Polski cyrk, światowa normalność

logo-GP

Właśnie mijają 22 lata, gdy po raz pierwszy ‒ oficjalnie ‒ obserwowałem wybory poza własną ojczyzną. Był listopad 1992. Na zaproszenie ACYPL (American Council of Young Political Leaders) pojechałem obserwować „jak to się robi w Ameryce”. Oglądałem pasjonującą kampanię, mechanizmy wyborcze i w końcu spektakularne zwycięstwo Billa Clintona, który przerwał dwunastoletnią hegemonię Republikanów. Od tego czasu, przez te ponad dwie dekady, widziałem wybory na czterech kontynentach, w kilkunastu krajach. Były to zarówno państwa przykładnej demokracji ‒ jak poza USA, Wielka Brytania (maj 1997, wybory do House of Common na zaproszenie Partii Konserwatywnej) oraz Królestwo Danii (wrzesień 1994, wybory do Folketinegetu na zaproszenie tamtejszego MSZ). Byłem też w państwach, które dopiero raczkowały na drodze do demokracji parlamentarnej. Wymienię tytułem przykładu: w Kosowie, gdy ten kontrowersyjny dla wielu kraj wybijał się na niepodległość właśnie kartką wyborczą, ale też i w sąsiedniej Albanii, również muzułmańskiej. Obserwowałem dwukrotnie wybory w Gruzji i też dwukrotnie w sąsiedniej Armenii. Żeby dopełnić tej południowo-kaukaskiej wyborczej geografii- widziałem też elekcję w Azerbejdżanie. Dwukrotnie monitorowałem wybory w afrykańskiej Mauretanii, ale też w położonym na końcu świata (leci się tam najłatwiej przez… Australię), katolickim ‒ choć sąsiadującym z islamską Indonezją ‒ Timorem Leste. To po prostu Timor Wschodni, mówiąc po naszemu. Tam widziałem ‒ jak w wielu zresztą innych krajach ‒ długie, cierpliwe kolejki do urn, ale akurat w Timorze Wschodnim stało w nich masę dzieci. Zdziwiony zapytałem: o co chodzi? Okazało się, że prawo do głosowania posiada się tam od 17 roku życia, a Timorczycy wyglądają jednak młodziej niż Amerykanie czy Europejczycy, stąd miałem wrażenie jakbym obserwował kolejkę do szkolnej stołówki.

W Autonomii Palestyńskiej, gdzie byłem obserwatorem wyborów z ramienia europarlamentu, rozdawano, przynajmniej w niektórych regionach, kamizelki kuloodporne. Ja akurat byłem w Hebronie, gdzie wbrew pozorom nie należało się obawiać ‒ przynajmniej akurat wtedy ‒ walk Żydów z Palestyńczykami, ale przeciwnie: batalii żydowsko-żydowskiej z udziałem osadników, przeważnie bardzo religijnych z żołnierzami z armii izraelskiej.

Były też wybory, na które nie dotarłem, bo nie wpuścili mnie spadkobiercy NKWD na granicy. Chodziło o Białoruś (wybory prezydenckie w 2006 ). Pogranicznicy wygarnęli mnie w pociągu do Brześcia, pilnie strzeżony posiedziałem trochę w towarzystwie żołnierzy z automatami i wróciłem na ojczyzny łono szybciej niż myślałem.

Największe doświadczenie mam jednak ‒poza Kaukazem Południowym – gdy chodzi o wybory na Ukrainie. Pierwszy raz byłem tam w 2002 roku, już nie jako poseł, ale jeszcze nie jako europoseł. Szacher-macher przy urnach był ewidentny. Były to wybory parlamentarne. Po kolejnych dwóch latach, w wyborach prezydenckich szacher-macher był znów, ale Ukraińcy nie chcieli się z tym pogodzić i uznać, że są szaleńcami skoro nie akceptują wyniku wyborów. I nie uznawali go. Dopatrywania się ewidentnych oszustw wyborczych nie nazywali podnoszeniem ręki na państwo. Nie dali się wtedy ogłupić nachalnej propagandzie mediów i ówczesnemu prezydentowi Leonidowi Kuczmie, który – choć sam nie brał udziału w wyborach – to miał wszak interes, aby zakonserwować ówczesny układ władzy. Potem byłem jeszcze na Ukrainie szereg razy. Ostatnio podczas wyborów prezydenckich (2009), parlamentarnych (2012) i wreszcie znowu parlamentarnych (2014). I muszę ze smutkiem i niejako z zazdrością przyznać, że na Ukrainie jest progres, postęp, od całkowitych fałszerstw do normalności. Szkoda, że u nas zupełnie na odwrót…