Wielkie ambicje wielkiego kraju

Indie i „soft power”

Poza orężem militarnym, gospodarką czy dyplomacją istnieje również, używana przez mądre kraje, „soft power”. Jak to się robi pokazały w przedostatni weekend Indie. Ten drugi pod względem liczebności naród świata, a jednocześnie pierwsza demokracja globu zorganizowała w New Delhi World Culture Festival. Trwał trzy dni i kosztował, według nieoficjalnych danych, 42 miliony dolarów. Plus jakieś straty ekologiczne, bo obrońcy środowiska naturalnego narzekali, że parę milionów ludzi, którzy wzięli udział w inauguracji festiwalu naruszyło ponoć ekosferę rzeki Jamuny. Ale w wymiarze politycznym było warto: Hindusi w transmisji gigantycznego ‒ o tym za chwilę ‒ koncertu pokazywanego w przeszło 40 krajach pokazali bogactwo i różnorodność własnej kultury, ale też potrafili sformułować przekaz, iż są promotorem kultury innych narodów i pomostem między krajami z różnych kontynentów.

Byłem, widziałem i podziwiałem ten projekt skutecznie służący poprawie wizerunku państwa nie tylko wielowiekowej kultury, ale też wielkich slamsów, nędzy dziedziczonej z pokolenia na pokolenie i wciąż istniejących, choć już nie tak powszechnych, jak kiedyś,podziałów kastowych. Miałem niebywałą okazję przemawiać do kilkumilionowego tłumu ‒ wraz z charyzmatycznym premierem Indii Narendrą Modi. Zdarzało mi się dwukrotnie mówić do około stu tysięcy ludzi (obie sytuacje miały miejsce w Paryżu i dotyczyły wieców emigrantów z Iranu) ‒ ale mówić do milionów to jednak rzecz wyjątkowa. Jednak ludzie, którzy pojawili się na Światowym Festiwalu Kultury, przyszli nie żeby posłuchać ‒ entuzjastycznie zresztą przyjmowanego ‒ szefa rządu w New Delhi ani tym bardziej mnie czy byłego premiera Francji Dominique Villepine’a, przesłania premiera Japonii Shinzo Abe czy mowy prezydenta Kolumbii Juana Manuela Santosa, lecz żeby wysłuchać występu wspólnie grających 1008 artystów dhangari dhol ‒ nazwijmy ich perkusistami ‒ czy orkiestry składającej się z 8500(!) muzyków grających na 50 różnych instrumentach czy wreszcie chóru składającego się z 1050(!) śpiewaków. Albo choćby usłyszeć 600 „perkusistów”. Cudzysłów konieczny, bo artyści ci grali na hinduskim instrumencie perkusyjnym zwanym pakhawaj.

Prezydent i premier średnia wieku 73,5 roku

Miałem okazję do rozmowy z szefem indyjskiego rządu (wcześniej, tyle że w Mumbaju ‒dawnym Bombaju ‒ a nie w stolicy spotkał się z nim wicepremier Piotr Gliński). Jako że występowałem w „kapeluszu” (by odwołać się do znanego angielskiego przysłowia) wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego nasza rozmowa dotyczyła głównie zbliżającego się w końcu marca szczytu Unia ‒ Indie. Modi przyjedzie na niego w drodze na G-20 do Waszyngtonu (14-15.04.2016). Ten młody, jak na warunki Indii, bo 66-letni polityk (dla przykładu prezydent Pranab Kumar Mukherjee ma 81 rok życia… średnia wieku dwóch głównych osób w państwie wynosi wiec 73,5 roku ! ) jest pierwszym w historii tego państwa premierem urodzonym już w czasach niepodległości. Potrafi genialnie nawiązać kontakt z tłumem, jest wybitnym oratorem. Szefem rządu jest dzięki biedniejszym mieszkańcom Indii oraz klasie średniej ‒ to jest jego elektorat. Skądinąd World Culture Festival znakomicie wykorzystał dla promocji własnej osoby. To też trzeba umieć. Wcześniej czterokrotnie wybierany był premierem stanu Gudżarat, znanego skądinąd z antyislamskich zamieszek (zginąć miało nawet do 2000 ludzi), którym rządził w sumie przez 13 lat.

Narendra Modi jako szef rządu w New Delhi dokonał naraz i to w krótkim czasie rzeczy wielkich. Bardzo poprawił stosunki z USA, które to mocarstwo dotychczas grało w regionie na Pakistan czyli tradycyjnego wroga Indii. Teraz polityka Waszyngtonu jest bardziej zniuansowana. Skądinąd dla Modiego rzecz miała aspekt także osobisty: był przez dekadę objęty… zakazem wjazdu na amerykańskie terytorium. Poprawił również bardzo relacje z Brukselą. Cóż, do krajów UE też miał przez dziesięć lat wstęp wzbroniony!

Ale to akurat średnio obchodzi setki tysięcy Hindusów i cudzoziemców z całego świata, którzy na brzegu Jamuny, mimo potwornej ulewy chcą posłuchać, głównie zresztą tradycyjnej, muzyki oraz zobaczyć tańce w układach po kilkaset osób. Organizatorzy mówią mi, że jest około 3,5 miliona ludzi. Szef parlamentu Sri Lanki (za mojego dzieciństwa to był po prostu Cejlon…), który występuje jakiś czas po mnie, twierdzi, że będzie ich ze trzy miliony. Ale znajomy dyplomata upiera się, że nie ma dwóch milionów ludzi. Tego nie wiem, choć na pewno od czasu pielgrzymek polskiego papieża do Ojczyzny w tak tłumnych uroczystościach nie brałem udziału.

Zatem słucham klasycznego, tradycyjnego instrumentu ze stanu Tamil Nadu zwanego nadaswaram i rozmyślam o mądrości Hindusów, którzy tak potrafią się rozreklamować. Naród (choć pewnie w tym przypadku lepiej mówić o państwie, tworzonym przez wiele nacji i grup etnicznych) znany w świecie ze świętej Matki Teresy z Kalkuty, Bollywoodu, świętych krów i Kamasutry, ewentualnie sanskrytu (dla bardziej wtajemniczonych) pokazuje twarz wielowiekowej bogatej kultury. Jakże innej od panujących stereotypów. Cóż, trudno, żeby nie robił wrażenia występ 1700 (!) tancerzy przedstawiających klasyczny taniec z północnych Indii. A potem zaraz też 1700 tancerzy prezentuje taniec wywodzący się z Indii południowych. By później, w ramach gościnności, dać szansę 500 artystom towarzyszącym gwieździe z Argentyny Patricii Sosy, nawiązującej do muzyki latynoamerykańskiej. Nawet jeśli ceną za to jest wysłuchanie ministra kultury, młodzieży i rozwoju społecznego Zjednoczonych Emiratów Arabskich szejka Nahayana bin Mubaraka Al Nahyana? Choć oczywiście sto razy ważniejszą dla New Delhi na liście gości jest obecność byłego premiera Pakistanu Yousafa Razy Gillaniego. W ten sposób Indie pokazują, że w tej „never ending story” ‒ „niekończącej się opowieści” konfliktu hindusko- pakistańskiego to one są stroną, która wyciąga dłoń. Prawda, jest taka, że to obie strony wyciągają dłoń, tyle że jest ona w praktyce zaciśnięta w pięść.

Hinduskie „balance of power”: kongresmeni z USA ,gubernator z Rosji

Lista mówców na World Culture Festival ma pokazać, że z Indiami wszyscy muszą się liczyć. Jest zatem dwoje przedstawicieli Izby Reprezentantów Kongresu USA ‒ Mike Quigley i Robin Kelly (oboje z Partii Demokratycznej), ale też wiceszef Parlamentu Andyjskiego, Peruwiańczyk Hildebrando Tapia Samaniego czy wiceprezydent Surinamu Ashwin Adhin oraz ‒ po sąsiedzku ‒ wicepremier Nepalu Kamal Thapa. Słowem: Indie są potęgą globalną ‒ takie wrażenie mają odnieść setki tysięcy Hindusów, którzy tu przyszli, jak również lwia część spośród 160(!) ambasadorów akredytowanych w New Delhi. Skądinąd Indie są jednym z czterech krajów na świecie, w których wszystkie 28 państw członkowskich UE ma swoje ambasady (obok USA, Chin i Rosji).

Indie ‒ niegdyś (za czasów podziału świata na dwa antagonistyczne polityczne bieguny) będące liderem bloku państw tzw. niezaangażowanych ‒ mają chyba sentyment do tych czasów. Albo też próbują polityki „balance of power” wyrażanej starym polskim powiedzeniem, iż „pokorne ciele dwie matki ssie”. Tak należy tłumaczyć zaproszenie na ów Światowy Festiwal Kultury… gubernatora Murmańska Jewgienija Kujwaszewa. To nawet nie członek rządu Federacji Rosyjskiej ‒ widać ten rosyjski „komponent” był dla New Delhi bardzo ważny, skoro w ten sposób usiłowano „zrównoważyć” obecność dwojga amerykańskich kongresmenów. Wystąpił też 30-osobowy chór z regionu Swierdłowska z tradycyjnymi pieśniami z Uralu. To spora ekipa, choć oczywiście nie w porównaniu z np. 1310 artystami z chrześcijańskiego regionu Indii, jakim jest Kerala, którzy pokazywali lokalne tańce. Czy też z 1000 tancerzy z himalajskiego stanu Himachal Pradesh.

Warto też odnotować obecność na liście mówców byłego premiera Jordanii Adnana Badrana. Byli też prezydenci z Afryki: Nigerii i Mozambiku (wspierani zresztą przez 200 perkusistów z krajów afrykańskich). To budowanie relacji hindusko-afrykańskich można odczytać jako próbę, dość nieśmiałą skądinąd, stworzenia jakiejś formy alternatywy dla bardzo mocnego zaangażowania ekonomicznego (i po części politycznego) Chin na „Czarnym Lądzie”.

Indie: gracz ponadregionalny

Nie wiem w końcu czy World Culture Festival, oglądało 3,5 miliona ludzi czy też mniej, ale zapadnie mi on w pamięć. Gdy przemawiałem zapadał zmrok i te setki tysięcy coraz mniejszych i odleglejszych ludzi zlewało się tam gdzieś, na granicy horyzontu z wszechogarniająca ciemnością.

Kongres się opóźnił, bo New Delhi nawiedziła ulewa, a w zasadzie oberwanie chmury. Ściana wody leciała z nieba, stolica Indii została sparaliżowana, a ja pobiłem rekord stania w korkach: trasę, która można przejechać w 20 minut, góra pół godziny pokonałem w dwie i pół godziny, głównie zresztą stojąc, a nie jadąc. Cóż, taka szkoła cierpliwości dla Europejczyków.

To było jednak tylko preludium przed następnym dniem. Wtedy przez New Delhi przeszła istna deszczowa nawałnica trwająca kilka godzin. Ci, którzy tu żyją mówili, że od lat nie było tutaj takiego oceanu spadającego z góry. Wszystko płynęło. Słowa też, bo miało miejsce Forum Globalnego Przywództwa, którego organizatorem było World Forum for Ethics in Business. Miałem zaszczyt wygłosić tam przemówienie otwierające. Byłem w ciekawym towarzystwie mówców: byli premierzy Francji, Słowenii, Pakistanu, Jordanu, Butanu, Norwegii, były wicepremier Jordanii, urzędujący wicepremier Nepalu, minister kultury Norwegii, minister transportu, autostrad i rybołówstwa Indii, były prezydent Nigerii, wiceminister do spraw lokalnych Izraela, był szef MSZ Sri Lanki oraz przewodniczący parlamentu tegoż kraju, szef spółki wydającej Forbesa, przedstawiciele Izby Gmin, Bundestagu, Izby Reprezentantów USA, Knesetu, Senatu Belgii, Parlamentu Europejskiego (poza mną pięć osób), minister kultury Łotwy, senator z Pakistanu, parlamentarzysta z Iraku, wiceminister pracy z Wielkiej Brytanii, przedstawiciel Banku Światowego, sekretarz generalny organizacji współpracy państw islamskich, minister stanu z Belgii, wiceprezydent londyńskiej Izby Handlu i Przemysłu, prezes Narodowego Banku Indii, parlamentarzysta z Kolumbii, minister kolejnictwa Indii, minister turystyki i gościnności (sic!) Zimbabwe, senator z Meksyku, Wiceprzewodniczący CDU, burmistrzowie z Holandii i Belgii, były premier stanu Wiktoria z Australii, parlamentarzyści z Surinamu i Zimbabwe, oraz Szwajcarii, członek Izby Lordów, senator Francji, były minister kultury Jordanii, były piłkarz reprezentacji RFN, parlamentarzysta z Afganistanu i wielu innych.

Po co ta jakże długa lista mówców na kolejnej konferencji organizowanej przez Indie? Przecież nie jest to „lista płac” polityków ‒ choć zapewne w większości, poza tymi, którzy obecnie zajmują stanowiska rządowe czy w prezydiach parlamentów, hinduski podatnik sfinansował im podroż i pobyt w New Delhi. Ale właśnie nie tylko milionowe rzesze widzów na Światowym Festiwalu Kultury, ale kilkudziesięciu polityków z całego świata na obu imprezach finansowanych w wielkim stopniu przez rząd Indii miały pokazać i sąsiadom tego państwa i wszystkim ważnym na globie, że New Delhi ma aspiracje i że z tym państwem należy się bardzo liczyć nie tylko ze względu na demografię. Państwo Hindusów i wielu innych nacji, bardzo zróżnicowane pod względem językowym, narodowościowym, społecznym i ekonomicznym ma poczucie swojej wzrastającej siły i realnej roli nie tylko w regionie i na subkontynencie, ale w świecie. World Culture Festival i Forum Przywództwa miały pokazać i pokazały wolę New Delhi bycia punktem odniesienia w skali ponadregionalnej. Do tego Indie używają „polityki kulturalnej” i innych instrumentów „soft power”. Kopiować nie sposób, ale warto się od nich tego uczyć.

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (21.03.2016)