„Państwo Islamskie” i państwo rosyjskie – ta sama taktyka, podobny cel

Zaczynam pisać ten artykuł w Brukseli. Za oknem kompletnie pusty Plac Luksemburski. W okolicznych ulicach prowadzących do siedziby Parlamentu Europejskiego jeszcze dopiero co stały wozy pancerne, blokując dostęp samochodów do europarlamentu. Wyludnione ulice stolicy Królestwa Belgii będącej nieformalną, ale przecież faktyczną stolicą Unii Europejskiej. To wielka metafora. Islamscy terroryści sparaliżowali serce Starego Kontynentu. Osiągnęli cel. Co dalej? Niestety, to nie koniec.

ISIS” słabnie, więc atakuje Zachód

To oczywiste, że zamachy w Europie Zachodniej czy też, węziej, w Unii Europejskiej, będą przeprowadzane dalej. Islamiści chcą destabilizować szeroko rozumiany świat Zachodu to oczywiste. Zatem pytanie na dziś i najbliższe miesiące to nie czy kolejne ataki terrorystyczne będą, lecz o ich skalę. Moja subiektywna odpowiedź jest następująca: zamachy będą się nasilać, im bardziej będą słabnąć wojska „Państwa Islamskiego” na terenie Iraku i Syrii. A to się właśnie dzieje. Kolejne miasta kontrolowane dotąd przez bandytów z czarną flagą przechodzą w ręce ludzi prezydenta Asada. Tak stało się choćby w pierwszy dzień Świąt Wielkiej Nocy. Coraz bardziej zagrożony staje się pod tym względem Mosul, a więc miasto-symbol sukcesu ofensywy ISIS w ostatnich latach. Perspektywa utraty tego strategicznego punktu ma ważny charakter nie tylko prestiżowo-propagandowy, ale też wprost militarny. Posiadanie tego chrześcijańskiego (sic!) miasta pozwala szachować Arbelę (turecka nazwa Erbil, arabska: Irbil) stolicę irackiego Kurdystanu i wiązać siły złożone z tysięcy Peszmergów czyli kurdyjskich partyzantów. Jego prawdopodobna, choć jeszcze nie oczywista strata da możliwość kontynuacji kluczowej kontrofensywy „kontra-ISIS”.

A więc „Państwo Islamskie” chce powetować sobie straty iracko-syryjskie bombowymi rekompensatami w Europie Zachodniej. Tym bardziej, że są one wielokroć bardziej spektakularne niż trudne do ogarnięcia przez przeciętnego Francuza czy Brytyjczyka zmiany na mapie militarnej „państwa upadłego”, jakim coraz bardziej staje się Irak, w praktyce coraz mniej kontrolowany przez Bagdad.

Można to moja autorska teza porównać zachowania Rosji i ISIS. Przynajmniej w tym względzie, że im bardziej są one słabe wewnętrznie, tym bardziej „aktywne” są na zewnątrz. Znajdująca się w coraz gorszej sytuacji gospodarczej Federacja Rosyjska „ucieka do przodu” destabilizując Ukrainę jak „Państwo Islamskie” destabilizuje Zachód. Władze w Moskwie zajmując Krym, “mieszając” w Donbasie i kontynuując akcje “odzyskiwania” dla siebie państwa ukraińskiego odwracają uwagę swojej opinii publicznej od załamania ekonomicznego oraz bankructwa setek rosyjskich banków i tysięcy firm. Tak, jak ISIS kolejnymi zamachami w Paryżu, Ankarze czy Brukseli chce odwrócić uwagę od swoich klęsk na obszarze syryjsko-irackim.

Kreml korzysta na zamachach i na „ISIS”

Ta analogia: Rosja „Państwo Islamskie” wydaje się być oczywista. Chodzi o taktykę PR- owskiego minimalizowania własnych porażek i stwarzania takich narracji, które pokazują sukcesy i ofensywność Kremla w pierwszym przypadku, a ISIS w drugim.

Innych analogii snuć nie chcę. Choć oczywiste jest, iż stawiając w kontekście ostatniej fali islamskich zamachów terrorystycznych pytanie „qui bono?”, odpowiedź jest prosta: w polityce międzynarodowej beneficjentem tych zamachów jest, co za przypadek, Kreml. Wystarczy prześledzić wydarzenia mające miejsca po zamachach na Zachodzie: szok, żałoba, a następnie mniej lub bardziej eksponowane głosy polityków, publicystów i „ekspertów” układające się w chór śpiewający od dawna tę samą melodię. Można ją streścić takimi oto słowami: „trzeba łączyć wysiłki z krajami, które również są zagrożone przez islamskich fanatyków! Czas porozumieć się z Rosją! Bez niej nie da się ani rozstrzygnąć problemu Syrii, ani skutecznie walczyć z terrorystami. I zostawmy już te sankcje w związku z Ukrainą…”. Bynajmniej nie jest to wyłącznie narracja internetowych prorosyjskich trolli czy marginalnych postaci życia publicznego Zachodu. To coraz bardziej popularna w Unii narracja. I politycznie kusząca, bo jej polityczne i ekonomiczne konsekwencje sprowadza się do tak oczekiwanego przez zachodni biznes powrotu do normalnego „robienia interesów” z Moskwą.

Powtórzmy: zamachy terrorystyczne ze strony muzułmańskich fanatyków leżą w interesie zarówno ISIS i jej sponsorów w arabskim (czy szerzej: islamskim) świecie, jak i Rosji zainteresowanej osłabianiem Zachodu, a jednocześnie liczącej, iż będący na politycznym „musiku” tenże Zachód nie będzie miał alternatywy, jak tylko porozumieć się z Putinem. Oczywiście kosztem na pewno Ukrainy, a wielce prawdopodobne, że i Europy Środkowo-Wschodniej, czy szerzej: „nowej Unii” (bez niepasujących do tej regionalnej układanki Cypru i Malty). I bynajmniej nie jest to nowa strategia Federacji Rosyjskiej. Ten sam manewr wtedy skutecznie Kreml zastosował po 11 września 2001 i zamachach na World Trade Center i Pentagon. Rosja wówczas przekonała USA republikańskiego (tak, tak!) prezydenta George’a W. Busha, że oto „wróg jest jeden” i trzeba „szukać tego, co nas łączy”. Efekt? Poświęcenie na ołtarzu amerykańsko(zachodnio)-rosyjskiej współpracy Czeczenów. Wtedy to właśnie Moskwa dostała „wolną rękę”, gdy chodzi o „rozwiązanie problemu Groznego”. Dziś, prawdę mówiąc, pachnie (to eufemizm!) tym samym. Tyle, że miejsce dumnej Czeczenii zajmie czy zajmą inny naród czy narody, znacznie nam geograficznie bliższy.

Bo przecież John Kerry nie rozmawiał w Moskwie o pogodzie ani o „matrioszkach”. Bo przecież wiceminister spraw zagranicznych FR Siergiej Riabkow w ostatnim (podczas naszych Świąt Wielkiej Nocy) wywiadzie dla „Izwiestii” nie przypadkiem mówił o wznowieniu działalności Rady NATO Rosja. Cóż, kolejne ataki terrorystyczne mogą tylko sprzyjać atmosferze „nowego otwarcia” w relacjach Moskwa Zachód. Nawet jeśli nikt czujnie nie wspomni o ponownym „resecie” na tym odcinku.

A ponieważ zamachy mogą być użyteczne nie tylko dla ISIS więc będą. Od determinacji Zachodu i zerwania wreszcie! z kunktatorstwem zależeć będzie nie tyle czy one będą bo nie da się ich zapewne całkowicie wyeliminowywać ale ich skala. Im ich więcej, tym bardziej USA i UE będą skłaniać się ku porozumieniu z Putinem, nawet mimo innej retoryki. W walce z „Państwem Islamskim” chyba chodzi jednak o coś więcej niż tylko o rozprawę z bandytami pod islamską flagą.

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (29.03.2016)