Trwa wojna z Zachodem

Portal Fronda.pl: Był pan podczas wczorajszych zamachów w Brukseli. Zaskoczyły pana te ataki?

Ryszard Czarnecki: Jechałem wczoraj samochodem do gmachu Parlamentu Europejskiego w pobliżu stacji metra, gdzie nastąpił jeden z ataków. Od dawna byłem przekonany, że stolica Królestwa Belgii, która z perspektywy opinii publicznej jest nieformalną stolicą Unii Europejskiej, zostanie zaatakowana przez terrorystów. W prezydium Parlamentu Europejskiego sądziliśmy jednak, że celem ataku będzie raczej jedna z instytucji unijnych. Terrorystom chodziło tymczasem przede wszystkim o liczbę ofiar.

Dlaczego był pan przekonany, że dojdzie w Brukseli do zamachu?

Po pierwsze znajdują tu się siedziby instytucji unijnych, zamach jest więc bardzo spektakularny. Po drugie państwo belgijskie jest rozdarte wewnętrznym konfliktem między francuskojęzycznymi Walonami a niderlandzkojęzycznymi Flamandami. Grupy te mają nawet własne parlamenty. Państwo belgijskie funkcjonuje w sposób mniej skoordynowany niż szereg unitarnych państw Europy Zachodniej. Podam przykład. Jednemu z najwyższych urzędników działających w Brukseli ukradziono rower. Zgłosił to policji w części francuskojęzycznej. Po pół roku odezwała się policja z części flamandzkojęzycznej, mówiąc, że rower został odnaleziony, ale urzędnik ten musi teraz zapłacić kilka tysięcy euro za jego przechowywanie. Tak wygląda koordynacja między obiema grupami językowymi, niestety coraz bardziej sobie wrogimi.

Wielu komentatorów podkreśla też, że Belgia, a Bruksela zwłaszcza, zamieszkana jest przez naprawdę wielu muzułmanów.

To prawda. Wspólnota muzułmańska w Brukseli jest ogromna. Oczywiście trzeba dodać, że większość z tych muzułmanów ciężko pracuje, to przyzwoici ludzie. Zwykła statystyka wskazuje jednak, że spośród kilkuset tysięcy brukselskich muzułmanów więcej osób zostanie zwerbowanych na dżihad, niż ze wspólnoty, dajmy na to, kilkudziesięcioosobowej. Stało się to jasne po atakach terrorystycznych w Paryżu, za którymi stali muzułmanie mieszkający w Belgii.

Co mogą zrobić Belgowie, by zapobiec podobnym wydarzeniom w przyszłości?

Są rzeczy, które można poprawić od razu. Mówię to jako wieloletni członek Komisji Bezpieczeństwa i Obrony Parlamentu Europejskiego: Jeżeli porównać udaremnione zamachy w Wielkiej Brytanii oraz Niemczech z tymi, które udaremniono we Francji i Belgii, to widać wyraźnie, że służby brytyjskie i niemieckie są efektywniejsze. Dotyczy to także zamachów przygotowywanych przez pojedyncze osoby, bardzo trudnych do wykrycia. Można też szybko wzmocnić bezpieczeństwo niektórych obiektów, jak choćby lotniska. W niedzielę leciałem z Istambułu do Warszawy. Na każdym tureckim lotnisku są dwa kordony bezpieczeństwa, jeden przy wejściu, a drugi przy odprawie pasażerskiej. Tak samo jest zresztą w wielu innych krajach na świecie. Jednak nie jest tak ani w Belgii, ani – uwaga – w Warszawie i Krakowie. A są to miasta, gdzie odbędą się dwa wielkie wydarzenia o światowym znaczeniu, szczyt NATO w Warszawie i Światowe Dni Młodzieży w Krakowie.

Jak jeszcze wzmocnić bezpieczeństwo?

Mam nadzieję, że ten tragiczny wtorek w Brukseli, gdzie doszło do zamachu na stacji metra oddalonej o kilka minut drogi piechotą od siedziby Parlamentu Europejskiego, przekona moje koleżanki i kolegów, europosłów, że czas postawić na bezpieczeństwo kosztem wolności. Nie może być dłużej tak, że ochrona danych osobowych będzie traktowana jak dogmat religijny. To również aneks do dość żenującej debaty, która odbyła się ostatnio w polskim parlamencie. Rząd PiS oskarżany był o zamordyzm, autorytaryzm i totalitaryzm, bo wprowadził doświadczenia będące oczywistością w USA i niektórych państwach Europy Zachodniej. W PE pod sztandarem wolności broni się wciąż rozwiązań ułatwiających życie terrorystom. Trzeba mówić o tym otwarcie. Żyjemy w określonym czasie. Toczy się właśnie wojna z Zachodem – to fakt. Muszą zatem obowiązywać wojenne reguły gry. Nie możemy wręcz zapraszać terrorystów do korzystania ze swobód i wolności bez jakiejkolwiek możliwości kontroli. Nie wspominam przy tym nawet o tak oczywistych kwestiach, jak infiltracja środowisk muzułmańskich oraz wydalanie radykalnych imamów.

W ubiegłym roku rozpoczęła się bezprzykładna muzułmańska inwazja na Europę. Jaki jest jej wpływ na zagrożenie terrorystyczne?

Kilka dni temu w Ankarze przeprowadzono zamach, za którym stał między innymi uchodźca. Wcześniej mieliśmy zamachy w Paryżu, gdzie wśród terrorystów było dwóch uchodźców. Możemy mówić o ludzkich dramatach. Musimy jednak twardo chodzić po ziemi, zwłaszcza my, politycy. Nie możemy być naiwni i politycznie ślepi. Jeżeli amerykańscy generałowie mówią, że Państwo Islamskie wysłało 1500 terrorystów do Europy, jeżeli wiemy, że ISIS weszło w posiadanie 2000 paszportów syryjskich… To są wszystko konkrety. Mówiłem, że im większa jest wspólnota muzułmańska w Brukseli, tym większa statystycznie szansa na werbowanie z niej dżihadystów. Tak samo: Im większa rzesza imigrantów, tym większa statystycznie szansa, że będą wśród nich ludzie, którzy zgodnie z nauczaniem swoich imamów w Syrii czy Iraku będą do Europy przyjeżdżać nie po to, by polepszyć swoje życiowe warunki, ale po to, by zabijać „niewiernych”. Jest oczywiste, że masowa migracja do Europy zwiększa groźbę terroryzmu. Mówienia tej prawdy nie można traktować jako przejawów antyislamskiej fobii. To kwestia faktów i nazywania rzeczy po imieniu.

Spodziewa się pan, że pancerz politycznej poprawności w Europie zacznie pękać?

Rzadko oglądam telewizję. Wczoraj włączyłem jednak jeden z polskich prywatnych kanałów, gdzie nauczający w naszym kraju imam przekonywał, że trzeba walczyć z nienawiści wobec muzułmanów, która może być efektem rezultatem zamachów. To postawienie sprawy na głowie. W Niemczech media milczą, gdy gwałcone i molestowane są Niemki. Prasa brytyjska czy amerykańska od lat nie informuje, że ten, kto zabił, zgwałcił lub ukradł był Murzynem albo muzułmaninem. Powoduje to większą bezkarność i musi się to skończyć. Ludzie mają zresztą dość tej poprawności politycznej. Nie bez powodu w Stanach Zjednoczonych popularny jest Donald Trump, który walczy z tym pancerzem political correctness. W Niemczech dobry, kilkunastoprocentowy wynik wyborczy w trzech landach uzyskała Alternatywa dla Niemiec. Coraz więcej ludzi na Zachodzie ma dosyć poprawnej nowomowy. Zwracają się w stronę tych, którzy przedstawiają pewną diagnozę, wskazując na rzeczywistość – nawet, jeżeli mają fałszywe recepty.

Jak po wczorajszych zamachach należy podejść do kwot imigrantów, na które zgodziła się pani premier Ewa Kopacz?

Mogę na to odpowiedzieć słowami rosyjskiego, ale wybitnego pisarza Mikołaja Gogola, który napisał, że stare jeszcze nie umarło, nowe jeszcze się nie narodziło, ale jedno i drugie zagraża żyjącym. Gdy pani premier Kopacz w imieniu rządu PO/PSL i – niestety – naszego państwa wyrażała zgodę na kwoty dla uchodźców, to one już wtedy śmierdziały trupem. Specjaliści mówili, że ich realizacja jest nieprawdopodobna. Było to widać choćby po referendum przeprowadzonym w Danii czy decyzji Szwecji o wyrzuceniu 80 tysięcy migrantów – a przecież chodzi tu o kraje, które były do tej pory rajem dla uchodźców. Rozwiązania, które były po chamsku narzucane siłą przez Niemcy i inne państwa europejskie, jak Francja czy Włochy, pachną naftaliną. Polska musi wiedzieć, czego chce i wypracować własne podejście. Przywołam tu może dość zaskakująco kwestię sprzedaży ziemi cudzoziemcom. W praktycznie całej Unii Europejskiej panuje w tym względzie teoretycznie wolna amerykanka, ziemię może kupować, kto chce. W praktyce jednak jest inaczej, bo państwa broniąca w tym względzie dobra narodowego wprowadziły ograniczenia administracyjne. W Niemczech będąc obcokrajowcem można kupić ziemię jedynie wówczas, gdy zda się egzamin rolniczy w języku niemieckim. To bardzo ogranicza liczbę nabywców. We Francji na sprzedaż ziemi cudzoziemcom musi zgodzić się lokalna izba rolnicza. To zapewnia ogromny odsiew kandydatów. Także gdy chodzi o imigrantów Polska musi wprowadzić takie procedury administracyjne, które spowolnią napływ i ograniczą ich liczbę.

*Wywiad dla portalu Fronda.pl (23.03.2016)