Blog

O fitness-klubach w Warszawie i Łukaszence w Mińsku

Posted on

Dobrze, że skorygowano ograniczenia dotyczące siłowni i pływalni, umożliwiając jednak dostęp do tych przybytków tym, którzy trenują czy ćwiczą pod okiem trenerów. Dobre i to. Jestem za zdecydowaną walką z pandemią, za tym, aby wprowadzać ograniczenia i je egzekwować, ale w tym wszystkim należy zachować zdrowy rozsądek, jak we wszystkim. Jak w życiu. Jak w polityce międzynarodowej. A propos: protesty na Białorusi trwają dalej – nie można tego nie zauważać, ale też trudno nie dostrzegać, że są one słabsze, mniej liczne, a zmęczenie i zniechęcenie społeczeństwa – przed czym w rozmowie ze mną przestrzegał jeden z liderów białoruskiej opozycji – staje się faktem. W związku z tym, tym bardziej należałoby poprzeć ideę wewnętrznego dialogu politycznego, który mógłby na przykład odbywać się pod patronatem Unii. W Brukseli taką inicjatywą promował, oczywiście nieoficjalnie, węgierski komisarz odpowiedzialny za rozszerzenie Olivér Várhelyi.

Warto chyba wesprzeć taki pomysł, bo rozwiązania zero-jedynkowe sprawdzają się rzadko. A na pewno nie sprawdzą się teraz w Mińsku. Chodzi o to, mówiąc wprost, aby działać skutecznie, a nie tylko deklaratywnie. Skutecznie oznacza być może czasem i twardo. W tym wypadku jednak, jak się wydaje postawa znana nam z naszej historii „wszystko albo nic” jest może, owszem, efektowna, ale jednak mało efektywna. Jej politycznym skutkiem będzie prawdopodobnie, niestety, spychanie Białorusi jeszcze silniej w strefę wpływów Rosji, a nie przyciąganie jej do szeroko rozumianego Zachodu. Stąd też, poza twardymi apelami rozsądna wydaje się być propozycja polskiego rządu dotycząca planu unijnej pomocy gospodarczej dla Białorusi. Prawdę mówiąc, metoda kija i marchewki ma swoje uroki, ale w tym konkretnym przypadku Europa ma raczej krótki i słaby kijaszek, za to marchew i owszem, teoretycznie nawet pokaźną. Zwłaszcza, gdy Rosja od lat uprawia propagandę jakie to marchewki ofiarowuje systematycznie Mińskowi.

Zacząłem od fitness-klubów i basenów, a skończyłem na Łukaszence. Dla każdego coś miłego. Proszę docenić o czym mogłem napisać, a przecież nie napisałem…

*tekst ukazał się na portalu Wprost.pl (19.10.2020)

Blog

Sport kontra pandemia czyli remis. Ale mecz trwa …

Posted on

To cios dla polskiej siatkówki, zwłaszcza kobiecej. Z powodu koronawirusa zmarł w środę wieczorem Radek Ciemięga, mój przyjaciel z  Piły, „ojciec chrzestny” tamtejszego żeńskiego klubu PTPS Enea Piła(niegdyś grał pod szyldem PGNiG). Radek stworzył klub i środowisko, które na przełomie tysiącleci zdominowało  „volleyball” kobiet w naszym kraju. Pilanki przez 4 lata były mistrzem Polski, a na przywitanie XXI wieku awansowały do Final Four – w Turcji zajęły czwarte miejsce, do tej pory najwyższe w Lidze Mistrzyń, gdy chodzi o polskie kluby. Radek był od paru kadencji członkiem zarządu PZPS, pasjonatem siatkówki. Jego odejście strasznie boli.

Coraz więcej meczów siatkarskich odwoływanych jest z dnia na dzień, a drużyny, które mogą grają w trybie nawet co dwa dni, w świątek, piątek – i słusznie, bo dzięki temu jest co w telewizji oglądać, sponsorzy mają swój ekwiwalent medialny, zawodnicy – ci, którzy są zdrowi  – są w  trybie meczowym.

Ostatnio E-Winner Gwardia Wrocław grała i w piątek i w niedzielę i z obu spotkań była transmisja TV w Polsat Sport! Nie muszę mówić, jak cieszyli się włodarze klubu i sponsorzy drużyny, także z tym nowym, tytularnym E-Winnerem (firma bukmacherska z siedzibą w … Trójmieście!).

Dopiero co byłem na meczu siatkarskim w I Tauron Lidze w Tomaszowie Mazowieckim. Dla tego miasta, z którego pochodzi wielu znakomitych zawodników i trenerów z Jackiem Nawrockim odpowiadającym za kadrę kobiet na czele – było to prawdziwe święto. Transmisja telewizyjna, kibice z transparentami informującymi, że życzą Polakom zdrowia w okresie pandemii, poczucie ,ze dzieje się coś wyjątkowego. Tylko jedna wada: na trybunach… cholernie zimno! Powód? Banalny, ale też wyjątkowy. Otóż mecze w sezonie 2020/21 są w Tomaszowie rozgrywane nie tam, gdzie w  poprzednich latach, tylko – uwaga! – w nowoczesnej hali, gdzie jest … lodowisko. Było nieco ponad 17 stopni. Narzuciłem sobie najpierw kurtkę na marynarkę, potem ją włożyłem, wreszcie opatuliłem się szalikiem. Dostawałem później smsy, że w telewizji wyglądam na skulonego, zmarzniętego i zmęczonego.  Zmęczony może nie, bo uczestnictwo w widowiskach sportowych mnie nie męczy, wręcz przeciwnie: psychicznie regeneruje, ale rzeczywiście na potęgę przemarzłem, po meczu zacząłem kichać, może dlatego, że niespodziewanie trwał on pięć setów. Gospodarze postawili się faworytom z Bydgoszczy, którzy jeszcze w zeszłym sezonie grali w Plus Lidze.

 Obiektywnie rzec biorąc była to świetna promocja siatkówki. Maksymalna liczba setów, świetne ekwiwalenty medialne (oba kluby sponsorowane są przez polskie firmy, w przypadku tej z Tomaszowa Mazowieckiego to niegdyś firma szwedzka kupiona przez Polaka… ). Jestem prawdziwym entuzjastą meczów 5-setowych, bo świadczą one o jednym: o wyrównanym poziomie i Plus Ligi, kobiecej Tauron Ligi i męskiej I Tauron Ligi czy wreszcie I ligi kobiet. Każda z nich w tym sezonie jest na swój sposób pasjonująca, choć pandemia nie próżnuje, dziesiątkując drużyny i  mieszając w tabelach, bo bywają kluby, które zagrały … dwa razy więcej spotkań niż inne! Jeszcze tylko nadmienię, że podział punktów w Tomaszowie Mazowieckim ucieszył bardzo innych pretendentów do awansu do Plus Ligi, czyli naszą  E-Winner Gwardię Wrocław, rewelacyjną Avię Świdnik oraz widzianych jako pretendentów do najwyższej klasy rozgrywkowej jeszcze przed sezonem drużyny z Bielska Białej i Lublina.

Kończąc wątek siatkarski, trzeba pogratulować dziewczynom z ŁKS Łódź awansu na drodze do fazy grupowej Ligi Mistrzyń. Wtedy z grupy nie wyszły ulegając Włoszkom i Niemkom. Może teraz?

Żeby nie było, że ja tylko o siatkówce i o siatkówce (coś w tym jest!): na stojąco biję brawo Robertowi Lewandowskiemu za dwie bramki i asystę w meczu z Bośnia i Hercegowiną, którą w Lidze Narodów pokonaliśmy po raz drugi, co się na przykład Włochom nie udało. Biało-Czerwoni pod przywództwem „Lewego” liderują w grupie LN i chwała im za to – szkoda tylko, że w ich ślady nie idą młodsi koledzy. Czesław Michniewicz w dwóch ostatnich meczach U-21 zdobył raptem punkt i żegna się z tą posadą, podobnie jak jego podopieczni żegnają się z marzeniami o finałach Mistrzostw Europy (w poprzednich przecież grali). Trochę tak to wygląda, że piłkarska piramida jest całkiem, całkiem , ale tylko sam wierzchołek – czyli tam, gdzie grają seniorzy. Gorzej z klubami w pucharach – Lech Poznań jest wyjątkiem potwierdzającym regułę oraz młodszymi  rocznikami reprezentacji. Tak na marginesie, czy wiecie Państwo, ile lat temu polscy piłkarze ostatni raz byli na Igrzyskach Olimpijskich? W przyszłym roku stukną trzy dekady! W 1992 roku w Barcelonie przegraliśmy w  finale z gospodarzami 2-3 mając w składzie m.in. Wojciecha Kowalczyka, Andrzeja Juskowiaka czy Ryszarda Stańka. A czy wiecie ile razy siatkarze od tego czasu byli na Igrzyskach? Od Atlanty w 1996 roku opuścili tylko jedne. Te w Sydney. Potem byli na każdych, głownie dochodząc do ćwierćfinałów, a więc do pierwszej „ósemki”. Zatem na sześć ostatnich igrzysk byli na pięciu! Ja nie porównuję, tylko informuję…

Na koniec żużlowa wisienka na torcie (Tomek Hajto powiedziałby: „truskawka”): żużlowcy Betard Sparty po ciężkim boju z „Zielonką” wywalczyli dziesiąty już brąz w DMP. Rok temu było srebro, w 2018 brąz, w 2017 srebro –  wyliczam  z pamięci. Cóż, brakuje tu jednego koloru, zatem…

PS: Żużlowy Turniej Asów, który miał być odjechany w Bydgoszczy pod moim Patronatem Honorowym (jako jedna z kilkunastu imprez żużlowych w tym sezonie, którym patronowałem) szlag trafił z powodu pandemii… Szkoda.

*tekst ukazał się w tygodniku „Słowo Sportowe” (19.10.2020)

Blog

Unijna „równowaga płci” a polska praktyka

Posted on

W cieniu absurdalnych oskarżeń Polski na forum Parlamentu Europejskiego o niemal wszystkie możliwe grzechy uwadze opinii publicznej umknęła znamienna debata w PE, której tytuł mógł być odbierany jako manifest feministek. Jednak fakty związane z tematem tej debaty są dla Polski bardzo korzystne. Chodzi tu o dyskusję nad sprawozdaniem „Women in decision making on company boards, including the state of play on the directive on improving the gender balance among non-executive directors of companies listed on stock exchanges and related measures”

 Za PiS wzrost liczby kobiet na stanowiskach kierowniczych w spółkach

Można to ująć znacznie krócej polskim podsumowaniem: „Równowaga płci w zarządach przedsiębiorstw”. Akurat fakty są w tej kwestii po stronie Polski. Oto w naszym kraju w ostatniej dekadzie następuje systematyczny wzrost udziału kobiet na stanowiskach dyrektorów generalnych i zarządzających. Przed dwoma laty był to udział na poziomie niemal 30%, co oznaczało wzrost o 4,4% w stosunku do roku 2010.

W 2018 roku w Polsce kobiety zajmowały blisko 16% stanowisk w zarządach przedsiębiorstw. Stały na czele 6% spółek notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych (GPW) oraz stanowiły 13% członków zarządów wszystkich spółek giełdowych.  Bardzo charakterystyczne, że najwięcej kobiet należy do kadry kierowniczej w firmach branży finansowej: przed dwoma laty było to prawie 19% kobiet. Oznaczało to wzrost o 1,6 punktu procentowego w porównaniu z sytuacją na początku rządów Prawa i Sprawiedliwości w 2016 roku. Trzeba tu zauważyć, że ten systematyczny wzrost liczby kobiet na stanowiskach kierowniczych w naszym kraju ma miejsce wyraźnie w ostatnich pięciu latach za władzy PiS. Obala to różnego rodzaju stereotypy na temat rządów polskiej prawicy oraz Prawa i Sprawiedlwiosci. Skądinąd warto podkreślić,  że w ostatnich latach w Polsce kobiety najwyższe zajmowały stanowiska we władzach państwowych: premiera i wicepremiera, a obecnie przedstawicielki PiS sprawują funkcje marszałka Sejmu RP (Elżbieta Witek) i Wicemarszałka  Sejmu RP (Małgorzata Gosiewska). Prezesami Trybunału Konstytucyjnego i  Sądu Najwyższego też są kobiety, co nigdy nie miało miejsca za rządów lewicy czy PO-PSL (odpowiednio: Julia Przyłębska i Małgorzata Manowska).

 Skądinąd od lat liczba kobiet – parlamentarzystek, zarówno w Sejmie, jak i w Senacie jest tradycyjnie wyższa od wielu krajów członkowskich Unii Europejskiej. Widoczne było to do niedawna zwłaszcza w porównaniu z krajami Europy  Południowej.

Co i kiedy przeforsuje prezydencja Niemiec?

Wracając jednak do europarlamentarnej debaty o „równowadze płci” w przedsiębiorstwach ,to warto powiedzieć, że za rządów PiS warszawska Giełda Papierów Wartościowych uruchomiła tzw. listę „Dobrych Praktyk Spółek Notowanych na GPW”. Jest na niej też zasada prezentowania owego „balansu płci” na stanowiskach kierowniczych spółek na ich stornach internetowych. Znamienne, że aż 25% spółek giełdowych zastosowało się do owej polityki równorzędności.

Dodajmy, że w zeszłym roku Forum Odpowiedzialnego Biznesu (FOB) wraz z Deloitte stworzyło ranking „integracji i różnorodności” w naszym kraju (Diversity & Inclusion Rating). Jego celem ma być zagwarantowanie przejrzystej oceny firm w ich działaniach na rzecz zapewnienia nie tyle parytetów, co większej niż dotąd równowagi płci.

Odnośnie do „poprawy równowagi płci wśród dyrektorów niewykonawczych spółek giełdowych”  to stanowisko Polski jest jasne – zwiększenie udziału kobiet na najwyższym szczeblu to cel ważny, ale jego realizacja musi być adekwatna do warunków gospodarczych i społecznych. Skądinąd prace  nad ta dyrektywa trwają w strukturach Unii Europejskiej już od ośmiu lat. Jest prawdopodobne, że prezydencja Niemiec w UE może starać się doprowadzić do przyjęcia tej regulacji na samym finiszu półrocznego kierowania Unią przez Berlin. Mówi się o decyzjach, które mogą zapaść w grudniu 2020 roku.

Europejskie „złote spódniczki”? Nie: każdy kraj ma swoje doświadczenia

Parlament Europejski dotychczas podkreślał, że dobrowolne rozwiązania w tym obszarze nie przynoszą oczekiwanych rezultatów, zatem konieczna jest droga podobna do tej, jaką poszły Stany Zjednoczone Ameryki w kontekście regulacji wspierających Murzynów czyli „dyskryminacja pozytywna”– takie rozwiązania prawne, które będą wprowadzały wiążące, a nie nieobligatoryjne narzędzia.

Strona polska zwracała uwagę w  tym kontekście, że nałożenie na podmioty prawa handlowego sztywnych „norm parytetowych” może w efekcie zaowocować … spadkiem stopni motywacji wśród kobiet (business women) ze względu na spodziewane preferencyjne traktowanie. Innym zagrożeniem jest postępujące w Europie zjawisko  tzw. „złotych spodniczek”. Polega to na uczestniczeniu przez relatywnie niezbyt dużą grupę kobiet jednocześnie w zarządach i radach nadzorczych wielu spółek. Praktycznym rezultatem funkcjonowania owych „złotych spódniczek” jest to, że procentowy udział kobiet w najwyższych gremiach decyzyjnych spółek nie uległ bynajmniej zwiększeniu, choć znacząco zwiększyły się zarobki samozwańczej „elity”, ograniczającej się do małego w gruncie rzeczy grona kobiet.

Jest rzeczą oczywistą, że tego typu zjawiska w naszym kraju miałyby zupełnie odwrotny od zamierzonego efekt dla społecznego odbioru form i sposobów realizowania konstytucyjnej zasady równości kobiet i mężczyzn.

Rząd Rzeczpospolitej Polskiej uważa, że dyrektywa dotycząca „Równowagi płci przedsiębiorstw”  jest wręcz niezgodna z zasadą pomocniczości oraz zasadą proporcjonalności, a więc łamie  albo, mówiąc językiem dyplomatycznym: obchodzi, nie uwzględnia, nie respektuje – Traktatu o Unii Europejskiej. Chodzi, rzecz jasna, o artykuł 5., ustęp 3. Traktatu. Polska zajęła stanowisko, że cele zakładane przez unijną dyrektywę „równościową” mogą przecież zostać realizowane i osiągnięte w wystarczającym stopniu dzięki inicjatywom i regulacjom na poziomie państw członkowskich Unii Europejskiej.

Konkludując: można te (i inne) kwestie rozstrzygać na poziomie państwa narodowego, państw członkowskich, a nie poprzez narzucanie odgórnie poprzez formalne struktury UE-27 regulacji w  tym zakresie.

Słowem: to poszczególne kraje Unii powinny rozstrzygać o zasięgu takich regulacji, ich zakresie, skali i instrumentach prawnych z tym związanych. Należy oczywiście uwzględniać specyfikę danego państwa, jego  historię, tradycję, obyczajowość. Zupełnie inna sytuacja jest w krajach skandynawskich, zwłaszcza w Szwecji i Finlandii, gdzie wręcz przyjęto parytety „pół na pół”, gdy chodzi na przykład  o stanowiska w Radzie Ministrów (sic!), a kompletnie inna chociażby w Grecji. Polska jest zapewne gdzieś pośrodku między tymi dwoma skrajnymi modelami udziału kobiet w kierowaniu giełdowymi spółkami handlowymi – ale też strukturami państwowymi. Każdy kraj ma po prostu swoją drogę i odrębne doświadczenia. Polska również. Bruksela o tej europejskiej różnorodności powinna pamiętać…

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (15.10.2020)

Blog

Na wojnie z zarazą

Posted on

Już nie tyle: „COVID ante portas” czyli „zaraza u bram”, co koronawirus te bramy przekroczył i walczy na naszym terytorium. W wojnie – to może i militarne, ale właściwe określenie – ponosimy straty cięższe niż pół roku temu. Znacznie cięższe. Wówczas zdecydowana większość z nas znała co najwyżej  pojedynczych swoich znajomych zarażonych wirusem. Dzisiaj jest już inaczej: w kręgu moich kolegów i współpracowników zachorowało już parędziesiąt osób, jedna z nich (zaledwie 55 lat) nie żyje. To nie abstrakcyjna statystyka, to konkretni ludzie. Na szczęście Państwo Polskie nie zlekceważyło pandemii, jak to uczyniły Włochy i Hiszpania, ale też – uczciwie przyznajmy – USA i Wielka Brytania. Niestety, zlekceważyli ją niektórzy nasi rodacy. Często z opłakanym skutkiem. Część jakby objadła się szaleju zaczęli snuć spiskowe teorie: koronawirus to „ściema”, pandemia to byt wirtualny, zatem „precz z maseczkami”. Tylko, że ludzie pod respiratorami, umierający i ich zrozpaczone rodziny – to był i jest, niestety, „real”, a nie „wirtual”. Ta wojna trwa i potrwa zapewne długo. Nie lekceważmy zagrożenia. Oczywiście można i trzeba być dumnym z polskiego państwa, że liczba zgonów na milion mieszkańców od początku zarazy jest ponad 20 razy mniejsza niż w Belgii, gdzie mieszczą się instytucje UE, a liczba zarażeń w Szwajcarii dziennie to prawie 3 tysiące, choć to kraj blisko pięć razy mniej liczny niż nasz.  Jednak przede wszystkim trzeba patrzeć na siebie: co zrobić, żeby zmniejszyć liczbę polskich ofiar. To odpowiedzialność służb państwowych ,ale tez nas wszystkich, społeczeństwa obywatelskiego. Obostrzenia traktujmy poważnie. Śmiertelnie – to właściwe słowo – poważnie.

*autorska wersja komentarza, który ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (17.10.2020)

Blog

Polskie diabły kontra Armia Czerwona. Kto to wie? Kto doceni?

Posted on

W wojnie z  czerwoną Rosją w 1920 roku w polskiej armii walczyli nasi rodacy z USA i Francji i to w pokaźnej liczbie, co świadczyło o patriotyzmie rodaków-emigrantów (a czasem już nawet dzieci polskich emigrantów). Wśród nich było kilku Polaków-Mulatów, owoc miłości ich polskich ojców do, jak byśmy to dziś powiedzieli: Afroamerykanek. Przed stu laty to były jeszcze Murzynki…

Niemal wszyscy nasi krajanie o nieco ciemniejszej karnacji niż reszta „Błękitnej Armii” dostali się do sowieckiej niewoli. W szeregach Armii Czerwonej wzbudzili popłoch. Komunizm komunizmem, ateizm ateizmem, ale „czerwonoarmiejcy” hołdowali burżuazyjno-religianckim zabobonom: polskich Mulatów uznali za … diabłów. Gdy wieść o tym rozniosła się w Wojsku Polskim, szereg naszych żołnierzy uznało, że warto zdemoralizować wroga i … „robili się” na Murzynów. Metoda była ponoć prosta.

Używać do tego miano specjalnych świec, które zostawiały trudnościeralny ciemny osad Było to dużo lepsze od sadzy, która co prawda była bardziej czarna, ale łatwiej ją było zmyć, a przez to wykryć oszustwo.

Tak to bywało onegdaj, przed 100 laty, gdy daliśmy łupnia Sowietom. Tak a propos Sowietów, to gwoli ścisłości historycznej należy właśnie tak pisać o wojnie roku 1920: polsko-sowiecka. Nie była to bowiem wojna z bolszewikami, bo olbrzymia większość żołnierzy Armii Czerwonej nacierających na Polskę nie była wcale członkami partii komunistycznej. Ba, byli wśród nich również „biali” Rosjanie, którzy za komunizmem nie przepadali, od komunistów sporo wycierpieli, ale chętnie skorzystali z okazji, żeby brać udział w agresji na Polskę – odwiecznego wroga  „Matiuszki Rosiji”. Nie była to więc wojna z partią bolszewików, tylko z ówczesnym rosyjskim państwem, Związkiem Sowieckim, przez polskiego historyka Jana Kucharzewskiego określonym – chyba słusznie – jako „czerwona Rosja”.

O tym straszeniu czerwonoarmistów diabelskim wyglądem poprzez robienie z siebie Murzynów opowiedział mi wnuk bohaterskiego żołnierza wojny A. D. 1920 Stanisława Trytka. Pan Stanisław do śmierci w 1983 roku żył obrazami tej walki o niepodległą Polskę.

Piszę te słowa w Brukseli, siedząc przy moim europarlamentarnym biurku, za mną, po lewej, znajduje się stojak z wielkim sztandarem ofiarowanym mi przez polskich oficerów z napisem  „Za wolność Waszą i Naszą. Warszawa 11 listopada 1918 rok”. Cóż, Parlament Europejski – europarlamentem, a zanurzenie w polskiej historii będzie towarzyszyć mi zawsze, do końca życia.

Obowiązki wszak wzywają. Za chwilę mam umówioną rozmowę z ambasadorem Kuwejtu przy UE, którą zacznę od złożenia mu kondolencji z powodu śmierci szejka Sabaha al-Ahmada al-Jabera czyli władcy tegoż kraju. Przed chwilą zakończyłem spotkanie z węgierskim posłem z FIDESZU, który pytał mnie o sytuację w Polsce i ucieszył się, że polityczne przesilenie mamy za sobą.  Popołudniu spotkanie z europosłem z Francji, byłym korespondentem „Le Monde” w Warszawie i Moskwie – o sytuacji na Białorusi i nie tylko. A oprócz tego posiedzenie Komisji Kontroli Budżetu na temat wydatków  instytucji i agencji UE, a  następnie spotkanie delegacji Unia – Kraje Półwyspu Arabskiego.

Dzień, jak co dzień. Kto to wie? Kto doceni?

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej” (07.10.2020)

Blog

Polska-USA: 5 lat koniunktury – i co dalej?

Posted on

Polacy to racjonalny naród – to dlatego jesteśmy proamerykańscy. Nie ulegliśmy bezrefleksyjnej antyamerykańskiej fobii, obecnej od lat w Europie Zachodniej, szczególnie w ostatnich latach, gdy rządzi znienawidzony przez liberalno-lewicowy establishment Donald Trump. Znienawidzony tym bardziej, że kiedyś był jego częścią, ale opuścić – trawestując Piłsudskiego – na przystanku „Ameryka”. Tak, dziś – trawestując tym razem Marksa – „widmo antyamerykanizmu krąży nad Europą”. Taką antyamerykańską histerię mieliśmy już – o czym dziś się mniej pamięta – za czasów sprzed Obamy, gdy prezentem był George Walker Bush, syn prezydenta George’a Busha. Nasiliło się to zwłaszcza podczas jego drugiej kadencji 2004-2008, po tym jak minimalnie wygrał wybory z demokratą, nawiedzonym ekologiem Alem Gorem i to dzięki wiktorii w stanie Floryda, gdzie głosy przeliczano tygodniami. W stanie tym gubernatorem był … rodzony brat prezydenta – Jeb Bush. Nie chciałbym, wzorem dobrego wojaka Szwejka sportretowanego przez Jarosława Haszka, snuć przypowieść, by uciekać w przypowieść kolejna, ale polityka nie jest sprawiedliwa. Gdy słuchałem młodszego o siedem lat brata prezydenta George’a W. Busha – Jeba podczas prawyborów w Partii Republikańskiej zimą 2015 roku w wielkim kompleksie hotelowym w stanie Maryland (rzut kamieniem od Waszyngtonu) – odbywała się wtedy coroczna konwencja CPAC (Conservative Political Action Conference) czyli prawego skrzydła Republikanów – pomyślałem, że jego jedyną winą było to, że urodził się za późno, już po George’u Walkerze. Tak naprawdę intelektualnie to on bardziej pasował na lokatora Białego Domu niż jego starszy brat.

Skoro już wspomniałem Szwejka i Haszka, to słowo o Czechach. Prezydent Milosz Zeman eurosceptycyzm dzieli z niechęcią do USA, co jest rzadkością, oraz z chęcią do Rosji – co już rzadkością nie jest. Kolejne rządy w Pradze są jednak konsekwentniej pronatowskie i proamerykańskie, ale jakoś nie przeszkadza im to mieć zbliżonego eksportu do Chin(2,14 mld €), jak Polska (2,5 mld €) ,będąc od nas krajem niemal cztery razy mniej licznym. Cóż, czeski pragmatyzm. Ale nic to w porównaniu z Węgrami, którzy lojalną obecność w NATO i dbałość o dobre relacje z Białym Domem (bez wzajemności) łączą z wręcz olbrzymim( 4,34 mld €) eksportem do ChRL.

„Oczywistą oczywistością”, by posłużyć się kultowym powiedzeniem Jarosława Kaczyńskiego, jest, że w geopolitycznym interesie Rzeczpospolitej leżą strategiczne relacje ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki. Relacje te są w tej chwili wyjątkowo bliskie i efektywne, na co składają się czynniki subiektywne i obiektywne. Obiektywnym jest fakt Brexitu i konieczność znalezienia przez Waszyngton trwałego zastępstwa za Londyn, a więc „sojusznika numer 1”. Drugim obiektywnym czynnikiem są amerykańskie interesy ekonomiczne: Jankesi chcą sprzedawać uzbrojenie i gaz, a my, po latach zastoju, modernizujemy i zwiększamy armię oraz dywersyfikujemy źródła energii (a przez to poszerzamy niepodległość państwa). Nastąpił idealny splot okoliczności. Można go określić tez jako „common interest”– „wspólny interes”. To bardziej spaja niż miłe słowa o Kościuszce i polskim umiłowaniu wolności. Jednak byłoby grzechem nie doceniać tych ważnych z punktu widzenia polskiej polityki historycznej, a więc polskiej racji stanu korepetycji z dziejów „wielkiego narodu polskiego”, jakie parokrotnie oficjalnie udzielał światu Donald John Trump. Proszę porównać to z haniebnym tekstem Barracka Husseina Obamy, który bredził – i osobiście nie przeprosił – o rzekomych „polskich obozach śmierci”.

Mamy zatem nie tyle pięć minut, co pięć lat wyjątkowej koniunktury w relacjach Polska – USA. Nie chcę usłyszeć zarzutu, że Czarnecki „Czarnecko widzi”, ale obawiam się, że gdy wygra Joe Biden i Amerykanie zaczną nas pouczać co to jest demokracja, praworządność i zaczną ostro ingerować w nasze wewnętrzne sprawy, to nie da się wytłumaczyć rodakom, że ingerencje UE są „be”, a ingerencje USA są „cacy”. I wtedy właśnie nastąpi realny wzrost nastrojów antyamerykańskich. Tyle , że w przeciwieństwie do Europy Zachodniej nie będzie to efektem fobii, tylko reakcją na politykę USA.

Zatem „Boże, chroń Trumpa”…

*tekst ukazał się w miesięczniku „Nowe Państwo” (lipiec-sierpień 2020)

Blog

COVID atakuje, „Lewy” zbiera nagrody, Grosik strzela, a siatkarze (i siatkarki) grają – i to jak!

Posted on

Gdy co tydzień z uporem maniaka pisałem o COVID-19, niektórzy pewnie pukali się w głowy. Niestety, dziś pewnie przestali się już pukać. Sport stosował na tej wojnie różne sztuczki. Jest tzw. „tajemnicą poliszynela”, że piłkarze i koszykarze izolowani byli od tych, co czuli się źle, ale nie robiono od razu testów, ani tym potencjalnie chorym, ani reszcie drużyny. Dzięki temu mogli rozegrać więcej kolejek, zaliczyć więcej meczów, naciułać więcej punktów i zaliczyć większą część sezonu niż gdyby trzymali się skrupulatnie reguł gry zalecanych przez Główny Inspektorat Sanitarny. Środowisko siatkarskie postępowało dużo bardziej w zgodzie z wymogami, stąd więcej odwołanych meczów, więcej przerw, ale chyba więcej troski o zdrowie zawodników i sztabów szkoleniowych.

Gdy piszę te słowa, jest czwartek po południu, jestem w Brukseli, a premier w Warszawie ogłasza kolejne obostrzenia.  Najgorsze jest to, że … najgorsze dopiero przed nami. A mimo to polski sport będzie trwał i w najtrudniejszych warunkach będzie robił swoje. Taka jest nasza polska natura.

Konspiracyjne mecze piłkarskie odbywały się nawet podczas okupacji niemieckiej – to  tym bardziej teraz polski sport nie zamrze.

Gratulacje dla Roberta Lewandowskiego za tytuł „Piłkarza Roku UEFA”. Powinna być „Ballon d’Or” czyli „Złota Piłka”, ale nie wiedzieć czemu jej w tym roku nie ma. Mogły odbyć się finały Ligi Mistrzów i Ligi Europejskiej, a nie mogą przyznać „Złotej Piłki” dla najlepszego piłkarza? Przecież to paranoja! Ba, wtórny kretynizm.

Cieszy piłkarski łomot w postaci 5:1 z reprezentacją Suomi. Zapamiętamy ten mecz zapewne z powodu trzech bramek w ciągu 45 minut czyli klasyczny hat-trick „Turbo-Grosika”.  Oby to pomogło Kamilowi Grosickiemu w jego raczej nie usłanej różami piłkarskiej przygodzie na Wyspach Brytyjskich. Życzę mu jak najlepiej, bo go po prostu lubię.

Dopiero co byłem na Walnym Zebraniu Sprawozdawczym PKOl. Igrzyska w Tokio mają się odbyć na 90 procent. Oby, choć kontrofensywa pandemii w Polsce nie napawa hurra-optymizmem.

Siatkarze E-Winner Wrocław idą jak burza, podbili Białystok i liderują w I Tauron Lidze. Jednak najtrudniejsze przed nimi. Znacznie gorzej idzie siatkarkom Volley Wrocław, ale grają w najwyższej klasie rozgrywkowej. W zeszłym roku obroniły się przed spadkiem zajmując 9. miejsce, a więc ostatnie niespadkowe –  oby teraz nie było gorzej . Na razie grają znacznie lepiej niż to widać po wynikach.

Z woli kronikarskiego obowiązku informuję, że właśnie opublikowałem po angielsku w gazecie „Daily Sabah” artykuł pod tytułem „European Week of Sports: Be Active Campaigne”. Generalnie chodzi o aktywność fizyczną. Streszczać nie będę, nie miejsce na to  ani pora, ale ciekawe, że zapraszają mnie do pisania tekstów o tematyce czysto sportowej  w międzynarodowych mediach, w których przez lata publikowałem artykuły czy wywiady stricte polityczne…

Kongres Europejskiej Federacji Siatkarskiej CEV został przeniesiony z Moskwy do Wiednia i odbędzie się akurat w rocznicę wyboru polskiego papieża Jana Pawła II – bo 16 października. „Mój”  PZPS mają reprezentować dwie osoby. Warunkiem koniecznym do wpuszczenia na ów kongres jest przedstawienie … ujemnego testu na COVID-19! I trzeba go zrobić w ciągu 72 godzin poprzedzających zjazd. Nie ma lekko… Ale takie działania profilaktyczne na zasadzie „Przezorny Zawsze Ubezpieczony” (czyli PZU) są uzasadnione, zwłaszcza, że ma być około 90 delegatów. Polak Mirosław Przedpełski jako obecny członek zarządu CEV stanie przed szansą awansu do prezydium federacji. Natomiast kongres światowy ma odbyć się w lutym w Tajlandii – w tym przypadku kraj się nie zmienił.

Kiedy z kolei odbędą się wybory w PZPS – jeszcze nie wiadomo. Wiadomo, że w PKOL po igrzyskach olimpijskich. Mam nadzieję, że będzie co na tym zjeździe świętować. ….

Obiektywnie biorąc, jestem przekonany, że zdobędziemy więcej niż 10-11 medali, do których jesteśmy przypisani przez ostatnie cztery igrzyska: od Aten poczynając przez Pekin, Londyn i Rio de Janeiro.

Jako historyk-archiwista, z kronikarskiego obowiązku, zapisuję, że w ostanie dwa weekendy byłem na meczach siatkarskich w  Bielsku-Białej (I Tauron Liga, BBTS przegrywał 0:2, a wygrał 3:2 z Avią Świdnik – temu ostatniemu klubowi pomogłem załatwić ostatnio dwóch sponsorów w postaci Polskiego Cukru i kopalni „Bogdanka”), Radomiu (miejscowy Cerrad Czarni przegrywał 0:2, aby ostatecznie ulec faworytowi ASSECO Resovii Rzeszów 2:3), w Rzeszowie, ale na siatkówce żeńskiej (Developress grał z Legionovią) oraz na meczach Plus Ligi w Zawierciu (miejscowa Varta podejmowała Radom) i Nysie (mecz z Rzeszowem). Cóż, prawdę mówiąc, siatkarskie ligi – a obserwowałem mecze w trzech: najwyższe klasy rozgrywkowe kobiet i mężczyzn oraz I Tauron Liga wydają się być dużo ciekawsze niż piłkarska Ekstraklasa. Może dlatego obejrzałem w nowym sezonie zaledwie jeden piłkarski mecz „na żywo” i blisko 20 siatkarskich…

*tekst ukazał się w tygodniku „Słowo Sportowe” (12.10.2020)

Blog

Spory, groźby, okazje dla wrogów i straż pożarna…

Posted on

Artykuł ten pisany był wtedy, gdy koalicja rządowa, jak się wydawało, trzeszczała w szwach. Aż Jarosław Kaczyński uderzył pięścią w stół…

Zdaje się, że w ramach koalicji “Obozu Zjednoczonej Pawicy” czekają nas “męskie rozmowy”. Chodzi o poważną rekonstrukcję rządu i rozdanie nowych ministerialnych tek. Ponieważ resortów ma być dużo mniej, to każdy koalicjant, włącznie z PiS, będzie miał mniejszy kawałek rządowego tortu. Zatem będą pewne spory, choć, jak sądzę, z “happy endem”.

Wszystkim koalicjantom należałoby zadedykować pewną myśl rodem z Ameryki. Oto ona: „Poświęcaj mniej czasu na zastanawianie się, kto ma rację, a więcej na rozważanie, co jest słuszne”. Autorem tych słów był poczytny amerykański pisarz Harriett Jackson Brown. Tenże Jankes radził też – i słowa te dedykuje polskim politykom: „Nigdy nie wypowiadaj groźby, jeżeli nie masz zamiaru jej spełnić”.

Ludzie kierujący obozem patriotycznym – na różnych szczeblach, od formuły liderów trzech partii rządzących przez Radę Ministrów, prezydium Klubu Parlamentarnego PiS po koalicję na szczeblu sejmików, Rad Miast czy powiatów powinni pamiętać o starej zasadzie greckiego pisarza (prawdę mówiąc: bajkopisarza) Ezopa, która mówiła: “Spory przyjaciół to najlepsza okazja dla wrogów”. Ten prekursor “bajki zwierzęcej”, żyjący dwadzieścia piec wieków wstecz miał racje w 100 procentach…

Z drugiej strony pamiętajmy o maksymie, którą sformułował amerykański prawnik i polityk, przez parę kadencji członek Izby Reprezentantów Frank A. Clark, która też wydaje się ponadczasowa: “Znajdujemy spokój wśród tych, co się z nami zgadzają, ale rozwijamy się pośród tych, którzy mają odmienne poglądy”. W rzeczy samej…

Oczywiście prawda rzadko kiedy leży po środku. Przestrzegam przed forsowaniem takich fałszywych symetrii. To zwykle pretekst dla ludzi leniwych umysłowo lub tych, którzy chcą mieć święty spokój lub wreszcie dla tych, którzy chcą coś ugrać takimi właśnie pseudokompromisami i dzieleniem racji zawsze na pół. Spektakularnie, jak zwykle, ujął to angielski mistrz „złotych myśli”, premier Jej Królewskiej Mości Sir Winston Churchill, obalając mit „prawdy leżącej pośrodku” takimi oto słowy: „Nie zgadzam się być bezstronnym w konflikcie miedzy strażą pożarną a szalejącym ogniem”. Tak laureat literackiej nagrody Nobla w roku 1953 trafił w „dziesiątkę”.

Te właśnie cudze mądrości zebrane „do kupy”, jakby to ujęła żona pewnego kandydata na prezydenta RP, wpisuje do sztambucha liderom Obozu Zjednoczonej Prawicy.

*tekst ukazał się na stronie portalu dorzeczy.pl (4.08.2020)

Blog

Towarzyszka Barley się skompromitowała

Posted on

Polecam mój wywiad dla fronda.pl nt. haniebnej wypowiedzi wiceprzewodniczącej PE z Niemiec. Rozmowę przeprowadził red. Eryk Łażewski.

Eryk Łażewski, Fronda.pl: Katarina Barley, Wiceprzewodnicząca Parlamentu Europejskiego, mówiła niedawno o „zagłodzeniu finansowym” Węgier, a zapewne też i Polski. I pierwsze pytanie: czy da się (przy obecnym stanie prawnym) przeprowadzić to „zagłodzenie”, czyli obcięcie środków finansowych Polsce i Węgrom?

 Ryszard Czarnecki, europoseł PiS: Unia Europejska w ostatniej dekadzie nieraz udowadniała, że można pewne decyzje podejmować mając „w nosie” stan prawny . Przecież polityka imigracyjna zawsze formalnie była pozostawiona kompetencjom państw członkowskich. Jakiekolwiek decyzje na poziomie unijnym musiały być uzgadniane z tymi krajami. Tymczasem Komisja Europejska w sposób haniebny bezprawnie terroryzowała w tej sprawie państwa członkowskie, zwłaszcza z naszego regionu Europy, a szczególnie Polskę, Węgry i Czechy, które zmuszała do tak zwanej „relokacji”, czyli przyjęcia wielotysięcznej liczby – głównie muzułmańskich – imigrantów spoza Europy. I jakoś brak podstaw formalnych w tym nie przeszkadzał. Teraz jest podobnie. Co z tego, że wspomniana w pytaniu sprawa budzi kontrowersje nawet w instytucjach unijnych i spory między nimi. Co z tego, że Europejski Trybunał Obrachunkowy w Luksemburgu jest zdecydowanie przeciwny takiemu rozwiązaniu. Protestuje również Rada Europejska, która reprezentuje dwadzieścia siedem państw UE, powołując się na analizy swoich służb prawnych.

Co z tego, że w Traktatach Europejskich nie ma nigdzie jasno zdefiniowanego pojęcia „praworządności”. Tak naprawdę decyduje „prawo silniejszego”, a tym silniejszym, póki co, jest europejski mainstream. Zwracam uwagę, że na szczycie Rady Europejskiej w Brukseli w lipcu 2020 roku polskim władzom udało się zablokować rozwiązania w tym obszarze. Po czym, zgodnie z polskim przysłowiem „jak nie kijem go, to pałką” albo „jak nie drzwiami, to oknem lub kominem”, użyto Parlamentu Europejskiego, a następnie Komisji Europejskiej, żeby osiągnąć swoje. Stało się tak na zasadzie, o której mówił kiedyś w „Samych swoich” Kargul : „Sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie”. Rzecz w tym, że nie chodzi tu o spór o miedzę, tylko o olbrzymie pieniądze. I to w momencie, kiedy Polska już po raz ostatni będzie korzystać z unijnego budżetu w taki sposób, że będzie na plusie przez pełne siedem lat. Pod koniec tej dekady bowiem, Polska stanie się płatnikiem netto. I to my będziemy więcej wpłacać do kasy w Brukseli, niż stamtąd brać. W związku z tym, odebranie Polsce, Węgrom czy innym krajom pieniędzy w najbliższym czasie oznaczać będzie, że kiedy po raz ostatni możemy z nich skorzystać w tak dużym wymiarze – to się nie uda. I to zupełnie bez żadnych formalnych podstaw traktatowych.

A więc faktycznie grozi nam obcięcie środków finansowych?

Patrząc na kwestie formalno-prawne, mówię, że nie. Patrząc na decyzje polityczne, mówię, że można i trzeba się z tym liczyć.

Pani Barley twierdzi, że wspomniane zagłodzenie uderzyłoby tylko w rządy Węgier i Polski, a nie w obywateli tych państw. Czy to w ogóle jest możliwe? 

 Śmiechu warte! To kompromitacja towarzyszki Barley. Przecież środki unijne nie będą przeznaczone na limuzyny z pancernymi szybami dla członków rządu. One są przeznaczone na infrastrukturę: autostrady, wodociągi i inne projekty, z których mają korzystać Polacy. Zatem to, co teraz mówi Barley, jest rozpaczliwą i żałosną próbą zmniejszenia wagi jej słów. Oczywiście, to „zagłodzenie” dotknie społeczeństw, a nie rządów. Barley kłamie, nawet nie ma odwagi, żeby przyznać się do swoich zamiarów.

A czy ta chęć karania państw, to nie jest pewien krok w stronę utworzenia jakiegoś nowego państwa, na przykład Stanów Zjednoczonych Europy?

Ta próba karania państw członkowskich, które chcą być dalej państwami narodowymi i nie chcą się podporządkować, jest czytelnym sygnałem dla pozostałych: „jak nie będziecie z nami w kolejnym kroku do federalizacji, to dostaniecie nie tyle „po łapach”, co „po twarzy” i „po kieszeni”, jak w przypadku Warszawy i Budapesztu. A więc siedźcie cicho. Róbcie to, co każe Bruksela (a de facto Berlin i w jakiejś mierze Paryż), bo inaczej spotka was „ścieżka zdrowia”. Taka, jaką przygotowano dla Polski i Węgier”. Rzeczywiście, tak naprawdę chodzi o tworzenie – przez fakty dokonane – europejskiego super-państwa, w którym wiodącą rolę będą odgrywały Berlin i Paryż. W takiej właśnie kolejności.

Blog

D-23? J-23? Bo stawka większa niż życie

Posted on

Pamiętacie dzielnego agenta J-23 i „Stawkę większą niż życie”? No, właśnie. Do wyborów prezydenckich w światowym mocarstwie „numer 1” – USA zostało 23 dni, a stawka tej rozgrywki jest milion razy większa niż ta, która była udziałem  bohatera tamtego szpiegowskiego filmu. Wszyscy czekają na werdykt Amerykanów, który zapadnie 3 listopada, choć formalnie potwierdzony będzie 14 grudnia przez Kolegium Elektorów – bo to ono ma oficjalnie zadecydować, czy w Białym Domu dalej będzie urzędować 45 w dziejach prezydent Donald John Trump czy też będzie to 46 prezydent Joseph Robinette Biden Jr.  Na werdykt  amerykańskiego ludu („We, the Poeple”) czekają Chiny, Rosja, Polska, Niemcy, Łukaszenko i białoruska opozycja, itd . Światowa polityka zagraniczna, gdy chodzi o decyzje strategiczne uległa swoistej hibernacji. To zamrożenie potrwa do pierwszej dekady listopad – gdy wygra Trump lub do stycznia –  gdy wygra Biden, bo przecież dopiero wtedy będzie zaprzysiężony.

Dla nas, Polaków, ten wybór Amerykanów jest strategiczny. Nie dlatego, że przy prezydencie-Demokracie zmieni się polityka  wobec Rosji, bo tym razem na szczęście nie (Biden nie wejdzie w buty Obamy i pani Clinton i nie zrobi fatalnego resetu w relacjach USA-Rosja). Ważniejsze jest to, że może zmienić się narracja w Waszyngtonie wobec wewnętrznej sytuacji w  Polsce. Jeśli Biden wejdzie w buty UE – to nastroje antyamerykańskie w Polsce wzrosną…

*komentarz ukazał się w tygodniku „Gazeta Polska Codziennie” (09.10.2020)

Blog

Historia wraca farsą czyli jak rozbiory uzasadniano prześladowaniem mniejszości…

Posted on

Zdaje się, że po koalicyjnych burzach wychodzi słońce jedności. Emocje opadają. Czyżby? Jestem w polityce ogólnopolskiej od bez mała lat trzydziestu i wiem, że często to, co jest odbierane jako emocjonalne wystąpienie, jest spektaklem starannie  wyreżyserowanym. Po co? Żeby na przykład zwiększyć presję, wywrzeć nacisk, stworzyć atmosferę, w której oponenci – albo koalicjanci! – będą musieli grać według naszej partytury, z naszych nut i naszą śpiewkę. To skądinąd duża umiejętność w polityce. Mam wrażenie, że i teraz tak było. Bo polityka to trochę teatr, choć na pewno nie tylko teatr i nie głównie teatr. Dlatego zresztą Ronald Reagan odnosił w niej takie sukcesy. W amerykańskiej, bardzo już telewizyjnej polityce końca lat 1970. i dekady lat 1980. aktor był, jak znalazł. Reagan –40.prezydent w dziejach USA, zresztą nie był typem pracusia, który przychodził do Białego Domu o świcie, a wychodził nocą. Przeciwnie. Był tyle, ile uważał, że musi, po czym znikał. Wiedział, że – skądinąd niestety – nie zawsze czas pracy w  tej robocie przekłada się  na wynik.

Czy to przypadek, że główne role w polskiej polityce ostatnich ponad trzech dekad, odegrali również aktorzy, co prawda małoletni, bohaterzy kultowego filmu „O dwóch takich, co ukradli księżyc” czyli Lech i Jarosław Kaczyński. Film był na podstawie powieści Kornela Makuszyńskiego (pod tym samym tytułem), autora „Koziołka  Matołka”, „Bezgrzesznych lat”, „Awantury o Basię”  – książek, które wciąż zachwycają, ale o ich autorze komunistyczna cenzura zabraniała pisać, że był człowiekiem o wyraźnie prawicowych poglądach.

Piszę te słowa oczywiście w Brukseli i oczywiście znowu tu pada. Według prognoz meteo padać ma z krótkimi przerwami do wiosny przyszłego roku. Nie dziwmy się, że coraz więcej starszych Belgów wieje gdzie pieprz rośnie, a mówiąc ściślej wyjeżdżają do swoich dzieci od dawna osiadłych w USA czy Kanadzie. Ci starsi już poddani Jej Królewskiej Mości Filipa I Koburga nie powiedzą ze względu na „polityczną poprawność”, że pryskają, bo zwłaszcza w dużych miastach ich zderzenie kulturowo-cywilizacyjne z muzułmańską młodzieżą  rodzi pewne ryzyko nie tylko w sferze psychicznej, ale też fizycznej. W Brukseli wśród noworodków najbardziej popularne imiona, to Muhamad czy Fatima. Cóż, to sprawa Belgów. Ja do nich nic nie mam. Niech żyją, jak chcą, ba, moja matka chrzestna byłą frankofońską Belgijką, która od urodzenia do śmierci mieszkała w Gembloux. Jednak byłoby miło, gdyby Belgowie wraz z innymi nacjami postkolonialnymi nie mówili nam, Polakom,  jaką z kolei my mamy prowadzić politykę migracyjną. Niech każdy naród robi to, co zapragnie – wtedy będzie lepiej niż jest teraz. Bo teraz tzw. Bruksela czyli tak naprawdę największe państwa UE chcą decydować za innych, co inni mają robić.

Wykładnia  „solidarności europejskiej” A.D.2020 wygląda tak: jest ona niezbędna, gdy chodzi o dzielenie się imigrantami z Azji i Afryki, a lepiej o niej nie mówić, gdy chodzi o Gazociąg Północny…

Napisałem, że  w Brukseli pada.  Owszem, pada też dalej mnóstwo bałamutnych argumentów, jak to w Polsce jest źle z praworządnością i jak to prześladowane są mniejszości. Tym razem seksualne, ale jako historyk pamiętam, że uzasadnieniem dla rozbiorów Polski w końcu XVIII wieku były zarzuty Rosji i Prus (sic!), że Rzeczpospolita prześladuje mniejszości wyznaniowe…

Historia powraca farsą.

*felieton ukazał się w tygodniku „Gazeta Polska” (30.09.2020)

Blog

„Zagłodzić Polskę i Węgry” – to nie wybryk, to plan

Posted on

Wypowiedź wiceprzewodniczącej Parlamentu Europejskiego Niemki Katariny Barley wpisuje się w szereg odpowiedzi niemieckich polityków, którzy mają poczucie, że to Berlin jest swoistym nauczycielem, wychowawcą, a także jednocześnie sędzią i prokuratorem wobec Polski. „Genossin” czyli towarzyszka Barley jako długoletnia działaczka socjalistyczna – od 1994 roku pełniła funkcję w lokalnym samorządzie z ramienia SPD, najpierw na szczeblu dzielnicy, potem przez sześć lat w Radzie Miasta Schweich, by w 2013 roku zostać posłem do Bundestagu – prezentuje styl myślenia charakterystyczny dla całej niemieckiej klasy politycznej. Niemcy jako największy płatnik netto do unijnego budżetu, stawiają się w roli przewodniczącego jury albo szefa komisji head-hunterskiej, którzy decydują kogo zaprosić na rozmowę albo przyjąć do pracy. Frau Barley powiedziała szczerze, co myśli wielu polityków SPD, a także CDU i CSU oraz partii opozycyjnych: FDP (liberałów) czy Zielonych.

  Z Rosją – współpracować, Polskę – karcić 

Niemiecka klasa polityczna może się dzielić na rząd i opozycję, ale w olbrzymiej większości niemieckich sfer politycznych jest zgodna co do Rosji i co do Polski. Do Rosji – że trzeba z tym wielkim państwem współpracować, a nie go rozdrażniać. A co do Polski – że Warszawę trzeba wychowywać, sztorcować, stawiać do kąta. Oto jest wyobrażenie dziejowego posłannictwa, by narzucić Polakom to, co narzucić trzeba i jasno dać nam do zrozumienia, jakie jest nasze miejsce w szyku.

 Ciekawe, że komuniści z SED czyli z partii rządzącej NRD (Niemiecka Republika Demokratyczna)mieli pretensję do Polaków i ówczesnej polskiej państwowości, czyli PRL i „uprzejmie” donosili o tym Moskwie, że Polacy są za mało socjalistyczni i odbiegają od komunistycznych standardów. Dziś niemiecka klasa polityczna, niczym jak ta rodem z NRD, zarzuca Polakom ,że są z kolei za mało euroentuzjastyczni i w zbyt niewielkim stopniu „po linii i na bazie” i oczywiście „uprzejmie” o tym donosi, tym razem nie do Moskwy , tylko do Brukseli. Podobieństwo jest uderzające. Przypomnę, że jednak komunizm upadł. A jak z Unią Europejską?

  Towarzyszka Barley głosem niemieckiej klasy politycznej 

Wiceprzewodnicząca europarlamentu z ramienia SPD w przyszłym miesiącu obchodzić będzie 52 urodziny. Jako córka brytyjskiego dziennikarza i niemieckiej lekarki początkowo miała wyłącznie…obywatelstwo brytyjskie. Nie jest bynajmniej jakimś „backbencherem”, posłem z tylnych rzędów, który ujada na Polskę, żeby się przebić medialnie. To gwiazda niemieckich socjalistów – nic nie wskazuje na to, żeby była meteorem, który szybko spadnie. Swoja karierę w rządzie przed trzema laty zaczęła od identycznej teki, od której potoczyła się błyskawicznie kariera Frau Kanzlerin czyli Angeli Merkel. Było to ministerstwo do spraw rodziny, osób starszych, kobiet i młodzieży w trzecim gabinecie Merkel. Po kolejnych wyborach parlamentarnych została mianowana ministrem pracy i spraw społecznych. W marcu 2017 roku objęła trzecią już ministerialną funkcję w ciągu zaledwie dziewięciu miesięcy. Było to ministerstwo sprawiedliwości w czwartym rządzie kanclerz Merkel.

Jak widać więc jest czołowym politykiem, politycznym „frontmanem” w Niemczech. Sam fakt, że w tak krótkim czasie była trzy razy ministrem jest dobrym dowodem na to, że jest politykiem skutecznym. Jej wypowiedź dla państwowego niemieckiego radia nie była ani emocjonalna, ani bezmyślna. Barley doskonale wie, że atakując Polskę można zrobić karierę na salonach europejskich, ale też i w samych Niemczech. Dla Frau Barley, jak dla każdego polityka, liczy się medialny rozgłos. Zaraz po jej wypowiedzi na temat „zagłodzenia” Węgier i Polski została poproszona o wywiad dla niemieckiego prestiżowego tygodnika „Der Spiegel”. O ile mnie pamięć nie myli, to pośród niemieckiej lewicy w europarlamencie tego swoistego wyróżnienia dostąpił przed nią tylko Martin Schulz jako przewodniczący PE ,a później lider socjaldemokratów i kandydat na kanclerza.

Zatem nie jest to jednorazowy wybryk małoistotnego parlamentarzysty, którym nie warto się przejmować i który robi to jedynie po to, by tylko w ten sposób zwrócić na siebie uwagę mediów. To głos jednego z rozgrywających w niemieckiej lewicy i prominentnej postaci niemieckiej klasy politycznej.

Przecież to nie tylko trzykrotna minister w rządach koalicyjnych CDU/CSU-SPD, ale także – uwaga – w swoim czasie sekretarz generalny partii socjaldemokratycznej. Co więcej, nie jest to głos odosobniony. Wręcz przeciwnie: towarzyszka Barley śpiewa w ogólnoniemieckim chorze, nawet jeśli jej partia solowa rożni się – co do formy, a nie co do treści! -od innych politycznych „śpiewaków”, których głosy tak naprawdę współbrzmią i układają się w jedną, jednak antypolską, partyturę. Przecież Manfred Weber, szef Europejskiej Partii Ludowej (tam, gdzie PO i PSL) w europarlamencie) mówił merytorycznie to samo, tyle, że sprytnie nie użył kontrowersyjnej u każdego polityka, a szczególnie u polityków niemieckich frazy o „zagłodzeniu”. I tu jest pies pogrzebany! Rzecz bowiem nie tyle w szokującym, ba, wręcz haniebnym sformułowaniu, lecz w tym, co jest meritum. Można też założyć się o każde pieniądze, że gdyby nie padły słowa o „braniu głodem” państw członkowskich UE, to by tylko pokiwano głowami, że ot co, kolejna forma presji na „zbuntowane” rządy w Budapeszcie i Warszawie.

Schäuble – wyjątek potwierdza regułę… 

W międzyczasie niemieckie państwowe radio uznało – to oczywiście decyzja niemieckich polityków, którzy, co warto przypomnieć wszystkim zatroskanym o ład medialny w Polsce, stanowią rady nadzorcze mediów publicznych w RFN (radia i telewizji) – że należy przeprosić Polskę (nie robi tego sama Barley!) ,ale już nie Węgry . Chodzi o odseparowanie Polski od Węgier, podzielenie dotychczasowych sojuszników i spowodowanie, żeby Polacy „odpuścili”, skoro chodziło „tylko” o Madziarów. Zabieg ten nie powiódł się. Przeciwnie. Strona polska uznała, że jakże szczere słowa wiceprzewodniczącej PE z SPD mogą stanowić swoisty „wake-up” czyli pobudkę dla polskiej opinii publicznej, żeby wreszcie wszyscy przejrzeli jakie intencje towarzyszą naszym zachodnim sąsiadom. Nawet wtedy, jeżeli są one zdradzane bardziej powściągliwie niż w przypadku Frau Barley.

 Oczywiście, są w Niemczech politycy i to na najwyższych stanowiskach, którzy są na tyle rozsądni i pragmatyczni, że nie spychają Polski do roli przeciwnika Niemiec, wiedząc, że na dłuższą metę to się Berlinowi nie opłaca. Należy do nich na pewno obecny przewodniczący Bundestagu, a wcześniej przez długie lata minister spraw wewnętrznych ,a następnie finansów Wolfgang Schäuble. Szkoda, że jego głos jest głosem wołającego na puszczy…

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (08.10.2020)