Wybór szefa KE: jesień, nie lipiec!

Przed szczytem UE Tusk sugerował, że liderzy krajów członkowskich Unii wybiorą szefa Komisji Europejskiej. Jak zwykle okazało się, że była to PO czyli Pusta Obietnica. Dla nikogo – poza Tuskiem – nie było to niespodzianką: wczorajszy „Financial Times” poświęcił szczytowi małą wzmiankę, koncertując się na ostrzeżeniach Trumpa wobec Iranu i corocznej medialnej rozmowie Putina z Rosjanami. Jak widać, biznes wiedział, że na decyzje personalne UE trzeba poczekać.

Wybór szefa Komisji Europejskiej to efekt skomplikowanej układanki, w której liczą się interesy narodowe, parytety polityczne, ale też geograficzne. Stąd Polska nie ma szans na żadne z pięciu głównych stanowiska w Unii, bo w ciągu ostatnich 10 lat przez 7,5 roku takie stanowiska mieli obywatele RP (Jerzy Buzek – 2,5 roku; Donald Tusk – dwie kadencje, w sumie 5 lat). Możemy na nie liczyć najwcześniej za pięć lat. Na dzisiaj chadecja ma premierów (lub prezydentów) w 8 państwach UE, liberałowie w 7, socjaliści w 6, konserwatyści w 2, postkomuniści w jednym, a w 4 rządzą „niezależni”. Tyle, że ta układanka się zmienia, bo w Danii liberałowie oddadzą władzę na rzecz lewicy, w Grecji postkomunistów zmienia konserwatyści. To wszystko powoduje, że wybór szefa KE nastąpi nie w lipcu ,a jesienią – Polska ma tu spore pole do rozgrywki: poparcie za silna tekę dla polskiego komisarza.

*komentarz ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (22.06.2019)