Blog

Tureckie dylematy

Świat może nie, ale Europa na pewno kręci się wokół Turcji. Ankara sprawnie wykorzystuje koniunkturę międzynarodową dla swoich interesów. Europa drży z powodu imigrantów. Proszę bardzo, sukcesorzy Państwa Ottomańskiego spieszą z pomocą Staremu (także w sensie demograficznym) Kontynentowi. Ale, jak mówi amerykańskie powiedzenie: „nie ma darmowych lunchy”. Turcja zainkasuje 6 miliardów euro na razie (zaczęła przecież od kwoty dwukrotnie mniejszej) tylko za to, że uruchomi tamę dla imigrantów. Pytanie tylko na ile szczelną i kiedy znów otworzy szlaban, aby puścić do nas swoich w większości „braci w wierze”. A otworzyć go może choćby po to, aby znów licytować od bogatej, sytej, sędziwej Unii kolejne transze pieniędzy. Wróg Turcji – Grecja szantażuje UE swoim bankructwem i przez to tąpnięciem, jeśli nie załamaniem, strefy euro po to, aby wydębić następne miliardy euro. Turcja czyni to subtelniej, gra instrumentem nie tyle gospodarczym, co uchodźców ale przecież efekt ma być ten sam. Oczywiście to porównanie Ankary i Aten jest zasadne, gdy chodzi o aspekty czysto merkantylne. Jednak turecka gra jest bardziej finezyjna: jej nie chodzi tylko o pieniądze. Prezydent Erdogan chce mieć sukces w postaci zniesienia wiz dla swoich obywateli można się spodziewać, że to osiągnie wcześniej czy później. Przy okazji, niejako automatycznie, w ogóle bez poruszania tematu załatwia kwestię swojej wiarygodności wobec szeroko rozumianego „Zachodu”: jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki Unia Europejska (ale także USA) przestają podnosić kwestię praw człowieka, wolności mediów, swobody demonstrowania, itd. Zachodni pragmatyzm znów okazuje się silniejszy niż frazesy i deklamacje o human rights. Dzięki temu ekipa Erdogana i Davutoglu dostaje w zasadzie „carte blanche” i uwiarygodnia się także w oczach własnych obywateli.

Turcja w ofensywie…

Inną sprawą są negocjacje dotyczące członkostwa Turcji w UE. Otwarcie jednego z kilkudziesięciu obszarów negocjacyjnych, zapowiedz otwarcia kilku następnych (bez sprecyzowania kiedy…) to skromna oferta ze strony Brukseli, ale na swój sposób uczciwa. Unia mówi językiem dyplomatycznym, ale dość jasno: damy Wam pieniądze, pewnie też kiedyś, może i i prędko zniesiemy wizy, ale z tym Waszym akcesem do UE to nie przesadzajmy. Ankarze to odpowiada. Pieniądze są niezbędne, gdy ma się u siebie 3,5 miliona (!) uchodźców, a w niektórych regionach, jak Konya liczba imigrantów przekracza liczbę stałych mieszkańców (mówił mi o tym, nawet już bez emocji, tamtejszy poseł rządzącej AK profesor Mehmet Babaoglu). Zniesienie wiz byłoby sukcesem władzy w Turcji, bo oznaczałoby, że twardy kurs wobec mediów, opozycji i Kurdów przechodzi zupełnie bezkarnie, ba, wręcz przeciwnie zostaje wręcz nagradzany. A co do członkostwa w UE, to Turcja domagając się przyspieszenia negocjacji, a więc otwierania i zamykania kolejnych rozdziałów, licytując w tym zakresie tak naprawdę traktuje to jako lewar wobec innych, bieżących, ale też ważniejszych „na dziś” i bardziej realnych postulatów (właśnie środki finansowe i reżim wizowy). Trochę to pachnie Boyem-Żeleńskim: „w tym największy jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz”. Kiedyś Ankara bardzo chciała, ale UE a mówiąc ściślej Niemcy (w szczególności CDU i CSU) i Francja wręcz przeciwnie. Dziś Turcja w gruncie rzeczy chce już mniej, mimo stwarzanych pozorów, za to Unia udaje, że zrobiła się bardziej otwarta… Dlaczego zapal Ankary, gdy chodzi o unijny akces jednak przygasł? Po pierwsze: polityczna Europa jest w kryzysie gospodarczym a Turcja wręcz przeciwnie. Po drugie: jednostronne pukanie do europejskich drzwi było krytykowane w samej Turcji i to nawet w twardym elektoracie rządzącej partii (ilustruje to karykatura sprzed lat: stół negocjacyjny, po jednej stronie pan z flagą UE, po drugiej pan z flagą… białą). Po trzecie: zwrot formacji Erdogana w kierunku „twardszego” islamu był dla obu stron dogodnym pretekstem, aby owe ospałe rokowania dodatkowo jeszcze zamrozić.

Zimna kalkulacja Brukseli – i Berlina

Doprawdy Turcy nie są w ciemię bici i wiedzą, że Unia (czytaj: główne państwa członkowskie) nie chce ich u siebie. Nawet jeśli teraz ze względu na uchodźców udają, że otwierają ramiona. Powody strategicznej niechęci „zjednoczonej Europy” do przyjęcia tego ponad 80-milionowego, a niedługo 90-milionowego kraju są oczywiste. Niemcy przestałyby być „numerem jeden” na demograficznej mapie Unii. Tyle, że z tej demografii bardzo wiele wynika: ilość głosów w Radzie Unii, ilość mandatów w Parlamencie Europejskim, wreszcie potencjalne możliwości rozwoju gospodarczego. Dodatkowo w sytuacji, gdy Turcja szybko rozwija się co prawda gospodarczo, ale wciąż jest jeszcze „na dorobku”, perspektywa dla Brukseli płacenia sporych sum już nie „bajońskich”, ale „tureckich”… na relatywnie biednych, aczkolwiek bardzo licznych chłopów z Anatolii, jest mało optymistyczna. Wspólna Polityka Rolna (CAP) ma wszak swoje prawa, a trudno przecież przypuszczać, aby Ankara zgodziła się na propozycje niemieckiego przewodniczącego Komisji Spraw Zagranicznych PE Elmara Broka, aby Turcję owszem przyjąć, ale pozbawić ją głównych przywilejów wynikających z członkostwa, także tych finansowych, w tym w obszarze Common Agricultural Policy.

Dziś to Turcja jest w ofensywie, a Unia w defensywie i „na musiku”. A my powinniśmy też pamiętać, że poza argumentami na „TAK”, gdy chodzi o wejście Turcji do UE (zwiększenie się obozu euroatlantyckiego i zmniejszenie dominacji Niemiec w Europie) jest też jeden zasadniczy argument na „NIE”: po akcesie Ankary my jako Unia graniczylibyśmy z … Iranem, Irakiem i Syrią!

*tekst ukazał się w “Gazecie Polskiej” (06.04.2016)