodowej świat uniknął zapowiadanej przez tabloidy i przez niektórych ekspertów (!) wojny. Największe mocarstwa tereny swoich wpływów powiększały za pomocą gospodarki i „miękkiej” dyplomacji, a nie siły zbrojnej. Paradoksalnie nieco i wbrew logice doszło do zaostrzenia relacji handlowych między USA a Europą, a jednocześnie do zawarcia handlowego „zawieszenia broni” przez Waszyngton i Pekin. To był naprawdę dobry rok.

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (28.12.2019)

 

Blog

Polski Pere Lachaise, francuskie gwizdy na ś. p. Chiraca…

Posted on

Paryż. Do meczu Polski i Francji o brązowy medal Mistrzostw Europy siatkarzy zostało jeszcze pół dnia, idę zatem na cmentarz Pere Lachaise. Jeszcze nie wiem, że za parę godzin Biało-Czerwoni spuszczą lanie gospodarzom 3-0. Dopiero co Macron wezwał, aby ekolodzy jechali do Polski i wyszli tam na ulice protestując przeciwko polityce rządu RP, który nie chce zamykać kopalni (i wyrzucać ludzi na bruk). Jeszcze nie wiem, chodząc po alejkach liczącego 215 lat cmentarza, że wieczorem polski ambasador Tomasz Młynarski napisze na Twitterze, że to Polacy wyjdą, ale na ulice Paryża by cieszyć się ze zwycięstwa nad Francuzami…

Przy grobie Chopina grupka Francuzów z przewodnikiem zaopatrzonym w duże zdjęcie Fryderyka. Widzę biało-czerwony wieniec z szarfa wskazująca, że była tu delegacja Sejmu. Gmatwanina alejek z nagrobkami głównie z XIX wieku, niektórymi już ledwo czytelnym, i szerokich alei po których swobodnie jeżdżą samochody. Te auta trochę szokują. Inna definicja szacunku dla zmarłych niż u nas. Czy dlatego podczas minuty ciszy po śmierci prezydenta Chiraca podczas meczu Francja-Serbia były gwizdy jego przeciwników politycznych? Czy dlatego na stacji metra Pere Lachaise na plakatach zapowiadających wystawę sztuki afrykańskiej pod patronatem Jacquesa Chiraca ktoś pracowicie przekreśla jego nazwisko, a nawet dopisuje z satysfakcja, że już nie żyje – „Mort!” ?

Przy grobie Marii WALEWSKIEJ (ściślej: jej serca) – towarzyszki życia Napoleona jakiś Francuz spieszy z informacją i dziwi się, że wiem kim była i co ja łączyło z cesarzem Francuzów.

Grobowiec Zawistowskiego liczy może z półtora wieku. Dziś hula po nim wiatr. Przemija postać (tego) świata – jak chciał św. Paweł, a potem Hanna Malewska. Na Pere Lachaise (od nazwiska jezuity, spowiednika Ludwika XIV, który od „Króla-Słońce” – tego od „państwo  to ja” – otrzymał willę przylegającą do ogrodów, które potem stały się cmentarzem) ma spoczywać milion osób. Poza grobami Francuzów dostrzegam nazwiska Ormian, Żydów, Wietnamczyków i Polaków.

Odnajduję grób Balzaka. Ważny dla nas szczególnie ze względu na to, że pochowana wraz z nim jest jego polska żona – Ewelina (Ewa) Hańska z domu Rzewuska i jej córka z pierwszego małżeństwa. Poloników jest tu masę. Spisuję niektóre nazwiska naszych rodaków tu pochowanych: gen. Jarosław Dąbrowski (spiskowiec antycarski, choć bardziej znany jako dowódca Komuny Paryskiej), gen. Stanisław Gawroński (z Powstania Listopadowego), gen. Jan Komarzewski (szef Kancelarii Wojskowej Stanisława Augusta), gen. Józef Wysocki (z Powstania Węgierskiego 1846-48)-a więc ludzi ,którzy na przestrzeni około 80 lat w rożny sposób walczyli za Polskę .

Wychodzę z cmentarza, który jest częścią polskiej historii, aby zanurzyć się w Paryż. Ale spotkania z rodakami pochowanymi na obcej ziemi zapamiętam na zawsze.

*felieton ukazał się na łamach „wSieciHistorii” (listopad-grudzień 2019) pod nadanym przez redakcję tytułem „Polski Pere-Lachaise”. 

 

 

Blog

Jan Uparty i jego cztery miłości

Posted on

„No i co tam słychać w tej całej Brukseli, Panie Ministrze?” – pytał niemal zawsze przy naszych spotkaniach Jan. Byliśmy po imieniu. Ale tak się właśnie zwracał. Przed Brukselą nie klęczał, nie miał do niej stosunku nabożnego, pełnego czci czy utajonych kompleksów – a było to udziałem wielu polityków w Polsce w ostatnich trzech dekadach. A to był okres działalności publicznej Jana Feliksa Szyszko. O tym jego drugim imieniu mało kto wiedział. Ale jego znali chyba niemal wszyscy, którzy interesowali się życiem publicznym. Rzadko kto bowiem jest ministrem w tym samym resorcie, ale u pięciu (sic!) różnych premierów. Jan kierował resortem środowiska w gabinecie Jerzego Buzka  (wtedy nazwa resortu była znacznie dłuższa: Ochrony Środowiska, Zasobów Naturalnych i Leśnictwa ! ). Potem owe „Leśnictwo” zniknęło, ale akurat Lasy Państwowe – to nasze dobro narodowe – miały w ministrze Janie najlepszego z możliwych ambasadorów. Gdy był w opozycji walczył, żeby ich nie sprywatyzowano i nie oddano w obce ręce. Walczył – wraz z całym PiS-em – skutecznie. Ale wcześniej robił swoje jako członek Rady Ministrów za czasów AWS. Politycznie lojalny wobec Jarosława Kaczyńskiego i PC, którego w swoim czasie był wiceprezesem- stanowisko stracił, bo kierownictwo Akcji Wyborczej Solidarność –  a szczególnie quasi-partii Ruch Społeczny „Solidarność” –  chciało minimalizować role tych, którzy nie wpisywali się w polityczne koncepcje Mariana Krzaklewskiego i będącego przez dłuższy czas (choć nie do końca) jego echem Jerzego Buzka. Potem był ministrem w rządach Kazimierza Marcinkiewicza, Jarosława Kaczyńskiego, Beaty Szydło i przez kilka tygodni Mateusza Morawieckiego. Fachowiec, pasjonat przyrody, człowiek olbrzymiej wiedzy chodził jednak jak na polityka własnymi ścieżkami  i nieraz byłem świadkiem, jak załamywano ręce nad tym, że w różnych sprawach sam sobie był „sterem, żeglarzem, okrętem”. Było to szczególnie widoczne w 2016 roku, kiedy weszliśmy w fazę taktycznego zaprzyjaźniania się z Komisją Europejską i ratowania reform wymiaru sprawiedliwości przed unijnym walcem kosztem położenia na ołtarzu owego ocieplenia sprawy Puszczy Białowieskiej. Gdy Jan Szyszko jechał tłumaczyć nasze racje do Luksemburga, do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, w rządzie po cichu załamywano ręce „co im powie?”, „jak on im się odwinie?”. PiS chciał skracać fronty i nie walczyć na zbyt wielu polach z  Brukselą…

Przy okazji Białowieży stał się obiektem niebywałego hejtu w mediach opozycyjnych i tzw. społecznościowych. Wylewano na niego hektolitry pomyj, robiono z niego – miłośnika przyrody – wroga polskiego środowiska naturalnego. Przy czym fakty się nie liczyły. Ani liczby wyciętych drzew przez samorządy rządzone przez PO (także w Warszawie Hanny Gronkiewicz-Waltz!). Zagłuszano merytoryczne informacje o straszliwych konsekwencjach dla lasów, jakie stwarzał brak reakcji na epidemię słynnego kornika drukarza – na przykład w Niemczech. Gdy potem w Bawarii niemiłosiernie cięto hektary lasów, by uratować pozostały drzewostan, przemilczano to w tych samych mediach, które opłakiwały każde drzewo w Puszczy Białowieskiej.

Jan Szyszko miał cztery miłości. Po pierwsze – Polska. Po drugie – Kościół Katolicki, którego był wiernym synem. Mocno wspierał środowisko Radia „Maryja” i Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu ojca dyrektora Tadeusza Rydzyka. Często gościł w „toruńskich” mediach. Jego trzecia miłość to żona, która towarzyszyła mu zresztą na bardzo wielu uroczystościach. Miał z nią dwie córki. Czwarta miłość to… Stara Miłosna. Tam się urodził przed 75 laty, tam całe życie mieszkał, tam na parafialnym cmentarzu w parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa pochowani są jego rodzice: mama – Eleonora zmarła przed 29 laty i ojciec – Jan zmarły w 1987 roku.

Jan Szyszko był człowiekiem ciepłym, serdecznym, mającym własne zdanie, czasem upartym. Służył Polsce. „Przeszedł czyniąc dobrze”.

*tekst ukazał się w miesięczniku „Nowe Państwo” (listopad 2019) 

 

Blog

Pocztówka z Nairobi

Posted on

Mówiąc Wyspiańskim: „Chińczyki trzymają  się mocno” – także  w Afryce. Właśnie wróciłem z Kenii ze szczytu ONZ (szkoda o nim gadać). I oczywiście widziałem tam chińskie inwestycje, budowy z szyldami z chińskim alfabetem – cóż za transparencja, nie mają nic do ukrycia, są pewni siebie. Na przestrzeni ostatnich parunastu lat byłem w kilkunastu krajach Afryki i mogłem zaobserwować, że „Państwo Środka” wchodzi w „Czarny Ląd” (sorry za polityczną niepoprawność) jak w masło. Pekin nie pyta dyktatorów czy półdyktatorów o prawa człowieka, tylko inwestuje i handluje. Chociaż zamiast słowa „handluje” raczej należałoby powiedzieć: sprzedaje, podobnie jak na całym świecie. Jednak siła Chińskiej Republiki Ludowej nie polega głównie – choć także – na zróżnicowanej i generalnie taniej ofercie handlowej, lecz na inwestycjach. Inwestycjach we wszystko. Chińczycy budują w Afryce drogi i stadiony, hotele i wieżowce. Budują w Afryce wschodniej (a propos Kenii), ale też zachodniej, północnej i południowej. Powoli, jak przystało na naród z kilkutysięczna historią „robią swoje”. Uzależniają gospodarczo państwa Afryki, ale przecież też szereg krajów azjatyckich czy wyspy-państwa położone na Pacyfiku. Nie biję na alarm, bo nie jest polskim interesem ostrzegać przed Chinami – to nie nasz ból głowy, nie nasz problem. W polskim interesie jest żebyśmy znacznie więcej eksportowali do ChRL niż dotąd i żeby choć trochę zrównoważyć negatywne saldo handlowe. Ale co do tego, co robi Pekin w skali globalnej to „nasza chata z kraja”. Stwierdzam po prostu fakt, że potęga „numer 2” na świecie wypiera wpływy Europy, Ameryki i innych państw azjatyckich w różnych częściach świata, także w Afryce.

Chińczycy Chińczykami, ale materiałów do moich „dzienników kenijskich” zapisuję sporo. W stolicy kraju, Nairobi, taksówki za które można zapłacić kartą nie uświadczysz. Dolarów ani euro nie przyjmują, musisz mieć lokalną walutę albo wezwać „ubera”. Pod tym względem Nairobi jest kosmopolityczne. Podobnie zresztą, gdy chodzi o najlepsze marki najdroższych ubrań, torebek, czy kosmetyków dostępnych tutaj dla miejscowej elity, która nie ma problemów z zakupieniem dla siebie tego samego, co elita w Rzymie, Tokio czy Berlinie (państwa „Osi” wybrałem przypadkowo…).

Jestem tu w połowie listopada. Święta zapasem, faceci z reklam też to wiedzą. Widzę wielkie billboardy oferujące praktyczne prezenty na święta: pralkę, lodówkę, kuchenkę. Na reklamie tego nie widać, ale w cenie są tez generatory prądu: jak znalazł na wypadek awarii czy ograniczenia dostaw. Każdy hotel i każdy szpital ma własne zasilanie w prąd. A polska firma robi kokosy eksportując tu własne generatory prądu. To na tyle dobry biznes, że ową polską firmę stać, aby – co chwalebne – zostać sponsorem uroczystości w ambasadzie RP. Skoro już mowa o polskiej obecności gospodarczej w tym wschodnioafrykańskim państwie, to wymiana handlowa między Polską a Kenią w ostatnim roku wyniosła 90 milionów dolarów USA. To może nie rzuca na kolana, ale gwoli ścisłości to więcej niż wymiana handlowa z Kenia – Czech, Słowacji i Węgier łącznie! Praga tradycyjnie eksportuje tu broń, w dużym stopniu z Brna (zakłady „Zbrojovka”).

Korki w Nairobi spotęgowane są odbywającym się tu szczytem ONZ. Poświęcony on jest „prawom reprodukcyjnym”, aborcji, itd. Stąd nie dziwią mnie ludzie, których spotykam  ubrani w koszulki, „condom this night saved my life”. Tu nie ma żadnych zahamowań. A z drugiej strony stojąc w korkach w wielu samochodach dostrzegam powieszone różańce i napisy podkreślające związek z wartościami chrześcijańskimi.

Gdy stąd wyjeżdżam, żegna mnie lew i tygrys, a raczej ich posągi umieszczone na wysepce zieleni na rondzie. Safari to afrykański biznes, podobnie jak parki narodowe. W tych ostatnich tubylcy nie płacą prawie nic, dyplomaci-rezydenci już całkiem sporo, ale dopiero zagranicznym turystom łupi się skórę.

Żegnaj, Kenio – kraju kontrastów: z pełnymi kościołami i z ponad 1,5 milionem chorych zarażonych wirusem  HIV…

*tekst ukazał się w miesięczniku „Nowe Państwo” (grudzień 2019) 

Blog

Import zamordyzmu intelektualnego. Wersja nadwiślańska

Posted on

Pamiętam czas, kiedy Uniwersytet Wrocławski im. Bolesława Bieruta (sic!) był prawdziwą… oazą wolności. I to w okresie stanu wojennego i trudnych lat po nim. Na tej i wielu innych polskich uczelniach – choć na pewno nie wszystkich – oddychaliśmy świeżym powietrzem, mieliśmy pracowników naukowych, którzy uczyli nas prawdy o polskich dziejach i niczym nieskrępowanej dyskusji. Nie idealizuję tego czasu. Tak było. Właśnie dlatego władze komunistyczne w 1985 roku przeprowadziły czystkę na polskich uczelniach wyrzucając ze stanowisk około stu rektorów, dziekanów, dyrektorów instytutów i innych „funkcyjnych”. Oczywiście nie chcę mówić, że wszyscy nauczyciele akademiccy byli ok – bo nie byli. Ale jest bolesnym paradoksem, że uczelnie w dużych miastach, które kiedyś były wysepkami wolności na „Morzu Czerwonym”, dzisiaj tę wolność tłumią. Nie chodzi tylko o skandaliczne zawieszenie na 3 miesiące profesora Aleksandra Nalaskowskiego na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika (patron UMK pewnie się w grobie przewraca), ale o odwoływanie wykładów różnych publicystów, dziennikarzy, historyków, polityków na wielu uniwersytetach. Co ma to wspólnego z wolnościami akademickimi? Nic. A co ma z gorsetem „politycznej poprawności”? Bardzo wiele. Na naszych dokonuje się importu z USA i Europy Zachodniej pewnego zamordyzmu intelektualnego.

Żeby było jasne, nie dotyczy to wyłącznie, może nawet nie głównie środowisk akademickich. Dotyczy to również kultury. Casus Redbada Klynstry, ale także szeregu innych przed nim, choćby tych występujących w filmie „Smoleńsk” czy nawet dających świadectwo prawdzie na warszawskiej ulicy tuż po 10 kwietnia 2010 roku. Dotyczy to  także wymiaru sprawiedliwości, konkretnie środowiska sędziowskiego, gdy próby wymuszania właściwej „postawy ideowo-politycznej”  – proszę wybaczyć mi to określenie żywcem zapożyczone z czasów komunizmu, ale pasuje tu ono jak ulał – biorą górę nad relacjami przyjacielsko-koleżeńskimi czy wręcz interesem instytucji.

Jako historyk powiem, że mieliśmy w II RP czas, kiedy spora część kadry profesorskiej – i to w różnych częściach Polski -była więcej niż sceptyczna wobec rządów sanacji. Ci naukowcy – profesorowie i asystenci związani byli z Obozem Narodowym. Jednak owa opozycyjność nie przedkładała się na tak skandaliczne decyzje, jak represjonowanie „prorządowego” pracownika naukowego o olbrzymim dorobku i wielkim doświadczeniu.

Niemała część młodej polskiej inteligencji uczyła się z książek profesora Nalaskowskiego. Co dziś pomyślą o rektorze UMK czy kolegium rektorskim, bo przecież ta haniebna decyzja nie była udziałem tylko jednego człowieka? I jeszcze za co go zawieszono? Na polskich uczelniach, o zgrozo, pracuje wciąż szereg osób „umaczanych” w komunie – ludzi, którzy na przykład byli TW SB. Im nie spadł włos z głowy, przeciwnie, nieraz to właśnie ci ludzie na Radach Instytutów, Radach Wydziałów  czy nawet Senacie są w awangardzie zwalczania demokratycznie wybranego rządu.

Łatwiej jest w III RP, będąc pracownikiem naukowym dokonać pospolitego przestępstwa i nie ponieść z tego tytułu żadnych konsekwencji na własnej uczelni niż będąc samodzielnym, krytycznie myślącym nauczycielem akademickiemu głosić swe poglądy. Charakterystyczne, że profesor Nalaskowski „nie użył” katedry do głoszenia krytyki LGBT, nie czynił tego w czasie swoich wykładów, ale napisał tekst do prawicowego tygodnika. Już ktoś mi powiedział, że przypomina mu to odwołanie mnie z funkcji wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego za wywiad udzielony dla prawicowego portalu, a więc nie za wystąpienie na forum europarlamentu.

Profesor Nalaskowski staje się symbolem ludzi głoszących własne przekonania-bez względu na konsekwencje. Ale akurat są to przekonania olbrzymiej większości polskiego społeczeństwa. Widocznie ci, którzy go zawieszali maja to w nosie.

Opinia publiczna powinna zapamiętać nazwiska tych, którzy podjęli decyzję „w sprawie Nalaskowskiego”. Decyzję sprzeczną z polską tradycją wolnościową…

*felieton ukazał się w miesięczniku „Nowe Państwo”  (październik 2019)

 

Blog

Komisja Europejska: w cieniu afer czy „afer”?

Posted on

Gdy panią minister rozwoju regionalnego aresztowano pod zarzutami korupcyjnymi, w więzieniu spędziła miesiąc. A później ,przez ostatnie piec lat była eurokomisarzem. Teraz znów jej rząd zgłosił ją do Komisji Europejskiej. Chodzi o Verę Jourovą. Brzmi sensacyjnie?

Jasne. Tyle, że bądźmy bardziej wnikliwi niż tabloidy: Czeszka został uwolniona z zarzutów, a nawet wypłacono jej odszkodowanie za czas spędzony za kratami.

Gdy reprezentowała swój kraj w Parlamencie Europejskim, zatrudniała asystenta, który jednak nie pracował w Brukseli – jak to przedstawiała i jak wymagały tego przepisy – tylko w Paryżu – i to na rzecz jej partii. Europejskie CBA czyli OLAF wszczęło w związku z tym wobec owej europosłanki z Francji postepowanie – a była nią Sylvie Goulard. Zakończyło się ono sensacyjną dymisją nie tyle z funkcji eurodeputowanego – bo to formalnie niemożliwe-tylko ze stanowiska … ministra obrony. Pełniła je zaledwie trzy tygodnie i byłą bodaj najkrótszym stażem ministrem „od wojny” Republiki. A dziś po dwóch latach od owej dymisji jest kandydatem Francji na komisarza. Myślę, że z 99 % szans na wybór. Skądinąd podobnie jak Czeszka. Co do Francuzki, to istnieje hipoteza, że Macron stanowisko komisarza obiecał jej już w 2017 roku, gdy jej dymisja posłużyła do wymuszenia dymisji z rządu na Francois Bayrou, jednym z liderów liberalnego centrum, który poparł Macrona, ale potem stał się dla niego balastem. Manewr się powiódł, a Goulard będąca elementem rozgrywki między Macronem a Bayrou straciła stanowisko szefa resortu obrony, by zapewne po niespełna 2,5 roku zyskać stanowisko komisarza.

Były minister spraw zagranicznych jest posądzony o korupcję i pranie brudnych pieniędzy. Nie byłoby to może coś nadmiernie sensacyjnego, gdyby nie chodziło o kraj będący jednym z ojców-założycieli Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, a potem EWG. Ba, ów minister Didier Reynders to kandydat na komisarza z ramienia Belgii. „Jego” afera wiąże się z budową belgijskiej ambasady w Kinszasie, którą nadzorował właśnie szef MSZ. Jednak przyglądając się temu bliżej, okaże się, że Monsieur Reynders to Walon, frankofon, a atak na niego przypuściła flamandzkojęzyczna „De Tijd”. Belgijski kandydat na komisarza ma w swoim politycznym CV bycie wicepremierem, ministrem obrony i długi czas ministrem finansów. Być może zatem cała „afera” jest elementem rozgrywek między Walonami a Flamandami. Przypomnijmy, że podobne zarzuty antykorupcyjne były stawiane innemu byłemu szefowi MSZ Belgii ,też komisarzowi- i też Walonowi! – Louisowi Michelowi (skądinąd jego syn Charles Michel był premierem Belgii, a teraz jest kandydatem na szefa Rady Europejskiej).

Kolejny pasztet dla przewodniczącej von der Leyen jest produkcji portugalskiej. Kandydatka na komisarza Elisa Ferreira – teka: fundusze strukturalne – ma problem, bo jej mąż jest prezydentem CCDR czyli struktury odpowiadającej za podział… funduszy strukturalnych w północnej Portugalii. Klasyczny konflikt interesów z rodziną w tle.

Czy możliwe jest, aby minister wraz mężem przez cały rok utrzymywała się tylko z … emerytury męża? Tym tematem żyją rumuńskie media w kontekście kandydatki na komisarza. Majątek Rovany Plumb ma być niezgodny ze środkami, które realnie zarabia. Co ciekawe kandydatka na reprezentanta Rumunii w KE stwierdziła, że prawie cały swój dochód za 2016 rok przekazała w formie pożyczki … macierzystej partii socjalistycznej. Dodatkowo media wyciągały jej sprawę sprzedaży wyspy (sic!), w która miała być ponoć zamieszana.

Gdy był ministrem w swoim kraju, oskarżano go o udział w aferze korupcyjnej. Sprawa została umorzona. Teraz podnosi się kwestię, że z fundacji którą współkieruje miało wyparować 300 tysięcy euro. Mimo to Josep Borel, były szef PE (2004-2007), socjalista jest kandydatem Hiszpanii na High Representative czyli komisarza odpowiedzialnego za politykę zagraniczną i bezpieczeństwo.

Wszystkich tych kandydatów zgłosiła już wybrana przewodnicząca Komisji Ursula von der Leyen. Ona sama jest atakowana za zawieranie przez resort obrony RFN, którym kierowała w latach 2013-2019, wielomilionowych kontraktów bez przetargów.

Pamiętajmy jednak o zasadzie domniemania niewinności. A w polityce robi się różne „numery”, aby wyeliminować politycznych przeciwników…

*tekst ukazał się w miesięczniku “Nowe Państwo” (październik 2019)

Blog

Polska-Ukraina: odwilż?

Posted on

Oglądam wyborczą Ukrainę i przypominam sobie, jak pierwszy raz na wyborach u naszego wschodniego sąsiada byłem 17 lat(!) temu. To był zupełnie inny kraj i zupełnie inne społeczeństwo: wtedy Ukraina była częścią Wschodu, dziś westernizuje się niezależnie od zmiany prezydenta i rządu. Ale też znacznie silniejsze niż wtedy są tendencje nacjonalistyczne. Choć akurat nowa Głowa Państwa, aktor grający prezydenta, który prezydentem został (porównania z Reaganem jednak przedwczesne) może nie zostanie zakładnikiem nacjonalistów, jak Wiktor Juszczenko i Petro Poroszenko? Z czego wynika ta nadzieja? Izraelska prasa pisała po ostatnich wyborach prezydenckich w Kijowie, że Ukraina jest jedynym państwem na świecie – poza Izraelem – gdzie i premier (Hrojsman) i prezydent (Zełenski) to Żydzi. Eksperci przypominają, że ukraińscy nacjonaliści na Kresach Południowo-Wschodnich RP mordując głównie Polaków, zabijali także Żydów. Życie pokaże czy te nadzieje nie były płonne.

Pytam ambasadora UE w Kijowie, Włocha Huguesa Mingarelli, co jest na dłuższą metę strategią Rosji wobec Ukrainy? Dyplomata nie waha się ani chwili: „federalizacja” – odpowiada. Chodzi o to, aby z państwa unitarnego uczynić kraj z, powiedzmy, landami o bardzo silnej autonomii. W sposób oczywisty wschodnie regiony  ciążyłyby gospodarczo i politycznie do Federacji Rosyjskiej.

Jeden z ukraińskich problemów to fakt, że aż milion obywateli tego państwa nie głosuje, bo nie zostało zarejestrowanych. To wewnętrzni „uchodźcy”, którzy uciekli z terenów Ukrainy Wschodniej ogarniętych wojną i wynikającą z niej katastrofą gospodarczą.

Mnie jednak bardziej interesują relacje między moją Ojczyzną a naszym wschodnim sąsiadem. Na przykład problem ekshumacji Polaków mordowanych przez Sowietów, a także samych Ukraińców. Przez 30 lat odbyły się tylko dwie takie ekshumacje! Pokazuje to, że także za rządów odległych od nacjonalizmu prezydentów Kuczmy czy Janukowycza ta sprawa była równie trudna, jak za rządów ludzi z „pierwszego” czy „drugiego” Majdanu. Teraz wreszcie jest kolejna, przy czym Polakom łaskawie dano tam statut obserwatora. Skądinąd nie jest to zgodne z Traktatem Polsko-Ukraińskim, który gwarantuje nam pełnoprawne uczestnictwo – tym niemniej jest to krok na przód. Ciekawe, że strona ukraińska unikała ekshumacji także ofiar komunizmu. Czy ze względu na fakt resentymentów prosowieckich na wschodzie kraju? Czy może bardziej dlatego, że kilkadziesiąt procent zamordowanych przez Sowietów ma terenie USRS w latach 1930-ch i 1940-ch to nasi rodacy?

Zełenski spotkał się już z prezydentem Dudą jeszcze jako prezydent-elekt w polskiej ambasadzie przy UE w Brukseli. Teraz przyjeżdża do Polski w związku z 80. rocznicą napaści Niemiec na nasz kraj i wybuchu II wojny światowej.

Czy ta odwilż w naszych relacjach będzie trwała?

*tekst ukazał się w miesięczniku „wSieci Historii” (wrzesień 2019)