Blog

Rekord Guinessa Koalicji Europejskiej

Posted on

Zapraszam do lektury mojego wywiadu dla internetowej wersji tygodnika „Wprost”, przeprowadził go Jakub Mielnik.  

Rząd w Austrii rozpadł się z powodu ujawnienia kontaktów wicekanclerza Hansa Christiana Strache z Rosjanami. Jak ta wpadka Strachego wpłynie na sytuację eurosceptycznego bloku, który Austriak tworzył z włoskim wicepremierem Matteo Salvinim? PiS też prowadzi z nimi rozmowy.  

Z „Wolnosciowcami” żadnych rozmów nie mieliśmy . Raczej należałoby zapytać, jak się czuje PO i PSL, skoro upada rząd ich siostrzanej partii w ramach frakcji chadeckiej. Kanclerzem Austrii jest przecież chadek Sebastian Kurz, którego  Austriacka Partia Ludowa, będąca w sojuszu z PO i PSL na poziomie europejskim rządziła dzięki temu, że weszła w koalicję z ultraprawicowymi wolnościowcami. Ciekawe, że jakoś to się przemilcza w Polsce, a ja od polityków PO i dziennikarzy ciągle słyszę o jakiejś hipotetycznej frakcji w Parlamencie Europejskim, której częścią ma być PiS. Tymczasem formacja, która tworzy na poziomie europarlamentu sojusz z PO i PSL jest z ultraprawicą w koalicji rządowej- a więc czymś znacznie poważniejszym niż europarlamentarna grupa polityczna. Myśle, że politycznie jest to jakiś wizerunkowy ból głowy dla PO i PSL.

Jaki będzie polityczny urobek Koalicji Europejskiej w Parlamencie Europejskim?  

Rekord Guinessa pewny.

W czym? 

Jeszcze się nie zdarzyło w historii PE wybieranego w bezpośrednich wyborach, żeby kandydaci na europosłów z jednego bytu politycznego po uzyskaniu mandatów aspirowali aż do czterech frakcji. To  jest naprawdę rekord Europy i Guinessa jednocześnie. PO i PSL pójdzie przecież do chadeków, zieloni do zielonych, Włodzimierz Cimoszewicz z Leszkiem Millerem, ale nie jestem pewien czy z Markiem Belką do socjalistów, a Nowoczesna do liberałów. W wymiarze powagi politycznej jest to dosyć żenujące i takie sytuacje się wcześniej nie zdarzały.

Ma pan jednak świadomość, że jeśli Koalicja Europejska pokona was nawet minimalną ilością głosów, to niezależnie od tego, że ci posłowie się rozbiegną po czterech frakcjach, to i tak ich będą w europarlamencie na rękach nosić.  

Koalicja Europejska ma obecnie w PE 28 europosłów. To się zmieni po wyborach. Nie wiem, czy oni się modlą, bo to już nie jest chyba „kościół łagiewnicki”, jak się kiedyś określali, ale jeśli to na pewno o to, aby przekroczyć 20 mandatów. Ten regres ich liczby mandatow  o 6-7  jest pewny.

Wróćmy do zawirowań wokół waszych potencjalnych sojuszników w Austrii. Czy upadek wicekanclerza Strache oznacza, że podjęta przez chadeków próba oswojenia w Austrii prawicowej konkurencji się nie udała? 

Myśmy nie mieli w planie tworzenie wspólnej frakcji z austriackimi wolnościowcami, inaczej widział to chadecki partner PO i PSL z Austrii. To nie był zresztą pierwszy raz. Austriacka Partia Ludowa, będąca częścią Europejskiej Partii Ludowej, której członkiem są także PO i PSL już raz weszła do koalicji z partią nieżyjącego już Jorga Heidera, co skądinąd zaowocowało bojkotem Austrii na forum UE. Minęło paręnaście lat i austriacka centroprawica znów się zdecydowała na taki romans.

Skoro mówimy o powyborczych sojuszach, to co się stanie z frakcją konserwatywną EKR, której częścią jest PiS?  

Będziemy kontynuować działalność EKR z Brytyjczykami, którzy na razie z UE nie wychodzą.

Jednak torysi, z którymi współpracujecie mają na Wyspach słabe notowania, a więc i liczba ich mandatów w Parlamencie Europejskim się znacząco zmniejszy. Jakie pan widzi zdolności koalicyjne PiS w nowym rozdaniu?  

Rzeczywiście, z tego co mówią do mnie liderzy torysów, zajmujących  w sondażach dopiero czwarte miejsce to mogą oni  liczyć na 8 do 10 mandatów, a więc maksymalnie połowę tego co mieli. My jednak uzupełnimy skład naszej grupy o Hiszpanów, których nie było do tej pory i Włochów, utrzymując jednocześnie stan posiadania jeśli chodzi o pozostałe grupy narodowe.

 Mówiąc o Hiszpanach ma pan na myśli antyimigrancką partię Vox. A Włosi?  

Zobaczymy. Fratelli d’Italia, czyli Bracia Włosi na pewno. Być może w grę wchodzi także sojusz z Ligą wicepremiera Matteo Salviniego.

A nie sądzi pan, że pozycjonowanie się na ugrupowania, które gromadzi wokół siebie Salvini jest politycznie i wizerunkowo bardzo ryzykowne. Tam jednak jest długi cień Kremla, co upadek austriackiego partnera Salviniego, Hansa Christiana Strache świetnie pokazał.

Nie bronię mojego kolegi z europarlamentu, Matteo Salviniego, choć miło go wspominam jako europosła. Zwracam jednak uwagę, że włoska klasa polityczna jest, mówiąc dyplomatycznie, znacznie bardziej otwarta na argumenty Rosji niż np. brytyjska. Za zniesieniem sankcji wobec Rosji optował były premier Italii, guru lewicy Matteo Renzi. Teraz Salvini mówi to samo, tyle, że zarówno za rządów Renziego, jak obecnie, gdy w Rzymie rządzą eurosceptycy Rzym co pół roku na Radzie Europejskiej posłusznie podnosi jednak rękę za przedłużaniem sankcji wzgledem Moskwy. Rozróżniałbym warstwę retoryczną od faktycznej realizacji.

Sam pan jest doskonale wie, że retoryka jest najważniejsza. Jak zawrzecie sojusz z Salvinim po eurowyborach, w Polsce, ale i w UE rozpęta się z tego powodu piekło. 

Zwracam uwagę, że Matteo Salvini to wicepremier trzeciego co do wielkości kraju UE -jeżeli będzie Brexit- a czwartego, jeśli go nie będzie. Posiada silny mandat demokratyczny ,a jego partia jest obecnie „numerem 1” w sondażach. Mówimy o partii współrządzącej bardzo dużym europejskim krajem. W związku z tym proszę, żeby nikt nas nie terroryzował mówieniem, że rozmawiamy z jakimiś ultrasami. Kształt tej przyszłej grupy politycznej z naszym udziałem jest otwartą kwestią, bo przypomnę, że partia Salviniego była do tej pory w europarlamencie w jednej grupie politycznej z formacją pani Marine Le Penn.

A z Marine Le Penn będziecie wchodzić w sojusz w PE? 

Ja sobie tego  nie wyobrażam.

Salviniemu jednak na tym mocno zależy, żeby wciągnąć Le Penn do szerszej koalicji na prawo od EPP. 

Salvini będzie musiał wybierać między PiS, a więc kursem bardziej centrowym a Le Pen, a więc kursem bardzo prawicowym. Myślę, że Salviniemu i jego formacji, która we Włoszech jest na fali wznoszącej będzie się bardziej opłacało zawrzeć sojusz z partią współrządzącą w innym wielkim kraju UE niż z partią, która cały czas jest w zdecydowanej opozycji i która ma śladową reprezentację w Zgromadzeniu Narodowym Francji.

A co się stanie z Orbanem? Przetrwa jako członek frakcji chadeckiej i polityczny sojusznik PO i PSL, czy też będzie do wzięcia przez konserwatystów? 

Bardzo ciekawe pytanie. Wbrew pozorom nie chodzi tu wyłącznie o rozgrywkę europarlamentarną, ale szerszą. Szef frakcji chadeckiej, pupilek Angeli Merkel Manfred Weber jest oficjalnym kandydatem EPL na szefa KE. W związku z tym, że poważnie myśli on o tym, żeby być pierwszym od półwiecza Niemcem -przewodniczącym Komisji, to zależy mu, żeby mieć maksymalnie szerokie poparcie. Dlatego nie opłaca mu się wyrzucać Orbana i rządzącego Węgrami Fideszu.

Ale przecież Orban wycofał swoje poparcie dla Webera. Ta ich wielka polityczna przyjaźń jest już chyba skończona.  

To są pewne gry, w których wszystko może się zmienić. Zwłaszcza, że Viktor Orban był jednym z dwóch premierów, obok szefa brytyjskiego rządu, Davida Camerona, którzy pięć lat temu zawetowali kandydaturę Junckera na szefa Komisji. W 2014 roku, gdy przepchnięto Junckera przy wetach Węgier i Wielkiej Brytanii padło solenne przyrzeczenie, że wybór następnego szefa KE nastąpi na zasadzie absolutnej jednomyślności. To oznacza zwiększenie roli realnego weta krajow członkowskich. A więc i roli premierów, zdolnych do takiego veta. Orban pokazał, że jest do tego zdolny.

Orban ma też jednak wśród chadeków zdecydowanych przeciwników.  

Musimy mieć świadomość, że ten kij ma dwa końce. Wyrzucenie Orbana może być groźne dla interesów frakcji chadeckiej, ale pozostawienie go także. Przecież partie chadeckie z Beneluksu i Skandynawii groziły opuszczeniem frakcji, jeśli Orban nie zostanie usunięty. Te ugrupowania z Holandii, Luksemburga czy ze Szwecji nie zawisną przecież w próżni, tylko mogą przemieścić się do tworzonej pod auspicjami prezydenta Francji Macrona i premiera Holandii Marka Rutte nowej frakcji liberałów pod nazwą Centrum. To oczywiście byłoby dla EPL dużą stratą, zdolną zachwiać ich przewagą nad socjalistami, zwłaszcza, że brytyjscy laburzyści mogą w tych wyborach zrobić nienajgorszy wynik, co wywinduje szanse europejskiej lewicy.

A może Pan sobie wyobrazić socjalistę na czele Komisji Europejskiej? 

To jest political fiction. Zwracam uwagę ,ze kandydat socjalistów, Frans Timmermans nie zachowuje się jak poważny kandydat na szefa KE. Jeśli np. Manfred Weber zmienia nagle stanowisko w sprawie Nord Stream 2 i mówi tak, jak chcemy to słyszeć my w Polsce, albo kraje bałtyckie czy Skandynawowie, że Nord Stream jest zły, to oznacza, że rozumie potrzeby kompromisu i uzyskania szerokiego poparcia. Natomiast Timmermans atakuje ostro Polskę i Węgry w sprawach migracyjnych, co dowodzi, że raczej umacnia swoją pozycję jako lidera socjalistów, być może myśląc o stanowisku szefa ich europejskiej partii, a nie o realnym kandydowaniu  na szefa KE. Gdyby było inaczej nigdy by do siebie poszczególnych rządów nie zrażał.

 Mówił Pan wcześniej o różnych zobowiązaniach, podjętych na forum UE po poprzednich eurowyborach, jak choćby jednomyślność w sprawie obsady szefa Komisji Europejskiej. Czy tego typu typu zobowiązanie w nowym europarlamencie będzie do utrzymania? Czy to nie będzie trochę jak z tym wiodącym kandydatem, konceptem z którego wszyscy już się zaczynają powoli wycofywać?  

Sugeruje pan, że Unia Europejska po raz kolejny zrobi sobie z gęby cholewę? Zmartwił mnie pan, bo ja w te zobowiązania uwierzyłem. Poważnie mówiąc, oczywiście zgodzę się, że porównując wyścigi „wiodących kandydatów” w 2014 roku i obecnie to tamten był realnym wyścigiem bokserów wagi ciężkiej: Junckera, który pokonał w prawyborach EPL samego Michela Barniera, który zresztą wtedy miał bardzo dobry wynik -i Martina Schulza, który był jednak dużą osobowością lewicy,może na zasadzie „na bezrybiu i rak-ryba…”. Teraz mam wrażenie, że wszyscy umówili się na jakiś teatr, w którym czekamy na koniec przedstawienia i wejście do gry tych, o których mówi się po cichu jak choćby główny negocjator Brexitu, Michel Barnier.

Blog

Jażdżewski zaorał Tuska, a Wałęsa Unię

Posted on

Pojawił się nam nowy wykładowca. Donald Tusk zaniósł kaganek europejskiej oświaty najpierw na UW – patron tej uczelni marszałek Józef Piłsudski ponoć  zakrył w niebiesiech twarz dłońmi – aby udać się potem na Uniwersytet Poznański imienia Adama Mickiewicza. Ten z kolei patron miał mowę Tuska skwitować „ciemno wszędzie, głucho wszędzie. Co to będzie, co to będzie?”

Wykładowca Tusk odwołał się do wolności słowa na wyższych uczelniach. Doskonały dowcip. Gdy rektor Politechniki Gdańskiej  udostępnił – oczywiście, że odpłatnie – salę na konwencję Prawa i Sprawiedliwości na Pomorzu z udziałem prezesa Kaczyńskiego i premiera Morawieckiego, to w ramach „akademickiej wolności” rozpoczęła się akcja zaszczuwania tego człowieka. List potępiający go podpisało stu kilkudziesięciu pracowników uczelni, a poddany niebywałej presji rektor nagle zmarł. Gdańszczanie, z którymi rozmawiałem mówią jednoznacznie – został zaszczuty. A teraz wykładowca Tusk przedstawia się jako „metr z Sevres”  dbania o wolności słowa na polskich uczelniach! Cóż za hi-PO-kryzja! Szkoda, że jakoś o tym pamiętał, gdy ówczesna minister nauki i szkolnictwa wyższego, obecnie europosłanka PO, profesor, a jakże, Barbara Kudrycka wdrożyła śledztwo na UJ-ocie w sprawie pracy magisterskiej Piotra Zyzaka -niepoprawnej politycznie biografii Lecha Wałęsy. To nie krasnoludki i sierotka Marysia, tylko ówczesna władza zarządziła wtedy owa kontrolę!  Wykładowca Tusk pewnie już zapomniał – bo chciał zapomnieć – jak organizatorzy konferencji naukowej (z udziałem pracowników z tytułami naukowymi) na temat tragedii pod Smoleńskiem zwrócili się do 18 polskich wyższych uczelni z prośbą o możliwość zorganizowania takowej. Jaki był efekt? Siedemnaście odmówiło. A osiemnasta? Nie raczyła odpisać. Wszystko oczywiście w ramach wolności akademickiej, swobody słowa, wolności badań naukowych, itd.

To mi przypomina stare polskie przysłowie o diable, który ubrał się w ornat i na mszę dzwoni. Jako kinomanowi kojarzy mi się to od razu z amerykańskim filmem „I kto to mówi?” z Kirstie Alley i Johnem Travoltą…

Wykładowca Tusk ma jednak strasznego pecha. Najpierw w dniu jego wykładu na warszawskim uniwerku przyćmił go całkowicie pan Jażdżewski, a po chwili przyćmił go już całkiem, totalnie, Lech Wałęsa domagający się… likwidacji Unii Europejskiej. Tak, zawsze twierdziłem, że w takich sprawach na Wałęsę można liczyć…

*tekst ukazał się w “Gazecie Polskiej” (12.05.2019)

 

Blog

Sześć powodów dla których trzeba zagłosować w najbliższą niedzielę

Posted on

Jeszcze nigdy wybory do Parlamentu Europejskiego nie były tak ważne, jak w A. D. 2019.Po raz pierwszy bowiem nie wiadomo, kto je wygra. Czy zwolennicy Europy Ojczyzn, Europy Narodów, szacunku dla tradycji i wartości, które były fundamentem Starego Kontynentu czy też euroentuzjaści, którzy uważają, że historia Europy zaczęła się po II wojnie światowej? To pewne uproszczenie, bo w obozie eurorealistów czy eurosceptyków jest też, wbrew pozorom, część ludzi lewicy. Tak samo w obozie euroentuzjastycznego postępu jest też jakaś część szczerych chrześcijańskich demokratów niechcących dostrzegać, że obecna Unia niewiele ma wspólnego z Europejską Wspólnotą Węgla i Stali i EWG Roberta Schumana i Alcide de Gasperi.

Dwie wizje przyszłej Europy: wyborczy test

Polityczny kształt parlamentu w Brukseli i Strasburgu zależy od tych wyborów, jak nigdy przedtem, jak nigdy w 40-letniej historii bezpośrednich wyborów do europarlamentu (pierwsze wybory powszechne do PE odbyły się w 1979 roku – wcześniej  parlamenty narodowe delegowały tam po prostu przedstawiciel poszczególnych krajów). Zatem to jest powód „numer 1”, dla którego warto pójść i 26 maja oddać głos. Realizacja wizji „Europy Ojczyzn” zależy w niemałej mierze właśnie od głosu nas, Polaków.

Po drugie trzeba pójść i zagłosować, bo już ¾ polskiego ustawodawstwa – podobnie jak legislacji francuskiej, niemieckiej, czeskiej, duńskiej, itd. – w praktyce decyduje się w Strasburgu i Brukseli. Dopiero potem jest implementowane do prawa krajowego państw członkowskich UE. Skoro tak, to czy nie warto mieć wpływ na to, jacy przedstawiciele będą decydować o kształcie europejskiego, a de facto w 75% polskiego prawa? Pytanie retoryczne. To powód „numer 2”.

Ostatni budżet dla Polski „na plus”

Kolejnym powodem, który zobowiązuje nas do udziału w wyborach za sześć dni  jest fakt, że właśnie ten najbliższy europarlament, który ukonstytuuje się 2 lipca 2019 roku będzie w istotny sposób współdecydował o kształcie unijnego budżetu siedmioletniego na lata 2021-2027. Można postawić pytanie: no i co z tego? Przecież współdecydował również o budżetach na lata 2014-2020 i 2007-2013, kiedy byliśmy już członkiem Unii Europejskiej? Otóż jednak teraz sytuacja jest wyjątkowa. Mianowicie Parlament Europejski wybrany począwszy od tego czwartku – wówczas wybory odbędą się na terenie Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej(tradycyjnie w tym kraju każde wybory, także do House of Commons ,odbywają się właśnie w  czwartki ) – aż po niedzielę  będzie tym, od którego zależy ostatnia „siedmioletnia perspektywa finansowa UE”. Ostatnia – w której Polska będzie „na plusie”. Mówiąc precyzyjnie: budżet Unii 2021-2027 będzie ostatnim, w którym Polska wciąż więcej pieniędzy otrzyma z kasy w Brukseli niż tam da w formie składki członkowskiej. Składki, która zresztą właśnie systematycznie rośnie (teraz wynosi 3,5 miliarda euro). Zatem wpływ wyborców na kształt polskiej delegacji, która będzie walczyć o korzystny dla Rzeczpospolitej unijny budżet to podwód „numer 3”, żeby za sześć dni przywitać się z wyborczą urną.


Europarlament: obrońca zdrowego rozsądku czy lewicowo-liberalnej ideologii?

Wreszcie kwestia niezwiązana z gospodarką, choć z polityką jednak tak, bo jak pisał niemiecki pisarz Tomasz Mann: „Nie ma nie-polityki. Wszystko jest polityką”. Chodzi o kwestie wartości i sferę moralno-obyczajową. Parlament Europejski w paru ostatnich kadencjach, a zwłaszcza od 2014 roku był używana jako pałka ideologiczna lewicy i środowisk liberalnych wobec tradycyjnego systemu wartości. W wymiarze formalnoprawnym jest to jednak kompetencja wyłącznie i tylko państw członkowskich UE. Jednak w praktyce PE wywierał presję polityczno-propagandową, aby kraje „opóźnione” w dostrzeganiu „wartości” promocji LGBT zrozumiały swój błąd. Do zupełnie neutralnych ideologicznie rezolucji, choćby w sprawie pomocy rozwojowej dla Afryki doczepiano na siłę, merytorycznie zupełnie prawem Kaduka, ideologiczne wtręty o polityce reprodukcyjnej czy właśnie o ochronie środowisk homoseksualnych. Była to powszechna praktyka. Zatem wyborcy 28 (jednak) państw członkowskich Unii, w tym, uwaga, Polacy będą w tę niedzielę decydować czy chcą parlamentu ideologicznego z lewicowo-liberalnym przechyłem, czy też instytucji zdroworozsądkowej, szanującej fundamentalne, tradycyjne wartości i szukającej raczej tego, co łączy posłów z różnych krajów i grup politycznych niż tego, co dzieli. I to jest powód „numer 4”, aby 26 maja każdy z Państwa  oddał głos w wyborach.

Ogromna stawka:  polska racja stanu i niezależność

Wreszcie powód, który ma charakter bardziej defensywny – pójdźmy głosować, żeby uniknąć obciachu. Sytuacja, gdy Polska tradycyjnie w kolejnych wyborach do PE jest drugim czy trzecim krajem o największej absencji w UE – najpierw UE-25, potem UE-27, a wreszcie UE-28  – to  powód czy pretekst do kpin ze strony zwłaszcza przedstawicieli krajów Europy Zachodniej. Żadnym pocieszeniem jest to, że Litwa i Słowacja miały ostatnio frekwencję jeszcze niższą. Czy chcemy, by kolejna wysoka absencja wyborcza wpisała się w niesprawiedliwy przecież stereotyp Polski uciekającej od korzystania z obywatelskich praw? To jest właśnie powód „numer 5”, aby za 140 godzin oddać głos w tych wyborach.

Kolejny powód to kwestia kogo wybierzemy na reprezentantów Polski w PE. Niegłosowanie zwolenników Obozu Patriotycznego, Obozu Niepodległościowego, Obozu Dobrej Zmiany w oczywisty sposób zwiększa szanse naszych oponentów z obozu „żeby było, jak było”. Wbrew pozorom nie chodzi tu wcale o nasze wewnętrzne polityczne boje, ale o to, czy wybrani z Polski europosłowie będą bronić polskiej racji stanu, polskich interesów i wyników demokratycznych wyborów w Polsce czy też będą donosić na własną ojczyznę do zagranicznych mediów i głosować przeciwko własnemu krajowi, choćby wspierając propozycję uruchomienia procesu sankcyjnego względem Polski, jak miało to już miejsce w listopadzie 2017 roku. I to jest naprawdę niebagatelny- i szósty- powód, dla którego 26 maja warto oddać głos.

To było sześć powodów, dla których nie tylko powinno się, ale trzeba uczestniczyć 26 maja w wyborach polskiej, nie tylko z  nazwy, reprezentacji do Parlamentu Europejskiego. Prawdę mówiąc każdy z nich byłby wystraczający, ale ich suma powinna przekonać nawet najbardziej niechętnych do udziału w  głosowaniu za sześć dni. Piszę o tym w kontekście sondażu opublikowanego przez ostatni „Newsweek”, który daje zwycięstwo w wyborach do PE Koalicji Europejskiej i to z przewagą 10 punktów procentowych. Odczytuję ten sondaż jako próbę mobilizacji elektoratu Koalicji Europejskiej, którego chyba niemała część zwątpiła w niedzielną wiktorię opozycji, patrząc na paręnaście ostatnich sondaży i ich uśrednione wyniki. Skoro tamta strona mobilizuje swoich tego typu mechanizmami „sondażowymi”, my tym bardziej powinniśmy mobilizować swoich. Zwłaszcza, że nie mamy w ręku  „sondaży” z sufitu tylko trafne argumenty i przesłanki. Apeluję o oddanie głosu w wyborach 26 maja!

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (20.05.2019)

 

Blog

Pracuję od świtu do nocy

Posted on

Zapraszam do lektury wywiadu, którego udzieliłem dla „Polska The Times”, przeprowadziła go red. Dorota Kowalska.

 

Która to już pana kampania wyborcza w wyborach do europarlamentu?

Dziewiąta kampania w ogóle, a czwarta, jeśli chodzi o wybory europejskie. Co ciekawe, na cztery kampanie w wyborach do polskiego sejmu dwa razy wygrałem, dwa razy przegrałem, a więc remis. Natomiast, jeśli chodzi o wybory europejskie, wygrywałem zawsze.

Warszawa, to nie jest łatwy teren dla Prawa i Sprawiedliwości, prawda?

To duże wyzwanie dla mnie: start w okręgu najbardziej prestiżowym w Polsce, w stolicy państwa, a jednocześnie w okręgu, w którym chociaż 5 lat temu mieliśmy tu z Platformę Obywatelską remis, jeśli chodzi o ilość mandatów do europarlamentu – po dwa, to jeśli chodzi o liczbę głosów przegraliśmy bardzo wyraźnie. Stworzenie przez prezesa Kaczyńskiego silnej warszawskiej listy PiS w wyborach do europarlamentu jest próbą zmiany tej sytuacji. Bo na warszawskiej liście mamy dwóch europosłów, sześcioro posłów, dwoje radnych wojewódzkich – to, rzeczywiście, bardzo mocna ekipa.

Ale „dwójka” to bardzo wysokie miejsce na liście i wszystko wskazuje na to, że pan się w europarlamencie znajdzie.

Wszystko zależy od głosów wyborców. Bardzo ciężko pracuję: od świtu do nocy, stąd rozmawiamy po godz. 22.00. Jutro już o godz. 7.30 będę na
bazarach na Wolumenie i na Kole na Woli rozdawał moje materiały wyborcze, tak jak je chociażby w ostatnią sobotę rozdawałem w Grodzisku Mazowieckim, a potem w Piasecznie, by jeszcze później spotkać się z ludźmi w Błoniu, a na koniec pojechać do powiatu wołomińskiego na uroczystości patriotyczne z okazji 75-tej rocznicy zrzutu cichociemnych do tej miejscowości. Muszę powiedzieć, że jeszcze nigdy tak ciężko nie pracowałem w kampanii, jak teraz, choć nawet moi polityczni oponenci podkreślają moją pracowitość. Krótko mówiąc, to na pewno moja najbardziej intensywna kampania w ciągu tych 28 lat, kiedy wszedłem do ogólnopolskiej polityki wygrywając w 1991 roku wyścig do Sejmu RP podczas pierwszych wolnych wyborów w naszym kraju.


Jak pan ocenia konkurentów w tych warszawskich wyborach?

Warszawa to bokserzy wagi ciężkiej na wszystkich listach, to bardzo silna konkurencja. Jedna rzecz, która mi się nie podoba, mówię o tym publicznie, głośno, to fakt, że politycy startujący z warszawskich list generalnie unikają debat, a przecież polityka nie polega na bon motach, polega na spieraniu się, na debatach właśnie . Na razie mam zaproszenia do najmniejszej ilości debat w historii. Mam dwie za sobą: telewizyjną z udziałem Andrzej Halickiego i pani Zielińskiej, kandydatki partii Zielonych oraz Tadzia Cymanskiego, druga odbyła się w niedziele, 12 maja, w Lesznowoli, w powiecie piaseczyńskim – na zaproszenie władz tamtejszej gminy wziąłem udział w debacie również z panem posłem Halickim.

Nie oburzają pana bilboardy, które wiszą w całej Warszawie, przedstawiające pana, jako osobę, która ucieka do Brukseli i ustawiła całą rodzinę?

Rozmawiamy w dniu, w którym wygrałem trzeci już proces w trybie wyborczym przeciwko Koalicji Obywatelskiej – sąd okręgowy, a potem sąd apelacyjny nakazał zdjąć te bilboardy, więc już ich pani nie zobaczy. Zakazał także ich rozpowszechniania. Dzisiaj, czyli w poniedziałek, 13 maja, sąd okręgowy zakazał także rozpowszechniania spotu wyborczego „Akacja Ewakuacja” w kontekście mojej osoby, mojego nazwiska, mojego wizerunku. Także można powiedzieć: Ryszard Czarnecki kontra Koalicja Obywatelska – 3:0.

Z tego co wiem, są odniósł się do sformułowania o pana ewakuacji, ucieczce. O dobro rodziny pan nie walczy?

Moje zarzuty okazały się celne, wygrałem trzykrotnie z Koalicją Obywatelska. Słowa o ustawieniu przeze mnie rodziny też nadają się na proces, w tej chwili pracują nad tym moi prawnicy. Ciekawe, że liderowi listy warszawskiej Koalicji Obywatelskiej, Włodzimierzowi Cimoszewiczowi nikt nie zarzuca, że ustawił rodzinę, bo jego syn jest posłem w polskim parlamencie, podobnie jak mój. Zarzut jest absurdalny, bo decydują przecież o tym wyborcy- ale to już robota dla moich prawników.

Może to kwestia tego, że pana syn pojawił się na słynnych taśmach premiera Morawieckiego, na których rozmawia pan o jego zatrudnieniu?

Przemysław zdobył dwukrotnie mandat parlamentarzysty zyskując spore poparcie. I wierze, że mandat uzyska ponownie. Natomiast cieszę się z sądowego zwycięstwa z Koalicją Europejska ponieważ ta formacja, jeśli przetrwa- myśle ,ze tak- nie będzie mogła więcej kłamać na mój temat.

Wystawiliście bardzo mocne nazwiskach na listach wyborczych, dlaczego właściwie? Bo to nie tylko Warszawa, do Brukseli wybiera się minister Brudziński, minister Kempa, minister Sellin i długo by jeszcze wymieniać

Nigdy nie wygraliśmy wyborów europejskich, dlatego tak bardzo zależy nam na tym zwycięstwie. W 2004 roku, PiS był dopiero na trzecim miejscu, przegrywając z Platformą, która miała 15 mandatów i Liga Polskich Rodzin z jej 10 mandatów,-PiS miał wtedy tylko 7, w 2009 roku byliśmy już na drugim miejscu, przegraliśmy z Platformą, oni mieli 25 mandatów, my – 15. W 2014 roku przegraliśmy minimalnie, jedynie o dwie setne procenta, a to 25 tysięcy głosów w skali kraju, małe miasteczko, ale mieliśmy już tyle samo mandatów, czyli po 19. Czas więc na zwycięstwo, stąd mocne listy, mocne nazwiska, bo one mogą zachęcić wyborców do pójścia na te wybory i zagłosowania na nas.

W tych wyborach startuje spora część rządu, nie wiem, czy to dobre dla Polski?

Nie jest powiedziane, że wszyscy automatycznie wejdą do europarlamentu. Poza tym, to dość powszechne, że ministrowie stratują w tych wyborach. Podam przykład Francji: Nathalie Loiseau, liderka listy krajowej formacji prezydenta Emanuela Macron jest ministrem do spraw europejskich. Podobne przypadki są w innych państwach Unii Europejskiej, więc nie jest to polska specyfika.

 Pan wie, jaki jest najpoważniejszy zarzut, jaki wysuwany jest w kontekście wyborów europejskich pod adresem Prawa i Sprawiedliwości?

Myślę, że są to równie „trafne” zarzuty, jak ten, że „uciekam” do Brukseli.

Najpoważniejszy zarzut jest taki, że uprawiacie czystą hipokryzję, że z partii sceptycznej wobec Unii Europejskiej, niektórzy mówią: antyunijnej, staliście się dzisiaj bardzo prounijni.

Nie byliśmy, nie jesteśmy i nie będziemy ani eurosceptykami, ani euroentuzjastami. Nie uważamy, żeby o stosunku Polski do Unii Europejskiej powinny decydować negatywne emocje wobec UE ani tez bezkrytycznie bałwochwalcze. Chodzimy po ziemi, widzimy plusy naszego członkowska w UE, których jest wiele i minusy, które też istnieją. Myślę, że w tej kwestii trzymamy standardy europejskie, ponieważ w Europie wiele partii politycznych nie podchodzi do UE na klęczkach, tylko wskazuje jasne i mniej jasne strony wspólnoty.

Ale z ust polityków waszego środowiska padały słowa dość mocne: posłanka Krystyna Pawłowicz nazwała unijną flagę „szmatą”, prezydent Duda mówił o wyimaginowanej wspólnocie, takich sformułowań padło więcej.

Pani poseł, która to powiedziała jest jednym z trzystu parlamentarzystów Prawa i Sprawiedliwości i jedyną, która użyła takiego sformułowania. Natomiast prezydent Duda mówiąc o wyimaginowanej wspólnocie miał na myśli częsty brak solidarności państw bogatych z tymi biedniejszymi, czyli państw, które miały historyczne szczęście wejść do Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, a potem do EWG przed tymi, które z racji komunizmu mogły to zrobić dopiero po pięćdziesięciu latach.

Nie miał na myśli braku solidarności Victora Orbana, który zagłosował za tym, aby Donald Tusk został szefem Rady Europejskiej na drugą kadencje, jak sobie przypominam, tylko Polska z dwudziestu ośmiu krajów wspólnoty zagłosowała przeciw. 

Z punktu widzenia naszych interesów znacznie ważniejsze jest wsparcie węgierskiego rządu na przykład w kwestii pracowników delegowanych czy Pakietu Mobilności czy – uwaga – sankcji wobec Rosji, za którymi rząd węgierski głosuje co pół roku.

Nie boi się pan, że w tych wyborach kulą u nogi będzie Wam konflikt z unijnymi instytucjami, chociażby z Komisją Europejską? Bo w tym konflikcie Polska tkwi od co najmniej trzech lat.

W poniedziałek zakończyłem debatę z posłem Halickim podziękowaniami do Komisji Europejskiej, która właśnie teraz opublikowała prognozę dotyczącą wzrostu gospodarczego w krajach członkowskich Unii, z której wynika, że Polska będzie miała wzrost 4,2 procenta PKB, a kraje strefy euro – 1,2 procenta PKB, a wiec 3,5 razy mniejszy! Publikacja takich danych przez Komisję Europejską w trakcie kampanii wyborczej, to niewątpliwa pomoc dla obozu władzy. Podobnie jak wypowiedź Jean- Claude Junckera, który stwierdził, że Polexit to bzdura, nic takiego nie nastąpi. Powiedział także, że nie będzie poganiał Polaków w kwestii naszego wejścia do strefy euro. Zatem nie należy narzekać, ale być wdzięcznym przewodniczącemu Komisji Europejskiej za te publiczne oświadczenia.

Myślę, że to oświadczenie Komisji Europejskiej nie jest dla wyborców zaskoczeniem, bo rząd Prawa i Sprawiedliwości wzrostem PKB i stanem polskiej gospodarki chwali się od dwóch lat, a przynajmniej od roku, może stąd ta kolejka kolejnych grup zawodowych, które żądają podwyżek. Myślę raczej o opinii Komisji Europejskiej w kwestii stanu polskiej demokracji i przestrzegania praworządności.

Zwracam uwagę na opinie Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, bo ów europejski odpowiednik polskiego NIK-u wyraził zdecydowane zastrzeżenia wobec wiązania budżetu unijnego z oceną stanu praworządności w poszczególnych krajach. Zwracam w ten sposób uwagę na coś, o czym się w Polsce nie mówi, a mianowicie na pogłębiające się konflikty między unijnymi instytucjami, w tym wypadku między ETO – Europejskim Trybunałem Obrachunkowym z siedzibą w Luksemburgu, a Komisją Europejska z siedzibą w Brukseli. Podobnie zresztą widać różnice między Radą Europejską, a Komisją Europejską,  jeśli chodzi o politykę imigracyjną. Komisja Europejska chce karać takie kraje, jak Polska za nieprzyjmowanie imigrantów, a Rada Europejska mówi zupełnie coś innego, że jeśli jakiś kraj chce przyjmować imigrantów, niech ich przyjmuje, jeśli nie chce przyjmować, niech tego nie robi. Nie sprzeczajmy się o to. Widac wiec ,ze nawet w obrębie jednego miasta – Brukseli – obserwujemy odmienne, radykalnie różne stanowiska.

Ale chyba w obrębie unijnych instytucji nie ma różnic, co do opinii na temat tego, jak wygala w Polsce praworządność i demokracja. Z tego co wiem, stanowisko w tej sprawie jest jedno.

Tutaj zwracam uwagę, że jednak Rada Europejska nie potępiła za to Polski i artykuł 7 nie został wdrożony. Widać zatem, że jednak te różnice także tu występują.

Jaka jest pana wizja Unii Europejskiej? Jak europejska wspólnota powinna wyglądać? Co trzeba w niej zmienić?

Unia Europejska, po pierwsze powinna wrócić do źródeł, czyli do czasów, kiedy w Europejskiej Wspólnocie Węgla i Stali, a następnie w EWG, w pierwszych latach Unii Europejskiej ,ale i długo potem kluczowe sprawy rozstrzygano w głosowaniach jednomyślnych czyli poprzez konsensus. Wiem, że to może wydłużać proces decyzyjny, ale jednak uważam, że w takich kwestiach, jak polityka imigracyjna, polityka energetyczna, polityka klimatyczna przegłosowywanie chwilowej mniejszości przez chwilową większość będzie generować tendencje odśrodkowe, będzie osłabiało projekt europejski. Znacznie lepiej stanie się, jeśli będziemy ucierać nasze poglądy i znajdować jakiś wspólny mianownik, bo to na dłuższą metę wzmocni Unię Europejską. Inaczej Unia znajdzie się na równi pochyłej.

Jarosław Kaczyński, obok Mateusza Morawieckiego, jest twarzą tej kampanii, szczerze mówiąc, nie pamiętam takiej aktywności prezesa przed żadnymi wyborami.

Prezes Kaczyński rozumie wagę tych wyborów. One, po pierwsze ,zdecydują o tym, kto będzie reprezentował Polskę w Parlamencie Europejskim, który decyduje – uwaga, to nie pomyłka – o trzech czwartych polskiego ustawodawstwa, ale tak samo ustawodawstwa francuskiego, niemieckiego, czeskiego czy duńskiego, bo tyle właśnie polskich ustaw ma bezpośrednią genezę w regulacjach przyjmowanych w Brukseli, czy Strasburgu. Prezes Kaczyński wie także, że będzie to parlament, który przyjmie ostatni siedmioletni budżet unijny, w którym Polska będzie na plusie. W nowej perspektywie finansowej 2028-2034, Polska może nie od razu, po jakimś czasie, ale stanie się płatnikiem netto takim, jakim w tej chwili są Niemcy, Holandia, Szwecja, Austria, Francja i inne kraje. Myślę, że trzeba to ludziom uczciwie mówić zawczasu, oczywiscie to nie nastąpi wcześniej niż za dekadę, czy trochę później, ale uważam, że trzeba Polaków o tym uprzedzić, tego wymaga szacunek dla naszych rodaków.

Póki co, Jarosław Kaczyński trochę straszy Polaków: środowiskami LGBT, ofensywą lewactwa, euro. Myśli pan, że taka strategia przyniesie oczekiwany skutek?

Przede wszystkim, to liderzy Koalicji Obywatelskiej straszą Polaków wejściem naszego kraju do strefy euro. Mówił o tym w Helsinkach przewodniczący Platformy Obywatelskiej ,pan Grzegorz Schetyna. Program Nowoczesnej zakłada, że Polska powinna znaleźć się w strefie euro już za pięć lat, chociaż ekonomiści czytając takie postulaty pukają się w głowę. Ostatnio występowałem w Telewizji Polskiej z jednym z przedstawicieli Koalicji Europejskiej, który określił ni mniej ni więcej euro, jako …”europejską wartość”. Wydaje mi się, że to pomieszanie z poplątaniem. Jesteśmy realistami, uważamy, że rozważenie naszego wejścia do „eurolandu” może nastąpić wtedy, kiedy płace naszych rodaków będą na poziomie europejskim-nie wcześniej, bo w każdym kraju taki akces do strefy euro powodował znaczące podwyżki cen i generalnie problemy ekonomiczne.

Lewactwem i LGBT Koalicja Europejska nie straszy.

Bardzo przepraszam, ale to nie krasnoludki i sierotka Marysia, tylko prezydent Warszawy z legitymacją PO – Rafał Trzaskowski wprowadził kartę LGBT i wystosował groźbę w kierunku przedsiębiorców, że jeśli nie podpiszą tej karty, to ominą ich przetargi miejskie i będą mieli pod górę. To wiceprezydent z Nowoczesnej, pan Rabiej, przedstawiciel Koalicji Europejskiej mówił o tym, że związki homoseksualistów będą mogły adoptować polskie dzieci. Przecież to opozycja wrzuca te tematy, my tylko na nie reagujemy.

I to jest to lewactwo?

Na pewno na tle polskich, tradycyjnych wartości takie działania nie sytuują tych formacji na scenie politycznej jako centrowych, wręcz przeciwnie – jako wyraźnie lewicowe.

Ostatnio Jarosław Kaczyński mówił, że kto podnosi rękę na polski Kościół, podnosi rękę na Polskę. Nie uważa pan, że Kościół znalazł się w bardzo trudnej sytuacji?

Myślę, że trzeba przypomnieć definicje kościoła katolickiego, jako społeczności ludzi wierzących. Niech ci, którzy chcą zbijać kapitał polityczny na jego atakowaniu pamiętają, że tu nie chodzi tylko o biskupów, ale zwykłych wierzących Polaków, których ukształtowała wiara. I radziłbym krytykom Kościoła – a więc ludzi wierzących – więcej empatii.

Chyba mówimy o dwóch różnych sprawach, ja mówię o instytucji kościoła, której nie tworzą wierni, ale duchowni: biskupi, księża. Nawet Jarosław Kaczyński, kiedy zorientował się, że jest problem stwierdził, że nie będzie pobłażania dla pedofilii, także wśród księży.

Kościół to wspólnota ludzi wierzących. A co do pedofilii, trzeba ją bardzo ostro zwalczać, surowo karać, podwyższyć karę za pedofilię. Apeluję jednak o to, aby zwalczać pedofilię we wszystkich środowiskach, nie tylko w jednym, nie tylko wśród księży, ale także wśród dziennikarzy, polityków, artystów. Prawdę mówiąc ci, którzy jednego dnia bronią znanego artystę, reżysera – pedofila, a drugiego dnia atakują pedofili- księży, nie są wiarygodni, bo pedofilię trzeba zwalczać niesłychanie ostro, ale wszędzie, w każdym środowisku, gdzie ona ma miejsce.

Skoro mówi pan o wspólnocie kościoła, o wiernych, to myślę sobie, że są oburzeni i zniesmaczeni tym, co zobaczyli w „Tylko nie mów nikomu”, podobnie jak zachowaniem niektórych biskupów, którzy udają, że nie ma problemu, albo mówią, jak pan, że problem jest wszędzie.

Jeszcze raz podkreślam – każdy czyn pedofilski musi być surowo ukarany, a jego sprawca musi liczyć się z więzieniem, szybkim ukaraniem tak, aby był związek przyczynowo-skutkowy między zbrodnią pedofilstwa, a wyrokiem sądowym. Co do tego, nie ma cienia wątpliwości, obojętnie, kto tym pedofilem jest – nikt nie może być świętą krową. Podkreślam jednak, że to samo dotyczy polityków, dziennikarzy, artystów.

Myśli pan, że Donald Tusk wraca do polskiej polityki?

Kończy mu się robota w Brukseli pod koniec roku i z tego, co wiem, nie ma atrakcyjnych ofert na horyzoncie. Dlatego zapewne będzie chciał wrócić do polskiej polityki. Uważam jednak, że nie wystartuje w wyborach prezydenckich i że Platforma Obywatelska będzie szukała kogoś innego. Mam wrażenie, że taką osobą, która jest „hodowana” na prezydenta, jest obecny prezydent Warszawy – Rafał Trzaskowski.

Czemu sądzi pan, że Donald Tusk nie wystartuje w wyborach prezydenckich?

Bo będzie się obawiał przegranej z prezydentem Andrzejem Dudą.

Jak pan myśli jakie przełożenie na jesienne wybory, będzie miał wynik wyborów do europarlamentu?

Będzie miał. Nie wiem, jak duże, ale po raz pierwszy w historii Polski zdarza się, żeby wybory do Parlamentu Europejskiego były w tym samym roku, co wybory do Sejmu i Senatu. W 2004 roku były rok wcześniej, w 2009 roku – dwa lata wcześniej, w 2014-znów rok wcześniej. Ta kumulacja może zwiększyć wpływ wyniku w wyborach do PE na rezultat wyborów do polskiego parlamentu.

Idziecie z Koalicją Obywatelską łeb w łeb, dzielą was dwa, trzy, czasami jeden punkt procentowy. Co, pana zadaniem, ostatecznie zadecyduje o wyniku wyborów? Co przeważy?

Użyła pani określenia, które często używane jest w wyścigach konnych – łeb w łeb. To nawet miłe, bo lubię chodzić na warszawski Służewiec. Natomiast, kto wygra? To zależy od mobilizacji elektoratu. Zwracam uwagę, o czym niewiele się w Polsce mówi, że bezpośredni przepływ między elektoratem PiS i PO nie druga stronę PO i PiS, jest dzisiaj minimalny. Będzie wiec decydować mobilizacja wyborców obu partii i ewentualnie uaktywnienie niegłosujących.

Wygracie?

Mamy na to dużą szansę. Wszystko w rękach i umysłach Polaków.

Blog

Merkel i…

Posted on

Kanclerz Niemiec Angela Merkel powiedziała, iż kończy swoją polityczną karierę. Nie cieszcie się jedni i nie martwcie  drudzy. Ta rzecz nie nastąpi od razu, ani za parę miesięcy, ale dopiero za… dwa i pół roku. Czemu Frau Kanzlerin informuje o tym już teraz? Po pierwsze dlatego, by uspokoić jej krytyków, którzy martwili się, że będzie kandydować po raz piąty. Po drugie, żeby pokazać przyjaciołom i wrogom, że kontroluje sytuację w Berlinie, bo zamierza rządzić do jesieni 2021 włącznie. Po trzecie jest to czytelny sygnał, że nie będzie ubiegać się o stanowisko szefa Rady Europejskiej po nieszczęsnym Donaldzie Tusku – a koniec jego kadencji przypada na późną jesień 2019. To pośrednio wzmacnia kandydaturę jej rodaka i pupila, szefa frakcji Europejskiej Partii Ludowej w parlamencie w Brukseli i Strasburgu Manfreda Webera na stanowisko przewodniczącego Komisji Europejskiej. Gdyby go wybrano, byłby to również osobisty sukces dla „rozprowadzającej” go Merkel. Skądinąd byłby to pierwszy od pół wieku i drugi w historii niemiecki szef KE (pierwszym był w latach 1959-69 Walter Hallstein). Co z  tego wszystkiego wynika dla Polski? Będziemy współpracować z każdym szefem rządu u każdego naszego sąsiada. Merkel znamy – jej plusy i minusy też. Może czas bliżej zapoznać się  z Annegret Kramp-Karrebauer, która zapewne będzie zastępcą Merkel? Wszystko po to, aby skutecznie bronić polskich interesów.

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (18.05.2019)

 

Blog

Sponsorzy nie są przypisani do żużla na stałe

Posted on

Dziś ruszają żużlowe Mistrzostwa Świata – cykl Grand Prix. Pierwsze zawody odbędą się w Polsce, w Warszawie, na Stadionie Narodowym. Zanim ewentualnie usłyszymy “Mazurka Dąbrowskiego”, zapraszam do przeczytania mojego wywiadu, który ukazał  się w branżowym „Tygodniku Żużlowym”. 

Panie Pośle, już za niespełna dwa tygodnie kolejne święto żużla na Stadionie Narodowym w Warszawie…

Zgadza się, rusza kolejny sezon cyklu. Bywałem na turniejach Grand Prix w Cardiff , nie mówiąc o Warszawie, więc wiem że na dużych stadionach panuje niepowtarzalna atmosfera i tym razem będzie zapewne podobnie. Dla mnie osobiście – choć to oczywiście ocena subiektywna – najlepsze jest Grand Prix właśnie w Warszawie, choć mam wielki sentyment do Grand Prix we Wrocławiu gdzie zawody GP obejrzałem pierwszy raz w życiu i bardzo się cieszę że stolica Dolnego Śląska wraca na mapę Grand Prix.


Ma Pan swojego faworyta na turniej warszawski?

Dwa razy stawał na podium w Warszawie Maciej Janowski, choć przyznam, że martwi mnie jego kontuzja więzadeł obojczykowo-barkowych, której nabawił się w Grudziądzu. Genialnie jeździł również w stolicy Tai Woffinden i tak może być i tym razem. Tak naprawdę wiele będzie zależało od dyspozycji dnia i kilku innych czynników. Ja jestem pewien, że zobaczymy bardzo fajne zawody i życzę sobie, aby na najwyższym stopniu podium stanął jeden z polskich zawodników.

Jak ocenia Pan pierwsze kolejki PGE Ekstraligi?

Na pewno dla mnie na plus Speed Car Motor Lublin oraz MrGarden GKM Grudziądz. Kiedyś mówiło się o piłkarzach ŁKS-u Łódź – królowie wiosny i ja mam takie wrażenie, że królem fazy play-off, ale nie rundy zasadniczej, chce zostać zespół Betard Sparty. Mam wrażenie, że Sparta nie planowała przegranej w Grudziądzu, ale tak się stało. Dużo będzie zależało od Maćka Janowskiego. Jeśli zabraknie go w kolejnych meczach, to z wielką stratą dla wrocławian. Z drugiej strony jazda bez niego będzie testem charakteru oraz “ducha zespołu” dla pozostałych zawodników. Brak jednego z liderów może podłamać zespół lub też wyzwolić dodatkowego ducha.

Jak ocenia Pan ostatnie wydarzenia związane z odwołaniem Złotego Kasku w Pile oraz odebranie licencji tamtejszemu torowi?

Przede wszystkim uważam, że nie powinno dojść do sytuacji, w której stosowane są podwójne standardy. Dopuszcza się do rozegrania meczów niższej ligi z założeniem, że zawodnicy wystartują i tak naprawdę zostawia się kwestie bezpieczeństwa tak zwanemu łutowi szczęścia. Można odbijać piłeczkę, że zawodnicy powinni pojechać, ale w tych sprawach nic do końca nie jest czarne ani białe. Nieodzowne staje się znalezienie jakiegoś wyjścia z powstałego pata.

Trzyma Pan stronę zawodników czy działaczy?

Ja osobiście żadnej strony w tym sporze nie trzymam. Szkoda, że powstała sytuacja, w której środowisko żużlowe się dzieli. W moim przekonaniu – gdyby od początku dopilnowano, aby zawodnicy nie mieli żadnego pretekstu do narzekania – nie byłoby jakiegokolwiek dylematu. Taka sytuacja jak w Pile uderza w dobro całego żużla i zawodnicy też powinni mieć tego świadomość. Nie należy zapominać, jak wielką rolę odgrywają sponsorzy i oni nie są przypisani na stałe do żużla. Każda dyscyplina sportu walczy o budżet, o sponsorów i taka sytuacja jaka powstała ze Złotym Kaskiem, jest dla całej dyscypliny zła. Dla kibiców czy sponsorów nie będzie miało znaczenia, kto zawinił – działacze czy zawodnicy, ale liczy się efekt, który niestety jest fatalny. To taki gol samobójczy. Genialna frekwencja, lepsza niż w piłce nożnej, a nagle takie „babol”. Dla mnie to niezrozumiałe i irracjonalne. Musimy robić wszystko, aby wizerunek żużla budować, a nie czynić wręcz odwrotnie.

Rozmawiał ŁUKASZ MALAKA

 

 

 

Blog

Serbowie, Polacy, unia kulinarna i europejska

Posted on

Przed wylotem do Belgradu pytam Dominikę Ćosić dziennikarkę, korespondentkę TVP w Brukseli, pamiętającą  wszak o serbskich korzeniach części swojej rodziny,  czy ma dla mnie jakieś sugestie? Odpowiada krótko: „rakija, cevapcici, pljeskavica z kajmakiem”. Rakija to wódka. Cevapcici – małe podłużne kotlety. A to trzecie to wielki kotlet z mielonego mięsa, choć  naszego „mielonego” nie przypomina. Z porady skorzystałem, rakiję zostawiając na inny czas,. Tyle ,że te serbskie smakołyki występują też w innych bałkańskich krajach. Możemy wiec mówić o kuchni regionalnej, ponadnarodowej. Aha, kajmak to ser…

W Belgradzie jestem z delegacją Komisji Spraw Zagranicznych Parlamentu Europejskiego. Wiem, że przyjeżdżam do państwa, które jako jedno z pierwszych dwóch, może trzech, znajdzie się w Unii Europejskiej. Nastąpi to nie wcześniej niż za dekadę, zapewne w okolicach 2029-2030. Przed Serbią albo razem z nią wejdzie Czarnogóra, w tym samym czasie lub nieco później – Macedonia. Traktowana przez Serbów z niechęcią – z  wzajemnością – Albania będzie pewnie na końcu tego peletonu.

Zachodni dyplomata mówi mi, że wpływy Rosji w tym kraju są przez obserwatorów zewnętrznych przeszacowane. Potwierdza to, co sam instynktownie czuje, patrząc chociażby na dane gospodarcze. Prawie dwie trzecie eksportu Serbii idzie do krajów członkowskich UE i taka sama  jest skala importu. Choćby nie wiem jakie historyczne sentymenty – ekonomia decyduje. Nawet jeśli  w Belgradzie witać Putina wychodzi na ulice sto tysięcy Serbów. Skądinąd Ci przyjezdni dostają na drogę powrotną suchy prowiant, co świadczy o tym, że nie była to taka całkiem spontaniczna manifestacja.

Na przykładzie tego siedmiomilionowego kraju widać, jak Moskwa traci wpływy nie tylko w Azji Centralnej czy Kaukazie Południowym, ale także  tutaj, na Bałkanach. Oczywiście, starą rosyjską metodą Kreml gra powyżej tego, co ma w kartach, a Zachód od wieków daje się na to nabierać.

Za to Belgrad dość umiejętnie gra Serbami, którzy mieszkają na terenie dawnej Jugosławii. Gdy potrzeba, stają się problemem dla Bośni i Hercegowiny, Chorwacji czy dla innych krajów dawnej ojczyzny Josipa Broz Tito, (Chorwata zresztą).

Polaków i Serbów wiele łączy. Jesteśmy Słowianami. Mamy tragiczną historię. Mamy bardzo podobne hymny(ich jest wolniejszy). Mamy podobne języki – każdy Polak zrozumie , co to znaczy „mój kiosk” czy „gazirana woda”. Mamy też podobne jedzenie, bo ich „sarma” to nasze gołąbki, ich „priebranac” to fasolka po bretońsku, tylko gęstsza od naszej, a maja tez coś na kształt  polskiego bigosu – „podvarak”. No i pewnie będziemy razem w Unii. Tylko UE musi najpierw przetrwać.

*tekst ukazał się w miesięczniku “wSieciHistorii” (marzec 2019)

Blog

„Widmo izrealosceptycyzmu” krąży po Europie Zachodniej

Posted on

Czym się różni tzw. „stara” Unia od „nowej” Unii? Czym się różni dawna EWG, dawna „Piętnastka” od „Trzynastki” krajów, które przystąpiły do UE w ostatnich 15 latach? Nie tylko poziomem bogactwa. Nie tylko historią. Nie tylko stosunkiem do USA – raczej sceptycznym w b. EWG i pozytywnym w naszym regionie Europy. Jeszcze jednym: stosunkiem do Izraela. Rzeczywiście, po okresie komuny  państwa dawnego bloku socjalistycznego pamiętały, że Związek Sowiecki trzymał generalnie z Arabami, a w stosunku do Państwa Izrael był jak „pies do jeża”. Może dlatego po odzyskaniu niepodległości kraje naszego regionu miały wdrukowaną polityczną sympatię wobec Tel-Awiwu. Państwa  „starej” Unii natomiast były tradycyjnie, przez dziesięciolecia, proizraelskie. Zaczęło się to zmieniać na początku tego wieku. I tak sojusznikami Izraela na Starym Kontynencie stały się Polska i nasi sąsiedzi z Grupy Wyszehradzkiej, krajów bałtyckich i Bałkanów – w tym samym czasie, gdy Europa Zachodnia powoli przestawała być sojusznikiem „State of Israel”.

Był też drugi istotny powód tej zmiany w Europie Środkowo-Wschodniej. Otóż nasz region po zrzuceniu pęt komunizmu stał się szczerze bardzo proamerykański,  czasem nawet w sposób więcej niż bezinteresowny. A polityka Białego Domu, obojętnie kto w nim zasiada , jest tradycyjnie proizraelska (choć akurat za 45. prezydenta USA, Donalda Johna Trumpa jest chyba najbardziej proizraelska w ostatnich dekadach…). To też wpływało na ocieplenie relacji Polski, Czech, Słowacji, Węgier, Słowenii, Rumunii, Bułgarii, Chorwacji, Litwy, Łotwy i Estonii oraz innych państw z naszej części Europy, których w Unii jeszcze (sic!) nie ma. Wiemy więc dlaczego od lat 1990. nastąpiła proizraelska reorientacja w polityce zagranicznej kilkunastu państw z dawnego bloku sowieckiego. Dlaczego jednak w  tym samym czasie Europa Zachodnia faktycznie poszła w kierunku odwrotnym? Czy Izrael w sposób znaczący pogorszył swoją politykę wobec Palestyńczyków, dając w ten sposób pretekst „starej Unii” do takiej reorientacji? Nie. Dopiero w obecnej kampanii wyborczej, którą piaty raz,w tym czwarty  z rzędu wygrał Benjamin „Bibi” Netanjahu, pojawiły się zapowiedzi zmian terytorialnych, w tym trwałego uznania aneksji West Banku przez Tel- Awiw (Jerozolimę). Co się zatem stało w Europie Zachodniej, że trawestując Karola Marksa – krąży po niej „widmo izraelosceptycyzmu”?

Odpowiedź jest prosta. To napływ muzułmanów do krajów Europy Północnej i Południowej, a także Zachodniej -muzułmanów  stopniowo uzyskujących  prawa wyborcze- sprawił, że polityka tych państw wobec Izraela przeszła od fazy wspierania go przez fazę neutralności do fazy coraz większego dystansowania się. To muzułmańscy wyborcy, głosujący zresztą przeważnie bardzo jednolicie, przesunęli te „wajchę” niemal we wszystkich krajach zachodnioeuropejskich – może poza Niemcami i Wielką Brytanią. Nie dziwmy się więc, że Szwecja jako pierwsze państwo członkowskie UE oficjalnie uznaje byt państwowy Autonomii Palestyńskiej, gdy według prognoz będzie ona pierwszym krajem Unii, w którym muzułmanie będą stanowić już niedługo 30% mieszkańców.

Tę tendencję mogę obserwować w spektakularny sposób również w Parlamencie Europejskim. Od 2004 roku następowała tam coraz większa „polityczna miłość” do Palestyny, co wiązało się z organizacją  nieoficjalnych wyjazdów deputowanych z różnych frakcji do Autonomii Palestyńskiej. Agenda tych wyjazdów była jednoznaczna: dowartościowywała władze palestyńskie. Gdy chodzi o europarlamentarną geografię polityczną, to szczególnie krytyczna wobec Izraela jest lewica: postkomunistyczna, ale i  socjaliści, poza wyjątkami, coraz bardziej też. Dotyczy to również jednak części liberałów, w  mniejszym stopniu zaś centroprawicy i prawicy. Ciekawą ewolucję przeszła skrajna prawica, która z  pozycji  antyizraelskich, a nawet antyżydowskich jeszcze w latach 1970/1980. z wdziękiem neofity przeszła na pozycje bardzo proizraelskie.

Mam wrażenie, że w związku z postępującym wzrostem liczby zachodnioeuropejskich wyborców – wyznawców islamu można się spodziewać coraz bardziej sceptycznego kursu Zachodu (poza USA) wobec Izraela. Zatem we własnym interesie Tel-Awiw powinien i musi doceniać kraje naszego regionu Europy, które tej swoistej antyizraelskiej ewolucji – między innymi z powodu braku muzułmańskich wyborców – nie uległy.

 *tekst ukazał się w miesięczniku „Nowe Państwo” (01.05.2019)

 

 

Blog

Eurosceptycyzm niejedno ma imię

Posted on

Balcerowicz, Petru, Tusk et consortes, którzy bajali o szybkim wprowadzeniu euro do Polski, dziwnie milkną, gdy w przestrzeni publicznej zawisa pytanie o to, że skoro wspólna waluta dla krajów tego samego kontynentu jest taka wielką wartością, to dlaczego owej wspólnej waluty nie mają państwa takie, jak – dwa przykłady  z brzegu – USA i Kanada na kontynencie północno-amerykańskim oraz Australia i Nowa Zelandia w Oceanii. Tu jakoś owe bystrzaki zapadają w letarg i milczą doprawdy głośno. Skądinąd wizjoner, obdarzony darem profetycznym, Tusk Donald przed 11 laty (sic!) ogłosił w Krynicy na Forum Ekonomicznym, że Polska za trzy lata zamelduje się w strefie euro… Co ciekawe, nie powiedział tego w żadnej kampanii wyborczej, bo kolejne wybory po tych wypowiedzi miały miejsce dopiero po … ośmiu miesiącach i były to wybory europejskie A. D. 2009. W związku z tym nie można sugerować, że Tusk powiedział o Polsce w eurolandzie jak później o inwestorze z Kataru, który miał ratować Stocznię Gdańską. Tusk walnął jako osioł w ogrodzenie, ale jakoś nie jest przedmiotem kpin i szyderstw, choć była to jedna z najbardziej kompromitujących – wypowiedzi w sensie merytorycznym i politycznym – w dziejach III RP. Na szczęście owa zapowiedź pozostała w sferze PO czyli „Pustych Obietnic”, bo tak Polacy już dawno rozszyfrowali skrót PO – jak Platforma Obywatelska.

W polityce warto – zaprawdę, powiadam Wam – starać się łączyć przyczyny ze skutkami. Euroentuzjastom znad Wisły, bezrefleksyjnym, ba, bezmyślnym zwolennikom zaordynowania Polakom wspólnej waluty euro polecam przemyśleć przykład Włoch-kraju „numer 3” w UE po „Brexicie”, a „numer 4” bez Brexitu. Otóż w tym państwie  jako pierwszym w Unii powstał całkowicie eurosceptyczny rząd składający się z dwóch formacji, które na wspólną walutę euro patrzą, jak pies na jeża. Co ciekawe, jedną z nich jest prawicowa „Liga”, dawna Liga Północna Matteo Salviniego, ale  drugą… lewicowy „Ruch Pięciu Gwiazd” drugiego włoskiego wicepremiera, Luigi di Maio. Przecież ów rząd eurosceptyków w Palazzo Chigi, to efekt tego, że Italia w wyniku dwóch dekad funkcjonowania w strefie euro straciła, ni mniej ni więcej tylko 3 biliony 600 miliardów euro (sic!) na tym „interesie”.  To był taki interes, że to jest … brak interesu, jakby powiedział kupiec bławatny Jan Kowalski…

Przy okazji omawiania rządu w Rzymie warto sobie wreszcie uświadomić, że polityczny eurosceptycyzm niejedno ma imię. Bo mamy eurosceptyczną prawicę, jakże eksponowaną w liberalnych i lewicowych mediach, ale mamy też właśnie eurosceptyczną lewicę nie tylko we Włoszech, ale także choćby w Grecji (rządząca „Syriza”), w Hiszpanii („Podemos” – bardziej eurorealistyczne niż eurosceptyczne) czy „Francje Niepokorna” pod okiem Macrona. Jak widać spora część lewicy też patrzy niechętnie na „Unie międzynarodowych korporacji”, „Unię wielkiego kapitału” . Warto to wiedzieć, gdy w  TVN czy w „Gazecie Wyborczej” karmią nas informacjami, że na eurosceptycyzm monopol ma prawica…

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej” (08.05.2019)

Blog

Wybory europejskie A. D. 2019: ostatnia prosta

Posted on

Wybory europejskie są już na ostatniej prostej. Finisz potrwa najbliższe dwa tygodnie. Głosowanie w ostatnią niedzielę maja zamknie cztery już dekady bezpośrednich wyborów do europarlamentu. Wcześniej ten jeden z trzech głównych organów UE składał się z przedstawicieli delegowanych przez poszczególne parlamenty narodowe. Jednak jeszcze nigdy „widmo eurorealizmu i eurosceptycyzmu” – trawestując Karola Marksa – nie krążyło tak bardzo nad Starym Kontynentem jak teraz. „Vox populi – vox Dei”?

Wybory do PE: PiS narzuca narrację…

Prawo i Sprawiedliwość w tej kampanii konsekwentnie narzucało narrację, spychając lewico-liberalnych oponentów do rogu. To my dyktowaliśmy tempo, pierwsi zwołaliśmy ogólnopolską konwencję wyborczą, przedstawiliśmy 12-punktowy „Program Europejski”, wyprzedziliśmy Koalicję Europejską, gdy chodzi o zebranie odpowiedniej liczby podpisów, wprowadziliśmy „Piątkę Kaczyńskiego”, która stała się dla opozycji – chcąc nie chcąc – punktem odniesienia.

Platforma Obywatelska i partie wokół niej skupione głównie reagowały na nasze posunięcia, ustosunkowywały się do naszych propozycji, odnosiły się do tego, co my mówimy o Polsce i UE. To dawało i daje pewną przewagę psychologiczną i pogłębia wzrastającą niewiarę po drugiej stronie sceny politycznej  w zwycięstwo zlepka partii niepołączonych żadnym wspólnym programem-sklejonych za to tym samym lepiszczem: nienawiścią  do PiS. Oczywiście z tamtej strony roi się przy tym od „double standards” –„podwójnych standardów”. Zresztą – jak zawsze. Gdy przedstawiliśmy „Piątkę Kaczyńskiego”, skądinąd dwa dni przed oficjalnym ogłoszeniem daty wyborów przez prezydenta RP, doktora Andrzeja Dudę, zarzucono nam, że zajmujemy się… sprawami nie związanymi z polityką europejską. Ale następnie sama Koalicja Europejska w  szczycie kampanii, w ostatnich dniach zajęła się … służbą zdrowia. Jakoś tym razem nie było problemem, że to wątek całkowicie wewnętrzny.

Pomoc dla obozu władzy przyszła z… Brukseli

„Wrzucenie” wątku przystąpienia Polski do strefy euro przez prezesa Jarosława Kaczyńskiego było, rzecz jasna, reakcją na wypowiedzi i działania polityków tworzących Koalicję  Europejską.  Jednakże wybranie przez nas akurat tego momentu na ogłoszenie debaty w tym obszarze było wytyczeniem i czasu i płaszczyzny konfrontacji dla nas ze wszech miar korzystnych . Była to, mówiąc językiem piłkarskim, pułapka „offsajdowa” czyli złapanie przeciwnika na tzw. „spalonym”.

W tej sprawie niespodziewanie w sukurs obozowi władzy w Polsce przyszła, uwaga, Komisja Europejska (sic!). Otóż KE w Brukseli ogłosiła właśnie prognozę wzrostu PKB dla krajów członkowskich Unii Europejskiej. Wynika z niego, że strefa euro ma się rozwijać w tempie 1,2% PKB, ale Polska w tym samym czasie ma zanotować wzrost…  trzy i pół razy większy! Porównanie naszego 4,2% i ich 1,2% jest rzeczywiście spektakularne i raczej, delikatnie mówiąc, opozycji nie pomoże.  Mam zresztą wrażenie, ze „totalsi”, gdy ogłaszane są kolejne polskie sukcesy gospodarcze, znakomite ratingi i prognozy mają coraz dłuższe i smutniejsze miny.  Czyżby niewątpliwe sukcesy naszej Ojczyzny nie były im w smak?

Gospodarczy analfabetyzm  i liberalny populizm

Ostatnio występowałem w PR 24 z przedstawicielem „Nowoczesnej”, który  gdy mówiłem o tym prognozach Komisji Europejskiej miał minę, jakby bolały go zęby. Może nawet nie powinno to dziwić, skoro to właśnie partia Petru, a teraz Lubnauer w swoim programie ma wejście Rzeczpospolitej Polskiej do  strefy euro za… piec lat. Serio – tak napisali. To bardzo zabawne, że ci rzekomi technokraci silący się  na speców od gospodarki i rynku, w praktyce zachowują się jak ekonomiczni analfabeci. Skądinąd tenże poseł „Nowoczesnej” Paweł Pudłowski w tejże samej audycji podkreślał, że przez najbliższe 10 lat Polska nie będzie spełniała kryteriów ekonomicznych akcesu do strefy euro. Skoro przez dekadę nie wejdziemy ani do węża monetarno-walutowego, a  potem eurozony, to po co zapisywać w programie, że nasze państwo ma dokonać owego akcesu już w połowie tego okresu ? To się nazywa populizm. Tyle, że populizm liberalny, o którym jakoś w  TVN się nie mówi, w „Wyborczej” się nie pisze. Oczywiście w tym liberalnym populizmie „Nowoczesna” czy partia „Teraz” pana Petru nie przebija ortodoksa liberalizmu, Leszka Balcerowicza. Z kolei różne pomysły ugrupowań na prawo od PiS rozdymają, przynajmniej na papierze (to łatwe!)rolę państwa do rozmiarów monstrualnych, absolutnie niemożliwych do realizacji w praktyce. Stąd też łatwo pokusić się o wniosek, że gdy chodzi o politykę gospodarczą rząd RP idzie środkiem drogi, przedstawiając propozycje zdroworozsądkowe i pragmatyczne, w przeciwieństwie do ideologów liberalnych i ich skrajnych oponentów.

Juncker wbija nóż w plecy PO

Pisałem  już o prognozie rozwoju gospodarczego sygnowanym przez Komisje Europejska , która ogłoszona przed wyborami europejskimi może tylko pomoc PiS i obozowi władzy. W identyczny sukurs, tyle że jeszcze bardziej spektakularnie, przyszedł nam Jean Claude-Juncker, przewodniczący tejże Komisji. Jego uwagi o wielkim i dzielnym narodzie polskim, który tak bohatersko poczynał sobie w dziejach jeszcze opozycja może by i ścierpiała. Ale cóż robić, komu się pożalić, kiedy tenże Juncker nokautuje Koalicję Europejską, wykpiwając pomysł Polexitu, który miał być główną  bronią „totalsów”. Cóż począć, jak żyć, gdy Juncker, któremu już na niczym nie zależy, bo zapowiedział, że nie będzie już kandydował na drugą kadencje na stanowisko szefa KE – w przeciwieństwie do swojego poprzednika, byłego premiera Portugalii Jose Manuela Durao Barroso – mówi szczerze jak jest, a nie wedle „propagitki” PO i Koalicji Europejskiej… Stwierdzenie „numeru 1” w Brukseli  o tym, że nie będzie namawiał Polaków do wchodzenia do strefy euro sprawia wrażenie, jakby autoryzacji owego wywiadu Junckera dokonywały służby prasowe prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Skądinąd żalenie się Junckera, że prezes PiS się z nim nie spotkał pokazuje, że nie tyle Polska i PiS jest w izolacji, a wręcz odwrotnie – o spotkaniu z najważniejszym polskim politykiem marzą przywódcy UE! I jak widać-bezskutecznie!

Ostatnie sondaże pokazują, że choć PiS prowadzi zdecydowanie pod kątem wyborów do Sejmu i Senatu, to w wyborach do PE toczy z Koalicją Europejską niesłychanie wyrównany bój, idzie łeb w łeb i do końca nie wiadomo, kto te wybory 26 maja wygra. No, właśnie: od mobilizacji centroprawicowego i prawicowego elektoratu zależy, kto będzie się cieszył 27 maja wieczorem, gdy będą ogłoszone oficjalne wyniki czwartych w Polsce wyborów do parlamentu w Brukseli i Strasburgu. Apeluję zatem do Państwa o maksymalna  mobilizację.

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (13.05.2019)

 

Blog

Timmermans jest bezwstydny, a Trzaskowski ściaga się z Biedroniem

Posted on

Proponuję Państwu lekturę wywiadu, jakiego udzieliłem red. Wojciechowi Wybranowskiemu dla tygodnika “do Rzeczy”.

 Parlament Europejski uchwalił rezolucję według której działalność środowisk pro-life i sprzeciw wobec przywilejów LGBT to zachowania godzące w prawa człowieka. Wezwał również Komisję Europejską do działań na rzecz postulatów organizacji feministycznych i ideologii gender…. 

Ryszard Czarnecki:  „Ostatnie podrygi zdychającej ostrygi”-mówią niektórzy złośliwcy . Chciałoby się te sytuację skomentować prześmiewczo, ale sprawa jest poważna. Od kilku miesięcy obserwujemy próby dopychania kolanem różnych regulacji, rezolucji mających bardzo jednoznaczny lewicowo-liberalny charakter ideologiczny. Te gwałtowne wysiłki, aby przed wyborami europejskimi 26 maja te „wajchę” w PE w Brukseli i Strasburgu przesunąć jak najbardziej w lewo mogą i śmieszyć i irytować, ale to w zasadzie, w wymiarze politycznym, dobra wiadomość. Dobra, ponieważ oznacza, że liberałowie i lewica uchwalając dziś bardzo zideologizowane rezolucje i korygując dyrektywy już wiedzą, że w przyszłym europarlamencie będzie im znacznie trudniej pozyskać większość pozwalającą na przepychanie takich kwestii . I że dla nich to ostatni moment by takie rewolucyjne, lewackie historie wymuszać na  Parlamencie Europejskim. Po majowych wyborach  będzie im już dużo trudniej.

 Rezolucja jest tylko aktem woli, a nie obowiązującym prawem.  Nie obawia się pan, że jeśli jednak wybory do PE nie potwierdzą przypuszczeń, że Europa skręca w prawo to za chwile może okazać się, że na bazie rezolucji ktoś przygotuje zmiany pozwalające na ściganie oponentów LGBT w ramach np. walki rzeczone prawa człowieka? 

 Formalnie te sprawy są oczywiście w gestii krajów członkowskich UE, więc teoretycznie nie powinniśmy się obawiać, że dojdzie do opisanej przez Pana sytuacji. Z drugiej jednak strony pamiętamy, że polityka imigracyjna też była do niedawna formalnie w gestii poszczególnych państw, po czym jednak okazało się, że decyzje zapadają na forum całej UE. Czyli pojawiła się niepokojąca praktyka, że w trakcie gry zmieniamy obowiązujące reguły.  Na szczęście Polska wymusiła praktyczne prawo weta przez państwo członkowskie. Niestety, tak jak wspomniałem, obserwujemy pewną tendencję do terroryzowania przez chwilową większość chwilowej mniejszości w Parlamencie Europejskim, zwłaszcza, choć nie tylko w sprawach natury obyczajowej, moralnej i ideologicznej.

 Franz Timmermans zaangażował się w kampanię wyborczą w Polsce. Wspiera m.in. kampanię Włodzimierza Cimoszewicza, wcześniej Roberta Biedronia 

 To złamanie uchwalanych przez sama Unię reguł gry. To złamanie unijnego prawa, bo Timmermans nie wziął urlopu przyjeżdżając do Polski- a sprawdziłem to skrupulatnie- jako pierwszy wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej. Uczynił inaczej niż nasz sąsiad, też wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej, Maros Sefcovic, który kandydując na prezydenta Słowacji  urlop wziął. Timmermans jest bezwstydny i nie ma żadnych moralnych hamulców.  Realizując swoją partyjniacka politykę jako kandydat socjalistów na szefa KE narusza suwerenność naszego kraju. Inna rzecz, że pan Biedroń go zaprasza i dopieszcza, robi to też SLD. Generalnie mamy do czynienia ze strony polityków i Koalicji Europejskiej „ Wiosny” z kontynuacją bardzo niechlubnej karty w polskiej historii tych środowisk  politycznych, od średniowiecza do teraz, które przegrywając walkę polityczną w kraju uciekali się do żebrania o pomoc zewnętrzną na zagranicznych dworach.

A skoro mowa o kwestiach ideologicznych, światopoglądowych to nie sposób nie zapytać o Warszawę, z której startuje pan do PE. Prezydent miasta podpisał niedawno deklarację LGBT plus, zrobił to przy sporym poparciu części – zwłaszcza młodych- mieszkańców miasta… 

Rzeczywiście, fakty są takie, że Warszawa w pierwszej turze wybrała kogoś kto bardzo jednoznacznie deklarował swój daleko idący lewicowy liberalizm ideologiczny. Wydawało się jednak, że jak wygra z kandydatem PiS to nie będzie już taktycznie dalej  sięgał po głosy lewicy. Okazało się, że Rafał Trzaskowski stał się zakładnikiem lewicowych organizacji i wyborców, stąd podpisanie deklaracji LGBT plus. Wygląda też na to, że był wykonawcą pewnego planu politycznego, wyścigu pomiędzy PO i Partią Wiosna Roberta Biedronia o glosy elektoratu skrajnie liberalnego, zaś kierownictwo Platformy uznało, że podpisanie przez ich prezydenta stolicy  „Deklaracji LGBT plus” odbierze polityczny tlen Biedroniowi . Tyle,że na tej wojnie domowej środowisk liberalnych i lewackich stracili warszawiacy.

To, co dzieje się obecnie w stolicy przypomina mi sytuację z Barcelony, gdzie mocno lewicowa burmistrz miasta otoczyła się jeszcze bardziej lewicowymi doradcami, by w tej katolickiej i zwracającej uwagę na tradycyjne wartości Katalonii realizować skrajnie lewicową rewolucję światopoglądową.

 A w tej wojnie na światopoglądowej lewicy partia Biedronia ma pana zdaniem szansę stać się alternatywą dla PO? „Wiosna” zaczęła z impetem, ale ostatnio w sondażach dołuje. W dodatku pojawiły się w mediach kompromitujące Biedronia informacje dotyczące przemocy wobec matki.  

 Bonus za świeżość Biedroń już miał, teraz jest czas twardej walki polityczno-wyborczej będący zarazem największym dla niego sprawdzianem. Myślę, że ma szanse, nawet spore na przekroczenie progu wyborczego i uzyskanie trzech-czterech mandatów do PE. Natomiast jeżeli ktoś uważał, że to on jesienią może stać się  alternatywą na lewo od PO to  chyba właśnie przeżywa rozczarowanie. Oczywiście jest tez możliwe, że po wyborach europarlamentarnych zaczną się wewnętrzne walki w Koalicji Europejskiej, oczywiście jeżeli ona  wybory przegra, co jest prawdopodobne. Pokłócona Koalicja Europejska, która publicznie zacznie szukać winnych porażki może osłabnąć i wtedy partia „Wiosna” może stać się parasolem pod którym ewentualnie mogą chronić się wyznawcy liberałów  i lewactwa.

Zakłada pan, że Koalicja Europejska osłabnie, zacznie się rozpadać, ale już 4 czerwca ma zostać ogłoszony ruch, którego patronem ma stać się Donald Tusk. Wróci z Europy na białym koniu, zdetronizuje Schetynę na fotelu lidera opozycji i stanie na jej czele? 

 Nie na rumaku , tylko na chabecie. Proszę nie żartować, Panie Redaktorze. Uważam, że Donald Tusk wróci w sensie nie fizycznym, ale politycznym do kraju tylko wtedy, gdy będzie miał realne szanse uzyskania roli lidera opozycji. Ma jednak problem ponieważ pojawił się inny „samiec Alfa”, myślę tutaj o Grzegorzu Schetynie. Ich potencjalna rywalizacja o to, kto faktycznie kierować ma obozem anty-PiS będzie może kuluarowa, ale bardzo krwawa i wyniszczająca obu pretendentów. Schetyna pokazał już duża sprawność w politycznych gierkach, których efektem było spacyfikowanie kolejnych konkurentów do roli przywódcy PO; mówię tutaj zarówno o Ewie Kopacz, Borysie Budce, jak i o Sławomirze Neumanie. Reasumując :Schetyna nie będąc charyzmatycznym politykiem, który porywa tłumy jest dość sprawnym graczem kuluarowym, potrafiącym wyraźnie „wejść w szkodę” Tuskowi.  Nie sądzę by Tusk tak pospiesznie do Polski politycznie wracał. On oczywiście bardzo by tego chciał ,natomiast obecnie w kraju nie ma „dobrej pogody” dla Tuska i długo nie będzie. Może on „poczuć krew” i szanse dla siebie tylko wtedy, gdyby gwałtownie spadły sondaże Prawa i Sprawiedliwości, a na to się nie zanosi.

 Jednak po prawej stronie sceny politycznej tworzy się pewna alternatywa dla Prawa i Sprawiedliwości, mam tu na myśli koalicję o nazwie „Konfederacja”.W kuluarach PiS słychać głosy, że co najmniej 2-3 mandaty ta koalicja wolnościowców, konserwatystów i narodowców może  zdobyć kosztem obozu rządzącego 

 To jest bardzo niebezpieczne zjawisko. Mówię to jako jeden z tych polityków w obozie niepodległościowym, który na własnej skórze doświadczył podziałów na prawicy.  Przypomnę, że w latach 1993 i 2001 podzielona prawica, ten szeroko rozumiany obóz patriotyczny ,centroprawica oddał na tacy władzę lewicy w wyniku wewnętrznych podziałów, animozji czy ambicjonalnych kłótni w naszym środowisku. Wnioski z tego wyciągnął Jarosław Kaczyński, który zjednoczył wokół siebie środowiska prawicowe i centroprawicowe, potrafił nawet zaprosić na pokład frondystów z własnej partii. Patrząc na doświadczenia z przeszłości muszę powiedzieć, że pojawienie się „Konfederacji” jest bardzo grozne ponieważ zwiększa szansę na wygranie wyborów europejskich i sejmowych przez PO i Koalicję Europejską. Chciałbym powiedzieć w tym miejscu bardzo wyraźnie, ze ja nie oceniam intencji liderów „Konfederacji”, one mogą być nawet dobre, nie odmawiam im patriotyzmu, ale dobrymi intencjami jest wybrukowane polityczne piekło. Oni chcąc nie chcąc stają się nadzieją dla obozu kosmopolitycznego, obozu który chce by w Polsce „było tak, jak było”, żeby jeszcze  bardziej punktem odniesienia była Bruksela, Berlin czy Paryż.  Podnosząc na sztandary hasła narodowe, patriotyczne „Konfederaci” ,być może niezależnie od swoich chęci,de facto są politycznymi idiotami ,działającymi na rzecz liberałów i lewicy,internacjonalistow i kosmopolitów . Może zabrzmi to bardzo ostro, ale właśnie tak to widzę. Nie marnujmy więc głosów, polska prawica ,obóz patriotyczny wygra w maju i jesienią tylko wtedy, gdy poparcie niepodległościowych wyborców skoncentruje się na Prawie i Sprawiedliwości.

 Konfederacja” nie wzięła się z znikąd,wzięła się  z rozczarowania prawicowego elektoratu niedotrzymanymi obietnicami wyborczymi PiS: nie zapewnienia ochrony życia od chwili narodzin do naturalnej śmierci, nie podniesienia kwoty wolnej od podatku, niezbyt skutecznej polityki zagranicznej… 

 Jasne, błądzenie jest rzeczą ludzką i ja nie twierdzę, że sprawując władzę nie popełnialiśmy błędów . Podchodzimy z pokorą i do wyborców i do naszych błędów oraz dyscyplinujemy ludzi naszego obozu, którzy je popełniają. Jesteśmy gotowi uderzyć się w piersi wtedy, kiedy trzeba natomiast proszę pamiętać, że przy wszystkich naszych zaniechaniach i błędach  należy pamiętać o „realpolitic”. Otóż polityka jest sztuką realizowania rzeczy możliwych w danym miejscu i czasie: nie da się przecież zrobić wszystkiego w ciągu czterech lat. Nie można walczyć na wszystkich frontach naraz. Martwią mnie ci obserwatorzy, w tym gronie jest kilku cenionych publicystów, którzy mając serce po prawej stronie mówią „nie zaczynajcie zbyt wielu wojen”, a zarazem krzyczą „nie zrobiliście tego, tego i tamtego”.  Uważam, że szereg rzeczy nie załatwionych w tej kadencji np. sprawę „westernizacji” mediów w Polsce – mam tu na myśli, że powinny u nas obowiązywać takie zasady, jak na rynku mediów w Europie Zachodniej – muszą zostać załatwione w kolejnej kadencji. Przestrzegam przed byciem pięknoduchem, który politykę wyobraża sobie tylko, jako deklamowanie tego, co być powinno, w sytuacji gdy i tak na razie nie ma szans na realizację tych celów .

 Wśród niespełnionych obietnic jest też naprawa służby zdrowia i sytuacji w oświacie. Rozmawiamy, gdy trwa strajk nauczycieli, wygląda na to, że będzie on kontynuowany również w maju…. 

 Przez ostatnie trzy lata rządów PO-PSL nauczyciele nie dostali ani złotówki podwyżki. Co więcej w ciągu ośmiu lat rządów naszych poprzedników zwolniono z pracy 42 tysiące nauczycieli, a 2500 szkół zostało zamkniętych. Taka była w praktyce polityka rządów Tuska i Kopacz ,a także samorządów pozostających głównie  w rękach właśnie PO i  PSL . To, że wtedy ZNP nie wychodziło na barykady to świadczy tylko o służalczości tego związku wobec poprzedniej władzy. A sam Broniarz reaguje jak pies Pawłowa- jak jest rząd prawicowy i wprowadza gimnazja to protestuje, jak jest rząd prawicowy i likwiduje gimnazja to też protestuje. Niestety ,mamy w tym przypadku do czynienia z polityką w marnym wydaniu, a nie z troską o nauczycieli. Przypomnę też, że przez trzy miesiące negocjacji między MEN, a rządem, począwszy od stycznia, na kilkanaście tur rokowań pan Broniarz pojawił się raptem na jednej.  W mojej ocenie świadczy to o tym, że ZNP chciało gonić króliczka ”poprawy bytu nauczycieli”, a nie go złapać.

 

Blog

W polskim Gdańsku

Posted on

Pani prezydent Gdańska nie podoba się państwowe, polskie Muzeum Westerplatte, które ma być ważną częścią polskiej polityki historycznej nastawionej na obronę dobrego imienia naszej Ojczyzny. Na miejscu pani prezydent skupiłbym się jednak na czymś innym – bo, że tu nie ma racji, to oczywiste. Zadbałbym o to, aby w polskim Gdańsku nie organizować  pokazów pruskiej (sic!) musztry – co zrobiono akurat w rocznicę Konstytucji 3 Maja! A przecież Prusy brały udział we wszystkich trzech rozbiorach naszego państwa – III  nastąpił już po uchwaleniu pierwszej w  Europie, a drugiej na świecie „ustawy zasadniczej”.  Zadbałbym też o większą edukację swojego zastępcy, wiceprezydenta Piotra Grzelaka, który właśnie w kontekście 74. rocznicy zakończenia II wojny światowej – rozpoczętej agresją Niemiec na Polskę – zrównał odpowiedzialność III Rzeszy Niemieckiej i naszego kraju!  Ten wysoki urzędnik z bastionu PO mówiąc o tym, że na początku, przed wybuchem II wojny  było „złe słowo Polaka” i „złe słowo Niemca” dopuścił się haniebnej obrazy naszych rodaków, którzy zginęli w latach 1939-45 tylko dlatego, że byli Polakami i obywatelami Rzeczypospolitej.  Jakim cymbałem trzeba być, żeby w ten sposób zbezcześcić pamięć 6 milionów obywateli II RP? Co dzieje się w Gdańsku, w którym obrońcy Poczty Polskiej i żołnierze Westerplatte ginęli także za nas?

*komentarz ukazał się w “Gazecie Polskiej Codziennie” (11.05.2019)