Blog

Wałęsa na drodze „wielkiego ześlizgu”

Wałęsa w migawkach. Lato 1981, blokada ronda przy „Rotundzie” (dziś Rondo Romana Dmowskiego), zderzenie radykalizmu mas z wstrzemięźliwością (kunktatorstwem?) elit. Wałęsa na moich oczach przepycha się przez tłum, za nim nerwowy rzecznik KKP „Solidarność” Andrzej Celiński.

1981 rok, mam 18 lat, właśnie zostałem studentem historii Uniwersytetu Wrocławskiego im. Bolesława Bieruta (taka nazwa obowiązywała niemal do końca lat 1980, skrót :UBB – co interpretowaliśmy jako… Uniwersytet im. Brigitte Bardot). Lider NSZZ „Solidarność” przyjechał do Wrocławia, wiec bodaj w pobliżu siedziby Związku przy ul. Mazowieckiej, entuzjazm tłumu, przewodniczący w swoim żywiole.

Obracam się wśród ludzi, którzy są „wałęsowcami”. Są nimi z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, ze „Lechu” nosi Matkę Boską, jest wierzący i nie da się ograć „lewicy laickiej” z Kuroniem i Michnikiem. Druga grupa to ci, którzy wolą Wałęsę, bo jest „umiarkowany” w przeciwieństwie do „radykałów”, którzy pchają nas do konfrontacji z komunistami może dlatego, że część z nich to prowokatorzy nasłani przez SB. Ja też jestem za Wałęsą. Po stanie wojennym jednak bliżej mi do kontestatorów LW jak Gwiazda, Kropiwnicki, Słowik czy Jurczyk, a Wałęsa zdaje się mieć niezrozumiałe romanse z „kuroniadą”. Ale potem w 1990 roku popieram Wałęsę (jak niemal wszyscy „niepodległościowcy” ) w wyborach prezydenckich, bo jest wyrazicielem nurtu patriotycznego przeciwko kosmopolitycznemu. Olbrzymia większość moich znajomych wspiera „Lecha” licząc o my naiwni – że zrobi porządek z komuną oraz powstającym ROAD-em i UD-ecją, które to formacje firmują grubą kreskę.

A później przyspieszony kurs rozczarowywania się liderem „Solidarności”. Jestem młodym, 28-letnim posłem z ZChN (najmłodszy, KPN-owiec zresztą, miał 22 lata…) i wiem, że po wygranej przez obóz niepodległościowy w wyborach jesienią 1991 Wałęsa powierza misję tworzenia rządu nie Olszewskiemu, Kaczyńskiemu czy Chrzanowskiemu, ale… Geremkowi. Faktycznemu liderowi UD to się nie udaje i dopiero wtedy PC dzieli się z ZChN-em stanowiskami (Olszewski premierem, Chrzanowski marszałkiem Sejmu). A potem Wałęsa zaczyna bredzić o lewej nodze. Później jest zamach czerwcowy, a ja jako poseł zgłaszam wniosek o przerwę w nocnych obradach Sejmu, gdy odwoływany jest rząd prawicy, całkiem serio wierząc, ze może te pół godziny czy godzina więcej pozwoli ludziom Macierewicza na dokopanie się do jeszcze większej liczby „kapusiów”. Tyle że potem umieszczony na liście agentów Chrzanowski wybiera współpracę ze znajdującym się w tej samej sytuacji TW „Bolkiem”. Prawica się dzieli i dopiero nasza klęska wyborcza, triumf SLD i ponad 130-osobowy(!) klub PSL powodują, że PC z ZChN-em, a więc „antywałęsowcy” i „prowałęsowcy” zaczynają działać razem.

W 1995 roku jestem już prezesem ZChN-u, pierwszym po Chrzanowskim ijestem przekonany, że przy tak olbrzymim elektoracie negatywnym Wałęsa wybory prezydenckie przegra. Mam rację, ale z tego właściwie sfotografowanego obrazu rzeczywistości wypływa fatalna konkluzja: jestem pierwszym, który publicznie- w czasie konferencji prasowej moim biurze we Wrocławiu przy ulicy Sudeckiej- zgłasza prezydencką kandydaturę… Hanny Gronkiewicz-Waltz. Jako analityk mam rację: Wałęsa przegrał (choć może nie musiał). Jako polityk proponując HG-W ponoszę poważną porażkę.

O tym, że ZChN nie poprze Wałęsy zdecydowało moje spotkanie w Pałacu Namiestnikowskim z wyznaczonym przez Wałęsę do prowadzenia rozmów z politykami… Mieczysławem Wachowskim. Opowiadał dyrdymały, ale na spotkanie musiałem pójść, żeby silna w ZChN opcja „prowałęsowska” nie zarzuciła mi, że w ogóle nie rozważałem kandydatury ówczesnego prezydenta i nie chciałem rozmawiać z „Dużym Pałacem”. Wachowski bujał w obłokach, opowiadał niestworzone historie o poparciu dla Wałęsy i uznałem, że po prostu odleciał.

Żeby zrozumieć relacje między panami „W” opowiem to, co widziałem w Waszyngtonie w 1993 roku. Na przyjęciu w ambasadzie RP w stolicy USA Lech Wałęsa prawie nie rozmawiał z żadnym z gości, tylko stanął z boku i obaj panowie: Lech i Mieczysław pili sobie z dzióbków i sprawiali wrażenie absolutne „samowystarczalnych”…

Z perspektywy lat myślę, że do Wałęsy pasuje tytuł książki Józefa Mackiewicza: „Na drodze wielkiego ześlizgu”.

*tekst ukazał się w “Nowym Państwie” (kwiecień 2016)