Konformiści: od kamienia łupanego do europarlamentu

“Nowe Państwo”

Czarnecko to widzę…

Już za okresów dawno minionych: kamienia łupanego, malarstwa naskalnego, gospodarki zbieraczy, gospodarki łowców osobnicy słabsi genetycznie nie próbowali być samcami alfa i przyjmowali rolę konformistów. Trwało to długo, bardzo długo. Dopiero w czasie Wielkiej Rewolucji Francuskiej (przez tradycjonalistów i konserwatystów zwanej słusznie Wielka Rewolucją Antyfrancuską) zażądano od konformistów dodatkowej lojalności w postaci tańczenia wokół gilotyny. Z tymi fanaberiami dopiero Napoleon zrobił porządek. Też dyktator, ale jakże pragmatyczny.

Po blisko wieku powtórzyła się historia i konformiści musieli się wykazać dodatkowymi predyspozycjami. Chodziło tym razem już nie tylko o umiejętności choreograficzne, które mogły im wystarczyć sto lat wcześniej w czasie okołogilotynowych pląsów (skądinąd to nie przypadkiem nazwa „gilotyna” narodziła się we Francji od nazwiska Josepha Guillotina). Tym razem konformiści – oczywiście w trosce o życie, zdrowie i możliwości twórcze – musieli się wykazać również talentami wokalnymi, piejąc: „O Wodzu Narodów Radzieckich Stalinie”. Nieco późniejsza wersja „priwislanska” brzmiała: „Sto lat” dla towarzysza Wiesława. Dla młodych, którzy nie pamiętają: towarzysz Wiesław to pierwszy sekretarz Władysław Gomułka, tak jak towarzysz Tomasz to jeden z jego poprzedników, zmarły w Moskwie pierwszy sekretarz Bolesław Bierut.

Skończyły się tamte czasy, minął „okres błędów i wypaczeń” – konformiści zostali. Skądinąd to był zabawny eufemizm z tymi „błędami i wypaczeniami”, bo przecież chodziło, mówiąc wprost, o mordowanie i torturowanie elity Narodu, zabieranie ludziom majątku, wyrzucanie ze studiów i pracy, „wilcze bilety” dla „nieprawomyślnych”. Także zresztą eufemizmem było określenie „stalinizm”, tak jakby sugerujący, że całe zło komunizmu to tylko Stalin. Gruzina Stalina (albo Osetyńca – spór trwa) szlag trafił, a komuna została ku przerażeniu milionów ludzi na świecie. Ciekawe zresztą, że akurat w PRL zaostrzenie kursu wobec Kościoła Katolickiego nastąpiło właśnie po śmierci Stalin: prymasa Wyszyńskiego aresztowano przecież już po pogrzebie Generalissimusa Józefa Wisarionowicza.

Konformiści byli, są i będą. Mądry jednak naród nie czyni z konformistów elit polityczno-intelektualnych czy artystycznych, a z konformizmu głównego drogowskazu i ideologii wspólnoty narodowej.

Piszę te słowa w Strasburgu, na 12 pietrze Parlamentu Europejskiego. Piszę z gmachu, gdzie konformizmem jest bronić praw wszelakich mniejszości – poza religijnymi. A mówiąc ściślej: poza chrześcijanami. Nawet muzułmanów broni się tu bardziej żwawo niż religii, która ukształtowała Stary Kontynent. Nie oczekiwałbym zbyt gorliwej obrony ludzi wierzących od liberałów, lewicy (socjalistycznej czy postkomunistycznej). Ale można tego wymagać od przedstawicieli tych partii, które określane są jako „chrześcijańsko-demokratyczne”. Gdy słyszę pokrętne wywody europosła z hiszpańskiej partii Partido Popular (Partii Ludowej), historyka sztuki, który broni wolności sztuki rozumianej jako możliwość spektakularnego obrażania chrześcijan (katolików) poprzez dzieła, o których za parę lat nie wspomni pies z kulawą nogą, nie mające żadnej rangi artystycznej, a ich jedynym uzasadnieniem jest to, że są prowokacją antychrześcijańską – to jest mi po prostu wstyd. Takie zażenowanie, ogarniające mnie w tych europarlamentarnych sytuacjach, nie jest, niestety, czymś sporadycznym.

Rozumiem konformistów z okresu kamienia łupanego, bo oni po prostu chcieli przeżyć. Ale jak usprawiedliwić konformistycznych polityków, którzy za pozory poklasku i złudzenie akceptacji klasy politycznej czy medialnej „głównego nurtu” (zwanego też „mętnym nurtem”) wyrzekają się tego, w co wierzyli ich dziadkowie, rodzice, do niedawna może i oni sami, a na pewno jeszcze wierzy duża część ich wyborców?