Opozycja ‒ podzielona i bezradna (na razie?)

Opozycja jest równie głośna, co nieskuteczna. Dużo krytykuje rząd, lecz ilość nie przechodzi w jakość. Pytanie o merytoryczne inicjatywy legislacyjne przeciwników rządu może być uznane za nietaktowne ‒ jest ich bowiem tyle, co kot napłakał. Partia Ryszarda Petru znacznie częściej prosi o przerwę w obradach Sejmu niż zgłasza projekty ustaw. Platforma Obywatelska, jak gdyby nie przegrała ‒ na co nikt nie zwraca uwagi ‒ już trzech wyborów pod rząd (samorządowe, prezydenckie i parlamentarne) dalej używa cepa „anty- PiS”, nie widząc, że okazał się już zupełnie nieskuteczny i coraz bardziej przypomina chabetę, która biegnie w wyścigu coraz wolniej i raczej z przyzwyczajenia niż z powodu szansy na sukces. Ataki PO na prezydenta i rząd są tak rytualne i aintelektualne, że już nawet nie denerwują, nie wzbudzają emocji, pozytywnych czy negatywnych, tylko śmieszą. Tymczasem Polacy ocenili ten stan rzeczy w sondażach. Jak choćby w tym wykonanym przez TNS Polska, w którym PiS uzyskał 40% poparcie, przy odpowiednio poparciu dla: PO – 15%, Nowoczesnej – 13% i Ruchu Kukiz’15 ‒ 9%.

Jednak pierwszym realnym testem dla opozycji będzie 6 marca. To data uzupełniających wyborów do Senatu RP. Odbędą się one w okręgu Łomża, Suwałki, Augustów. Okazało się, że oponenci Jarosława Kaczyńskiego nawet w sytuacji wyborczej nie są w stanie się zjednoczyć. Nowoczesna nie poparła w praktyce kandydata PSL wspieranego przez PO. Zamiast szerokiego frontu „demokratycznego”, który miałby być jedyną alternatywą dla obecnej władzy mamy kilku kandydatów, którzy mniej lub bardziej nie lubią PiS, ale żaden z nich nie ma szans zdobyć poparcia pozostałych. Wśród nich nie ma reprezentanta partii Petru. Widocznie to ugrupowanie woli brylować w sondażach niż w realnych wyborach. Choć w sondażach tez ostatnio pieszczochowi mediów idzie kiepsko: czas, w którym w jednym sondażu wyprzedził PiS(!) ‒ niezależnie od wątpliwej jakości tych badań ‒ już dawno minął. Teraz ma od dwóch do trzech razy gorszy wynik niż Prawo i Sprawiedliwość.

„ANTY-PiS” już nie działa – co dalej?

Jednak od przykrej dla opozycji fotografii rzeczywistości ważniejsza jest przyszłość. Co zrobią krajowi wrogowie rządu, aby przejąć władzę? Czy się zjednoczą? Czy i jak duże będą mieli wsparcie zewnętrzne? Oto są pytania. Odpowiedzi na nie warunkują to czy niepodległościowa prawica porządzi przynajmniej jeszcze jedną kadencję.

Wiadomo wszak już jedno. Teza dawnych prorządowych ‒ a dziś proopozycyjnych ‒mediów, że sondażowo PiS, w przeciwieństwie do poprzednich zwycięskich partii, nie wykorzystuje „bonusu wygranej” i nie zwiększył przewagi w sondażach okazała się kompletnie bałamutna. Ostatnie badania opinii publicznej pokazują, że jeśli formacja Jarosława Kaczyńskiego ma 36 procent, a wyniki pozostałych partii, które przekraczają próg dają w sumie wraz z PiS ok. 80%, to po „doważeniu” czyli zagospodarowaniu pozostałych około 20 procent PiS może liczyć na wynik wyraźnie powyżej 40%. Dodatkowo potencjalny koalicjant (nie bójmy się tego słowa na wypadek różnych scenariuszy) czyli partia Kukiza osiąga w nich regularnie powyżej 10 procent, ostatnio zrównując się już z ugrupowaniem Schetyny!

Pytanie na dziś jest następujące: jak duże będą przepływy osobowe i w sondażach między Platforma Obywatelską a Nowoczesną? Będą się one dokonywać zarówno spektakularnie na szczeblu centralnym, jak i zapewne lokalnym (sejmiki, rady miejskie czy powiatowe). Nie jest wykluczone, choć też jeszcze nie przesądzone, że partia Petru zacznie stopniowo „połykać” partię Schetyny. Czym to może skutkować? Ewidentnym wzrostem antagonizmów między obydwiema formacjami opozycyjnymi. Droga do antyrządowej jedności wydłuży się.

Kto liderem opozycji?

Kto byłby wygodniejszy dla Prawa i Sprawiedliwości jako lider opozycji: była partia rządząca czyli PO czy tez „dziewicza” Nowoczesna. Wbrew pozorom nie będzie tu wcale jednoznacznej odpowiedzi. Platforma jako główna alternatywa ma wielki plus dla rządzącej centroprawicy: PO jest zużyta ośmioma latami władzy i afer, ludzie o tym pamiętają i długo pamiętać będą. Taka opozycja byłaby dla PiS wygodna przez lata. Z drugiej jednak strony formacja Schetyny i Siemoniaka ma realne struktury, doświadczenie i znajomość politycznej kuchni ‒ a to wszystko przydaje się zwłaszcza wtedy, gdy partię czeka „długi marsz”. Nowoczesna ma atut świeżości, nie pobrudziła się rządzeniem i skandalami, może demagogicznie operować pseudoargumentem skierowanym nie tylko przeciw PO, ale i PiS: „oni już byli”. To jej wartości dodane. Ale są też minusy: nieprzytomny ciąg na medialną „bramkę” lidera partii, co dawno przekroczyło już granice śmieszności i obfituje licznymi memami, a te niedawno pogrążyły choćby Komorowskiego czy kompromitujące błędy z zakresu historii lub językowe (brytyjski premier „Kamerun”… Itd., itp.). Dodajmy kompletny brak politycznego doświadczenia i umiejętności politycznej gry. Tego się oczywiście można nauczyć, tylko czy panu Petru starczy czasu do najbliższych wyborów? Nie jest to oczywiste. Zaś porównanie praktycznej „policy-making” Jarosława Kaczyńskiego oraz lidera Nowoczesnej może przypominać ‒ proszę wybaczyć drastyczne porównanie – zderzenie pociągu z trabantem. Dla najmłodszych czytelników wyjaśnienie: ów trabant to kieszonkowy samochód (nazywany „mydelniczką”) produkowany w dawnej NRD czyli wschodniej Niemieckiej Republice Demokratycznej, napędzany mocą silnika zaledwie od 18-26 KM.

Presja zewnętrzna – ostatnia nadzieja opozycji

Zachodni nieprzyjaciele polskiego rządu będą wymuszać na liderach obu partii opozycyjnych nie tyle współpracę, co zapewne formalne zjednoczenie tylko w tym upatrując szansy na pokonanie PiS. Skądinąd pamiętam, jak wysłannicy EPP ‒ Europejskiej Partii Ludowej namawiali mnie, jako ówczesnego prezesa Zjednoczenia Chrześcijańsko- Narodowego do „jednolitego frontu wyborczego” i łączenia sił przeciw postkomunistycznej lewicy ‒ było to po wielkiej wiktorii SLD w 1993 roku. I pamiętam swoją niechęć nie tyle do ‒ dość oczywistego ‒ zjednoczenia prawicy, ale do tej metody „zewnętrznego” porządkowania sceny politycznej w Polsce. Takie „importowane” scenariusze mnie raziły. Czy będą razić również Schetynę i Petru? Wątpię.

Tu rodzi się bardziej generalne pytanie: na ile, parafrazując Cypriana Kamila Norwida, Polska będzie „kłaniać się okolicznościom” zewnętrznym? Na ile naciski Unii Europejskiej, agencji ratingowych, być może też Komisji Weneckiej, a na pewno międzynarodowych ‒ nie tylko europejskich przecież ‒ mediów okażą się skuteczne wobec polskiej władzy i polskiego społeczeństwa? Zakładam, że wobec władzy ‒ nie. A czy Polacy ulegną międzynarodowej presji w obronie traconych wpływów politycznych i interesów ekonomicznych? Takie jest podstawowe założenie scenariusza opozycji i establishmentu. Takie same maja nasi zachodni „przyjaciele”. Nasz naród szczególną wagę przywiązuje do tego, jak nas widzą zagranicą. Czy nas tam lubią? Czy doceniają? A co mówią o Polsce? O tym doskonale wiedzą przeciwnicy nowej ‒polskiej ‒władzy: i ci wewnętrzni, i ci zewnętrzni. Dlatego właśnie na tym „fortepianie” opinii międzynarodowej tak mocno grają. Czy będzie to skuteczna gra? To zależy już od samych Polaków, naszych możliwości radzenia sobie z taką presją i naszej też samooceny. Bo czy rzeczywiście na nasze samopoczucie, poczucie narodowej dumy i narodowej siły muszą mieć wpływ (aż taki) czynniki zewnętrzne?

Wszystko w polskich rękach

Póki co, mówiąc metaforycznie, w wojnie z polskim rządem i prezydentem nie liczą się, podzielone i nie mające planu bitwy, krajowe oddziały ‒ nacierają natomiast pułki zaciężne. I należy nauczyć się z tym żyć. Przywyknąć, że będzie to prawdopodobnie „stały fragment gry”. Póki co to właśnie ta „interwencja zewnętrzna”, „sojusznicza pomoc”, choć bez czołgów na ulicach, jest główną nadzieją słabej merytorycznie (póki co) i skłóconej opozycji. Tyle, że ta międzynarodowa presja uruchomiona została tak wcześnie i wokół tematu tak mało chwytliwego dla normalnych Polaków (Trybunał Konstytucyjny), że wydaje się, iż na razie „spalono” ‒ w sensie efektywności wobec społeczeństwa ‏‒ ten instrument. A jednak cały czas będzie on używany.

Dziś opozycja i „elyty” medialno-biznesowe walczą w obronie traconych stołków (ten sam establishment gra też na Petru, więc niech się nie obrusza i nie udaje niewiniątka, że o niego to na pewno nie chodzi). Są zatem mało wiarygodne dla przeciętnego Kowalskiego i Nowakowej. Tak nie musi być zawsze. Jednak rząd na razie zyskał na czasie. Może, a w zasadzie musi go wykorzystać na realizację swoich głównych obietnic. Gdy tak się stanie, nawet zjednoczona i poważniejsza ‒ w wymiarze własnych inicjatyw legislacyjnych i intelektualnie ‒ opozycja będzie miała poważny orzech do zgryzienia. Ale ich ból (sic!) głowy to nie nasz ból głowy.

Oczywiście możliwe są też pesymistyczne scenariusze. Jednak czy będą one miały szansę zaistnieć zależy wyłącznie od umiejętności ministrów z PiS, pracy posłów Prawa i Sprawiedliwości oraz sukcesów gabinetu Beaty Szydło i prezydenta Andrzeja Dudy. Wszystko w naszych rękach.

* Artykuł ukazał się w ” Gazecie Polskiej Codziennej” 22.02.2016