Ivy – pierwszy spin

“Nowe Państwo”

Czarnecko to widzę…

Czytam w polskiej prasie zachwyty ‒ lub wręcz przeciwnie ‒ nad propagandą Tuska, Kopacz, rządu, itp., itd. Eksperci analizują rzekomo nowatorskie sztuczki i inne PR-owskie figle. Uśmiecham się. Przecież wszystko to już było. Spece od rządowej propagandy, uprawianej za pieniądze polskiego podatnika, tak naprawdę tylko powielają różne chwyty, które inni już dawno wymyślili. Tak, jak wtórny był sztab Tadeusza Mazowieckiego ‒ kandydata na prezydenta RP w 1990 roku, gdy ówczesnemu premierowi wymyślono hasło „Siła spokoju”, a było ono przecież ściągnięte żywcem z pierwszej kampanii prezydenckiej Francoisa Mitterranda. Ten późniejszy dwukrotny prezydent Francji wygrał wybory operując sloganem: „Spokojna siła”.

Ojcem współczesnego marketingu politycznego jest człowiek, którego równą 80-tą rocznicę śmierci obchodziliśmy dopiero co (8 listopada). Ten pierwszy w dziejach „spin doktor” urodził się w USA, w stanie Georgia w 1877 roku. Ukończył prestiżowy Princeton, a potem był dziennikarzem w New York Times i New York World. Ożenił się w wieku 24 lat, a po ośmiu latach miał już trójkę dzieci. Dla światowego PR na szczęście w tamtym czasie reporterzy byli słabo opłacani i stąd, aby utrzymać pięcioosobową rodzinę, Ivy Ledbetter Lee ‒ czas ujawnić w końcu nazwisko tego pioniera propagandy ‒ zaczął pracować w kampanii Setha Lowa w trakcie, gdy ten skutecznie walczył o fotel burmistrza Nowego Jorku.

I. L. Lee nie był od początku geniuszem PR: w 1904 roku mimo jego pomocy sędzia Alton B. Parker przegrał wybory na prezydenta USA z Teodorem Rooseveltem. Zaraz potem założył z byłym dziennikarzem Georgem F. Parkerem firmę Public Relations, którą nazwali swoimi nazwiskami. Mottem firmy było: „Dokładność, Autentyczność i Interes”.

Ivy jako pierwszy uznał, że najlepszą metodą jest nie tyle ukrywać złe wydarzenia, lecz przeciwnie pokazywać je, jednocześnie kontrolując przekaz („narrację”). Tak było, gdy wybronił z tarapatów magnata kolejowego Goerge’a F. Baera. Po katastrofie pociągu Ivy Lee nie tylko poinformował dziennikarzy o tym co się stało, ale ‒ rzecz szokująca na tamte czasy ‒ zaprosił ich na miejsce dramatu. Media to „kupiły”.

Gorzej poszło mu, gdy reprezentował właścicieli kopalni antracytu. Ojca amerykańskiego PR-u oskarżono wtedy o wówczas o uprawianie zwykłej propagandy. Tymczasem to, co wówczas robił Mr Lee było formą delikatnej perswazji w porównaniu z chamską, łopatologiczną propagandą jego następców w Europie i USA przez następne stulecie. Ale właśnie wtedy wymyślił Declaration of Principles. Owa Deklaracja Zasad jest przez wielu uważana za przełom w branży PR.

W czasie wielkiego górniczego strajku Lee skutecznie zasugerował właścicielom kopalń „ucieczkę do przodu” przez przeproszenie górników i podwyżkę ich pensji co spowodowało, że media mówiły głównie o tym, a nie o śmierci górników brutalnie spacyfikowanych przez policję. Dzięki sławie wówczas zdobytej zatrudnił go najbogatszy Amerykanin John D. Rockefeller. Amerykański milioner miał fatalną reputację – ale Ivy dokonał cudów. Rockefeller wystąpił w filmiku (dziś nazwalibyśmy to spotem): grał w nim w golfa i … rozdawał dzieciom dziesięciocentowe monety. Przez następne niemal ćwierć wieku do śmierci magnata amerykańskich finansów w 1937 roku wszyscy Amerykanie wspominali kultowe dziesięciocentówki Rockefellera i mało już kto chciał pamiętać o masakrach robotników, łamaniu strajków i niszczeniu związków zawodowych.

W czasie I wojny światowej, gdy było, jak nigdy dotąd, tak wielu rannych i zaginionych ‒ i w związku z tym kluczową rolę odgrywała organizacja Czerwonego Krzyża ‒ I. L. Lee został asystentem szefa Amerykańskiego Czerwonego Krzyża i brylował w mediach.

Pod koniec życia podejrzewano go, że po cichu doradzał Związkowi Sowieckiemu, dążąc do poprawy relacji handlowych między Moskwą a Waszyngtonem. Do tego sugerowano, że współpracował, ze słynną firmą I. G. Farben w hitlerowskich Niemczech. Obu oskarżeń nigdy jednak nie udowodniono.

Spin doktorzy III RP mogliby mu czyścić buty.