Erewań: małżeństwo z Rosją, romans z Zachodem

(korespondencja z Armenii)

Jeden z wpływowych polityków ormiańskich opowiadał mi ostatnio następujący dowcip polityczny. Samolotem leci trzech prezydentów: Bush, Putin i były prezydent Armenii Robert Koczarian. Następuje awaria samolotu, który zmierza do niechybnej katastrofy. Przychodzi z tą wiadomością kapitan, jednocześnie informując, że jest tylko jeden spadochron. Na to Bush: „jestem prezydentem demokratycznego państwa i uważam, że powinniśmy rozstrzygnąć komu przypadnie jedyny spadochron poprzez demokratyczne wybory”. Pozostali zgodzili się. Tylko prezydenci maja prawo głosu. Każdy z tej trojki zagłosował. Podają wyniki głosowania: Bush ‒ 1 głos, Putin ‒ 1, Koczarian ‒ 32…”. Ów polityk, opowiadając mi ten dowcip, zaśmiewał się. Jego koledzy ‒ w tym dwóch szefów ważnych komisji parlamentu ‒ też rechotali zgodnie. Mnie jakoś było mniej radośnie ‒ choć doceniałem autoironię.

W ciągu niespełna dwóch ostatnich lat jestem w tym najmniejszym kraju Kaukazu Południowego po raz czwarty. I wiem, że zakres moich obowiązków w prezydium europarlamentu ‒ polityka wschodnia ‒ będzie przyczyną moich co najmniej dwóch kolejnych wizyt w Armenii w najbliższym kwartale.

Wydmuszka Euroazjatycka

Sytuacja ekonomiczna tego najstarszego chrześcijańskiego państwa świata jest dramatyczna. Bo Erewań to membrana Moskwy. Gospodarcza zapaść Rosji promieniuje natychmiast na Armenię. Bo jednym z głównych źródeł armeńskiego budżetu są przekazy pieniężne setek tysięcy Ormian pracujących w Federacji Rosyjskiej. Kryzys w Moskwie to strata miejsc pracy, a przynajmniej gorsze zarobki. To oznacza, że z rzeki ormiańskich pieniędzy z Rosji robi się ledwie ich strumyk. Erewań chwieje się w ekonomicznych podstawach, mimo wielkiego czarnego rynku, który istniał tu nawet w czasach najsurowszego komunizmu. Żadne hokus-pokus w postaci Unii Euroazjatyckiej tu nie pomogą.

Gdy od ministra spraw zagranicznych Edwarda Nalbandiana słyszę, że do owej Unii ‒ będącej niewątpliwie próbą ułomnej odpowiedzi na integrację europejską ‒ wpisał się Kirgistan, co projekt ten znacząco poszerza, to myślę sobie, że taka propaganda nie jest nadmiernie finezyjna. Cóż bowiem po kraju z maleńkim budżetem oraz PKB na głowę mieszkańca znacznie mniejszym niż PKB per capita obywatela Białorusi? Ta Unia Euroazjatycka w kontekście katastrofy gospodarczej w Rosji od początku sprawia wrażenie wydmuszki. Wydmuszki z armeńskim ‒ nolens volens ‒ wkładem. UEA to bękart ZSRR. Kusi mnie, żeby zacytować moim ormiańskim partnerom Gogola: „jedno jeszcze nie umarło, drugie jeszcze się nie narodziło ‒ ale jedno i drugie zagraża żyjącym”.

Wysiąść na przystanku: „Rosja”

Piątkowe, wczesne popołudnie. Długie, godzinne spotkanie z prezydentem Serżem Sarkisjanem. Trzecie już, ostatnie miało miejsce we wrześnio zeszłego roku tuż potem, gdy Armenia raptownie zawróciła z drogi do Europy, wysiadając na przystanku „Rosja”. Nie ujawnia się takich rozmów. Ale z każdym ormiańskim politykiem dziś rozmawia się nie o Traktacie Lizbońskim czy „Europie dwóch prędkości”, lecz o Górskim Karabachu, Azerbejdżanie, Turcji czy zbliżających się (kwiecień 2015) obchodach setnej rocznicy rzezi Ormian.

Skądinąd na tych uroczystościach przedstawicieli Ankary nie będzie. Szkoda. Lekka odwilż w relacjach armeńsko-tureckich nastąpiła w wyniku tzw. dyplomacji futbolowej. Pretekstem był mecz piłkarski pomiędzy reprezentacjami obydwu państw. Ówczesny prezydent Turcji Gul przyjechał do Erewania na zaproszenie Sarkisjana. Omal, po jakimś czasie, nie doszło do podpisania „Memorandum of understanding”, ale w ostatniej chwili wycofała się Ankara. Podobno pod wpływem Azerbejdżanu. W oczywisty sposób obchody ludobójstwa Ormian nie służą przełamaniu lodów, ale w pewnej perspektywie czasowej nie wykluczałbym takiego zwrotu, jaki wydarzył się teraz w relacjach miedzy Armenią a Iranem. Nie zważając na wielowiekowe ‒ głownie przykre ‒ zaszłości, Erewań podpisał z Teheranem stosowne memorandum. Co skądinąd świadczy, że Irańczycy ‒ śladem dawnych Persów ‒ chcą odgrywać bardzo ważną rolę w tym regionie świata.

Kaukaz Południowy: renesans zainteresowania

Nie oni jedyni. Poza konsekwentną – kontynuowaną mimo gospodarczej katastrofy – polityką Rosji, która sprowadziła ze „złej” , europejskiej drogi Armenię, wywierała i wywiera silną presję na zmianę orientacji geopolitycznej po-Sakaszwilowskiej Gruzji oraz jest o krok od zneutralizowania Azerbejdżanu, wyraźnie widać też renesans zainteresowania USA tym regionem. Przynajmniej w porównaniu z pierwszą kadencją Obamy, którą sprowadzić można w tym kontekście do określenia splendid isolation. Dodajmy do tego wyraźne zwiększenie aktywności Turcji, nie tylko zresztą na Kaukazie Południowym, ale szerzej: w niemal wszystkich dawnych republikach sowieckiej Azji. Krytykowana za pasywność Unia Europejska też ma swoje sukcesy, bo jednak dosłownie w przeddzień mojej wizyty w Armenii Parament Europejski gościł prezydenta tego kraju Giorgia Margwelaszwilego (miałem z nim wspólna konferencję prasową i oficjalne spotkanie w imieniu PE) oraz przegłosował umowę stowarzyszeniową z Tbilisi, której Gruzja – mimo nacisków rosyjskich – jednak nie odpuściła.

Armenia, jak się mówi, rządzi „klan z Nagorno-Karabach”, czyli spolszczając z Górskiego Karabachu. To stamtąd pochodzi prezydent i szereg najbardziej wpływowych ludzi w rządzie (resorty siłowe), ale też w parlamencie. Poprzedni szef jednoizbowego parlamentu ‒ Howik Abrahamian został teraz premierem. Poprzedniego premiera Tigrana Sarkisjana, uważanego za najbardziej proeuropejskiego polityka w tym kraju „zesłano” na ambasadora w USA, gdzie skądinąd istnieje duża i wpływowa ormiańska diaspora. Nowym szefem parlamentu (Zgromadzenia Narodowego) jest Galust Sahakian. Spotkałem się z nim, jak też z szefami komisji: Spraw Zagranicznych Artakiem Zakarianem, który jest także szefem delegacji Armenii do Zgromadzenia Parlamentarnego EURONEST (UE ‒ Partnerstwo Wschodnie); Współpracy Parlamentarnej UE ‒ Armenia (a jednocześnie szefem delegacji Armenia-Izrael) Samuelem Farmanianem, Samorządu Terytorialnego Stepanem Margarianem, a także posłami z rożnych opcji politycznych. W Armenii bowiem rośnie w siłę opozycja. Do wyborów co prawda jeszcze trzy lata, ale już teraz w Erewaniu odbyła się wielka, jak na tutejsze warunki, bo 20-tysięczna demonstracja zorganizowana przez partię „Prosperous Armenia”. Ugrupowanie to kierowane jest przez jednego z najbogatszych Ormian, właściciela słynnej wytworni brandy i koniaków oraz kilku luksusowych hoteli Gaika Carukiana. To właśnie o nim mówi się jako o poważnym kandydacie na przyszłego prezydenta w sytuacji, gdy Serż Sarkisjan zakończy swoją drugą kadencję. Pytanie tylko czy w międzyczasie Armenia – wzorem Rosji i Ukrainy ‒ nie zmieni ustroju politycznego z prezydenckiego na parlamentarno-gabinetowy? W Erewaniu mówi się, że w tej sytuacji tak, jak w Rosji Putin z prezydentury przeszedł na funkcję premiera, Sarkisjan ze stanowiska prezydenta przejdzie na stanowisko na razie mało politycznie istotne czyli przewodniczącego parlamentu.

Zakończę metaforą. Armenia podjęła decyzję o wejściu do moskiewskiej Unii Celnej oraz rosyjskiej Unii Euroazjatyckiej, traktując to jako małżeństwo z rozsądku, jeśli nie z konieczności. Unia Europejska czy szeroko rozumiany Zachód jawi się jako atrakcyjny kochanek. Zapewne teraz, w ramach równoważenia formalnych decyzji geopolityczno-ekonomicznych Armenia będzie eksponować kontakty z kochankiem, tak jak uczynił to już inny, znacznie zresztą bogatszy, członek obu tych prorosyjskich organizmów – Kazachstan – podpisując niedawno coś na kształt porozumienia o współpracy ekonomicznej z Brukselą. Poza przykładem Astany, dla Erewania drogowskazem może być też Mińsk, również przecież całkowicie uzależniony militarnie i gospodarczo od Moskwy, który teraz stara się demonstrować – we własnym interesie ‒ większe otwarcie na Zachód.

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej” (14.01.2014)