Kurdystan. W kraju peszmergów i chrześcijańskich uchodźców

Bardzo Ważny Polityk przestrzegał: „Przecież tam jest niebezpiecznie”. Pytał: „Po co tam jedziesz?”. Rodzina, chociaż ma znacznie mniejsze doświadczenie gdy chodzi o ten region, też była sceptyczna.

I z Turcją, i z Kurdystanem

A jednak pojechałem – by po powrocie zmierzyć się ze stereotypami, który były udziałem także osób aktywnych w naszym życiu publicznym. „Kurdystan to Kurdowie – a ci z definicji muszą być antytureccy”. Cóż, w połowie to prawda. Kurdystan to Kurdowie, ale ci akurat Kurdowie antytureccy nie są. Ich rodacy w Turcji i ich rodacy w Syrii pozostają z Ankarą w głębokim konflikcie polityczno-militarnym. Ale Kurdowie tworzący kurdyjską autonomię w Iraku – może to i paradoks – z państwem tureckim współpracują. Co więcej, prezydent Kurdystanu Masud Barzani w listopadzie 2015 przybył do Turcji z oficjalną wizytą i, jak podkreślali z dumą moi kurdyjscy znajomi, po raz pierwszy w historii kurdyjską flagę wciągnięto na maszt w stolicy Turcji.

Aby zrozumieć lepiej tę skomplikowaną sytuację, wyobraźmy sobie Polskę pod zaborami, a w zasadzie pod jednym zaborem, gdzie część Polaków mieszkających na przykład w Polsce południowej walczy zbrojnie z tymże zaborcą, prowadzi walkę partyzancką, a w tym samym czasie Polacy na północy kraju tworzą własną administrację w praktyce uznawaną przez zaborców. Ktoś powie, że przecież tak było, bo Kazimierz Badeni był premierem Austro-Węgier, Polacy wchodzili wielokrotnie w skład rządu CK Austrii i mieli sporą, w porównaniu z Polakami pod zaborem rosyjskim i pruskim, autonomię zwłaszcza w sferze kultury i oświaty. Różnica polega na tym, że jednak Polacy z Królestwa Polskiego i Kresów Wschodnich walczyli z Moskwą, a nie z Wiedniem, tak jak ci z zaboru pruskiego przeciwstawiali się germanizacji i Hakacie firmowanych przez Berlin, a nie inspirowanych przez cesarza Franciszka. W przypadku Kurdów w przeszłości mieli oni sytuację podobną jak Polacy, bo spotykały ich prześladowania i w Iraku, i Syrii oraz Turcji. Wywalczyli sobie jednak realną autonomię która zresztą wkrótce przerodzi się we własną państwowość(!) na terenie Iraku, a w rozpadającej się Syrii to nie iluzoryczna władza w Damaszku jest ich przeciwnikiem, a właśnie wojska tureckie zapuszczające się na terytorium syryjskie zamieszkane przez Kurdów.

Tłumaczę to, ponieważ spotykałem się już nieraz z następującymi reakcjami w elicie obecnej władzy w Polsce: „uważajmy z tymi Kurdami, bo przecież Turcja jest naszym sojusznikiem w NATO, a śp. prezydent Lech Kaczyński miał specjalne relacje z Ankarą i był uważany za jednego z najbardziej protureckich polityków w Europie”… Otóż informuję, że utrzymywanie dobrych stosunków z Kurdystanem, a nawet jego wspieranie, nie stoi w żadnej sprzeczności z bardzo poprawnymi relacjami z Ankarą.

Peszmergowie i „land of tolerance”

W czasie mojej kilkudniowej wizyty na początku tego roku w Kurdystanie spotkałem się z prezydentem Masudem Barzanim, szefem MSZ Falahem Mustafą Bakirem (ze względu na „polityczną poprawność” w relacjach z Irakiem, którego częścią formalnie wciąż jest Kurdystan, oficjalnie używa o tytułu „dyrektor departamentu spraw zagranicznych”) oraz wiceprzewodniczącym kurdyjskiego parlamentu i liczną grupą parlamentarzystów.

Sędziwy Barzani jest legendą kurdyjskiej walki o niepodległość. Ten 70-letni lider Demokratycznej Partii Kurdystanu (KDP) urodził się na terenie Iranu, choć Kurdowie powiedzą, że na terenie niepodległego państwa kurdyjskiego Republiki Mahabadzkiej (od miasta Mahabad).

W polityce kurdyjskiej, jak w całym regionie ale nie tylko przecież tam istnieje poczucie więzi klanowej. Klan Barzanich jest szczególnie silny i zasłużony dla walki Kurdów o „bycie na własnym”, ale też krytykowany przez opozycję za autokratyzm. Ojciec Masuda Barzaniego, Mustafa, przewodniczył tradycyjnej formacji niepodległościowej – właśnie Demokratycznej Partii Kurdystanu do1979 roku, gdy zastąpił go własny syn. Ale przykład USA (trzy pokolenia Bushów, Romneyowie, Clintonowie) czy Wielkiej Brytanii (Churchillowie, Campbell-Bannermanowie) dowodzi, że dynastie to nie specyfika wyłącznie kurdyjska.

Odwiedziłem też oddziały peszmergów czyli kurdyjskich partyzantów, najskuteczniej ze wszystkich dokoła powstrzymujących Państwo Islamskie. Dowodzi nimi kolejny… Barzani. Mówi mi, że w jego oddziale rozpiętość wieku żołnierzy wynosi od parunastu do osiemdziesięciu lat. Niemalże błaga o broń. Każdego rodzaju. I wszelkie wyposażenie także w kamizelki kuloodporne. Gdy pytam czego konkretnie potrzebują, odpowiadają: wszystkiego. Dopiero potem się dowiem, że po cichu broń dostarczają im Amerykanie, Brytyjczycy, ale z naszego regionu Europy na przykład… Czesi. A Polska?

Peszmergowie to legenda tego regionu. Są dobrze zorganizowani, z wysokim morale, bez problemu dezercji, wiedzą o co walczą. Najgroźniejsi dla ISIS, bo wykazują się równie wielką determinacją, w przeciwieństwie do – jak podkreśla szereg osób – wojska irackiego, armii państwa podupadłego lub wręcz upadającego. Waleczność peszmergów wynika z ich historii. Z resztą czy może być inaczej – nawet ich hymn narodowy zatytułowany jest Ey Reqîb – oznacza to „Hej, Nieprzyjacielu”. Kurdowie przez wieki walczyli z Turkami, ale też z Persami. Moi przyjaciele z Armenii jednak pewnie im wypomną, że dali się początkowo użyć przez Imperium Osmańskie do zabijania Ormian w pierwszych dwóch dekadach XX wieku, a więc także w czasie ludobójstwa Ormian w 1915.

Byłem zatem na linii frontu, ledwie parę kilometrów od miejsc, gdzie toczą się walki. Parędziesiąt kilometrów w linii prostej stamtąd jest słynny Mosul zajęty teraz przez bandytów (to właściwe słowo) z Państwa Islamskiego. Peszmergowie są użyteczni: zniweczyli plan dżihadystów, którzy chcieli zaatakować Kurdów, przeciąć ich pozycje, zająć rafinerie, zniszczyć sieć wodociągów, aby pozbawić stolicę Arbelę wody i sparaliżować międzynarodowe lotnisko na obrzeżach tejże. „Arbela” to polska nazwa miasta, które Turcy nazywają Erbil, Arabowie Irbil, a Kurdowie zupełnie inaczej, bo Hawler. To czwarte co do wielkości miasto Iraku, stolica kurdyjskiego regionu autonomicznego. Ta przeszło milionowa aglomeracja będzie z całą pewnością stolicą niepodległego Kurdystanu. Pytanie jest tylko jedno: nie tyle „czy” ono powstanie, tylko „kiedy”? Tak naprawdę Kurdowie czekają na amerykańskie „yes” w tej sprawie i nie chcą wychodzić przed szereg. Rozpisanie referendum to kwesta techniczna i można to zrobić wiosną czy jesienią. Lepiej nie latem, bo blisko 50-stopniowe upały nie tyle zniechęcą Kurdów do głosowania, co mogą stanowić przeszkodę dla zachodnich obserwatorów, których licznej obecności można się spodziewać, jak również dziennikarzy z całego świata, bo przecież Kurdowie chcą z tego zrobić jak najbardziej międzynarodowy event.

Charakterystyczne, że także mniejszości zamieszkujące Kurdystan z całą pewnością zagłosują za niepodległością. Poza Kurdami-sunnitami zrobią tak chrześcijanie, dla których Kurdystan jest oazą tolerancji w porównaniu z szaleństwem Państwa Islamskiego, a także agresją innych islamskich bojówek czy ugrupowań w Iraku. Ale w parlamencie rozmawiałem też z przedstawicielami Turkmenów. Mają pięciu posłów w 111-osobowym, jednoizbowym parlamencie. Oni wiedzą i będą pamiętać, że w czasie rzezi islamistów zginęło 2800 ich rodaków, uprowadzono też 5 000 (!) Turkmenek i kilkadziesięcioro turkmeńskich dzieci. Dla nich, choć przecież są z innej bajki etnicznej i cywilizacyjnej (wywodzą się od Mongołów, ale są częścią obszaru kultury i języka tureckiego w przeciwieństwie do indoeuropejskich Kurdów), nie ma alternatywy jak tylko być szanowaną mniejszością w suwerennym Kurdystanie. To samo prawi kurdyjski poseł – Ormianin – wnuk uchodźcy, który do Kurdystanu zbiegł przed tureckimi pogromami sprzed równo wieku. To samo będą mówić mi zarówno chrześcijańscy biskupi różnych wyznań, jak też chrześcijańscy uchodźcy koczujący w obozach na obrzeżach Arbeli.

W obozach dla uchodźców

To zresztą wizyta w dwóch obozach naszych braci w wierze, którzy uniknęli śmierci z rąk islamistów, uciekając z Mosulu i okolic (niektórzy nawet z Bagdadu), była dla mnie najbardziej poruszającym momentem mojej podróży do Kurdystanu. Bynajmniej nie wizyta na froncie walk z ISIS, ale właśnie zetknięcie się z tymi pokornymi, nieuskarżającymi się, zupełnie pozbawionymi roszczeniowo-rewindykacyjnej postawy, ludźmi. Uczestniczyłem w mszy świętej w baraczku imitującym kościół. Tam przynajmniej było ciepło, dzięki kilku przenośnym grzejnikom, w przeciwieństwie do kontenerów, w których mieszkali uchodźcy. Początek stycznia, temperatury minusowe czy w okolicy zera, wielogodzinne przerwy w dostawie prądu, przemarznięte dzieci, opatulone staruszki.

W kościółku-baraku sędziwy ksiądz modli się z tłumem ludzi w różnym wieku. Przeważają kobiety i dzieciaki, ale sporo jest też młodych dziewcząt. Ksiądz intonuje pieśni, które słychać w sąsiednich domkach-kontenerach, a na każdym takim domku obrazki świętych i chrześcijańskie kalendarze na 2016 rok. Ten śpiew idzie pewnie prosto do nieba, bo jest zapewne jak modlitwa Psujaczka w „Faraonie” Prusa. Na twarzach tych ciężko doświadczonych ludzi nie dostrzegłem nienawiści do dżihadystów ani zawziętości, której pewnie nikt by się nie dziwił. Może tylko zmęczenie i trochę żalu.

Chrześcijańscy uchodźcy to naprawdę uchodźcy, a nie żadni tam imigranci zalewający Stary Kontynent nie chcą zostać w Kurdystanie. Stanowią dwadzieścia parę procent z miliona ośmiuset tysięcy uchodźców. Liczba chrześcijan zmuszonych przez radykalnych islamistów do opuszczenia własnych domostw to 400 tysięcy. Politykom kurdyjskim, z którymi rozmawiałem marzy się eksportowa wizja Kurdystanu jako „land of tolerance”, kraju słynącego z tolerancji w regionie słynącym z braku tolerancji. Stąd też Kurdowie stają na głowie, aby chrześcijan chronić przed muzułmańskimi fanatykami, ale też zapewnić im jakieś miejsce przetrwania. Kurdyjskie elity wiedzą, że w ten sposób zaskarbiają sobie sympatię Zachodu i zwiększają szansę na akceptację własnego projektu niepodległości Kurdystanu przez głównych rozgrywających na światowej scenie politycznej.

Suplement do europejskiej debaty o uchodźcach i imigrantach. Z mojego spotkania z trzema biskupami różnych chrześcijańskich wyznań, które funkcjonują bez kłopotu w Kurdystanie, wynika jednoznacznie: uchodźcy wcale nie chcą do Europy (choć też nie chcą zostać na gościnnej kurdyjskiej ziemi) – chcą wracać do Mosulu i innych miejsc, gdzie żyli od wieków. To czytelny sygnał, że akurat chrześcijańscy uchodźcy wcale nie marzą o chrześcijańskiej Europie, tak jak marzą o niej, niczym o seraju, muzułmańscy imigranci. To ważny głos w toczącej się i w Europie i w Polsce debacie o kształcie imigracji.

Wyjeżdżam z respektem dla Kurdów, którzy nie tylko poprzez walkę, ale także mądrą politykę stopniowego poszerzania swojej strefy wpływów i budowania nieformalnej pozycji na arenie międzynarodowej przybliżają, krok po kroku, rok po roku, powstanie własnego państwa. Nawet jeśli – co oczywiste – nie obejmie ono wszystkich Kurdów żyjących wszak w czterech państwach: Iraku, Iranie, Turcji i Syrii. Mądrość irackich Kurdów – choć, bądźmy sprawiedliwi, także ich inna sytuacja geopolityczna niż rodaków w Syrii czy Turcji polega na tym, że wiedząc o poparciu zwłaszcza USA, ale też Europy (szczególnie ostatnio w kontekście inwazji imigrantów na Stary Kontynent) dla Turcji, starają się owe swoje „budowanie niepodległości” czynić nie wbrew Ankarze, ale nawet w pewnym z nią porozumieniu. To oczywiste, że gdyby szeroko rozumiany Zachód był zmuszony wybierać sojuszników do walki z ISIS, to ze względów chociażby demograficznych i strategicznych (bazy NATO) wybrałby Turków, a nie Kurdów. Iraccy Kurdowie za wszelką cenę chcą pokazać zachodnim partnerom, w tym Polsce, że nie jest to alternatywa tylko koniunkcja: można zacieśniać relacje z Turcją, dbając o pewien „balance of power” w Europie, a jednocześnie zbliżać się do Kurdystanu, aby – z czasem – uznać jego niepodległość.

Dobrze, że, jak słyszę, nowe polskie władze mając tego świadomość, wychodzą z kręgu nieprawdziwej alternatywy, że albo kolegujemy się z dużą Turcją albo z mniejszym Kurdystanem. Na szczęście nie musimy wybierać. Można i trzeba szukać i znajdować różnych sojuszników (i do różnych rozgrywek) w tym regionie.

*artykuł ukazał się w dwumiesięczniku „Arcana” (nr 127-128)