Polak na Tajwanie

I znów kłaniam się Tajwanowi – z wzajemnością, bo Chińczycy z Tajwanu (albo po prostu Tajwańczycy) to, jak to w Azji, uprzejmi ludzie. Jestem tu ponownie po trzech latach, a czwarty raz w ciągu nieco więcej niż dekady.

I widzę, że dawna Formoza nie podzieli losy portugalskiej kolonii w Makau, która stała się integralną częścią „Chin Ludowych”. Nie będzie też bywszym brytyjskim Hongkongiem, który wtopił się w rządzone przez komunistów „Państwo Środka”. Ostatnie wybory parlamentarne i prezydenckie w państwie mającym angielski skrót ROC (Republic of China) wygrali ci, którzy zbliżenia z Pekinem nie chcą. Dzieje się to w tym samym czasie, gdy podkręcona przez kandydata, a teraz już prezydenta-elekta Donalda Trumpa rywalizacja amerykańsko-chińska nabiera rumieńców, a Waszyngton ostrzega Europę przed chińską dominacją ekonomiczną, choćby przekazując dane o wykupywaniu przez Chińczyków najnowocześniejszych niemieckich firm z branży IT. Ale właśnie dlatego USA może zależeć na Tajwanie – z dużą wzajemnością.

W czasie pobytu na Tajwanie pilnie notuję przewagi tego niewielkiego chińskiego państwa, które nie chce być częścią Mainlandu, jak określana jest ChRL. Tajpej słynie z orchidei, owoców mango i ananasów, ale też z tego, co ma w bankach – bajońską kwotą 1,3 biliona USD. Jest pierwszym producentem jachtów w Azji i szóstym na świecie. Produkują tu jeden notebook co 35 sekund. Tajwan eksportuje rocznie 20 milionów… akwariów! Jest krajem specjalizacji opanował ponad 2/3 światowego rynku produkcji półprzewodników i zagarnął 70 procent rynku rowerów w Unii i USA.

Ale sukces ma swoją cenę. W czasie wizyty w Europejskiej Izbie Handlowej, skupiającej tu już 2 tysiące firm ze Starego Kontynentu (co roku przybywa 10-15 nowych) mój niemiecki kolega, niegdyś potężny szef potężnego związku przemysłowców w RFN, mówi zbulwersowany, że ściśnięci tam pracownicy (głównie pracownice) wyglądają jak „kurczaki na farmie”. Dzieje się to nie gdzieś na prowincji tylko w stolicy kraju, w instytucji zrzeszającej europejskie firmy…

Tajwan od Europy różni się także tym, że obowiązuje tu kara śmierci. Nie na papierze tylko, ale rzeczywiście jest wykonywana, choć rzadko. Relatywnie niewielki przecież Tajwan (51. miejsce na świecie pod względem ludności, 133 gdy chodzi o powierzchnię) ma czwarte (!) rezerwy walutowe na świecie. I dokonuje ekspansji także na nasz kontynent. Szkoda, że dopiero rząd PiS zniósł podwójne opodatkowanie, co zapala zielone światło dla inwestycji z Tajpej nad Wisłą, Odrą i Wartą. Znacznie szybszy od rządu PO-PSL był prawicowy rząd Orbana w Budapeszcie i prawicowy rząd Radicovej w Bratysławie: kraje te odpowiednie umowy dwustronne podpisały z Tajwanem już pół dekady temu. Ciekawe, że bracia Madziarzy współpracują z komunistycznym Pekinem, a jednocześnie przyciągają do siebie kapitał z Tajwanu, nie bojąc się wcale ChRL – tak jak, zdaje się, bały się rządy Tuska i Kopacz. Póki co mamy w Rzeczpospolitej trzydzieści firm z Tajwanu, ale umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania podpisaliśmy dopiero w drugiej połowie października. Stąd też na razie zainwestowali u nas tylko ćwierć miliarda dolarów. Nasza dyplomacja ocenia, że potencjał polsko-tajwańskich obrotów gospodarczych jest dziesięć razy większy niż to, co jest teraz.

W dniu kiedy wylądowałem w Tajpej, miały miejsce na Tajwanie dwa trzęsienia ziemi. Wstrząsy sejsmiczne na tej wyspie są taką samą normą, jak deszcz w Brukseli. W ciągu roku jest tu 120 trzęsień ziemi, czyli co trzeci dzień. I nikt się tym nie przejmuje. Słyszę tutaj, że właśnie dlatego na Tajwanie wznosi się lekkie konstrukcje – w związku z tym nie ma ofiar – w przeciwieństwie do Włoch, gdzie wielowiekowe, ciężkie budowle są niszczone przy wstrząsach o mniejszej sile w skali Richtera niż te tajwańskie.

Za Tajwan, Polaków na Tajwanie i relacje między nami a Tajpej wznoszę toast, pamiętając wszak, że miejscowi trzymają zawsze przy toastach kieliszek niżej od gościa. Dlaczego? Przez szacunek…

*tekst ukazał się w miesięczniku „Nowe Pastwo” (04.12.2016)