Umiędzynarodowić wyborczy skandal w Polsce

logo

Dziewięć lat temu w Strasburgu w siedzibie Parlamentu Europejskiego prestiżową nagrodę Sacharowa przeznaczoną dla tych, którzy na całym świecie walczą o wolność dostała międzynarodowa organizacja dziennikarska „Reporterzy bez granic”. Pamiętam dobrze tę uroczystość. „Reporterzy” zostali uhonorowani, bo bronili (i dalej bronią) dziennikarzy, którzy w wielu krajach na świecie są cenzurowani, prześladowani, zamykani w więzieniach, a nawet zabijani. Chichot historii polega na tym, że gdy do stolicy Alzacji, do siedziby PE przyjechał doktor Denis Mukwege, laureat tegorocznej nagrody Sacharowa, lekarz i obrońca afrykańskich kobiet, w tym samym czasie jeden z poprzednich laureatów tej nagrody ‒ właśnie organizacja „Reporterzy bez granic” ‒ protestowała przeciwko uwięzieniu w Polsce dwóch dziennikarzy relacjonujących wydarzenia z Państwowej Komisji Wyborczej. To wydarzenie komentowane jest – podobnie jak wejście służb specjalnych do redakcji jednego z tygodników, gdy ujawniona została „afera podsłuchowa” ‒ jako przejaw standardów raczej białoruskich czy rosyjskich niż europejskich.

Utracony kontakt z przyzwoitością

Grupa (frakcja) Europejskich Konserwatystów i Reformatorów jednogłośnie(!) przyjęła projekt rezolucji Parlamentu Europejskiego, która jednoznacznie potępia machinacje wyborcze w Polsce podczas wyborów do samorządów lokalnych. Próbowaliśmy też tą sprawą zainteresować europarlament już dzień wcześniej, wznosząc to jako „urgent” czyli pilny wniosek o zmianę porządku obrad. Okazało się jednak, że ważniejsza od uznania oczywistych faktów była dyscyplina partyjna i np. frakcja EPP (Europejska Partia Ludowa – tam gdzie jest PO i PSL) miała odgórne zobowiązanie wobec swoich europosłów, aby projekt ten odrzucić. Na tym tle, paradoksalne, lepiej zachowali się Zieloni, którzy co prawda naszego wniosku nie poparli, ale przynajmniej w większości wstrzymali się od głosu, a więc przynajmniej nie stracili kontaktu wzrokowego z przyzwoitością.

Ciekawe, że przeciwko temu wnioskowi byli również socjaliści. Pokazuje to skądinąd, że przełożenie SLD na arenie europejskiej jest więcej niż niewielkie, bo przecież ta partia protestowała, wraz z Prawem i Sprawiedliwością, gdy trwał żenujący festiwal PKW. O tyle to dziwna sytuacja, że lewica w Polsce jest w opozycji, a nie u władzy (mówimy o formalnej lewicy), a więc europejscy socjaliści powinni nie mieć hamulców, aby skrytykować przebieg wyborów w Polsce. Skądinąd pamiętam jak ci sami eurosocjaliści byli bardzo skorzy, aby potępiać „łamanie demokracji” w innym kraju członkowskim Unii czyli w rządzonych przez centroprawicę Węgrzech.

Nie trzeba głośno mówić”???

Gdy partia Jarosława Kaczyńskiego postawiła sprawę skandalicznego przebiegu wyborów samorządowych w Polsce na forum Parlamentu Europejskiego, odezwały się głosy oburzonych polityków Platformy krzyczących, że to skandal, iż PiS umiędzynaradawia tę, przecież wewnątrzpolską, sprawę… . Cóż, zapomniał wół, że cielęciem był. Pamiętam, jak w 2006 roku europosłowie PO, wspólnie między innymi z Niemcami, atakowali rząd PiS za to, iż uznał, że Polska nie może być krajem świętych krów i odstępstw dla jednostek od stosowania prawa ‒ i procedurze lustracyjnej, takiej samej dla wszystkich, musi się poddać ś. p. profesor Bronisław Geremek. W Strasburgu odbył się żenujący spektakl – sąd nad Polską, w której rzekomo łamane są prawa człowieka – a konkretnie europosła Bronisława Geremka (Unia Wolności). Wtedy politycy

Platformy, ale też SLD uznali za stosowne „umiędzynarodowić” tę sprawę. Po ośmiu latach standardy PO się widać zmieniły, dzięki czemu mogliśmy oglądać we Francji, w siedzibie Parlamentu Europejskiego cyrk pełen hipokryzji. Cóż, dla obecnej władzy „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Widocznie uznano, że dla bardzo partykularnych interesów władzy i osobistych należy przenieść – to dobre określenie ‒ zmowę milczenia w sprawie wyborów w Polsce AD 2014 na forum międzynarodowe. Pasuje tu, jak ulał, tytuł książki Józefa Mackiewicza „Nie trzeba głośno mówić”. Kolejny chichot historii to fakt, że wniosek EKR został przedstawiony m. in. przez profesora Ryszarda Legutko, który pięć dni przed wyborami samorządowymi w naszym kraju został laureatem właśnie nagrody im. Józefa Mackiewicza.

Wybory jak eurobumerang

Niech nikt nie myśli – nad Wisłą, Odrą czy Wartą, ale też nad Renem czy Sekwaną ‒ że sprawę tę w w europarlamencie odpuścimy. Oczywiście będziemy dalej uparcie ją podnosić na forum międzynarodowym. Zdajemy sobie sprawę, że będą nas spotykały zarzuty identyczne, jak te, które podnoszono w dobie antyPRL-owskiej opozycji w latach 1970. Wówczas komunistyczna propaganda – także potem w stanie wojennym – atakowała opozycjonistów za to, że śmią nagłaśniać na Zachodzie łamanie praw człowieka, ale też, uwaga, fałszowanie wyborów w latach 1980. Dziś, po trzech dekadach widać gołym okiem, że zmieniło się w Polsce wiele, aby nic się nie zmieniło: dalej fałszuje się wybory i dalej słyszymy, że ci, którzy o tym śmią informować Zachód są „gorszymi Polakami” i że to „przejaw braku patriotyzmu”.

Jestem przekonany, że na najbliższej sesji Parlamentu Europejskiego w Strasburgu, już w połowie grudnia, podejmiemy tę kwestię ponownie, mając w ręku silny argument jednogłośnie przyjętego przez grupę Europejskich Konserwatystów i Reformatorów projektu rezolucji w sprawie skandalu wyborczego w Polsce. Poza Polakami poparli ją także Brytyjczycy, Niemcy, Finowie, Duńczycy, Holendrzy, Belgowie, Irlandczycy, Grecy, Czesi, Słowacy, Bułgarzy, Łotysze, Litwini i Chorwaci.

Wiemy, że historia to nas obdzieli racją, a ich ‒ obrońców wyborczych przekrętów – wstydem.