Blog

Polska polityka w lustrze dawnych mądrości

Posted on

Czy można opisać dzieje polityczne współczesnej Polski, sięgając do tekstów… antycznych, ale też późniejszych, tych nowożytnych? Oczywiście, że tak. Z zastrzeżeniem wyrażonym ponadczasowo w „Epigramacie o Heraklicie” przez anonimowego poetę z IV w. przed Chr. „Nie do głupców przemawiał Heraklit, za nic mając zachwyty i potwarz”. Żyjący nieco później Zenon z Kition, stoik (ok. 335 r. – ok. 263 r. przed Chr.) słusznie zauważał: „Prześciga innych ten, kto się rozsądkiem kieruje, zawczasu studiując przyszłość lub finał swojego zamysłu”. Nic dodać, nic ująć!

Trochę przekornie i wieloznacznie brzmi tekst słynnego Leonarda da Vinci (1452–1519) z wiersza „Pająk i winogrono” (w tłum. Leopolda Staffa):

„Pająk wśród winogradu obrawszy mieszkanie, / Na muchy tam żyjące nieraz czynił polowanie / Lecz gdy czas winobrania został oznaczony / Wraz z winem i muchami został rozmiażdżony”.

A przecież takich „pająków” w polskiej polityce, którzy polowali, polowali, aż sami zostali upolowani, było bardzo wielu.

O przewidywaniu przyszłości w polityce 

Za to słowa kanclerza Niemiec Willy’ego Brandta (1913–1992) są już całkowicie jednoznaczne: „Kiedy brakuje optymizmu, trzeba kończyć uprawianie polityki”. Prawdę mówiąc, gdy słyszę czarnowidztwo polityków opozycji, także tych lewicowych, myślę właśnie o słowach socjalisty Brandta.

Uwielbiam Winstona Churchilla (1874–1965), choć jednocześnie nie znoszę go za instrumentalne traktowanie Polski, w myśl starej angielskiej politycznej zasady eksponującej interes własnego kraju, niezależnie od metod jego obrony: „Right or Wrong, my Country!” („Ma rację czy błądzi, jednak to moja ojczyzna!”).

Uwielbiam wszak także dlatego, że potrafił lapidarnie ująć istotę rzeczy. Ot, na przykład: „Polityka jest niemal tak samo ekscytująca jak wojna, tyle że bardziej niebezpieczna. Na wojnie bowiem można być zabitym tylko raz, a w polityce wielokroć”. Cóż, wielu z nas, polskich polityków, tego doświadczało, ja na przykład w 1993 i 2001 r., gdy prawica szła do wyborów podzielona. To spowodowało, że w drugich wyborach parlamentarnych w wolnej Polsce w 1993 r. blisko dwie piąte (sic!) głosujących nie miało reprezentacji w Sejmie, bo głosowali na niebywale rozdrobnione prawicowe i centroprawicowe listy.

Tenże Churchill powiedział kiedyś z typowym angielskim poczuciem humoru: „Talent polityczny polega na umiejętności przewidywania tego, co się wydarzy w przyszłości, oraz na przekonującym wyjaśnianiu, dlaczego to się nie wydarzyło”. Trochę inaczej, choć równie ironicznie tenże premier Jej Królewskiej Mości i laureat literackiej (!), a nie pokojowej, Nagrody Nobla, która zwykle była przyznawana politykom, powiedział: „Zawsze staram się unikać przewidywania przyszłości. Znacznie rozsądniejszą polityką jest przewidywanie, gdy zdarzenia już miały miejsce”. Ta ironia syna Albionu jest też praktyczną poradą dla polityków Sarmatów.

Politykier, polityk, mąż stanu 

Nasz rodzimy Paweł Jasienica (1909–1970), wielki historyk, a wcześniej Żołnierz Wyklęty, równie sentencjonalnie, co ironicznie podsumował czasy komuny: „Spragnieni szczęścia przyszłych pokoleń, ideologowie potrafią mało przejmować się losem tego, który akurat żyje”.

Nie znoszę Davida Lloyda George’a (1863–1945), brytyjskiego premiera, który był wręcz antypolski, ale trudno nie przyznać mu racji, gdy nieco przewrotnie pisał: „Politykier to osoba, której polityki nie aprobujesz, jeżeli natomiast zgadzasz się z nią, to staje się on w twoich oczach mężem stanu”.

Trochę inaczej formułował to amerykański prezydent Harry Truman (1884–1972): „Mąż stanu to polityk, który nie żyje od co najmniej dziesięciu lat”. Cóż, jestem przekonany, że nie ma w tym automatyzmu. Z jednej strony jest wielu polityków nieżyjących od dawna, o których nikt by nie pomyślał, że byli mężami stanu, a z drugiej strony śp. profesor Lech Kaczyński, kreśląc geopolityczną strategię dla naszego regionu, był mężem stanu już za życia.

Minęły już czasy (ale czy do końca?) Mao Zedonga (1893–1976), przywódcy komunistycznych Chin, który pisał, że „siła polityka wyrasta z luf karabinów”. Jednak mimo wszystko, prawdę mówiąc, wolałbym, by państwo polskie miało więcej żołnierzy i uzbrojenia („luf karabinów”) niż mniej.

Okazać siłę, aby nie być zmuszonym do jej użycia 

O ponadczasowej naturze polityki pisał polski działacz konserwatywny, reprezentant Stronnictwa Prawicy Narodowej, a potem Naczelnego Komitetu Narodowego Władysław Leopold Jaworski (1865–1930): „Polityka jest okrutną kobietą – kochanków, których opuściło szczęście, nie tylko odtrąca, ale zapomina o nich doszczętnie. Tej jednej kobiecie nie wolno mieć sentymentu. Niechże się więc nie zalecają do niej mazgaje, bo ich rozżalenie po dymisji jest po prostu śmieszne”.

Mój Boże, ileż to ja widziałem płaczliwych reakcji na polityczne upadki… A trzeba było znać owe słowa konserwatysty Władysława L. Jaworskiego. Pasowały do rządu CK Austro-Węgier – przecież Polacy bywali tegoż państwa premierami (Kazimierz Badeni 1846–1909) i ministrami, w tym ministrami spraw zagranicznych (Agenor Maria Gołuchowski, 1812–1875), ale też do rządów II Rzeczypospolitej (W.L. Jaworski zmarł w Milanówku w okresie już II RP) oraz PRL czy III RP.

Tym wszystkim, którzy dziś czasem mówią, że PiS gra za ostro, odpowiedzieć można słowami Stefana Kisielewskiego: „Trzeba umieć okazać siłę, aby nie być zmuszonym do jej użycia”. Te słowa może jeszcze bardziej pasują do polityki zagranicznej. Kto tego nie rozumie, nic nie rozumie.

Rady Eskimosów dla Murzynów 

Gdy czasem słyszę „rady” opozycji dla rządu (a raczej żądania), to na myśl przychodzą mi słowa Stanisława Jerzego Leca: „Zawsze znajdą się Eskimosi, którzy wypracują dla mieszkańców Konga wskazówki zachowania się w czas olbrzymich upałów”.

Od samego początku polityka Prawa i Sprawiedliwości – co zresztą wyraziło się w nazwie tej formacji – zasadzała się na twardej walce ze światem przestępczości i zasadzie „zero tolerancji”. Cóż, patronem PiS mógłby być Tukidydes mówiący, iż „lepiej eliminować przestępców, niż współczuć ich ofiarom”.

Błędem polityków jest wchodzenie w buty Piotrusia Pana. Albo inaczej może: nie należy za mocno przejmować się słowami Jeane’a Paula Sartre’a z wiersza: „Jestem chłopczykiem, który nie chce rosnąć”. Są w nim takie frazy: „Grą wszelką i zabawą jest dla mnie świat cały. Rój nieważkich wartości bawi mnie w eterze”. Zaprawdę powiadam wam, politycy: „Nie idźcie tą drogą!”.

Naszej opozycji dedykuję niemieckie przysłowie (skoro tak bardzo są zapatrzeni w stronę Niemiec): „Po co się spieszyć, jeśli się jest na złej drodze”.

To byłoby tyle. Warto czasem obejrzeć się w zwierciadle dawnych mądrości.

*tekst ukazał się w “Gazecie Polskiej Codziennie”  27.04.2020

Blog

O Engelsie, Bismarcku i… mojej mamie

Posted on

„Jezu Chryste, Boży synu,/Ocal moją duszę!/ Porzuć tron/I zbierz plon – Imię moje wymów/ Jasność Twoja z Boga Ojca/ Tyś miłością jest Ogrojca,/Słodka radość cierpień zbyta/Gdy człek Zbawcę w niebie wita!”.

Zagadka: kto jest autorem tego natchnionego, religijnego wiesza? Może to jakiś nieznany wiersz Karola Wojtyły? Twórca „Brata naszego Boga” pisał wszak inaczej, sorry, znacznie lepiej. Może ksiądz Jan Twardowski?

No, nie. Księdza Jana pamiętam z kazań w kościele sióstr wizytek na Krakowskim Przedmieściu, które wygłaszał co niedzielę, bodaj o 11-stej, a na które regularnie prowadziła mnie moja mama (potem szliśmy na Plac Zamkowy do otwartej w dni świąteczne cukierni, gdzie kupowaliśmy babeczki z żółtym nadzieniem, które rozpływało się w ustach, po dwa złote od sztuki). Na mojej półce stoi tomik wierszy księdza Jana „Przemijanie” z jego mottem „Starzy to dzieci, które za szybko urosły”. Ale ksiądz Twardowski tworzył prawdziwa Poezję. Zatem, kto? Cóż, to wiersz… Fryderyka Engelsa. Napisał go, gdy miał 17 lat. Kanclerzowi Bismarckowi przypisuje się powiedzenie „kto za młodu nie był socjalistą, ten na starość będzie skurwysynem”, ale casus młodego Engelsa pokazuje, że bycie natchnionym chrześcijańskim początkującym poeta (wierszokletą?) nie musi od razu uratować się od bycia komunistą, ba, od bycia jednym z „ojców komunizmu”, obok Marksa, choć w jego cieniu.

Żeby było jasne: wiersz Engelsa ściągnąłem nie z Internetu, tylko z półki własnej biblioteki. Prawdę mówiąc, ale to żaden wstyd, jest to jedyne dzieło Engelsa, które posiadam. Nie miałem za szczenięcych lat „heglowskiego ukąszenia” i nie mam również żadnego „dzieła” Karola Marksa, choć pamiętam, ze jako licealista chcąc poznać wroga „od środka” usiłowałem przeczytać „Kapitał”. Był on jednak tak nudny, że szybko dałem sobie spokój. Miałem trochę wyrzuty sumienia, że nie wykazałem wystarczającej cierpliwości, ale szybko minęły, jak przeczytałem, że Józef Piłsudski ów „Kapitał” rzucił w cholerę po raptem pierwszych sześciu stronach. Tak, ludzie z Kresów Wschodnich lub z kresowymi korzeniami mają podobną definicję nudy.

A dla mnie i tak najważniejszą książką w dziale „Religia” w mojej prywatnej bibliotece jest „Księga modlitw” Romana Brandstaettera. Prawdę mówiąc nie ze względu na zawartość, tylko dedykację:

„Kochanemu Rysiowi w dzień 23-ch urodzin z najlepszymi życzeniami – Mama”.

Mamy już nie ma, dedykacja została. A więc i Mama jest.

*tekst ukazał się na portalu dorzcezy.pl (07.04.2020)

 

 

 

Blog

Pożyczka 500 miliardów euro? Nie, dziękuję, postoję…

Posted on

Niemcy z Francją łącznie liczą niemal 140 milionów mieszkańców, co daje – po Brexicie – niewiele mniej niż jedną trzecią populacji UE, o „powerze” gospodarczym nie wspominając. Może dlatego Republika Francuska i Republika Federalna uważają, że jak one zagrają, to podług ich melodii wszyscy będą tańczyć. Rzecz w tym, że polityka międzynarodowa jest jednak nieco bardziej skomplikowana. Podobnie integracja europejska, która przez dekady opierała się na zasadzie jednomyślności i szanowaniu mniejszych państw przez państwa większe oraz mniej zamożnych przez bardziej zamożne. W ostatnich parunastu latach Unia Europejska zaczęła przypominać spółkę akcyjną, w której następują „wrogie przejęcia”, inwestorzy skupują sobie nawzajem akcje, przeciągają akcjonariuszy, grają pakietami tychże akcji na zasadzie „kto kogo”. Rzecz w tym, że UE nie była pomyślana przez Roberta Schumana (70-lecie jego deklaracji obchodziliśmy dosłownie parę dni temu) i Alcide de Gasperiego jako pomysł czysto biznesowy, maksymalizujący zyski, ale jako projekt polityczny, który respektując chrześcijańskie korzenie Europy miał się przeciwstawić komunistycznemu totalitaryzmowi, tuż po tym, jak piekło pochłonęło drugi XX-wieczny totalitaryzm, czyli ten niemiecko narodowo-socjalistyczny. Dlatego też zamiana Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali – EWG – UE w korporację z dominującymi udziałami Berlina i Paryża źle wróży pozostałym akcjonariuszom.

Podobnie jak francusko-niemiecki pomysł, aby w związku z pandemia COVID-19 pożyczyć, bagatela, 500 miliardów euro (!) w imieniu instytucji europejskich i rozdać te pieniądze w krajach szczególnie dotkniętych zarazą. Jako polski polityk zauważam, że dzięki mądrości władz RP i polskiego społeczeństwa, które pokazało wyjątkową samodyscyplinę, koronawirus nie spowodował w Polsce takich strat, jak np. w Europie Południowej. Czy teraz mamy płacić za to, że byliśmy zapobiegliwi, a nie niefrasobliwi, jak inne nacje? Pól bańki biliona euro! I, na Miłość Boską, kto i kiedy będzie te 500 miliardów spłacał?

Jeśli to ma być ta recepta na pandemię i kryzys z nią związany, to ja „dziękuję, postoję”.

*tekst ukazał się na portalu dorzeczy.pl (19.05.2020)

Blog

Tunguska mojego pradziadka

Posted on
Mój pradziadek Henryk Aleksander Czarnecki, aktor – i zdaje się nie za bardzo udany szef „trupy teatralnej”, jak onegdaj nazywano wędrowne teatry (teatr dla niego był sztuką, a nie biznesem, w związku z tym pradziadek plajtował co rusz) – wziął, jak wielu wówczas młodych Polaków z różnych stanów udział w Powstaniu Styczniowym. Skończyło się to zesłaniem na Syberię.

Legenda rodzinna głosi, że na tejże Syberii zadzierzgnął bliskie kontakty z rosyjskim kupcem-inwestorem, który dokonywał na własną rękę eksploracji dziewiczego jeszcze regionu. Pradziadek Henryk Aleksander, człowiek wielu talentów, wykorzystał fakt choroby kucharza w „komandzie” owego rosyjskiego burżuja i zastąpił chorego biedaka ze świetnym ponoć skutkiem. Rosjaninowi ponoć imponowało, że ma kucharza „z Zachodu”, cudzoziemca, Polaka, a nie rodaka, czy jeszcze gorzej – tubylca.

Serce nie sługa – mój pradziadek zakochał na się na Syberii! Jego wybranką była piękna… Tunguska. Spieszę wyjaśnić, że Tungusi to lud zamieszkujący Rosję (Syberia), Chiny (szczególnie tzw. Mongolię Wewnętrzną) oraz Mongolię. Używają kilku języków z rodziny tungusko-mandżurskiej. Ich żywiołem jest tajga. Nazwa „Tungusi” pochodzi z języka tatarskiego i ma mało sympatyczne konotacje, bo oznacza… świnię. Ale – na szczęście – ma też drugie znaczenie: to człowiek, który… je wieprzowinę. Skądinąd w ten sposób Tatarzy mieli określać plemiona, których religią nie był islam. Zatem: „niewiernych”…

Pradziadek Henryk Aleksander był nie tylko kochliwy, ale również wykazał się niebywałym sprytem: Syberię miał opuścić już po trzech latach, wyjeżdżając z imperium cara do Ojczyzny na papierach… owego kucharza, którego zastąpił. Wrócił więc do swojej Galicji i zamieszkał w Krakowie, a potem w okolicach Krakowach.

Dość często zdarzało się, że polscy zesłańcy po powrocie z Syberii do kraju byli przez swoje rodziny, dla bezpieczeństwa wysyłani na Zachód. Może by i tak było z pradziadkiem, ale na przeszkodzie stanęła owa Tunguska, z którą łatwiej było przyjechać niż wyjechać. I to był powód, dla którego Henryk Aleksander Czarnecki nie osiadł we Francji czy Belgii. A z Tunguską się ożenił, szokując bliższą i dalszą rodzinę.

Niestety historia miłości Polaka – zesłańca i kobiety przecudnej urody z ludu Tunguzów nie zakończyła się happy-endem. Chociaż pradziadek podobno kochał Tunguskę na zabój, a ona odwzajemniała się gorącym uczuciem, choć pochodziła z lodowatej tajgi – tę miłość przerwała śmierć. Dziewczyna zmarła na popularne wówczas, niestety, suchoty. Zmiana klimatu i warunków życia okazała się zabójcza. Pradziadek przez przeszło dekadę był samotny, aż wreszcie pod koniec lat 1870-ch ożenił się z warszawianką – panna Geber, wywodzącą się z osiadłej od dawna w Polsce rodzinie niemieckich garbarzy. Z tego małżeństwa około 1879 roku urodził się mój dziadek Henryk Karol Czarnecki, aktor, śpiewak, ale przede wszystkim-w przeciwieństwie do swojego ojca – bardzo sprawny dyrektor teatrów, który wystawiał zarówno lżejszy repertuar typu operetki, jak i na przykład pierwszą premierę „Halki” Moniuszki w Łodzi. Ale to już zupełnie inna historia.

Legenda rodzinna spowodowała, że ciepło myślę o egzotycznych Tungusach. Ukraść serce Czarneckiemu? To sztuka!

Blog

Wraca normalność

Posted on

Komunikat ogłoszony w mediach po moim spotkaniu z premierem Mateuszem Morawieckim jest jasny: do polskiego sportu, wracają kibice, a więc do życia społecznego wraca normalność. Oczywiście nie od razu Kraków zbudowano: zapewne najpierw kibice pojawią się na otwartych stadionach, a więc na meczach żużlowych i piłki nożnej. Jednak poza publicznością na stadionach zabiegałem o widzów w halach – pod kątem siatkówki, w której działam oraz innych sportów zespołowych. Sezon siatkarski rusza z początkiem września, mamy więc sporo czasu. Dzięki sprawności polskiego państwa, w tym funkcjonowania – świetnego w porównaniu z innymi krajami – służb medycznych i sanitarnych i w wielkiej mierze opanowaniu pandemii koronawirusa, będzie możliwe stopniowe dopuszczanie widzów do udziału w meczach i widowiskach sportowych. Bez nich tracą one – poza wymiarem telewizyjnym i sponsorskim – sens. Są jak zupa bez przypraw. Widać, że nasze państwo przy pełnym wsparciu zachowującego samodyscyplinę i zdrowy rozsądek społeczeństwa wygrywa pierwszy, może najtrudniejszy etap wojny z COVID-19. Inaczej jest wielu krajach Europy czy w USA. Możemy być z tego dumni jako Polacy, a polscy kibice, w tym ja, pewnie wcześniej od kibiców w innych krajach  będą mogli cieszyć się z uroku dopingowania „swoich”.

 *komentarz ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (23.05.2020) 

 

Blog

Reporterka z nieludzkiej ziemi

Posted on

Po 1945 roku, po tym jak zakończyła się II wojna światowa, a  zaczęła się „Zimna Wojna” – „Cold War” (określenie Winstona Churchilla) Zachodu ze Związkiem Sowieckim i komunizmem, gdy nie znano jeszcze „Na nieludzkiej ziemi” Józefa Czapskiego  oraz jego „Wspomnień starobielskich”, gdy nikt nie wiedział, że za piec lat ukaże się angielskie wydanie „Innego świata” Herlinga-Grudzińskiego  (ciekawe, że polskie ukazało się rok po angielskim!) i gdy zapomniana dzisiaj – a szkoda – Beata Obertyńska dopiero tworzyła swoją, absolutnie wstrząsającą książkę „W domu niewoli” – wówczas to w Italii, gdzie funkcjonowały wydawnictwa związane  z II korpusem gen. Władysława Andersa, ukazał się bodaj pierwszy literacki obraz Sowietów i ludzkiej ,w tym polskiej niedoli przez nich spowodowanej. Jego tytuł to „Ludzie sponiewierani”. Autorka, Herminia Naglerowa pisała sucho, w zasadzie bez patosu, niczym reporter. Przed nią chyba tylko Melchior Wańkowicz w „Dziejach Rodziny Korzeniewskich” starał się opisać tragedię polskich Kresów Wschodnich RP i kresowiaków.

Chcę dzisiaj przypomnieć Naglerową właśnie dlatego, że jako pierwsza obok Wańkowicza przed Gustawem Herlingem-Grudzińskim, Czapskim czy Obertyńską opisała sowieckie represje i polską dolę – niedolę.

Pisarka z Kresów  

Pierwszy raz przeczytałem jej książkę, mój Boże, 35 lat temu. Był rok 1985, udało mi się zdobyć wydaną na Zachodzie inną jej prozę „Kazachstańskie noce”. Pamiętam, że książka krążyła w podziemnym obiegu wśród studentów Uniwersytetu Wrocławskiego i w końcu ją dopadłem. Szczerze mówiąc przeczytałem sporo literatury „łagrowej” czy szerzej: dotyczącej losów Polaków w ZSRS, w tym niesamowite wspomnienia księdza Władysława Bukowińskiego  „Zapiski z Kazachstanu”, którą to książkę kolportowałem w podziemiu we Wrocławiu (choć pierwszy egzemplarz dostałem od ks. Stanisława Małkowskiego w jego warszawskim mieszkaniu na Saskiej Kępie). Ale właśnie dwie wspomniane książki Herminii Naglerowej wywarły na mnie wrażenie szczególne.

Naglerowa urodziła się, jak wielu polskich pisarzy, na Kresach Wschodnich Rzeczpospolitej. A ściślej w powiecie Brody, w województwie lwowskim. Studiowała na słynnym Uniwersytecie im. Jana Kazimierza we Lwowie, tamże zrobiła doktorat, uwaga, z historii – jej temat pracy to „ Wyprawa Józefa Zaliwskiego w 1833 roku” (inne źródła podają ,ze z filozofii)- a  nie z literatury. Jednak od 1919 roku mieszkała w stolicy, napisała pięć sporych powieści – najpopularniejsza z nich to „Krauzowie i inni”. Była znana poza Polską- tłumaczono ją na angielski i francuski.

NKWD: „Bijemy takich jak Wy” 

Po napaści Niemiec na Polskę, zgodnie z apelem naszych władz opuściła Warszawę i po dwóch dekadach wróciła do swojego Lwowa. Sowieci aresztowali ją 24 stycznia 1940 roku w dużej łapance pisarzy, jak to później określiła „prawicowych, lewicowych i neutralnych”. Podstawą do jej uwięzienia były, tak, tak, donosy Jerzego Putramenta(!) i Borejszy. Ale głównym powodem trafienia za sowieckie kratki było opowiadanie  Naglerowej „Gałązka bzu”, które zamieściła w książce dla młodzieży „Ludzie prawdziwi”. Zawarła w nim opis tortur stosowanych przez sowiecką bezpiekę CzeKa („matka”-poprzedniczka NKWD). Na przesłuchaniu, jak później opisywała, enkawudziści ryczeli: „Dlaczego pisaliście, że bijemy?” (…) . „Nie bijemy!”. „Bijecie! (…)” (…) „Bijemy! (..) Bijemy takich, jak wy i Pilniak” ( Borys Pilniak – rosyjski pisarz ,stracony przez Sowietów – dop. RCz.). Tak więc w ten oryginalny sposób Sowieci przyznali się do tortur pisarce, która o tym pisała…

Siedziała we lwowskim więzieniu na Zamartynowie, a potem innych rozrzuconych po Kresach dawnej Rzeczypospolitej – w Horodnii, Krzemieńczuku, Charkowie, a potem już daleko: Pietropawłowsku i Kazachstanie. Dostała, oczywiście zaocznie, wyrok ośmiu lat „karnego łagru”(„daliokij lagier”),który odbywała w pobliżu Karagandy, która stanie się potem głównym tematem jej powieści i opowiadań.

Proza Naglerowej przypomina z jednej strony Herlinga-Grudzińskiego, bo unika patosu, bo patrzy z dystansem, ale też nie relatywizuje. Jest też w jakiejś mierze podobna do Obertyńskiej, bo pokazuje, może mniej to akcentując, rolę  polskiej „odmienności” w  łagrach. Bo tam Polacy , w obliczu największego życiowego wyzwania, mocno kultywowali więzi narodowe, solidarność, zwyczaje i tradycje. Mówiąc Feliksem Konecznym, była to „polska cywilizacja”.

Śmierć polskiego dziecka na stepie 

Herminia Naglerowa pisała o głodzie, o traktowaniu literatów i intelektualistów, o powszechnym uciekaniu przez więźniów w… świat bajki – i to „burżuazyjnej” bajki. Może najbardziej przejmujący u Naglerowej jest opis śmierci polskiego dziecka na stepie w Kazachstanie. Śmierci z głodu. Dziecka, które śniło o najwspanialszym prezencie na imieniny – całym bochenku chleba… I mającego tylko jedno marzenie „żeby nie wiedzieć co, wrócić do Polski, do Lwowa (… ), do mieszkania przy ulicy Nabielaka”.

Naglerowa w łagrze modliła się – nie będąc katoliczką- słowami tradycyjnych modlitw, ale też słowami poezji. I własnymi słowami.

Po układzie Sikorski-Majski zdołała opuścić „sowiecki raj”: z żołnierzami Andersa przemieszcza się do Persji, potem Iraku, Palestyny, Egiptu, a wreszcie do Włoch, by już po zakończeniu działań II korpusu „zacumować” w Anglii.

Na scenie Teatru Królewskiego w Bagdadzie jej sztuka „Tu jest Polska” zainaugurowała działalność „Teatru Żołnierza”. Grano ją dla naszych chłopców z V Dywizji Kresowej czy III Dywizji Karpackiej na pustyniach Iraku. Grano tylko 30 razy, bo od żaru słońca zetlały teatralne dekoracje…W Palestynie założyła najlepsze bodaj polskie pismo kobiece z czasów wojny „Ochotniczka”.

Po ukończeniu kursu oficerskiego z armii wychodzi jako kapitan Wojska Polskiego.

Polskość, co się odradza – jako ratunek …. 

Po latach opisywała,  jak w „tiurmie” w Krzemieńczuku poniżona, w beznadziei braku pespektyw, w rozpaczy ,płacząc zaczęła deklamować „Pana Tadeusza”. Zawarła to w opowiadaniu „Ratunek” – a tym ratunkiem stała się polszczyzna. Czyż to nie podobne do słów innego bardzo znanego literata i poety polskiego Lwowa Mariana Hemara, który pisał „moja Ojczyzną jest polska mowa” ?

Naglerowa pisała o tamtym czasie: „Odpychałam koniec życia, wiedząc już, że nie zabraknie mi nigdy tej najpiękniejszej mowy, nie kierowanej do nikogo, tylko do siebie samej”. Cóż, sztafeta pokoleń. I ta ciągłość, bo pierwszy raz Naglerowa „Pana Tadeusza” usłyszała od swojego nauczyciela ,powstańca styczniowego ,pana Sozańskiego…

Naglerowa pisała, że w sowieckiej celi była „instrumentem”. Instrumentem polskości, co wciąż się odradza i nie zginie nigdy. Zmarła na brytyjskiej ziemi, jak wielu polskich antykomunistycznych emigrantów, 9 października 1957 roku. Na kilka dni przed śmiercią, jak to jakże lapidarnie ujął jeden z jej biogramów „przeszła na łono Kościoła Katolickiego”.

Czy Herminia Naglerowa doczeka się ulicy swojego imienia, jakiegoś upamiętnienia ?Tylko, na Boga, gdzie? We Lwowie? W Brodach? W Charkowie czy Kazachstanie ,gdzie była więziona? Czy w Londynie, gdzie zmarła?

W tym roku, w październiku, mija równo 130. rocznica jej urodzin.

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (14.05.2020) 

 

Blog

Seneka, Neron, Sarmaci i Bruksela…

Posted on

Seneka młodszy mądrze prawił, iż „przez całe życie należy uczyć się żyć i – co może jeszcze bardziej Cię zdziwi – przez cale życie trzeba uczyć się umierać”. Rzecz w tym, że można zaobserwować masę zupełnie nierozgarniętych delikwentów, którzy może życia to się i uczą, ale z niewielkimi rezultatami. Widać to także po opozycji w Polsce. Świadomie używam terminu geograficznego, bo z tymi przymiotnikami trzeba uważać…

A Senekę, syna Seneki starszego cytuję, bo przecież ów pisarz i filozof miał duży wpływ na chrześcijaństwo, sam będąc poganinem. Był skądinąd wychowawca cesarza Nerona. Jak mówi stare polskie powiedzenie „drogowskazy nie chodzą”- Seneka tak wychowywał przyszłego podpalacza Rzymu, że ten ,jak jego nauczyciel przestał być konsulem, wymusił na nim…popełnienie samobójstwa. Starożytny Rzym pełen był tego typu  smutnych historii. Ale miał też plusy: jadało się tam dużo i to leżąc! Ach, czasy, czasy…

W życiu i w polityce trzeba mieć dużo pokory. I dystansu. Wiedział o tym inny Rzymianin (urodzony na terenie obecnej Turcji) Publiliusz Syrus. Ten wyzwolony z niewolnika aktor twierdził, iż „zawsze żyją źle ci, którzy spodziewają się żyć wiecznie”. Żył w pierwszym wieku przed Chrystusem, nie dożył chrześcijaństwa ,nie wiedział nic o życiu wiecznym w wymiarze religijnym-ale lekcji pokory udzielił świetnej. Czyż to nie powinno dotyczyć zwłaszcza polityków? Szczególnie tych młodszych, którzy naiwnie uważają, że będą iść cały czas tylko i wyłącznie na szczyt – i wyżej i wyżej …  Jestem w polityce na szczeblu państwowym od 29 lat, wiec cośkolwiek o tym wiem.

Zgodnie z tytułem tej rubryki pisze ten felieton w Brukseli niedaleko placu Jourdan, gdzie jest słynny pawilonik – niegdyś okrąglak, obecnie na planie prostokąta. W nim nawet podczas największej ofensywy pandemii sprzedawane były frytki. Tak, frytki wymyślone przez Belgów. Bo Belgia to ojczyzna frytek i ponad 1000 gatunków piwa (szacun!), z czego około 300 jest w normalnej sprzedaży. „Od piwa głowa się kiwa”- mawiali nasi przodkowie ,mając zapewne w tej kwestii spore doświadczenie. Tak, to musiała być przyjemna empiria!

Co ma wspólnego starożytny Rzym i współczesna Belgia? Nic! Przecież Królestwo Belgii to jedno z najmłodszych państw w Europie. Ot, taki kontrast.

A jednak! Jest coś co łączy dawny Rzym i współczesna Bruksele. To MY! Nasi przodkowie, Sarmaci swe korzenie wywodzili ze starożytnego Rzymu, co poprawiało im samopoczucie, a byłych cezarów ,konsulów i legionistów już nie miało prawa obchodzić. XIX -wieczni Polacy organizując Powstanie Listopadowe odciągnęli wojska rosyjskie ,które miały interweniować (razem z Prusami, a jakże) po wybuchu antyholenderskiej rewolty w Brukseli w 1830 roku. Mamy wiec swoje zasługi dla Belgii, choć to raczej my o nich pamiętamy, a nie Belgowie. Zupełnie jak w przypadku Wiednia 1683 i niewdzięcznych Austriaków…

 *tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej” (13.05.2020) 

 

Blog

Najstarszy prezydent RP

Posted on

Bardzo dobre przyjęcie przez Czytelników mojego ostatniego artykułu o Ludziach „polskiego Londynu” z 20 kwietnia spowodowało, że mogę dzisiaj Państwu przedstawić kolejny tekst. Pisałem poprzednio o dwóch ostatnich prezydentach RP na Uchodźstwie (Kazimierz Sabbat i Ryszard Kaczorowski) oraz ostatnim premierze rządu RP w Londynie(Edward Szczepanik). Dziś pora na rozpoczęcie przedstawiania poprzedników prezydentów Kazimierza Sabbata i Ryszarda Kaczorowskiego.

W aurze II Rzeczypospolitej

Zacznę od tego najbardziej znanego, człowieka i dyplomaty otoczonego nimbem wielkiego szacunku – mowa o Edwardzie hr. Raczyńskim, który piastował tę funkcję w latach 1979-1986. Miałem zaszczyt poznać go w jego londyńskim mieszkaniu ledwie dwa lata po tym, jak złożył urząd prezydenta RP. Byłem pod wrażeniem tego skromnego, ale dystyngowanego dżentelmena wokół którego czuło się doprawdy aurę II Rzeczypospolitej. A jednocześnie podziwiałem, jak dzielnie walczył ze swoją wielką osobistą tragedią, jaka była utrata wzroku, co dla tego człowieka czynu było czymś strasznym.

Ten arystokrata, ceniony przez wielu wpływowych cudzoziemców także wtedy, gdy rząd RP na Uchodźstwie nie miał takiej pozycji, jak pod koniec lat 1980. był człowiekiem o umiarkowanych poglądach. Jego głęboka znajomość polityki międzynarodowej, znakomite kontakty w świecie nie przeszkadzały mu w imponującej znajomości bieżących spraw krajowych, o czym mogłem się przekonać w trakcie naszej długiej rozmowy. Co ciekawe, eksprezydent Raczyński był istotnym punktem odniesienia także dla tych środowisk opozycji, na przykład tzw. „lewicy laickiej” czyli lewej części KOR-u, którzy bądź w ogóle nie uznawali władz RP na uchodźstwie, bądź mieli do nich stosunek prześmiewczy czy wręcz szyderczy.

Dyplomata urodzony

Edward hr. Raczyński był najstarszym w dziejach prezydentem Rzeczypospolitej. Objął ten urząd w wieku … 88 lat i sprawował go przez siedem lat. Gdy pałeczkę w tej państwowej sztafecie przekazywał swojemu następcy Kazimierzowi Sabbatowi miał 95 lat. Zmarł już po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w wieku 103 lat w Londynie. W tym Londynie, w którym mieszkał lat niemal siedemdziesiąt (!) – właśnie tak, bo od 1934 roku był ambasadorem RP w Wielkiej Brytanii.

Edward Bernard Raczyński urodził się w 1891 roku w Zakopanem. Jego ojcem był wybitny mecenas sztuki, twórca jednej z największych i najsławniejszych na ziemiach polskich prywatnej galerii malarstwa (znajdowała się w podpoznańskim Rogalinie). Jego matka, pod której był wielkim wpływem to Roża z Potockich, spokrewniona z poetą Zygmuntem Krasińskim. Brat Roger w Polsce Niepodległej tez robił karierę dyplomaty – był ambasadorem RP w Rumunii. Edward Raczyński nie chodził do szkoły podstawowej – odebrał edukację domową, potem uczył się w Gimnazjum Jana III Sobieskiego w Krakowie, a po zdanej z wyróżnieniem maturze studiował w Niemczech (Lipsk), Anglii (Londyn) i Krakowie. Właśnie na Uniwersytecie Jagiellońskim doktoryzował się w wieku zaledwie 24 lat, jeszcze podczas I wojny światowej. W 1918, gdy Polska wybijała się na niepodległość, wstąpił do Szkoły Podchorążych Piechoty w Ostrowi Mazowieckiej. Jednak mądre władze II Rzeczypospolitej słusznie uznały, ze z hrabiego Raczyńskiego może będzie niezły żołnierz, ale dużo lepszy dyplomata i wysłały go do Szwajcarii, gdzie w Bernie była polska placówka wojskowa. Wkrótce potem został I sekretarzem Poselstwa RP (tak wtedy określano ambasady) w Danii). Kolejnym wyzwaniem po Bernie i Kopenhadze było miasto, w którym spędził olbrzymia część swego długiego życia – Londyn. W 1922 roku został tam „Sekretarzem I klasy”.

Hrabia Raczyński doceniał rolę kobiet w życiu mężczyzny: aż trzykrotnie był żonaty. Najpierw poślubił jedną z bogatszych Angielek Joyous (Joyce) Markham – córkę wielkiego przemysłowca, sponsora kampanii wyborczych …wroga Polski Davida Lloyd George’a. Za drugim i trzecim razem były to już Polki. Z drugą żoną spędził 30 lat, do jej śmierci w 1962 roku – była to Cecylia Jaroszyńska. Trzecia żonę poznałem w latach 1980.w Londynie: Alina Mieczysławska z sędziwym prezydentem opiekowała się od lat i została jego żoną dwa lata przed śmiercią.

Minister Spraw Zagranicznych w czasie najtrudniejszym

Ciekawe, że gdy 43-letni Edward Raczyński przejmował polska ambasadę w Londynie – pięć lat przed agresją Niemiec na Rzeczpospolita – nie był z tego powodu specjalnie szczęśliwy. Uważał, że centrum polityki międzynarodowej znajdowało się wówczas w … Genewie. Tam mieściła się Liga Narodów, gdzie Raczyński wcześniej, w latach 1932-34 był Stałym Przedstawicielem RP. Jego największym przedwojennym ambasadorskim wyzwaniem była obrona stanowiska Polski w sytuacji zajęcia Zaolzia i poprzedzającej go ostrej noty polskiego MSZ wobec rządu Czechosłowacji. Już w pierwszych dniach po ataku III Rzeszy Niemieckiej na nasz kraj musiał interweniować, bo co i rusz w angielskiej prasie pojawiały się artykuły, które w myśl francuskiej maksymy głosiły: „Czy warto umierać za Gdańsk?”(jej autorem był socjalista, a następnie faszysta Marcel Deat). Na inaugurację Sekcji Polskiej Radia BBC 7 września 1939 nie tylko przemawiał do rodaków w kraju, ale też odczytał orędzie do Narodu Polskiego Premiera Jej Królewskiej Mości Neville’a Chamberlaina. Gdy po wbiciu nam noża w plecy przez Sowietów znajomy jego byłego teścia Lloyd George na łamach „The Sunday Express” pisał o upadku „reakcyjnego, feudalnego rządu polskiego” i interwencji „ojcowskich władz sowieckich” (sic!) – nasz ambasador wysłał do ekspremiera List Otwarty, którego treść poznali wszyscy członkowie Izby Gmin, Izby Lordów oraz dyplomaci.

Świetnie znany i ceniony hrabia Raczyński miał świetne stosunki z Churchillem, a jednocześnie miał poczucie, że nawet najlepsze relacje osobiste nie spowodują zatarcia różnicy interesów.

Krytycznie oceniał układ Sikorski-Majski z 1940 roku, ale, paradoksalnie, kryzys gabinetowy związany z tym wydarzeniem i dymisje między innymi gen. Sosnkowskiego i przyszłego prezydenta RP, a wtedy szefa MSZ Augusta Zaleskiego spowodowały, że lojalny wobec rządu w Londynie Edward Raczyński został ministrem spraw zagranicznych RP. Do historii przeszły jego noty protestacyjne wobec Sowietów w kontekście oskarżeń polskich dyplomatów w ZSRR o… szpiegostwo, ale też zbrodniczych zachowań sowieckich partyzantów funkcjonujących na Kresach Wschodnich RP pod okupacją niemiecką. Minister Raczyński potępiał również przymusowe nadawanie obywatelstwa sowieckiego obywatelom RP.

Ale chyba największym wyzwaniem w czasie jego ministerialnej misji było ogłoszenie przez Niemców w kwietniu faktu zbrodni katyńskiej. W związku z tym uczestniczył wraz z premierem Sikorskim w spotkaniach z wściekłym Churchillem i szefem MSZ Edenem, którzy uważali, że egocentryczni Polacy oskarżając Moskwę o mord katyński, osłabiają działania koalicji antyniemieckiej …

Odegrał również Raczyński istotną rolę w informowaniu opinii światowej o niemieckich mordach na Żydach na terytorium Polski. Później wydał na ten temat specjalną książkę.

Wytrawny dyplomata, pragmatyk, realista. Po wybuchu Powstania Warszawskiego, Raczyński, który już od roku nie był szefem MSZ – jak tylko premier Sikorski zginął tragicznie w Gibraltarze został zdymisjonowany przez nowego premiera Stanisława Mikołajczyka – jak napisał historyk Piotr Kardela, „losy Polski uważał już za rozstrzygnięte”. Powściągliwy w swych ocenach, urodzony dyplomata, w wypowiedziach publicznych podkreślał, iż „sytuacja Polski po Jałcie i Poczdamie nie wynikała ze złej woli naszych sojuszników”. Cóż…

Tracił wzrok, ale nie wyczucie sytuacji w kraju…

Wybitny publicysta Wacław Zbyszewski napisał o naszym bohaterze, iż „żaden Polak nie mógł więcej od Anglików wydobyć niż Raczyński i wobec nikogo innego Anglicy nie mieli tyle zaufania i poczucia zaciągniętych zobowiązań”. Po II wojnie światowej angażował się w koncepcję paneuropejskie (federalistyczny „Ruch Europejski”). Szczególnie widział konieczność współpracy na rzecz krajów okupowanych przez Związek Sowiecki. Raczyński stopniowo tracił wzrok, co było jego osobistym dramatem , ale nie tracił wyczucia sytuacji w kraju – w 1976 roku wraz z m.in. ludźmi, których też miałem zaszczyt poznać na obczyźnie – Gustawem Herlingiem- Grudzińskim i Józefem Garlińskim podpisał „List 59” przeciwko zmianom w konstytucji PRL. Jako prezydent RP do 1986 roku wysoko trzymał sztandar Niepodległości. Ale był też krytykowany, gdy funkcję premiera powierzył nie popularnemu Stefanowi Korbońskiemu, tylko późniejszemu swojemu następcy Kazimierzowi Sabbatowi. Gdy zmarł, pisały o nim i prawicowy „The Daily Telegraph” i lewicowy „The Guardian”, a kondolencje wdowie złożyła królowa Elżbieta II. Choć uroczystości pogrzebowe odbyły się w Londynie, to najstarszy prezydent Najjaśniejszej RP spoczął w Polsce, w swoim rodzinnym grobowcu w Rogalinie w Wielkopolsce. „Przeszedł czyniąc dobrze Polsce”…

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (23.04.2020)

Blog

Papież Polaków, papież mojego pokolenia

Posted on

Był bodaj przełom sierpnia i września, chyba początek września 1978 roku. Miałem wtedy 15 lat i chodziłem do drugiej klasy jednego z warszawskich liceów. Mieszkałem na Starówce, a moja parafia była katedra pod wezwaniem świętego Jana – tam przystępowałem do pierwszej komunii świętej, a sześć lat później stałem w tłumie wiernych słuchających kazania prymasa Wyszyńskiego. Ksiądz kardynał przyjechał prosto z Watykanu, było tuz po wyborze papieża Jana Pawła I. Mówił kazanie stojąc na ambonie umieszczonej wysoko, po lewej stronie katedry. Ludzie słuchali w nabożnym skupieniu. Zapamiętałem słowa Interrexa: ze wybrano nowego Ojca Świętego, Włocha i żeby nie mieli racji ci, którzy oczekiwali, że wybiorą Polaka-bo papieżem będzie, co naturalne, Włoch. „Szkoda” -pomyślałem. Minął przeszło miesiąc. W Stolicy Świętej trwało konklawe. 16 października wracałem ze szkoły. Dyskutowaliśmy z kolegami, kto zostanie papieżem. Witek powiedział:” wcale bym się nie zdziwił, jakby wybrali Polaka, Wojtyłę”. Byłem sceptyczny -pamiętałem słowa prymasa Polski. Tego wieczoru wszyscy usłyszeliśmy „Habemus Papam” …

Pierwsza pielgrzymka- jesteśmy u siebie… 

Początek czerwca 1979 roku. Warszawa. Jestem w papieskiej służbie porządkowej, a raczej jej części złożonej z warszawskich licealistów, których rodzice związani byli z Klubem Inteligencji Katolickiej. Plac Zwycięstwa-tak się wtedy nazywał (dziś: Piłsudskiego), co brzmiało zresztą jak metafora-msza, ołtarz, poczucie, że to wyjątkowy czas, szczególna chwila. Pamiętam słowa: „Niech zstąpi Duch Twój -i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi”, ale przede wszystkim zapamiętałem brawa, morze, ocean braw po tych słowach. Pamiętam wodę podawana w plastikowych kubeczkach starszym ludziom. I poczucie, że możemy teraz się policzyć. I ze to Polacy są gospodarzami we własnym kraju: bo jesteśmy u siebie.

 A potem jeszcze msza dla młodzieży przed kościołem akademickim pw. świętej Anny i od rana nadciągające grupy młodych ludzi. I ta nagła świadomość: jak nas wielu. I ze jesteśmy wspólnotą. I że „tu jest Polska”.

 Zaraz po odlocie polskiego papieża z Krakowa do Rzymu umiera „ciocia Jadzia”, ciotka mojej Mamy. Ta starsza już pani, urzędniczka bankowa, żołnierz Podziemia na łożu śmierci powie:” doczekałam”.  Wielu z jej pokolenia, starszego o kilkanaście lat od księdza z Wadowic będzie to sobie po cichu powtarzać przez lata pontyfikatu Jana Pawła II.

 Czy istnieje pokolenie JP 2? Czy to mit? Istnieje. Mam poczucie, że jestem częścią tej wspólnoty. Wspólnoty życiorysów: Oazy, piesze pielgrzymki do Częstochowy, duszpasterstwa akademickie, pielgrzymki Ojca Świętego do jego i naszej Ojczyzny, audiencje w Watykanie (późniejsi papieże bardzo ograniczyli możliwość udziału w nich i ich liczebność). Ale też poczucie intelektualnej więzi z autorem naprawdę czytanych przez nas (i cytowanych!) encyklik oraz uznania, że nasze społeczne, a czasem i nawet polityczne zaangażowanie źródło bierze w dużej mierze w Jego nauczaniu.

 Polski papież i duma z bycia Polakiem 

Wreszcie to, co Papież-Polak mówił o Ojczyźnie, narodowej wspólnocie, o dumnej, choć i tragicznej polskiej historii-te lekcje patriotyzmu niezapomniane, nie do powtórzenia, jedyne w swoim rodzaju. Ich adresatem byli rodacy w kraju, ale też rodacy na obczyźnie. Pamiętam, jak jeden z najważniejszych ludzi w międzynarodowym ruchu związków zawodowych, sekretarz generalny Światowej Konfederacji Pracy (odwołującej się do wartości chrześcijańskich), Jan Kułakowski (późniejszy pierwszy ambasador Polski przy UE) mówił mi, że wybór polskiego papieża spowodował powrót do polskości, jej utrwalenie u jego trzech córek, urodzonych na emigracji w Belgii. Gdy nasz rodak na Stolicy Piotrowej przyjechał z pierwsza pielgrzymka do USA (zresztą zanim przyjechał do swojej ojczyzny…) to amerykańscy Polacy -albo polscy Amerykanie- witali go na trasie jego przejazdów i na mszach świętych „w plenerze” w koszulkach z napisem „I ’m proud to be Polish” – czyli „Jestem dumny z tego, że jestem Polakiem”. Tak, to właśnie był ten renesans dumy z bycia Polakiem. To podniesienie polskich głów -nad Wisła, Odra, Warta i Bugiem, ale też nad Sekwana, Tamizą, Renem czy Potomakiem.

Jako człowiek urodzony w Londynie najlepiej wiem, jak przyjęli nasi rodacy na Wyspach Brytyjskich papieską homilię wygłoszoną na spotkaniu z Polakami w Londynie, w 1982 roku, podczas stanu wojennego, na nieistniejącym już stadionie Crystal Palace. Jan Paweł II mówił tam o Polakach poza granicami Rzeczypospolitej jako- uwaga- „Polsce poza Polska”. Czyż nie jest to najlepsze podsumowanie polskiego losu na obczyźnie i to z ust człowieka, który sam był w jakimś sensie „emigrantem”?

 Jeździłem za Ojcem Świętym 

 Papieskie audiencje. Miałem zaszczyt w paru brać udział. Nie tylko w tych „dla wszystkich”, na placu św. Piotra w Rzymie, ale przede wszystkich w tych prywatnych, już na terytorium Watykanu, w papieskiej kaplicy. Po mszy świętej polski ksiądz Karol Wojtyła, papież, klękał na modlitewniku i na dłuższy czas jakby duchem znikał. Nawet ktoś w ogóle niewierzący czy poszukujący mógł dojrzeć, że Ojciec Święty to człowiek wielkiego zawierzenia. Potem mam chwilę na przedstawienie się i powiedzenie paru słów. Uważny, przeszywający na wskroś wzrok człowieka w bieli, jakby wiedział o Tobie wszystko, a mimo to chciał z Tobą rozmawiać… A jednocześnie ciepły, otwarty uśmiech, szczególny i wyjątkowy, niepowtarzalny. Wychodzisz i masz poczucie, że spotkałeś świętego, mocarza ducha, przy którym byłeś kimś jednocześnie ważnym, bo zaszczycił Cię chwila rozmowy, spojrzeniem, gestem, a jednocześnie malutkim. Ta euforia po najkrótszym nawet spotkaniu z Jego Świątobliwością. Po prostu- Ojcem.

Nasz polski papież odbył 104 pielgrzymki na wszystkie kontynenty. Był pierwszym następca św. Piotra w Wielkiej Brytanii i w Białym Domu i w polskim parlamencie. Dla mnie jednak-to sprawa indywidualna – najważniejsze były jego pielgrzymki do Ojczyzny. Jeździłem za nim. W 1979 roku byłem w Warszawie, w 1983 w „moim” Wrocławiu, ale też w Warszawie (przerodziła się ta msza w wielką „solidarnościową” demonstrację), w 1987 znów w stolicy, jak zawsze, ale też w Gdańsku, na Zaspie i na południu, w Tarnowie i na drugim krańcu Polski-w Szczecinie. Po kolejnych czterech latach Warszawa, a potem w 1997 roku: Wrocław i Kongres Eucharystyczny, msza św. w Hali Ludowej i na otwartej przestrzeni, za „Poltegorem”. Byłem też na tej ostatniej, w sierpniu 2002 roku -w Krakowie. Przeczuwaliśmy, że to ostatnie spotkanie z Człowiekiem, który zmienił obliczeń Ziemi. Tej ziemi-i nie tylko tej.

Moje pokolenie – pokolenie JP 2- miało wielkie szczęście żyć w tym samym czasie co polski papież i być przez niego kształtowanym. I Polska-jego miłość -tez miała wielkie szczęście. Polska, ta „Matka szczególna”, jak mówił …

*tekst ukazał się w “Gazecie Polskiej Codziennie” (14.05.2020)

 

 

Blog

UE dała 150 respiratorów na całą Unię, polski Caritas – 100 dla Polski …

Posted on

Proponuję lekturę zapisu wywiadu, jakiego udzieliłem dla „VOD Gazety Polskiej”, w ramach programu „Europejskie Rozmowy

Niezależne”. Rozmowę ze mna przeprowadził Mateusz Kochanowski. Oto ona:

 

Witam Państwa w kolejnym odcinku, nazywam się Mateusz Kochanowski, a naszym dzisiejszym gościem jest eurodeputowany Prawa i Sprawiedliwości, pan minister Ryszard Czarnecki.  

– Witam Pana, witam Państwa.

Dziękuję, że znalazł Pan czas, żeby być dzisiaj naszym gościem, zawsze miło jest Pana Ministra gościć w naszym programie, bardzo się cieszę.  

– Bardzo się cieszę również, to prestiżowy program, także tym bardziej dziękuję za zaproszenie.

Panie Ministrze, ja szybkie pytanie, tak po prostu, czy lekarstwo jest gorsze od choroby?  

– Rozumiem, że mówi Pan o sytuacji spowolnienia gospodarczego i tego, że szereg osób uważa, że to odmrożenie powinno być większe niż jest. To jest taka dyskusja, która tak naprawdę, myślę, trudno prowadzić bez patrzenia na to, co się dzieje wokół nas : to znaczy były kraje, które poszły drogą w praktyce: „gospodarka musi działać”, „kto zachoruje, ten zachoruje”, „ekonomia musi funkcjonować” – i takim krajem były Stany Zjednoczone-USA, w Europie na pewno Wielka Brytania, na pewno Szwecja, poza Europą Izrael, nie znam specyfiki izraelskiej, mogę powiedzieć, że i w USA i w Wielkiej Brytanii przyniosło to opłakane skutki, w Szwecji również, bo jest to kraj o największej liczbie zgonów i osób zarażonych w całej Skandynawii.  Natomiast oczywiście myślę, że chyba Pan mówi o tych pierwotnych restrykcjach, bo tu się chyba zgodzimy, że polskie władze miały w 100% rację –  natomiast oczywiście można dyskutować, czy teraz nie należy szybciej otwierać różne obszary funkcjonowania gospodarczego, społecznego, tu nie ma chyba optymalnej odpowiedzi.  Ja pamiętam taką dyskusję z moją własną żoną, kiedy ja pokazywałem plusy odmrażania poszczególnych kolejnych obszarów, to że będzie można kupować różne towary w sklepach, do tej pory zamkniętych np. że będzie można już korzystać z hoteli, a moja żona z kolei obawiała się, jak to kobieta ,tego, że może to zaowocować większą ilością osób zarażonych… A więc zobaczymy, jakie będą tego efekty, choć z drugiej strony, też nie będzie to łatwe do zbadania. Panie Redaktorze jest tak, że gdy chodzi o polskie PKB, to 45% polskiego PKB to jest eksport, a więc nawet jeśli polskie władze sobie świetnie poradzą z pandemią  i także z wychodzeniem z kryzysu, który będzie jej efektem, to my jesteśmy uzależnieni i to w bardzo mocnym stopniu od tego, co jest poza Polską. Jeżeli 5% naszego PKB, jedna dwudziesta to jest tylko i wyłącznie eksport do Niemiec, to znaczy, że jak ktoś nad Renem czy Szprewą kichnie, to my będziemy mieli katar. Podkreślam : nie ma dobrej recepty, jak widać rząd słucha się ministra Szumowskiego, choć zdaje się, że nie we wszystkim.

Jeżeli teraz dochodzi do sytuacji, gdzie kraje członkowskie otwierają powoli swoje gospodarki, mieliśmy pewną sytuację, gdzie na samym początku były różne oskarżenia wobec Chin, że przetrzymywały informacje, że za późno wszystkich poinformowały, teraz Chiny informują, że prawdopodobnie jest zagrożenie drugiej fali zarażeń koronawirusem no, to jeżeli teraz Chiny nas ostrzegają przed tym, to czy rzeczywiście teraz słusznie postępujemy, że odmrażamy tę gospodarkę?  

 – Chiny już zamykają ,nawet ponownie , swoje miasta, niektóre przynajmniej. Zresztą także wiceminister zdrowia w rządzie polskim, pan Waldemar Kraska zapowiedział potencjalną kolejną falę pandemii w sierpniu, wrześniu, mówiąc ściślej w końcu sierpnia, we wrześniu, więc jak widać, to nie jest tak, jak niektórzy myśleli, że pewnego dnia uroczyście ogłosimy zwycięstwo nad pandemią, jednego dnia konkretnie. To będzie proces i to tak, jak na wojnie : zwycięstwami naszymi, zwycięstwami także drugiej strony, czyli zarazy.  Jeżeli AmerykanieI mówią, mówią to w raportach poufnych, które przeciekły do „New York Timesa”, że koniec pandemii w USA nastąpi jesienią przyszłego roku, jeżeli brytyjskie raporty rządowe mówią, że koniec pandemii  na Wyspach Brytyjskich nastąpi wiosną przyszłego roku, to widać, że jest to długotrwała wojna. Jeżeli minister Szumowski mówi o tym, że bez maseczek będzie można chodzić za dwa lata… (…) Ja pokazuje, że jest to bardzo długotrwaly proces. Ja bym powiedział, że trzeba reagować elastycznie. Zresztą nie można nie funkcjonować, gdy chodzi o gospodarkę, trzeba wracać do życia, zachowując maksimum zdrowego rozsądku, bezpieczeństwa. Chociaż uważam, że polskie społeczeństwo zachowało się wręcz perfekcyjnie na tle Hiszpanów, Włochów, ale nie tylko/ także Brytyjczyków, czy niektórych innych narodów np. krajów Beneluksu. Widzimy to, rozmawiamy w kraju, w którym jest największa ilość osób, które zmarły na milion mieszkańców w Europie, obok San Marino, więc to pokazuje, że nasze społeczeństwo na tym tle było bardzo dojrzałe, zdyscyplinowane, mądre, te restrykcje uznało za własne, generalnie się im podporządkowało. Teraz będzie na pewno z każdym tygodniem coraz trudniej, nie ma co ukrywać.

 Mówiono, że Unia Europejska była troszkę spowolniała, jeśli chodzi o reakcję na cały kryzys i mówi się , że Unia Europejska nie ma wystarczających narzędzi, żeby konsekwentnie stawiać czoła takim kryzysom , jak teraz, niektórzy z kolei twierdzą, że jest to spowodowane tym, że Unia Europejska nie dysponuje wystarczającymi uprawnieniami i rozwiązałoby to całą sytuację, gdyby przekazać większą władzę decyzyjną Unii Europejskiej w różnych, również takich kwestiach.

– Po pierwsze to jest tak, że Unia nie troszkę , a bardzo poważnie zawiodła, a szereg państw narodowych, państw członkowskich Unii, spisało się świetne. Uważam, że Polska spisała się bardzo dobrze, ale także Czechy, Dania, mówię akurat o trzech krajach, które jako pierwsze zamknęły granice, nie przypadkiem, a więc można powiedzieć, że państwa narodowe, a przynajmniej część z nich, zdała egzamin śpiewająco, część z nich: Włochy, Hiszpania, Francja , także Belgia-nie. Unia Europejska tego egzaminu nie zdała. Akurat w tym gmachu pani przewodnicząca Komisji Europejskiej von der Leyen za coś przepraszała – przepraszała właśnie za to, że Unia nie pomogła Włochom. Sytuacja, w której Niemcy i Francja -główni rozgrywający  w Unii Europejskiej zatrzymywały transporty z pomocą medyczną dla Italii, czy także Hiszpanii jest rzeczą karygodną. Natomiast teraz pytanie z drugiego obszaru : jak temu zapobiec? Po pierwsze : Unia nie powinna się ośmieszać, to znaczy ogłoszenie zakupu 150 respiratorów na wszystkie kraje członkowskie Unii, to wychodzi jak wiadomo … pięć respiratora na kraj. Tylko Polski Caritas w trzydziestoośmioimilionowej Polsce dokonał zakupu 100 respiratorów, więc możemy porównać cichą działalność polskiego Caritasu i tą spektakularną ,tylko, że dużo mniej efektywną działalność Unii Europejskiej. Ja bym sugerował, żeby Unia się nie ośmieszała, także wtedy, kiedy robi bardzo niewiele. Jeszcze kwestia trzecia : jestem zdecydowanym przeciwnikiem takiej trochę bezmyślnej postawy mówiącej „zwiększmy kompetencje Unii Europejskiej i to w momencie, kiedy Unia Europejska się nie sprawdza”. To jest trochę tak, jakby namawianie Polski, żeby zapisała się do strefy euro, kiedy strefa euro robi bokami, kiedy właśnie się nie sprawdza… (…) Myślę, że jakieś wnioski wyciągamy z pandemii . To , że państwa narodowe -przynajmniej, podkreślam, niektóre z nich – spisały się bardzo dobrze, a więc może decyzje powinny być na poziomie państw narodowych, a nie Unii jako takiej, bo w Unii siłą rzeczy w tym procesie decyzyjnym te decyzje podejmowane są znacznie wolniej. Ale naprawdę tutaj dotykamy szerszego problemu i na tym zakończę: czy rzeczywiście receptą na wszystkie problemy Unii – imigrantów, kwestii ekologii, kwestii polityki energetycznej, kwestii pandemii, jest to, żeby dać więcej kompetencji do Brukseli ? Przecież tak, to nie działa ! Co to oznacza w praktyce politycznej? Mówimy tutaj do ludzi, którzy się polityką interesują i na niej się znają : w praktyce politycznej przyznanie więcej kompetencji Komisji Europejskiej oznacza więcej uprawnień realnych, większy wpływ dwóch największych państw, czyli Niemiec i Francji ! To się do tego w praktyce sprowadza ! Nie wpływ Komisji Europejskiej jako takiej, tylko tych dwóch państw … W związku z tym tak naprawdę nie oszukujmy ludzi, że to jakaś Komisja Europejska będzie miała teraz więcej do powiedzenia. Nie ! Postulat: „dajcie więcej kompetencji do Brukseli” oznacza, podkreślam , w praktyce politycznej oddanie większej władzy Berlinowi i Paryżowi. A to nie jest pomysł na integrację europejską.

Oddanie władzy, ale czy to nie może się komplementować, to znaczy, że np. jeżeli byśmy dali więcej władzy Unii Europejskiej, no, powiedzmy w ręce Francuzów i Niemców, czy to znaczy, że musimy na tym tracić, bo możemy utrzymać podwójne kompetencje?  

 – No, właśnie straciły na tym Włochy i Hiszpania , skoro Niemcy i Francja zatrzymały transporty  z pomocą medyczną dla tych krajów… Jest tak, że w XXI wieku wiele się zmieniło, w porównaniu z tym, co było 130 lat temu, ale cały czas interes narodowy, interes państwowy dla poszczególnych krajów, społeczeństw, narodów jest  podstawowym drogowskazem ! W związku z tym siłą rzeczy Niemcy czy Francuzi będą chcieli dominować, a inne kraje nie będą chciały być dominowane, to jest odpowiedź na Pańskie pytania.

 Teraz tak : w grudniu 2018 r. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał orzeczenie, w którym stwierdził, że wykup obligacji euro przez Europejski Bank Centralny jest zgodny z traktatami Unii Europejskiej, z prawem unijnym, a z kolei 5 maja Trybunału Konstytucyjny Niemiec Federalnych stwierdził, że jednak nie. No i tutaj przewodnicząca Komisji Europejskiej von der Leyen powiedziała, że może teraz wyda jakąś reprymendę Niemcom z tego powodu, że nie stosują się do prawa unijnego.  

 – Oskarża się Niemców o brak poczucia humoru, a ja uważam, że pani przewodnicząca von der Leyen ma duże poczucie humoru,  mówiąc o reprymendzie dla swojego kraju… Ja tylko przypomną taką sytuację: marzec, Polska wprowadza zamknięcie granic, zamykamy granice, Czechy to samo, Dania to samo i pani przewodnicząca von der Leyen natychmiast publicznie krytykuje Polskę Czechy i Danię, ale kiedy zaraz po tym, Niemcy zamknęły granice, pani von der Leyen milczała, więc jak widać… Ja się nawet nie dziwię „bliższa koszula ciału”, ale naprawdę nie udawajmy, że nie widzimy tej hipokryzji, tych podwójnych standardów ze strony pani przewodniczącej Komisji Europejskiej, która ma określoną narodowość, która w sposób oczywisty będzie -choć nigdy tego nie powie publicznie – ale będzie bardziej dbała o interesy Niemiec. Tak samo, jak głęboko wierze, że Janusz Wojciechowski będzie zawsze bardziej dbał o polskie interesy, niż interesy Czech, Danii czy Rumunii czy Niemiec. Natomiast ja powiem w ten sposób, że to nie jest pierwszy raz, kiedy Trybunał w Karlsruhe, o nim Pan mówi, Trybunał Konstytucyjny RFN wydaje werdykt, czy też pracuje na pewnej kontrze do instytucji unijnych. Ja tylko przypomnę, mało kto pamięta, a ja pamiętam doskonale, że Niemcy były jednym z trzech krajów obok Polski i Czech, które najpóźniej ratyfikowały Traktat Lizboński ! Czemu ? Bo właśnie Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe, Niemiecki Trybunał Konstytucyjny bardzo opóźnił proces ratyfikacji szczegółowo badając, czy rzeczywiście nie będzie tak, iż Traktat Lizboński w sposób znaczący umniejszy kompetencje państwa niemieckiego i czy państwo niemieckie będzie miało dalej kontrolę nad procesem legislacyjnym unijnym. Mało kto o tym pamięta, dlatego o tym przypomniałem. Wtedy ,pamiętam , niemiecka prasa, niemieccy politycy rugali Polskę, że prezydent Kaczyński jakoś  nie chce tak szybko od razu podpisać, ratyfikować -mówiąc językiem prawniczym -Traktatu Lizbońskiego, ale sami tego też jeszcze nie zrobili… Znowu podwójne standardy, znowu hipokryzja ! Natomiast ja bym powiedział w ten sposób, że no , cóż, Niemcy pokazały, kto rządzi, Niemcy pokazały, że jest jeszcze jedna instancja ,taki sąd apelacyjny, czyli Trybunał Konstytucyjny Niemiec. Ale co to oznacza ? To nie może być tak, że Niemcom więcej wolno niż Polakom, czy innym nacjom ! Jako polski polityk muszę mówić o polskim interesie narodowym. Skoro Niemiecki Trybunał Konstytucyjny może de facto zanegować decyzję Trybunału w Luksemburgu, czyli dawnego ETS-u, obecnie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który z kolei wcześniej akceptował decyzje Europejskiego Banku Centralnego z siedzibą zresztą we Frankfurcie nad Menem, to oznacza, że także inne trybunały konstytucyjne mogą to uczynić, tylko muszą mieć ku temu pewną odwagę. Zresztą przypomnę, że sześć lat temu Polska nie wykonała jednego z werdyktów Trybunału Konstytucyjnego Unii Europejskiej i jakoś dziury w niebie i w ziemi z tego powodu nie było.

Panie Ministrze , dziękuję za czas, zawsze jest miło Pana gościć.  

 – Dziękuję bardzo za zaproszenie, miłego dnia.

 

Blog

Rany z Sowietami, rany z Niemcami, po wojnie 9 lat więzienia

Posted on

Zapraszam do lektury zapisu mojego radiowego wywiadu, którego udzieliłem red. Krzysztofowi Skowrońskiemu ,prezesowi SDP ( Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich). Rozmowa była emitowana w Radiu Wnet, w programie „Popołudnie Radia Wnet”. Oto ona:

Mamy przed sobą połączenie telefoniczne z Ryszardem Czarneckim, bo dzisiaj jest 34 rocznica śmierci pułkownika Józefa Rybickiego i właśnie o pułkowniku kilka słów Ryszard Czarnecki chciałby państwu powiedzieć. Ryszard Czarnecki jest przy telefonie, dzień dobry Panie Pośle.

– Witam, dzień dobry.

Tu studio „Prawy Brzeg” na żywo na antenie radia Wnet w „Popołudniu radia Wnet”. Powiedziałem o 34 rocznicy śmierci pułkownika Józefa Rybickiego. Dlaczego warto pamiętać pana Pułkownika?

– Myślę, że jest to postać szczególna, miałem szczęście, zaszczyt poznać go w stanie wojennym już jako sędziwego, przeszło 80-letniego człowieka. To piękna postać, chłopak z Kresów Wschodnich, który poszedł na ochotnika, z całą klasą z gimnazjum we Lwowie w ramach Małopolskiej Armii Ochotniczej, bić się z bolszewikami. Tam został bardzo poważnie ranny. Kozak rozpłatał mu prawą rękę, do końca życia miał niedowład. A blisko ćwierć wieku później został ciężko ranny w walce z Niemcami podczas Powstania Warszawskiego w słynnym ataku na dawną Komendę Główną Policji Państwowej. Nauczyciel z zawodu, filolog klasyczny, trawestując Herberta – „Pan od historii starożytnej”, który – uwaga – w czasie wojny zajmował się, kierował komórkami sabotażu, a potem został szefem KeDyWu – Kierownictwa Dywersji Armii Krajowej na Warszawę, na okręg stołeczny, a więc kierował tymi najbardziej zuchwałymi atakami na niemieckie pociągi , transporty, a także na szefów SS, Gestapo, którzy szczególnie znęcali się nad Polakami. Po wojnie „w nagrodę” siedział w więzieniu, skazany na 10 lat, skrócono wyrok do sześciu lat, ale siedział dziewięć, a więc przeszło trzy lata dłużej niż miał siedzieć. Potem współtworzył razem z Antonim Macierewiczem, Piotrem Naimskim i innymi Komitet Samoobrony Społecznej „KOR”, a także Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Człowiek bardzo skromny, jednocześnie przedstawiciel pokolenia II Rzeczpospolitej, a ci ludzie nigdy nie pytali „Polsko, co możesz mi dać?”, oni swoim życiem starali się odpowiedzieć każdego dnia „co ja mogę dać Polsce?”. Muszę powiedzieć, że to, co pisał o swojej szkole każdy Polak powinien zapamiętać – postaram się zacytować bardzo krótko – „Szkoła Lwowska, moi nauczyciele, moi wychowawcy nigdy nie mówili do mnie — kochaj Polskę, taką kochaj, a taką. Ten patriotyzm był wewnętrzny. On wynikał z atmosfery, z klimatu szkoły, w którym się wychowaliśmy”. Piękna postać i myślę, że godne upamiętnienie jej się należy. To nie jest okrągła rocznica, bo trzydziesta czwarta od jego śmierci, ale myślę, że warto, żeby tacy ludzie istnieli w naszej pamięci zbiorowej jako część dziedzictwa narodowego . Dzisiaj w „Gazecie Polskiej Codziennie” ukazał się mój artykuł o nim „Pan od starożytności, pan od KeDyWu”. Warto zainteresować się tym człowiekiem. Na pewno jest to osoba, która powinna być w naszym narodowym panteonie.

Bardzo serdecznie dziękuję za to przypomnienie i wspomnienie pana pułkownika Józefa Rybickiego. Wspominał i przypominał postać Ryszard Czarnecki, europoseł, polityk Prawa i Sprawiedliwości, wszystkiego dobrego.

– Dziękuję bardzo, kłaniam się.

Blog

Fundamenty Europy

Posted on

W tych dniach obchodzimy 70 rocznicę tzw. Deklaracji Schumana czyli aktu założycielskiego Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, z której zrodziła się EWG, a w końcu Unia Europejska. Z tej okazji w Parlamencie Europejskim odbyła się debata na ten temat, w której wziąłem udział w imieniu Europejskich Konserwatystów i Reformatorów. Wielka szkoda, że niemal wszyscy mówili tylko o pieniądzach, które UE musi wygenerować w kontekście pandemii i kryzysu gospodarczego, a nie o fundamentach, które dla polityków chrześcijańsko-demokratycznych, jak Robert Schuman czy Alcide De Gasperi stały się podstawą do jednoczenia Europy. Była to w wymiarze gospodarczym odpowiedź na ostry powojenny kryzys gospodarczy, a polityczno-ideowym reakcja na doświadczenie dwóch totalitaryzmów XX w.: sowieckiego komunizmu i niemieckiego narodowego socjalizmu. Ojcowie Założyciele Wspólnoty Europejskiej byli gorliwymi katolikami i, o czym mało się mówi, zdecydowanymi obrońcami życia poczętego. Chcieli bliskiej współpracy gospodarczej państw Starego Kontynentu, ale też czerpania z chrześcijańskiego dziedzictwa Europy. Dzisiejsza Unia daleko, niestety, odbiega od projektu kandydatów na ołtarze Kościoła: Schumana i De Gasperiego.

*komentarz ukazał się w “Gazecie Polskiej Codziennie” (16.05.2020)