Bahrajn czyli prawdziwe wybory w islamie

logo-GP

Geopolityka

Chciałbym, aby Polska nie była ani drugą Japonią, ani drugą Irlandią tylko… drugim Bahrajnem. Przynajmniej, gdy chodzi o wybory. Mówię śmiertelnie poważnie. Miałem okazję w tym niewielkim kraju nad Zatoką Perską obserwować wybory do parlamentu i jednocześnie lokalne. Odbyły się one dokładnie 6 dni po naszych samorządowych. Gdy je kończono ‒ aby następnego dnia podać wyniki! ‒ akurat PKW w Polsce podawała rezultaty elekcji sprzed blisko 150 godzin. To porównanie Rzeczypospolitej z krajem, który parlament ma raptem od 2001 roku wypada dla nas fatalnie. Mimo, że Bahrajn jest, gdy chodzi o demokrację, jak powiedział mi tamtejszy ambasador brytyjski, zresztą Szkot, Iain Lindsay, niczym „little baby”.

Komisje wyborcze na… lotnisku i w centrach handlowych

Skoro w Manamie czyli stolicy kraju w lokalach wyborczych widziałem przezroczyste urny, to niby dlaczego takich być nie może w Warszawie, Wrocławiu czy pod Poznaniem? Skoro tutaj ‒ bo piszę te słowa jeszcze w Bahrajnie ‒ można było zrobić osobne urny dla wyborów municypalnych (z zielonym wiekiem) i osobne do parlamentarnych (z wiekiem czerwonym) to dlaczego nad Wisłą, Wartą i Odrą w ostatnich wyborach wrzucaliśmy karty do głosowania na cztery(!) rożne szczeble władzy lokalnej do jednej, oczywiście nieprzezroczystej, urny? Czemuż to, czemuż w egzotycznym, islamskim Bahrajnie władze robiły wszystko, aby zwiększyć frekwencję wyborczą, a u nas wręcz przeciwnie? Warto nad tą ostatnią sprawą się zatrzymać. Byłem obserwatorem na wyborach parlamentarnych i prezydenckich w kilkunastu krajach na trzech kontynentach, ale takiej pomysłowości w ściąganiu obywateli do urn jeszcze nie widziałem. Lokale wyborcze umieszczono w dwóch największych galeriach handlowych w stolicy kraju. Ludzie przychodząc tam z rodzinami na weekendowe zakupy, restauracji czy kina ‒ zupełnie jak w Polsce, to znamię współczesnej cywilizacji ‒ szli zagłosować. Skądinąd mógł tu zadziałać instynkt stadny: stały tam długie kolejki do urn… Spędziłem tam sporo czasu i widziałem ludzi, którym zależało na oddaniu głosu, bo mimo sprawnej pomocy członków komisji wyborczej trzeba było tam odstać co najmniej godzinę. Ale zagłosować można było w wyborczą sobotę także… na lotnisku pasażerskim albo przed mostem króla Fahda, imponująco długim (26 km) łączącym Bahrajn z zaprzyjaźnioną Arabią Saudyjską. Tam właśnie tłumy obywateli tego niewielkiego królestwa (1,35 miliona mieszkańców w tym roku) co weekend udają się do sąsiada przez Zatokę Perską. Władzom zależało na frekwencji ze szczególnego powodu: radykalnie islamistyczna proirańska opozycja wezwała do bojkotu wyborów nie będąc w stanie ich wygrać.

Część bahrańskich wyborców, zwłaszcza wiekowych to ludzie nie umiejący czytać ‒ im pomagali członkowie komisji. Ale generalnie zadbano o maksymalna prostotę: karty do głosowania były w dwóch kolorach, zielonym i czerwonym, identyczne kolory umieszczono na urnach – tak, aby wszyscy odróżnili wybory do ichniego parlamentu i do samorządu. Frekwencja była znana już w nocy po glosowaniu, wyniki następnego popołudnia. Oczywiście liczba ludności jest nieporównywalna, ale chodzi wszak o system i wolę polityczną ‒ mam wrażenie, że w ostatnich wyborach w Polsce nie było ani jednego, ani drugiego. Kampania profrekwencyjna u nas w zasadzie nie istniała: zapewne władza przeliczyła, że niska frekwencja opłaci się tym razem koalicji rządowej. U nas ‒ sam udział w wyborach był obojętny z punktu widzenia państwa, w Bahrajnie świadczył o utożsamianiu się z państwem.

Szyici kontra sunnici

Znajomy Brytyjczyk, jeden z 10 tysięcy poddanych Jej Królewskiej Mości, mieszkających w tym państewku, które niepodległość uzyskało dopiero w 1971 roku (odrywając się od Wielkiej Brytanii skądinąd) powiedział mi, że Bahrajn to kraj, w którym cudzoziemcowi najtrudniej nauczyć się arabskiego. Dlaczego? Bo 95 proc. mieszkańców mówi po angielsku. Zresztą w Zatoce Perskiej tych, dla których to język ojczysty jest mnóstwo: w samym tylko Katarze żyje 100 tysięcy obywateli Zjednoczonego Królestwa. W języku tym mówią niby wszyscy, ale przewodniczący Zjednoczonego Zgromadzenia Narodowego dr A. Latif Mahmud Al Mahmud na pewno nie. To jeden z wielu polityków, których tu spotkałem. Wszystkich ich łączy lojalność do rodziny królewskiej. Królewskiej, bo od 2001 roku panuje tu już nie emir, a król Hamad ibn Isa Al Chalifa. Nie należy mylić go z najdłużej na świecie urzędującym premierem ‒ 43 lata! ‒ choć szef rządu nazywa się z naszego punktu widzenia bardzo podobnie: Chalifa ibn Salman Al Chalifa. Jest on, jak cala niemal elita tego kraju, muzułmaninem – sunnitą. Ludność natomiast w większości jest szyicka. To, co nie przeszkadzało latami, teraz stało się nagle bardzo ważne i jest cynicznie rozgrywane zarówno przez sąsiedni Teheran, jak i rodzimych fundamentalistów.

Oczywiście walki między szyitami i sunnitami, to ogniska zapalne w wielu krajach świata arabskiego, ale tak dotąd w Bahrajnie nie było. Sympatyczna Sawsan Taqawi, dotychczasowa przewodnicząca Komisji Spraw Zagranicznych, Komisji Obrony i Bezpieczeństwa Narodowego Izby Reprezentantów mówi mi, że jej 16-letni syn dopiero od niej dowiedział się, że mama jest szyitką i musiała mu tłumaczyć, że to nieprawda, że szyici to nie muzułmanie. Ta matka czworga dzieci wyszła za mąż jako studentka w wieku 18 lat, a jej przyszły mąż na pierwsze spotkanie umówił się poprzez… jej rodziców. Składając wizytę w ich domu i zapowiadając, że chce się z nią ożenić… To rzeczywiście obyczaje inne niż te europejskie. Ale małżeństwo ma niemal ćwierć wieku i całkiem dobrze się ma.

Jak jednak zinterpretować, że pani Taqawi, ale także również chociażby inny dotychczasowy członek parlamentu z władz Izby Handlu i Przemysłu Al Hakim Szammary nie kandydowali w tych wyborach. Jak to interpretować? Tym bardziej, że szefowa prestiżowej komisji zajmującej się polityką międzynarodową i kwestiami obronności zapowiada start za 4 lata. Oboje jednak chętnie tłumaczą nam teraz zawiłości polityki wewnętrznej Bahrajnu. Oboje zresztą ubrani są w tradycyjne stroje: ona z obowiązkową chustą na głowie, on w białej szacie zwanej thobe też z charakterystycznym nakryciem głowy (kefija? i służący do jej utrzymania agal) . I choć widziałem kobiety, zwłaszcza młodsze bez chust na głowie, to nie widziałem żadnej parlamentarzystki tego kraju bez tej obowiązkowej islamskiej chusty.

Ropa i perły

Zastępcą premiera – sunnity Chalifa ibn Salmana Al Chalify jest wicepremier – szyita Jawad bin Salem Al Arrayedh. Gdy go spotykam, gratuluję mu tłumu przy urnach, nic już nie mówię, że zazdroszczę, że te urny są przezroczyste, bo to byłby jednak wstyd dla Polski. Mój rozmówca jest też przykładem długowieczności politycznej: jest wiceszefem rządu ponad dwie dekady. Zresztą w krajach arabskich – pomijając te dotknięte „Arab’ Spring” ‒ funkcjonowanie w polityce wygląda zupełnie inaczej niż w Europie. Tam życie toczy się wolniej, a polityczne kariery trwają dłużej…

Oglądam imponujący, kosztowny budynek, który powstał z okazji ustanowienia w tym kraju parlamentu (przy jednoczesnej zamianie: emir stał się królem czyli wzmocniła się władza monarsza, ale też szczęśliwy był naród skoro dostał władzę ustawodawczą). Bardzo nowoczesna ekspozycja („National Action Charter Monument”) pokazująca historię państwowości, że szczególnym podkreśleniem roli islamu, niewątpliwie wzorowana na podobnych w Europie, USA i Izraelu. Można samemu odtworzyć sobie, głównie niestety w języku arabskim, wystąpienia nie tylko monarchy, ale też i innych polityków. Sporo jest filmów i fotografii, ale też specjalne ekspozycje poświęcone dwom bogactwom narodowym Bahrajnu. Jednym jest ropa naftowa, drugim są perły. Dzięki tym bogactwom stać było króla, aby na owym budynku, gdzie odbywają się wszystkie uroczystości państwowe wyryć w kamieniu nazwiska… wszystkich obywateli Bahrajnu!

Czas podsumować krótką wizytę. Bahrajn to kraj w miarę „łagodnego” islamu. Nasi rozmówcy podkreślają, że chrześcijanie i żydzi mają swoich przedstawicieli w parlamencie, a nawet Żyd z Bahrajnu jest ambasadorem tego raju w Ameryce. Warto też dodać, że chrześcijanka Alees Thomas Samaan w 2005 roku była, co prawda bardzo krótko, symbolicznie, ale jednak wiceprzewodniczącą parlamentu.

Czy Bahrajn stanie się kolejną areną podsycanego z zewnątrz konfliktu między szyitami a sunnitami? Oby nie.