Blog

Grzebień dla łysego czyli PO jeszcze nie umarła …

Posted on

 

 

Można powiedzieć, że PO w ostatnich wyborach prezydenckich dostała KO… To oczywiście żart, bo w języku boksu KO oznacza porażkę przed czasem. A tymczasem Trzaskowski nie przegrał przez nokaut tylko na punkty, choć jednak wyraźnie, bo prawie pół miliona głosów to nie drobiazg i piechotą nie chodzi.

 

Można by rzec, że Platforma przegrywając siódmy raz z rzędu –  już po raz siódmy zyskała bezcenne doświadczenie. Oni z każdą kolejną porażką zyskują  kolejne doświadczenie  i tak to już trwa latek sześć. Z tym doświadczeniem to przypomina mi się chińskie przysłowie (mam nadzieję, że w mojej proamerykańskiej –  i słusznie – ojczyźnie  można jeszcze cytować chińskie mądrości…), które mówi „Doświadczenie jest niczym grzebień ofiarowany przez naturę łysemu”.

 

Ba, nie będę kopał leżącego, ale owa PO uzyskująca  po raz n-ty doświadczenie, a nie wiktorię, zasługuje na przypomnienie złotej myśli amerykańskiego pisarza Dona Stanforda: „Doświadczenie jest tym, co otrzymujesz, jeśli nie otrzymujesz tego, czego chciałeś”. Teraz kandydat na prezydenta, przepraszam, wirtualny prezydent Rafał Trzaskowski oświadczył w Gdyni – jak na prezydenta Warszawy przystało – że będzie budował nowy ruch obywatelski. Cóż, od razu mi się przypomniała maksyma rosyjskiego pisarza (mam nadzieję, że w moim proamerykańskim – i słusznie – kraju można jeszcze cytować rosyjskich pisarzy…), ale nie MG- Maksyma  Gorkiego, tylko znacznie lepszego MG czyli Mikołaja Gogola. Tenże Gogol napisał kiedyś, iż: „Stare jeszcze nie umarło, nowe jeszcze się nie urodziło, a jedno i drugie wciąż zagraża żyjącym”….No, tak: PO razem z KO jeszcze nie umarło, nowy tych obywatelski jeszcze się nie urodził, a jedno i drugie…

 

Po przegranej numer 7 opozycja szuka winnych. Szybko znalazła: Podkarpacie, telewizja publiczna, niewykształceni mieszkańcy, ze wsi, staruchy. Czyli stara śpiewka. Akurat minęło 13 lat, gdy ten obóz postępu i tolerancji głosił hasło: „zabierz babci dowód”.  Kiedyś się udało, ale teraz babcie pokazały gest Kozakiewicza komu trzeba i jak trzeba.

 

Zatem opozycja szuka i znajduje  winnych. Oficjalnie wśród pisiorów. Nieoficjalnie, po cichu wśród swoich – ale za chwilę będą te brudy prać publicznie. Już się zaczęło trzaskanie po pyskach między lewicą a Platformą. Towarzysze z SLD nie chcą wystąpić w roli przystawki  pożartej przez Jaśnie Państwa Liberałów, między jednym cygarem a drugim. Nad Warszawą unosi się tez zapach szorstkiej,  męskiej przyjaźni między Budką a Trzaskowskim.

 

Charakterystyczne, że wedle badań większość zwolenników PO chce, aby ich partia… uciekła od tej nazwy kojarzonej z przegrywaniem wszystkiego, co można przegrać i stworzyła nową formację.

 

Dosłownie przed chwilą usłyszałem, że Koalicja Obywatelska domaga się powtórzenia II tury wyborów prezydenckich. Oto spełniło się marzenie Lecha Wałęsy, by uczynić z Polski „drugą Japonię” . PO-KO przypomina bowiem jako żywo owych japońskich żołnierzy, którzy jeszcze trzydzieści lat po zakończeniu II wojny światowej ukrywali się w lasach przed Amerykanami…

 

Czy to nie świetny pretekst, aby Sławomir N. zafundował sobie za kratkami dietę ryżową?

 

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej” (29.07.2020)

Blog

Dziedzictwo II Rzeczpospolitej: doceniać, nie zohydzać…

Posted on

 

 

Komunistyczna propaganda traktowała odrodzone po latach Państwo Polskie – II Rzeczpospolitą – jako „tarczę strzelniczą”.

II Rzeczpospolita „tarczą strzelniczą” dla komuny…

Niepodległa państwowość przedstawiana była w karykaturze. Szablon był taki, jak ten w wydawnictwach PWN (Państwowe Wydawnictwo Naukowe): „Odrodzona Polska była państwem biednym, gospodarczo i kulturalnie niezintegrowanym (….), z wysoce zaognioną kwestią społeczną, chłopską, robotniczą”. To dosłowny cytat z pseudonaukowego podręcznika  historii, który ukazał się bynajmniej nie w latach stalinizmu, lecz pod koniec „liberalnych” lat 1970. Pokazuje jaka była obowiązująca narracja nie tylko publicystyczna, ale też historiograficzna.. Tymczasem Polskie Państwo w latach 1918-39 z jego wszystkimi grzechami, autentycznymi napięciami politycznymi i społecznymi, z zapóźnieniem gospodarczo cywilizacyjnym – wszak szybko pokonywanym – było nie tylko własne, swoje, ale też mogło poszczycić się bardzo wieloma osiągnięciami. W ostatnich kilku artykułach w „Gazecie Polskiej Codziennie” („II Rzeczpospolita – polska duma i obawy obcych” z 21.05, „Siedem cudów II Rzeczypospolitej” z 25.05, „Polska droga, czyli II RP silna nauką i kulturą” z 08.06) podkreślałem fenomen kraju, który harmonijnie scalił się, mimo stuparodziesięcioletnich rozbiorów.

Polskie ustawodawstwo społeczne – najlepsze w Europie

Godny też podkreślenia jest fakt uchwalenia dwóch konstytucji. Obie były kością w gardle dla komunistycznej propagandy i historiografii. Uwaga, nie chodziło tylko o Konstytucję Kwietniowa z 1935 roku, krytykowaną jeszcze w II Rzeczypospolitej – przyznajmy to uczciwie – przez dość szerokie spektrum sił politycznych w Polsce – od socjalistów, po ludowców i  narodowców. Jednak również Konstytucja Marcowa z roku 1921 była łatwym celem dla reżimowych pismaków za PRL. Jeszcze w latach 1980-ch w pracach historyka Józefa Buszko poddawano ostrej krytyce tę pierwszą polską konstytucję od czasów pierwszej europejskiej konstytucji czyli Ustawy Zasadniczej z 3 Maja 1791 roku. O uchwalonej 130 lat po tamtej pisano jeszcze parę lat przed upadkiem PRL w sposób skrajnie propagandowy. Podkreślano miedzy innymi „klasowy” charakter Konstytucji Marcowej. Podnoszono, iż była „demokratyczna w formie, burżuazyjna w treści”. Szczególnie atakowano jej artykuł 99. Mówił on, nomen omen, o… nietykalności własności prywatnej ! Komunistyczny atak na własność prywatną dokonywany i w teorii i w praktyce był jednocześnie negacją jednej z podstaw Nauki Społecznej Kościoła i w ogóle cywilizacji współczesnej.

Konstytucja Marcowa była, nie tylko na papierze, jedną z najbardziej demokratycznych w Europie. Ale praktyka – „burżuazyjna w treści” – dorównywała teorii. Ustawodawstwo społeczne II Rzeczypospolitej, przyjęte w pierwszych latach państwowości i system opieki socjalnej były najlepsze i najbardziej rozwinięte w skali europejskiej. Wynikały one wprost z konstytucyjnych zapisów głoszących, iż praca jest pod szczególną opieką państwa. Państwa deklarującego ochronę i ubezpieczenia społeczne na wypadek utraty pracy, wypadku czy choroby.

Odrodzona Polska państwowość postawiła na powszechną edukację, dzięki czemu o 21 %-do 90 w 1939 roku – wzrosła liczba dzieci objętych obowiązkiem szkolnym. Jedna z  przyczyn był fakt, że dynamicznie rozwijało się szkolnictwo prywatne. Kwitły uczelnie wyższe, na których – o (rzekomy) paradoksie! – studiował większy procent młodzieży ze środowisk robotniczych i wiejskich niż to było w PRL!

Teatr dziadka Henryka i wieczornice Słowackiego

Niemal sto lat przed odzyskaniem przed Polskę niepodległości Maurycy Mochnacki głosił specyfikę, wręcz wyjątkowość polskiego teatru na tle Europy – bo nasz teatr zawsze był instrumentem Sprawy Narodowej. Dodajmy, że tak było już od „Odprawy posłów greckich” Jana Kochanowskiego. Nie mogło też być zaskoczeniem, że właśnie w odzyskanym państwie polskim teatr przeżywał rozkwit. Zaraz po „wybuchu Niepodległości” powstały teatry w Bydgoszczy (1919), w Toruniu (1920) czy Katowicach (1922). Trzy lata przed agresją niemiecką i wybuchem II wojny światowej mieliśmy w Polsce już 26 zawodowych teatrów, w tym 10 w samej stolicy. Co charakterystyczne i całkowicie podważające tezy taniej komunistycznej propagandy – szczególnie rozwijał się amatorski teatr robotniczy, który po II wojnie światowej niemal zamarł.  Coś wiem o tym z przekazów rodzinnych, bo mój rodzony dziadek, Henryk Karol Czarnecki założył teatr w Sosnowcu, który miał charakter teatru „plebiscytowego” w okresie Powstań Śląskich. Właśnie podczas nich miał gościnne występy w Katowicach, po raz pierwszy w historii grając w tym mieście operetki i sztuki teatralne w języku polskim. Dziadek grał więc i w Zagłębiu Dąbrowskim – zatem w dawnym zaborze rosyjskim, jak i w Katowicach, jeszcze będących pod jurysdykcja niemiecka, a potem już przywróconych do polskości. Później zorganizował teatr w Grudziądzu, który wyjeżdżał ze sztukami na Wybrzeże (wcześniej, będąc na Śląsku regularnie, co roku grywał dla kuracjuszy w Ciechocinku). Jeszcze zanim Polska „wybiła się na niepodległość” Henryk Karol Czarnecki wystawił premierę „Halki” w Łodzi – było to w lutym 1918 roku. Szkoda, że władze tego miasta z nadania PO nie uczciły w najmniejszy chociaż sposób niedawnej, 100-rocznicy tego wydarzenia…

Jednak nie o sam teatr w sensie formalnym chodziło. Gdy do Polski z Francji przypłynęły szczątki ukochanego poety Piłsudskiego – Juliusza Słowackiego, zostały umieszczone na rzecznym statku „Mickiewicz”(!) i Wisłą płynęły do Krakowa, zatrzymując się po drodze w wielu miejscowościach – to zespół dziadka Henryka Karola dawał w każdej z nich wieczornice (czasem występy było rano) z poezja Wieszcza, kończąc je bodaj w Płocku…

Doceniać, nie zohydzać

Polska muzyka w II RP to jeden z najbardziej znanych w Europie kompozytorów Karol Szymanowski, ale też Jerzy Fitelberg. A z młodszych, którzy kulturalną Europę podbili już po II wojnie światowej wymienić należy oczywiście wielkiego Witolda Lutosławskiego oraz zmarłego na emigracji Andrzeja Panufnika.

W naszym malarstwie europejski wymiar osiągnął  mieszkający w Paryżu Józef Pankiewicz i skupiona wokół niego grupa młodszych artystów, z których największe międzynarodowe uznanie zdobył Józef Czapski. Polska grafika podbiła Europę, a najwięcej sukcesów międzynarodowych i medal Igrzysk Olimpijskich – jeszcze w czasach, gdy przyznawano je artystom – uzyskał Władysław Skoczylas. Oryginalne, odrębne piętno na europejskim tle wycisnął polski drzeworyt a także plakat.

Polskie Radio kojarzyło się w świecie z jedną najsilniejszych na globie stacją radiową w Raszynie (o mocy 120 kW) i najdłuższej w tym  czasie na ziemi antenie. Polskie Radio zaczęło nadawać w 1926 roku, po roku miało już cztery rozgłośnie, a tuż przed najazdem Niemiec aż dziesięć.

Warto wiedzieć o osiągnieciach Polski i Polaków w okresie II Rzeczpospolitej, gdy współczesna kosmopolityczna „pedagogika wstydu”, tak jak niegdyś propaganda komunistyczna, usiłuje tamte i późniejsze czasy zohydzać.

*Tekst ukazał się w  „Gazecie Polskiej Codziennie” (15.06.2020)

 

Dziedzictwo II Rzeczpospolitej: doceniać, nie zohydzać…

 

Komunistyczna propaganda traktowała odrodzone po latach Państwo Polskie – II Rzeczpospolitą – jako „tarczę strzelniczą”.

II Rzeczpospolita „tarczą strzelniczą” dla komuny…

Niepodległa państwowość przedstawiana była w karykaturze. Szablon był taki, jak ten w wydawnictwach PWN (Państwowe Wydawnictwo Naukowe): „Odrodzona Polska była państwem biednym, gospodarczo i kulturalnie niezintegrowanym (….), z wysoce zaognioną kwestią społeczną, chłopską, robotniczą”. To dosłowny cytat z pseudonaukowego podręcznika  historii, który ukazał się bynajmniej nie w latach stalinizmu, lecz pod koniec „liberalnych” lat 1970. Pokazuje jaka była obowiązująca narracja nie tylko publicystyczna, ale też historiograficzna.. Tymczasem Polskie Państwo w latach 1918-39 z jego wszystkimi grzechami, autentycznymi napięciami politycznymi i społecznymi, z zapóźnieniem gospodarczo cywilizacyjnym – wszak szybko pokonywanym – było nie tylko własne, swoje, ale też mogło poszczycić się bardzo wieloma osiągnięciami. W ostatnich kilku artykułach w „Gazecie Polskiej Codziennie” („II Rzeczpospolita – polska duma i obawy obcych” z 21.05, „Siedem cudów II Rzeczypospolitej” z 25.05, „Polska droga, czyli II RP silna nauką i kulturą” z 08.06) podkreślałem fenomen kraju, który harmonijnie scalił się, mimo stuparodziesięcioletnich rozbiorów.

Polskie ustawodawstwo społeczne – najlepsze w Europie

Godny też podkreślenia jest fakt uchwalenia dwóch konstytucji. Obie były kością w gardle dla komunistycznej propagandy i historiografii. Uwaga, nie chodziło tylko o Konstytucję Kwietniowa z 1935 roku, krytykowaną jeszcze w II Rzeczypospolitej – przyznajmy to uczciwie – przez dość szerokie spektrum sił politycznych w Polsce – od socjalistów, po ludowców i  narodowców. Jednak również Konstytucja Marcowa z roku 1921 była łatwym celem dla reżimowych pismaków za PRL. Jeszcze w latach 1980-ch w pracach historyka Józefa Buszko poddawano ostrej krytyce tę pierwszą polską konstytucję od czasów pierwszej europejskiej konstytucji czyli Ustawy Zasadniczej z 3 Maja 1791 roku. O uchwalonej 130 lat po tamtej pisano jeszcze parę lat przed upadkiem PRL w sposób skrajnie propagandowy. Podkreślano miedzy innymi „klasowy” charakter Konstytucji Marcowej. Podnoszono, iż była „demokratyczna w formie, burżuazyjna w treści”. Szczególnie atakowano jej artykuł 99. Mówił on, nomen omen, o… nietykalności własności prywatnej ! Komunistyczny atak na własność prywatną dokonywany i w teorii i w praktyce był jednocześnie negacją jednej z podstaw Nauki Społecznej Kościoła i w ogóle cywilizacji współczesnej.

Konstytucja Marcowa była, nie tylko na papierze, jedną z najbardziej demokratycznych w Europie. Ale praktyka – „burżuazyjna w treści” – dorównywała teorii. Ustawodawstwo społeczne II Rzeczypospolitej, przyjęte w pierwszych latach państwowości i system opieki socjalnej były najlepsze i najbardziej rozwinięte w skali europejskiej. Wynikały one wprost z konstytucyjnych zapisów głoszących, iż praca jest pod szczególną opieką państwa. Państwa deklarującego ochronę i ubezpieczenia społeczne na wypadek utraty pracy, wypadku czy choroby.

Odrodzona Polska państwowość postawiła na powszechną edukację, dzięki czemu o 21 %-do 90 w 1939 roku – wzrosła liczba dzieci objętych obowiązkiem szkolnym. Jedna z  przyczyn był fakt, że dynamicznie rozwijało się szkolnictwo prywatne. Kwitły uczelnie wyższe, na których – o (rzekomy) paradoksie! – studiował większy procent młodzieży ze środowisk robotniczych i wiejskich niż to było w PRL!

Teatr dziadka Henryka i wieczornice Słowackiego

Niemal sto lat przed odzyskaniem przed Polskę niepodległości Maurycy Mochnacki głosił specyfikę, wręcz wyjątkowość polskiego teatru na tle Europy – bo nasz teatr zawsze był instrumentem Sprawy Narodowej. Dodajmy, że tak było już od „Odprawy posłów greckich” Jana Kochanowskiego. Nie mogło też być zaskoczeniem, że właśnie w odzyskanym państwie polskim teatr przeżywał rozkwit. Zaraz po „wybuchu Niepodległości” powstały teatry w Bydgoszczy (1919), w Toruniu (1920) czy Katowicach (1922). Trzy lata przed agresją niemiecką i wybuchem II wojny światowej mieliśmy w Polsce już 26 zawodowych teatrów, w tym 10 w samej stolicy. Co charakterystyczne i całkowicie podważające tezy taniej komunistycznej propagandy – szczególnie rozwijał się amatorski teatr robotniczy, który po II wojnie światowej niemal zamarł.  Coś wiem o tym z przekazów rodzinnych, bo mój rodzony dziadek, Henryk Karol Czarnecki założył teatr w Sosnowcu, który miał charakter teatru „plebiscytowego” w okresie Powstań Śląskich. Właśnie podczas nich miał gościnne występy w Katowicach, po raz pierwszy w historii grając w tym mieście operetki i sztuki teatralne w języku polskim. Dziadek grał więc i w Zagłębiu Dąbrowskim – zatem w dawnym zaborze rosyjskim, jak i w Katowicach, jeszcze będących pod jurysdykcja niemiecka, a potem już przywróconych do polskości. Później zorganizował teatr w Grudziądzu, który wyjeżdżał ze sztukami na Wybrzeże (wcześniej, będąc na Śląsku regularnie, co roku grywał dla kuracjuszy w Ciechocinku). Jeszcze zanim Polska „wybiła się na niepodległość” Henryk Karol Czarnecki wystawił premierę „Halki” w Łodzi – było to w lutym 1918 roku. Szkoda, że władze tego miasta z nadania PO nie uczciły w najmniejszy chociaż sposób niedawnej, 100-rocznicy tego wydarzenia…

Jednak nie o sam teatr w sensie formalnym chodziło. Gdy do Polski z Francji przypłynęły szczątki ukochanego poety Piłsudskiego – Juliusza Słowackiego, zostały umieszczone na rzecznym statku „Mickiewicz”(!) i Wisłą płynęły do Krakowa, zatrzymując się po drodze w wielu miejscowościach – to zespół dziadka Henryka Karola dawał w każdej z nich wieczornice (czasem występy było rano) z poezja Wieszcza, kończąc je bodaj w Płocku…

Doceniać, nie zohydzać

Polska muzyka w II RP to jeden z najbardziej znanych w Europie kompozytorów Karol Szymanowski, ale też Jerzy Fitelberg. A z młodszych, którzy kulturalną Europę podbili już po II wojnie światowej wymienić należy oczywiście wielkiego Witolda Lutosławskiego oraz zmarłego na emigracji Andrzeja Panufnika.

W naszym malarstwie europejski wymiar osiągnął  mieszkający w Paryżu Józef Pankiewicz i skupiona wokół niego grupa młodszych artystów, z których największe międzynarodowe uznanie zdobył Józef Czapski. Polska grafika podbiła Europę, a najwięcej sukcesów międzynarodowych i medal Igrzysk Olimpijskich – jeszcze w czasach, gdy przyznawano je artystom – uzyskał Władysław Skoczylas. Oryginalne, odrębne piętno na europejskim tle wycisnął polski drzeworyt a także plakat.

Polskie Radio kojarzyło się w świecie z jedną najsilniejszych na globie stacją radiową w Raszynie (o mocy 120 kW) i najdłuższej w tym  czasie na ziemi antenie. Polskie Radio zaczęło nadawać w 1926 roku, po roku miało już cztery rozgłośnie, a tuż przed najazdem Niemiec aż dziesięć.

Warto wiedzieć o osiągnieciach Polski i Polaków w okresie II Rzeczpospolitej, gdy współczesna kosmopolityczna „pedagogika wstydu”, tak jak niegdyś propaganda komunistyczna, usiłuje tamte i późniejsze czasy zohydzać.

*Tekst ukazał się w  „Gazecie Polskiej Codziennie” (15.06.2020)

 

 

Blog

Feliks Koneczny – „reakcyjny” geniusz i jego wielość cywilizacji

Posted on

 

W komunistycznej „Encyklopedii Powszechnej” z 1974 roku napisano o nim: „twórca reakcyjnej historiozofii, ujmujących dzieje jako układ ścierających się cywilizacji” . Zupełnie inaczej widział tę postać niemiecki filozof Anton Hilckman: „ (…) jeden z wielkich geniuszów rodu ludzkiego, jeden z tych, którzy ogólnemu dorobkowi duchowemu Europy zapewnili trwałe zdobycze, którego nazwisko nie może pozostać nieznane i niezapoznane, nawet jeżeli niewielu znało go poza ojczyną”. Mowa o Feliksie Konecznym (1862-1949) uważanym za jednego z trzech najwybitniejszych historiozofów na świecie, obok Niemca Oswalda Spenglera i Anglika Arnolda Toynbee’ego. Ten ostatni przez wielu uważany za swoistego „konkurenta” Feliksa Konecznego tak pisał o naszym rodaku: „specjalistyczne studia Konecznego jako historyka, łącząc się z jego narodową spuścizną Polaka, uczyniły go wrażliwym na różnice między cywilizacjami i to stało się natchnieniem jego studiów nad suma dziejów ludzkości z punktu widzenia różnorodności cywilizacyjnej. Uczyniło także żarliwym patriotą świata zachodniego. To mu jednak nie przeszkodziło być zarazem patriotycznym Polakiem i żarliwym rzymsko-katolickim chrześcijaninem”. Paradoksalnie, nawet owa PRL-owska „Encyklopedia Powszechna” (jaki ustrój – tacy encyklopedyści, jak mawia mój Ojciec) musiała przyznać, iż „według Konecznego najwartościowszym elementem cywilizacji katolickiej jest kultura polska”.
„Reakcjonista”- bo patriota…
Zatem reakcjonista czy geniusz? A może autor słynnej już dziś teorii wielości cywilizacji, a jednocześnie autor popularnych książek dla młodzieży o historii Polski i polskiego Kościoła (np. „Święci w dziejach Narodu Polskiego”), był dla komunistów „reakcjonistą”, bo dla nich pojęcie „reakcyjny” jest tożsame z pojęciami: „katolicki”, „patriotyczny”, „prawdziwie polski”?
Pozwolę sobie na dość subiektywny wybór najważniejszych wątków twórczości Feliksa Konecznego. Subiektywny z dwóch powodów. Po pierwsze artykuł ten nie jest praca naukową mającą streścić dokonania naszego wybitnego myśliciela. Po drugie: nie stać mnie na „oko i szkiełko mędrca”, bom zafascynowany wizja i przemyśleniami Konecznego od lat bez mała czterdziestu. Jedna uwaga: często przypisuje się Feliksa Konecznego do Obozu Narodowego, endecji, prawicy narodowej. Rzeczywiście tam chyba ma najwięcej zwolenników, a nawet wyznawców. Jednak tymi, którzy jako pierwsi zaszczepili mi podziw dla dokonań najwybitniejszego polskiego historiozofa nie byli narodowcy, ale jednej strony zadeklarowany piłsudczyk, od lat dyrektor Biblioteki „Ossolineum” we Wrocławiu, a mój wykładowca na Uniwersytecie Wrocławskim , doktor Adolf Juzwenko, a z drugiej zafascynowany myślą innego polskiego myśliciela Józefa Hoene Wrońskiego, major AK Władysław Bruliński.
Feliks Koneczny: religia najważniejszym dziedzictwem…
Oto, według mnie, najważniejsze wątki charakteryzujące spuściznę Konecznego.
1. Historia – jako dziedzictwo i jej kreacyjne funkcje
2. Cywilizacjo-twórcza rola Kościoła Katolickiego
3. Sprawa „uświecania życia publicznego”
4. Praca człowieka jako środek do zbawienia – czyli „uświęcenie pracy”
5. Kultura materialna a duchowa
6. Geneza reform ustrojowych i postępu społecznego
7. Moralność a polityka
8. Problem równości
9. Cywilizacja katolicka a inne cywilizacje: wyznaczniki podziału
10. Pojęcie Narodu i Ojczyzny.
Precz z determinizmem!
Pisał Feliks Koneczny: „Praca około przyszłości nie może wydać dobrych skutków bez znajomości przeszłości” („Święci w dziejach narodu polskiego”, str. 7). A także: „historia wyjaśnia współczesny stan spraw naszych. Nie może ich znać dobrze nikt , kto ich nie pozna historycznie. Złymi też bywają doradcami w życiu publicznym tacy, którym brak wykształcenia historycznego”. Jednocześnie Koneczny nie byłby sobą, gdyby nie postawił sprawy jasno: „Najważniejszym dziedzictwem jest religijne”.
Dla twórcy nauki o wielości cywilizacji podstawą było zdefiniowanie cywilizacji właśnie jako „metody życia zbiorowego”. Nasz rodak odrzucił dotychczas przyjęty jej deterministyczny rytm: narodziny, rozwój, upadek, śmierć – a przez to śmierć narodów, państw, wszelkich wspólnot tworzących cywilizację- bo według niego długość trwania cywilizacji, jej rozwój oraz jej przyszłość zależy od prawdy i woli narodów i społeczeństw. Jest to zatem teza o nieśmiertelności (niektórych) cywilizacji i (niektórych) narodów.
Feliks Koneczny wyróżnia następujących siedem cywilizacji: 1. łacińska – stanowi ją m. in kultura polska, angielska, skandynawska, chorwacka. 2. bizantyńska – kultura niemiecko-bizantyńska, serbska, rumuńska, 3. chińska z kulturą m. in japońską i koreańską, 4. turańska z kulturami turecką, afgańska, ajgurską. 5. arabska z kulturą bagdadzką i mauretańską, 6. żydowska z kultura litwacka i … socjalizmem (!). 7. bramińska.
Katolicyzm: jedność w różnorodności
Według Konecznego ani rasa, ani język nie decydują o przynależności do cywilizacji. Na przykład języka niemieckiego używają narody należące do różnych cywilizacji. Natomiast dużo ważniejszym od kryteriów rasowych i językowych jest kwestia religii: między religią a cywilizacją jest olbrzymia współzależność. Feliks Koneczny uznał, że niektóre religie przystosowały się do cywilizacji – wymienia tu islam i prawosławie, ale inne – przeciwnie, tworzyły cywilizacje sakralne . W tym kontekście wymienia bramińską i żydowską. Katolicyzm natomiast oczekuje, aby to cywilizacje przystosowały się do niego, wcielały w życie jego postulaty w dziedziny życia zbiorowego. Absolutnie jednak nie oznacza to jednostajności form czy monolityczności. Wręcz przeciwnie: „jedność katolicka rozwija się w rozmaitości” („O ład historii”, s. 17.). Koneczny twierdzi, że „wytworzył Kościół nową cywilizację (…), cywilizację łacińską” . To cywilizacja zgodna co do podstawowych wyznaczników wiary, ale też różnorodna w formach. To zasługa Kościoła, „który dopuszczał i dopuszcza zawsze rozmaitość, nawet obrządków religii, umiejąc zachować jedność bez jednostajności”.
Współcześni liberałowie pewnie byliby zachwyceni tezami Feliksa Konecznego, że nie ma nic złego w bogactwie i bogaceniu się. Nasz historiozof dowartościowuje sens posiadania i chęć posiadania. Pisze: „od samego (…) zarania nie dadzą się żadną miarą rozdzielić w życiu kultury materialna a duchowa”. I dalej: „zamożność nie jest bynajmniej niższą moralnie od ubóstwa”. Ci sami liberałowie pewnie biliby brawo, czytając także i te słowa Konecznego: „Do równości można zmierzać tylko przymusem i gwałtem, a to obniżając poziom u wszystkich i we wszystkim”.
Feliks Koneczny był polskim patriotą. Podsumowaniem jego przemyśleń na temat Ojczyzny są słowa: „Dobro powszechne wymaga, żeby Polska była silna w Europie”…
*Tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (28.05.2020)

Blog

Siedem cudów II Rzeczypospolitej

Posted on
Gdy na ostatnim okrążeniu biegu na 3 km z przeszkodami podczas Igrzysk Olimpijskich w Moskwie Bronisław Malinowski, chłopak z Grudziądza odrabiał kilkadziesiąt metrów do straty do Tanzańczyka Filberta Bayi, rozemocjonowany i szczęśliwy – jak my wszyscy, w tym wówczas 17 – letni autor tego tekstu – wielki komentator, a wcześniej żołnierz  AK Bohdan Tomaszewski krzyczał – „zwyciężyła polska siła, polska krzepa ”. To prawda. Jednak dla mnie  – w innym wymiarze – przejawem niebywałej polskiej siły, potęgi, tężyzny narodu było zrośnięcie się niepodległego państwa polskiego –  II Rzeczypospolitej – z ziem trzech różnych zaborów po formalnie 123 latach niewoli, a praktycznie po dwóch wiekach podległości. Aby uprzytomnić, jak niebywale trudne było stworzenie jednolitego państwa,  przytoczmy choćby fakt, że początkowo na terenie odrodzonej Polski obowiązywało aż… pięć kodeksów prawnych (!). Pierwszy był to kodeks cywilny Napoleona – na terenie dawnego Królestwa Polskiego. Drugi to kodeks cywilny rosyjski, który funkcjonował jeszcze przez jakiś czas na tzw. Ziemiach Zabranych czyli Kresach Wschodnich. Trzeci to rosyjski kodeks karny, obejmujący cały były zabór rosyjski. Czwarty –  austriacki. Piąty –  pruski.
Cud czy fenomen polskości?
W jakich kategoriach, jeśli nie cudu – lub fenomenu polskości – należy widzieć inny fakt, że wtedy, gdy jeszcze nie były ustabilizowanie granice dopiero odradzającego  się polskiego państwa, Sejm Ustawodawczy uchwalił Konstytucję Marcową – drugą polską konstytucję po pierwszej w Europie i drugiej na świecie – Konstytucji 3 Maja, uchwalonej równo 120 lat wcześniej.
 A przecież wcześniej wybory do pierwszego sejmu niepodległej Polski odbyły się, gdy na połowie terytorium państwa toczyły się walki (!).
Tak, to były dwa „cudy”. Jeden, kodeksowy, prawny. Drugi, konstytucyjny, ustrojowy. Trzecim była niewątpliwie gospodarka. Startowaliśmy w sytuacji dramatycznej. Podczas I wojny na ziemiach Polski zginęło prawie milion koni i 1,8 miliona sztuk bydła. W Galicji plony zmniejszyły się o jedną trzecią, a obszar upraw zbóż i ziemniaków z 2,8 mln ha z roku 1914 do 1,5 mln ha cztery lata później.
Wyborcze prawa kobiet: Polska przed Francją o 27 lat!
Czwarty cud to była polska demokracja. Oto zmartwychwstała Polska przyznała prawa wyborcze kobietom 27 lat przed jedną z ojczyzn  feministek – Francją! Gdy dziś słucham pouczeń francuskich europosłanek (choć też i europosłów), którzy wymądrzają się o łamanych  „prawach kobiet” w Polsce za rządu PiS-u, to ryczę jak ranny łoś, bo ich ojczyzna przyznała paniom prawo wyboru parlamentarzystów rok po II wojnie światowej, a  moja -parę miesięcy po zakończeniu I wojny światowej. Jest różnica?
Piąty cud to niewątpliwie gospodarka. Przecież polskie ziemie podzielone między zaborców były częścią krwiobiegu gospodarczego Niemiec, Austrio-Węgier i carskiej Rosji. Dla przykładu w tzw. dzielnicy pruskiej dwie trzecie obrotów stanowił handel z Niemcami, a  tylko jedna dziesiątą z innymi ziemiami polskimi. Warszawa nie posiadała bezpośrednich połączeń komunikacyjnych z Krakowem i Poznaniem! Zresztą stolica Małopolski ze stolicą Wielkopolski –  również nie. Oczywiście Śląsk nie miał tez żadnej komunikacji z Gdańskiem.
Po Austro-Węgrzech odziedziczyliśmy, o czym się w ogóle nie mówi, lewostronny ruch i na kolei i na drogach w dawnym zaborze austriackim.
Oświata i „Rzeczpospolita Akademicka” w II RP – więcej młodych ze wsi niż za PRL!
Cud szósty to oświata. Polskie państwo – to polskie szkoły, ale także dużo więcej szkół. W 1914 roku na ziemiach polskich funkcjonowało 18,4  tysiąca szkół, aby po ośmiu, dziewięciu latach wzrosnąć o jedną trzecią  –  do 27, 5 tysiąca szkół. W 1914 roku mieliśmy w  Polsce 2,4 miliona uczniów, by w roku 1922 osiągnąć 3,2 miliony – a w ostatnim roku przed wybuchem II wojny światowej mieć ich już 4,7 miliona. U progu niepodległości tylko niewiele ponad dwie trzecie polskich dzieci było objęte obowiązkiem szkolnym, ale już tuż przed II wojną światową było to 90 procent. Wbrew komunistycznej propagandzie poziom nauczania w szkołach w II Rzeczpospolitej był bardzo wysoki. Wiązało się to z dominacją szkolnictwa prywatnego. Na przykład, gdy chodzi o szkolnictwo średnie to w 1923 roku na 762 szkoły aż 502 były to szkoły prywatne. Charakterystyczne, że w szkolnictwie zawodowym szkoły prywatne stanowiły  jeszcze wyższy procent dochodzący do dwóch trzecich (252 szkoły prywatne do 126 państwowych).
Akurat skądinąd szkolnictwo zawodowe w Polsce niepodległej przeżywało niewątpliwy „boom”. W ciągu 11 lat, między 1923 a 1934 rokiem liczba tych szkół wzrosła do 814, a uczniów z 31 tysięcy do 70 tysięcy.
Proszę wybaczyć te może i monotonną wyliczankę, ale ona świetnie pokazuje, jak wiele państwo polskie miedzy I a II wojna zrobiło w dziele upowszechnienia oświaty, jak i scalenia szkolnictwa w jednolity ogólnopolski system.
Jeśli mowa o oświacie, powiedzmy słowo o wielkim renesansie szkolnictwa wyższego-i to był ten cud nr 7! Przed 1914 rokiem „Rzeczpospolita  Akademicka”  to były cztery uczelnie rzeczywiście polskie: dwie  w Krakowie – Uniwersytet Jagielloński i Akademia Umiejętności oraz dwie we Lwowie – Uniwersytet Jana Kazimierza oraz Politechnika Lwowska. Już podczas tzw. „Wielkiej Wojny” spolonizowano dwie uczelnie w Warszawie: uniwersytet i politechnikę. W 1919 roku powołano Uniwersytet Poznański – na zachodzie Polski i Uniwersytet Stefana Batorego  w Wilnie –  na wschodzie kraju. Dodajmy do tego jeszcze KUL, a także Szkołę Główną Gospodarstwa Wiejskiego  w Warszawie i Akademię Górniczą – późniejszą Akademią Górniczo-Hutniczą – w Krakowie. O ile w 1923 roku mieliśmy 17 uczelni wyższych i 38 tysięcy studentów, o tyle dwa lata przed II wojną światową już 32 uczelnie i 50 tysięcy studentów.
Jednym z największych łgarstw propagandy komunistów było zarzucanie II Rzeczypospolitej rzekomo niskiego procenta studentów z rodzin chłopskich i robotniczych. Tymczasem w odrodzonej Polsce stanowili oni aż 20% wszystkich „akademików” i było to … procentowo znacznie więcej niż w okresie PRL!
Polska lat 1918-1939, mimo niewątpliwe szeregu wad, dzięki wysiłkom Polaków stawała się państwem coraz silniejszym, zamożniejszym – a społeczeństwo coraz bardziej wykształconym.  Pokolenia Polaków właśnie z państwem polskim wiązały nadzieje na własny rozwój. Udało się dzięki temu ograniczyć w pewnym stopniu olbrzymią emigrację: przed I wojną światową co roku z ziem polskich emigrowało około 130 tysięcy osób! To w sposób znaczący obniżało możliwości gospodarcze przyszłej polskiej państwowości, a dynamizowało rozwój gospodarczy naszych europejskich sąsiadów, a także krajów za „Wielką Wodą”, typu USA czy Brazylia. Tak wielki proces emigrowania można było zaobserwować ponownie w PRL-u (potem jeszcze w jakiejś mierze po roku 2004)  z dramatycznie złymi dla Polski skutkami.
Jeśli powstanie i rozwój II Rzeczypospolitej było cudem, to Polacy pomogli Panu Bogu…
*Tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie”  (25.05.2020)
Blog

Zapomniany prezydent

Posted on

Nigdy nie miałem możliwości Go poznać, w przeciwieństwie do Jego wszystkich(sic!) następców, zarówno na Obczyźnie, jak i w Kraju. Mowa o jedynym w historii prezydencie Polski, który był także (wcześniej) prezydentem Lwowa. Jeden z jego następców przed objęciem urzędu Głowy Państwa był prezydentem Warszawy – oczywiście ś.p. profesor Lech Kaczyński. Z kolei Władysław Raczkiewicz, prezydent RP w latach 1939-47 był wojewodą wileńskim (od 1926 do 1930), ale prezydentów RP, którzy wcześniej byli prezydentami aglomeracji było tylko dwóch: Stanisław Ostrowski i Lech Kaczyński.

Ostrowski, trzeci – po wspomnianym Władysławie Raczkiewiczu i Auguście Zalewskim –prezydent RP na Uchodźstwie był też jedynym prezydentem Rzeczypospolitej, który był … lekarzem dermatologiem.

Wróciłem do Londynu, po urodzeniu w tym mieście, już jako dorosły człowiek, sześć lat po śmierci Stanisława Ostrowskiego. Ten zawsze nienagannie ubrany i opanowany człowiek, zyskujący szacunek koncyliacyjna postawa w dość podzielonej jednak polskiej emigracji niepodległościowej, urodził się we Lwowie w 1892 roku, a więc w mieście, którego prezydentem został 44 lata później. Jego ojciec, Michał był ranny w Powstaniu Styczniowym, został wzięty do niewoli, a następnie skazany na sześć lat katorgi na Syberii. Wrócił do Lwowa w 1869 roku. Nasz Stanisław, podczas nauki w V lwowskim Gimnazjum związał się z tajną organizacją patriotyczną „Zet”. Do kolejnej – „Związku Strzeleckiego”– przystąpił już jako student medycyny biorąc też udział w Związku Walce Czynnej. Służył w Legionach, od samego początku – od Oleandrów, aż do internowania w lutym 1918 roku. W tym samym czasie został lekarzem, ale rzucił pracę natychmiast, na wieść o próbach zajęcia Lwowa przez Ukraińców. Służył w „I Załodze Obrony Lwowa– Szkoły H. Sienkiewicza”.

Pracował jako lekarz przez kilka lat w Warszawie, a od 1925 roku w swoim Lwowie, gdzie 7 lat później został wiceprezydentem tego wyjątkowego dla polskiej historii i kultury miasta. Skądinąd przegrał wtedy fotel prezydenta… jednym głosem (44 do 43 wygrał Wacław Drojanowski).

Po wejściu Sowietów do Lwowa we Wrześniu 1939 trzech jego wiceprezydentów zostało aresztowanych, a potem rozstrzelanych przez NKWD w 1940 roku. On sam został skazany na osiem lat katorgi – jak jego ojciec – i też na Syberii. Zwolniony na mocy układu Sikorski–Majski przeszedł szlak bojowy II Korpusu, a następnie w Anglii był jednym z bardzo niewielu emigrantów, którzy pracowali w swoim zawodzie – jako lekarz. Objął urząd po prezydencie Auguście Zalewskim, a pałeczkę w sztafecie „polskiego Londynu” przekazał Edwardowi hr. Raczyńskiemu.

Jest najbardziej zapomnianym ze wszystkich prezydentów Rzeczypospolitej. A przecież jego zasługi dla Polski i Lwowa wskazują na to, aby o nim pamiętać…

*tekst ukazał się na portalu dorzeczy.pl (21.04.2020)

Blog

Nie módlmy się do Demokracji! Kontrolujmy ją…

Posted on

 „Za ile głosów liczy się w głosowaniu głos historii?” – mądrze pytał Stanisław Jerzy Lec. Myśl, aby rządzący odpowiadali przed „Bogiem i Historią” może być dla władzy pokusą ucieczki od odpowiedzialności „hic et nunc”, „tu i teraz”, od rozliczenia na tym ziemskim łez padole – to prawda.

Z drugiej jednak strony uznanie, że Bóg czy Historia nijak żadnej władzy nie mogą rozliczyć i nic nie mają do rządzenia może również, o paradoksie, spowodować poczucie bezkarności. Zatem: i tak źle i tak niedobrze. Zwalanie wszystkiego na osądy Opatrzności Bożej i Dziejów – źle. Uznanie, że Pan Bóg i owe Dzieje nie mają żadnego wpływu na rzeczywistość ani też instrumentów ocennych i w zasadzie nie są ważni – drugie źle.

Ów dylemat pokazuje, że owszem, dyktatury mogą mieć w nosie osąd współczesnych, bo zagrają kartą odpowiedzialności przed Historią (i – lub – Bogiem). Jednocześnie demokracje, zwłaszcza te w XXI wieku, w dobie „demokracji medialnej” dochodzące do władzy w wyniku w sporej mierze wsparcia medialnego establishmentu, mogą mieć tak samo w nosie – tyle, że osąd Historii (i – lub – Boga). Rzecz w tym, że dyktatura ma od razu pod górkę, wszyscy w świecie na nią skaczą, jak koza na pochyłe drzewo, ma przeciw sobie z definicji wszystkie możliwe media zewnętrzne, a jak nie jest prawdziwą dyktaturą, to również sporą część tych wewnętrznych, krajowych. Za to demokracja przyjaciół może mieć wszędzie, zwłaszcza jak je z ręki innym, bogatszym demokracjom i w praktyce często pozbawiona jest jakiejkolwiek poważniejszej weryfikacji, a nawet kontroli.

Cóż, jak zauważył Stefan Kisielewski: „Demokracja pociąga, gdy jej nie ma”. Słusznie to sportretował przywódca Indii Jawaharlal Nehru: „Demokracja jest dobra. Mówię to tylko dlatego, że inne systemy są gorsze”. Jeszcze ostrzej – może dlatego, że był pisarzem, a nie politykiem, ujął to George Bernard Shaw. Napisał on: „Demokracja zastępuje wybór przez skorumpowaną garstkę wyborem przez niekompetentną większość”…

Nie jestem krytykiem demokracji – uważam tylko, że nie należy się do niej modlić, tylko ją kontrolować.

Żeby powyższe rozważania nie były odbierane jako całkiem teoretyczne (choć takowe przecież nie są), na koniec, pod katem wyborów prezydenckich w Polsce w ostatnia niedziele czerwca (??) pozwolę sobie zacytować 32. prezydenta USA Franklina Delano Roosevelta, który rzekł był: „Nikt nie odbierze obywatelom Stanów Zjednoczonych prawa wyborczego z wyjątkiem ich samych. A uczynią to nie idąc do urn wyborczych”…

 

*tekst ukazał się na portalu dorzeczy.pl (01.06.2020)

Blog

Siatkówka i okolice – jesteśmy najlepsi!

Posted on

Dziś nasze siatkarki grają – mimo zarazy – w Łodzi mecz ze Szwajcarkami. Polki i Polacy potrafią! Zapraszam do lektury tekstu, który bynajmniej nie jest tylko o siatkówce…

Tak, my Polacy jesteśmy fenomenalnym narodem. Potrafimy zrobić wszystko z niczego albo wszystko wbrew wszystkim – lub wszelkim przeciwnościom. Mamy jeden z najlepszych wyników w walce z pandemią na świecie – przynajmniej gdy chodzi o liczbę zgonów na milion mieszkańców. Mamy rewelacyjne wskaźniki gospodarcze mimo koronawirusa, co zostało zresztą docenione przez Komisje Europejska w specjalnym raporcie opublikowanym… parę dni przed II turą wyborów prezydenckich (mamy mieć najniższą recesję ze wszystkich krajów UE-27!). Właśnie wczoraj pochwaliła nas moja dobra znajoma z czasów gdy była komisarzem w Brukseli, a ja koordynatorem EKR we współpracująca z nią bezpośrednio Komisja Kontroli Budżetu europarlamentu – spotykaliśmy się często w PE (czy czasem też w Komisji) – Kristalina Georgiewa. Dziś chwali Polskę jako szefowa IMF czyli Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Tak na marginesie, panie zmonopolizowały stanowisko prezesa MFW, bo przecież jej poprzedniczką była Christina Lagarde (obecnie szefowa Europejskiego Banku Centralnego).

No i jest jeszcze jedna rzecz, w której jesteśmy naprawdę najlepsi. To siatkówka. Nie tylko dlatego, że jesteśmy dwukrotnymi – pod rząd! – mistrzami świata mężczyzn i faworytami – w oczach ekspertów – do złota Igrzysk Olimpijskich w Tokio w przyszłym roku. Nie tylko dlatego, ze nasze panie, które dziś i jutro grają ze Szwajcarkami w Łodzi są w pierwszej czwórce w Europie i pierwszej piątce na świecie (w klasyfikacji Ligi Narodów A. D. 2019). Także dlatego, że robimy najlepsze na świecie – w sensie organizacyjnym – turnieje i mecze. Także dlatego, że dwukrotnie mieliśmy największa frekwencję w historii piłki siatkowej – w 2014 i 2016 Polska grała na inauguracje najpierw Mistrzostw Świata, a potem Mistrzostw Europy…. na Stadionie Narodowym w Warszawie przy frekwencji sześćdziesiąt kilku tysięcy widzów!

Jest jednak jeszcze jedna rzecz, która stawia nas na absolutnym piedestale w tej dziedzinie sportu pod każdą szerokością geograficzną – choć nie pod każdą, niestety, w piłkę siatkową gra się na wysokim poziomie. Chodzi o fakt, że to Polska właśnie wbrew pandemii COVID-19 zorganizowała pierwszy międzypaństwowy mecz siatkarek w skali globu: Polki dwukrotnie grały z Czeszkami w Wałbrzychu, a także pierwszy w świecie mecz reprezentacji siatkarzy – w zeszłą środę i czwartek graliśmy z Niemcami w Zielonej Górze. Nie muszę dodawać, że wszystkie te mecze z naszymi sąsiadami wygraliśmy…

Organizacja tych meczów i spotkań towarzyskich była sygnałem, że sport wygrał z zarazą, że siatkówka nie dała się koronawirusowi. Piłka siatkowa – ta nasza narodowa dyscyplina – pokazała zaiste „gest Kozakiewcza” koronawirusowi.

Jako Polak jestem z tego dumny.

*tekst ukazał się na portalu dorzeczy.pl, w stałej rubryce: “Biało-Czerwone to barwy niezwyciężone!” (28.07.2020)

Blog

Bruksela – walka o pieniądze i rabaty trwa

Posted on

W Brukseli czwarty (sic!) dzień szczytu Unii Europejskiej. To swoisty rekord. Jest wielce prawdopodobne, że mimo iż oficjalnie od piątku są europarlamentarne wakacje, wrócę tam jeszcze raz: Parlament Europejski musi „klepnąć” deal, który ma ewentualnie być zawarty na szczycie Rady Europejskiej. Ma być zawarty – ale jeszcze nie został.
Już przed weekendowym szczytem było wiadome: będzie zgoda – będzie nadzwyczajna sesja PE, nie będzie zgody – to też będzie, ale później, np. pod koniec miesiąca albo we wrześniu Tuż przed szczytem, jak z rękawa szulera wysypały się różne przecieki mówiące o powiązaniu unijnego budżetu z praworządnością. Unia jest boiskiem, na którym przecieki odgrywały i odgrywają bardzo ważną rolę. Zwykle stosują ją ludzie z Komisji Europejskiej czy przedstawiciele największych państw-playmakerów, ale też państw mniejszych. To element gry. Zmiękczania. Presji, . Wywołania oczekiwanych relacji u partnera-przeciwnika. To piłeczka podrzucona opozycji, żeby mogła przywalić rządowi państwa, z którymi się coś negocjuje – piłeczka podrzucona na „smecz”. Ale to też piłeczka zaoferowana rządowi państwa, które grzecznie pracuje z Brukselą, aby mógł zdobyć punkty np. przed wyborami.
Poza przeciekami są też oficjalne publikacje. Ważny jest kiedy się one ukazują. Na przykład tuż przed wyborami samorządowymi dawny Europejski Trybunał Sprawiedliwości – obecnie Trybunał Sprawiedliwości UE z siedzibą w Luksemburgu – ostro zaatakował polskie władze. Eksperci ocenili, że mogło to mieć wpływ, zwłaszcza na wyborców w dużych miastach. Niektórzy mówili nawet, że gdyby nie to, doszłoby w Warszawie do drugiej tury.
Z kolei niemal dwa lata później, przed drugą turą wyborów prezydenckich Komisja Europejska opublikowała znaczący dokument omawiający sytuację w poszczególnych krajach UE-27 w kontekście pandemii i kryzysu gospodarczego z nią związanego. Polska wypadła tam świetnie, ba, najlepiej. Wszystkie wskaźniki – super. Zakładana najniższa recesja w gospodarce w całej Unii!
A jaki był wpływ owego dokumentu KE na wyniki wyborów prezydenta Rzeczpospolitej Polski? Nie wiem. Pewnie jakiś był. Czy decydujący? Chyba raczej nie – ale nie wiem, jako żywo.
A mojemu koledze z Parlamentu Europejskiego, przez dwie kadencje, jak ja wiceprzewodniczącemu tej instytucji, a od lipca 2019 już szefowi PE, chciałem przypomnieć, że był już taki kraj, który przez UE był karany, zgodnie z unijnym prawem, odnośnie przekraczania deficytu budżetowego. Tym krajem były Włochy, Twoja Ojczyzna, Davidzie Maria Sassoli.
W tym samym czasie był też kraj, który tak samo jak Italia przekraczał zakładane przez UE progi deficytu budżetowego. I nie został ukarany. I to nigdy nie został ukarany – choć ów limit przekraczał systematycznie. Tym krajem była Francja. Czy naprawdę chcemy, Signore Presidente, powtórki z „równych i równiejszych”?

*tekst ukazał się na portalu Wprost.pl  (20.07.2020)

Blog

Wygrane wbrew wielu…

Posted on

Polska – piąty kraj UE – jest jednocześnie trzecią siłą w Unii, gdy chodzi o liczbę osób zatrudnionych w przemyśle. W naszym kraju mamy 4 miliony pracowników przemysłowych –  a np. Francja ma ich tylko 2,9 mln, Hiszpania 2,2 mln. Wyprzedzają nas tylko Niemcy, to zrozumiałe – 8,3 mln oraz minimalnie Włochy 4,3 mln. To, że jesteśmy przemysłową potęgą wielu naszym bliższym i dalszym sąsiadom się nie podoba. Stąd próby ograniczenia konkurencyjności Polski, także naszego przemysłu poprzez unijną tzw. Nową Politykę Klimatyczną i tzw. Zielony Ład.  Podnoszone w ostatnich 5 latach na forum europarlamentu, Komisji czy Rady Europejskiej sprawy praworządności w Polsce, mediów, Puszczy Białowieskiej – itp. to tylko preteksty, aby osłabić polski wzrost, polską siłę i sprawić, abyśmy się jako państwo polskie zajęli tłumaczeniem, że nie jesteśmy wielbłądem, zamiast koncentrować się na rozwoju gospodarczym i poszerzaniu wpływów politycznych. Warto wiedzieć po co robi to UE czy największe kraje Unii. A mimo tego odnieśliśmy wielkie zwycięstwo w wojnie o gigantyczne unijne pieniądze i wygraliśmy bitwę w sprawie tzw. praworządności, która miała stać się kijem bejsbolowym przeciwko Polsce, a póki co okazała się kapiszonem. Nawet jeśli PE wyda 100 rezolucji o praworządności, nie zmieni to kluczowych decyzji szczytu UE z wtorku.

 *tekst ukazał się w  „Gazecie Polskiej Codziennie” (25.07.2020)

Blog

Sport (na szczęście) łączy. Czekamy na siatkarzy, dopingujemy żużlowców…

Posted on

Dziś i jutro w Łodzi miały odbyć się towarzyskie mecze siatkarzy z Estonii. Goście z Tallina wczoraj przed południem odwołali swój przyjazd z powodu zagrożenia koronawirusem. Zamiast tego  odbędą się mecze kadry Biało-Czerwonych podzielonych na dwa zespoły. Jest to pretekst dla mnie, by zaproponować  Państwu mój felieton ze “Słowa Sportowego” – “Sport (na szczęście) łączy. Czekamy na siatkarzy, dopingujemy żużlowców… “

Uff, wybory za nami. Było, minęło. Ktoś wygrał, ktoś przegrał. Zwycięzcy trzeba złożyć gratulacje za wiktorię, a pokonanemu – za walkę. Dokładnie jak w sporcie. A teraz, już po wyborach, gdy napięcie w narodzie opadnie (mam nadzieję!), należy ze wszystkich sił szukać tego co nas, Polaków, łączy. A co najlepiej, najbardziej, najmocniej, najtrwalej łączy? Oczywiście sport, Biało-Czerwoni, „Mazurek Dąbrowskiego” …

A więc nie gadajmy, tylko róbmy! Już za nieco ponad tydzień polscy siatkarze zagrają dwa pierwsze mecze od wybuchu koronawirusa – z Niemcami w Zielonej Górze. Przypomnę, że przed reprezentacją Polski Vital Heynen prowadził właśnie reprezentację Niemiec, doprowadzając ja skądinąd do historycznego trzeciego miejsca w „polskich” mistrzostwach świata Anno Domini 2014 . Pamiętam, jak dziś, byłem w katowickim Spodku podczas półfinałowego meczu Biało-Czerwonych z Niemcami właśnie. Wygraliśmy 3:1 , ale nie był to spacerek. Było, minęło, pamiętam. Niemcy są groźni, otarli się o udział w IO w Tokio, przegrywając w styczniu tego roku finał turnieju kwalifikacyjnego z Francją. Turniej oczywiście był w Berlinie. Tak, dokładnie, jak przed Igrzyskami Olimpijskimi w Rio de Janeiro, gdzie po dramatycznym meczu i tie-breaku wygraliśmy z gospodarzami, a w roli kata Niemców wystąpił Mateusz Mika.

Zatem w Zielonej Górze, mieście festiwalów: winobrania, a kiedyś piosenki radzieckiej zagramy 22-23 lipca z sąsiadami zza Odry.

A przy okazji twarzami sponsora wszystkich naszych siatkarskich reprezentacji – Orlenu zostać mają kapitan Michał Kubiak i Bartosz Kurek. To dobra inwestycja naszego narodowego koncernu paliwowego i na pewno najbardziej efektywna, gdy chodzi o sukcesy w porównaniu z wieloma innymi dyscyplinami sportowymi.

A skoro Orlen, to możemy przejść do… żużla. Tak, tak, od roku, a dokładnie od maja 2019 spółka-córka Orlenu czyli Anwil z Włocławka znany przed wszystkim z koszykówki jest – oj, coś wiem o tym! – sponsorem żużlowej reprezentacji Polski. Tej reprezentacji ,która od 2016 roku wszystkie mecze – poza żużlowym Drużynowym Pucharem Świata, a następnie nieszczęsnym eksperymentem w postaci „SoN” („Speedway of Nations”) – rozgrywa pod moim Patronatem Honorowym, co jest dla mnie wielkim zaszczytem – ale też zobowiązaniem. Pamiętam w maju A. D. 2019 konferencje prasową z Anwilem i reprezentacją Biało-Czerwonych w warszawskim PAP-ie, gdy poinformowaliśmy o nowym sponsorze (obok prywatnej firmy GLS).

Od rzemyczka do koziczka: za Anwilem poszła spółka-matka Orlen i 5 miesięcy później , w październiku 2019, po żużlowym meczu „Polska – Reszta Świata”, wygranym zresztą przez nas w Rybniku mieliśmy konferencję z udziałem już Orlenu, „Narodowego” czyli trenera Marka Cieślaka oraz nowo kreowanego mistrza świata Bartka Zmarzlika, który przyjechał na mecz, choć był zaziębiony (w przeciwieństwie do trzech innych reprezentantów, którzy nie przyjechali, bo nie przyjechali, co zresztą do dziś uważam za ich błąd – dwóch z nich jeździ w Betard Sparcie Wrocław, ale zostawmy, nie drążmy. Czas leczy rany…) oraz przedstawicielami Orlenu. Jakiś czas potem Orlen został sponsorem właśnie Mistrza Świata Bartka Zmarzlika. I dobrze…

Zostając jeszcze chwilę przy żużlu: remis naszych żużlowców z Zieloną Górą na niespodziewanie piekielnie twardym torze, na Olimpijskim, uważam za wypadek przy pracy, a nie oznakę kryzysu. Po kolejnych meczach przekonacie się, że miałem rację.

Jeszcze słowo o „czarnym sporcie” – cóż, ciągnie wilka do lasu, przez osiem lat, bądź co bądź, byłem prezesem i wiceprezesem WTS-u Sparty, a teraz cały czas jej kibicuję, zaś tradycje rodzinne kontynuuje mój najstarszy syn Przemek, który jest we władzach klubu. Otóż jesteśmy po drugim turnieju Tauron SEC czyli IME seniorów. Od 2016 roku odbywają się one także pod moim Patronatem Honorowym, podobnie zresztą jak IMŚ juniorów. Po turniejach Tauron SEC w Toruniu i Bydgoszczy (byłem na obu) wygląda na to, że mamy mecz Dania kontra Rosja, a nasi trochę odstają. Jedynym pocieszeniem jest to, że zwycięzca obu turniejów Leon Madsen ma polską żonę, urodzone w Polsce dziecko i mieszka na Kaszubach, pod Wejherowem!

PS. Polskim piłkarzom ręcznym gratuluję „dzikiej karty” (jak w żużlu!) gwarantującej udział w MŚ 2021!

*tekst ukazał się w “Słowie Sportowym” (13.07.2020).

Blog

Pomówienia jak maczugi, pianino, stołek i… prawda

Posted on

Bogu dzięki, kampania za nami. Ale amerykańska maksyma, której jestem zwolennikiem od mojej pierwszej (i pierwszej zwycięskiej) kampanii wyborczej do Sejmu RP przed 29 laty mówi, iż: „Kampania wyborcza rozpoczyna się dzień po wyborach”. Wiem, wiem, teraz będziemy mieć trzy lata i kwartał przerwy do wyborów parlamentarnych i lokalnych, które odbędą się w tym samym (?) lub podobnym (?) czasie – jesienią 2023. To aż 13 kwartałów, ale już teraz należy o wyborach myśleć.

Jestem pod silnym wrażeniem kampanii nienawiści, która była udziałem opozycji. Zastrzeżenie: nie mówię, że „całej opozycji”, ani że „wszystkich polityków” opozycji, Boże broń! Ale jednak znaczącej tej opozycji części. Właściwie można by opozycji w Polsce A. D. 2020 dedykować słowa, które padły „dawno temu, w Ameryce”. Oto pisarz i dziennikarz Edgar Watson Howe stwierdził : „W czasach dzikości i barbarzyństwa ludzie walczyli na maczugi. W epoce cywilizacji ludzie zmienili pałki na plotki i pomówienia”. Dzisiaj dodalibyśmy jeszcze nowe pojęcie: na „fake newsy”. Analizując hektolitry kłamstw i „fake newsów” właśnie podczas zwykłej, ordynarnej, chamskiej, prostackiej nowomowy ze strony wielu przedstawicieli opozycji (OK! Nie wszystkich…), na usta ciśnie się cytat zaczerpnięty ze skarbnicy mądrości Stanisława Jerzego Leca. Napisał on kiedyś, ironicznie, jak to on: „Prawdziwi nowatorzy! Ich bełkot nie przypomina w niczym bełkotu sprzed roku”.

O Rafale Trzaskowskim tylko jedno zdanie – a piszę to przed wyborami prezydenckimi, nie znając ich wyniku. Zamiast wielu słów po prostu jedna myśl, która oddaje wszystko – jak mawiał amerykański pisarz H. Jackson Brown: „ Kiedy trzeba przenieść pianino, nie łap się za stołek”.

Mało? Wystarczy. Co, naprawdę Wam za mało? Dobrze, to jeszcze słowa francuskiego pisarza z XVIII wieku Luca de Clapiera markiza de Vauvenarguesa: „Największe nieszczęście zdarza się wówczas, gdy człowiek o małych możliwościach posiada wielkie ambicje”…

Nasi wrogowie (tak nas traktują, choć my określamy ich jako oponentów ) atakowali prezydenta Dudę i nasz obóz polityczny brutalnie, nie tylko w tej kampanii – choć w niej szczególnie . Tak było w ostatnich pięciu latach , kiedy rządziliśmy i poprzednich ośmiu, gdy byliśmy w opozycji i w jeszcze poprzednich dwóch, kiedy rządziliśmy po raz pierwszy. Właśnie tym z drugiej strony barykady dedykuje myśl angielskiego pastora, pisarza i dziwaka Charlesa Caleba Coltona: „Jeśli w naszych pragnieniach jest więcej potępienia niż zrozumienia, to znak, że wyrastają bardziej z pychy niż z rozsądku”.

Opada powoli kurz kampanii. Po raz kolejny okazało się, jak prawdziwe jest twierdzenie ,które sformułował kiedyś francuski malarz i rzeźbiarz, współtwórca, wraz z Picasso, kubizmu – Georges Bracque:„Prawda istnieje. To kłamstwa są wymyślone…”

*felieton ukazał się w „Gazecie Polskiej” (15.07.2020)

Blog

Fińska Nokia i … polska siatkówka

Posted on

Ostatnio rozmawiałem z moim kolegą przez lata mieszającym w Finlandii, że dla mnie najbardziej rozpoznawalnymi symbolami tego kraju są – poza fińską sauną – instrument muzyczny „kantele”, Nokia i marszałek Carl Gustaf Mannerheim. Wiem, Nokia już nie jest w rękach Finów, a dla niektórych pewnie ważniejszy od przywódcy antysowieckiego fińskiego oporu w latach 1939/1940 jest prezydent Finlandii z czasów „odprężenia” między Wschodem a Zachodem Urho Kekkonen. No, do symboli można jeszcze dodać okrzyk „Heja, Suomi”, który słyszą fińscy sportowcy od fińskich kibiców.

A jakie są symbole naszej Polski? Kopernik, Szopen, Skłodowska-Curie?

Pierwszego chcieli ukraść Niemcy, drugiego Francuzi, którzy też wyciągali rękę po „Marię Curie” – pisana bez jej panieńskiego nazwiska. Ale na pewno, tak, to są polskie symbole. Jeszcze większym symbolem jest polski papież Jan Paweł II. Pośród kibiców sportowych na sześciu kontynentach chyba wszyscy znają Roberta Lewandowskiego. Ale, uwaga, znają go jako Polaka z Beyernu Monachium, ale piłki z Polską wcale nie kojarzą. Jeżeli nas z nią kojarzą, to zwykle 60-latkowie lub niewiele młodsi, którzy wychowali się, oglądając polską husarię z Deyną , Gadochą, Szarmachem, Lato, Lubańskim oraz bramkarzem Tomaszewskim.

Jednak jest coś, co z Polską kojarzy się szczególnie. Zwłaszcza w ostatnich latach. I to też jest sport. Chodzi o siatkówkę. Zdobyliśmy w niej dwa razy pod rząd mistrzostwo świata mężczyzn (2014-2018). Mamy najlepszego siatkarza świata – Leona, najliczniejszą i najlepszą siatkarską publiczność na globie, najlepszy system szkolenia dzieci i młodzieży, włącznie z „wyłapywaniem” największych talentów. Stanowimy niedościgniony wzór najlepiej w skali świata organizowanych imprez, zwłaszcza międzynarodowych.

Ciekawe, że jest to sport, który bardzo późno pojawił się na igrzyskach olimpijskich, bo aż 68 lat po tych pierwszych nowożytnych rozegranych w Atenach. Miałem raptem roczek, gdy siatkówka pań i panów pojawiła się w programie IO w Tokio w 1964 roku. Skądinąd nasze siatkarki zdobyły wtedy brązowy medal, by powtórzyć to potem w Meksyku w 1968. Polacy uczyli się od Polek ,bo swój pierwszy medal, od razu złoty w mistrzostwach świata wywalczyli w 1974 (też w Meksyku), by po 2 latach rozbić Sowietów w kultowym finale IO w Montrealu. Do dziś dźwięczą mi w uszach słowa polskiego sprawozdawcy, który po ostatniej piłce piątego seta wykrzyczał: „Czernyszow – aut!”. A to oznaczało, że usłyszymy „Mazurka Dąbrowskiego”. Na kolejny polski hymn w naszej siatkówce musieliśmy czekać aż 21 lat, gdy nasi juniorzy pod wodzą trenera Ireneusza Mazura zdobyli w dalekim Bahrajnie tytuł mistrzów świata.

Nie, ani słowa nie napiszę o tym, co chcemy zdobyć na IO w Tokio …

*tekst ukazał się w tygodniku “wSieci” (21.02.2020)