Blog

Polacy narodem wypędzonych

***

Dzień po dniu przybywały do Generalnego Gubernatorstwa pociągi obładowane ludźmi. Niektóre wagony były po brzegi wypełnione trupami.”

(Gubernator Hans Frank na posiedzeniu rządu III Rzeszy Niemieckiej 9 grudnia 1942 roku)

Nie uważam się za wypędzonego. Wypędzeni zostali Polacy, w których domu moi rodzice zostali wtedy zakwaterowani”.

(Prezydent Republiki Federalnej Niemiec w latach 2004-2010, Horst Koehler w wywiadzie dla „Frankfurter Allgemeine Zeitung” 29 grudnia 2007)

Niewątpliwie najlepiej byłoby, gdyby wszystkie elementy nieniemieckie opuściły okręg i na to miejsce przybyli mężczyźni i kobiety ze Starej Rzeszy”

(Gauleiter i namiestnik Rzeszy okręgu Gdańsk – Prusy Zachodnie, Alfred Forster, fragment jego memoriału dla Adolfa Hitlera z lipca 1940)

***

Gdy byłem dzieckiem, moja mama – jako pierwsza – mówiła mi o wypędzonych Polakach. Konkretnie o naszych rodakach wyrzuconych przez Niemców z Poznania. Przenieśli się, wbrew własnej woli, do okupowanej przez tychże Niemców Warszawy. Z deszczu, pod rynnę. Tyle, że w przeciwieństwie do mieszkańców stolicy, ci z dawnej stolicy Polski nie mieli już własnych, rodowych siedzib. Mama i ciocie z przejęciem mówiły też o porywanych polskich dzieciach na Zamojszczyźnie, które potem germanizowano w Rzeszy. Wielu z tych dzisiejszych „Niemców” w ogóle nie ma pojęcia o swoich słowiańskich korzeniach. Tak więc już jako kilkulatek usłyszałem o naszych „wypędzonych”. Wtedy jeszcze, w Polsce przełomu lat 60. i 70. nikt pojęciem „wypędzonych” nie obejmował żadnych tam Niemców. Zarezerwowane było ono w sposób oczywisty dla samych Polaków.

O Polakach wypędzonych przez okupantów w okresie drugiej wojny światowej i już po niej napisano niemało. Zwracam uwagę jednak na specyficzny „cykl” dawania świadectw polskim wojennym i powojennym tragediom. Po 1945 roku można było pisać o naszych rodakach wypędzanych przez Niemców, choć były na to okresy większej i mniejszej koniunktury, a czasem nawet dekoniunktury. Nie można było natomiast pisać o Polakach wysiedlanych na Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej. Po kilku dekadach, gdy już można było pisać o pozbawianych domostw i małej ojczyzny Kresowiakach, jakoś zupełnie zapomniano o Polakach z Gdyni, szerzej Pomorza, Poznania i Wielkopolski, Górnego Śląska, Zamojszczyzny, ale też Mazowsza, Podlasia czy Warszawy, którzy stali się ofiarami III Rzeszy Niemieckiej.

Czas przestać pisać o wypędzonych ̶ czyli Polakach ̶ patrząc albo na ziemie zachodnie, albo alternatywnie: wschodnie Rzeczypospolitej. A żeby tak się stało, aby uniknąć, zgodnie ze zrozumiałymi skądinąd, tendencjami ostatniego ćwierćwiecza pisania o tzw. repatriantach (skądinąd pojęcie „repatriacja” – to jedno z najbardziej zakłamanych pojęć z okresu tuż po drugiej wojnie światowej: przecież ci ludzie nie tyle wracali do Ojczyzny, co – wręcz przeciwnie – byli z niej wywożeni) z Ziemi Lwowskiej, Wołynia, Wileńszczyzny, Nowogródczyzny ̶ była to reakcja na wcześniejsze „białe plamy”, należałoby dziś szerzej przypomnieć gehennę ludności polskiej z okresu 1939-1945, rugowanej wówczas przez niemieckie wojsko i policję.

W Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej były dwa momenty, w których pisano o teutońskich represjach wobec Polaków więcej niż kiedykolwiek wcześniej czy później. Był to okres tuż powojenny oraz przełom lat 60. i 70. Gdy dziś znów wraca się do tamtych wydarzeń i tamtych dramatów, to dla niektórych i to nie tylko ludzi młodych (!) jest to wręcz odkrycie. Niestety, dla innych bywa to temat tabu, o którym wspominać nie warto. Czy dlatego, że nie jest dziś „politycznie poprawny”? Że trudno zdobyć granty ̶ te polskie, państwowe, ale też europejskie czy niemieckie – na pogłębiane badania naukowe na ten temat? Tymczasem to ostatni dzwonek, bo wymierają już nawet Ci polscy wypędzeni, którzy w czasie przymusowych ewakuacji ze swoich domów mieli dosłownie kilka lat.

Słusznie, choć po latach, przypominając gehennę Polaków na wschodnich terenach II RP, trzeba jednak koniecznie upomnieć się o zasłużoną pamięć dla tych, którzy wysiedlani przez pierwszego niemieckiego okupanta, tracili domy, dobytek, zdrowie, czasem życie, ale nigdy honor.

***

Wypędzonymi byli również mój Ojciec, moja Mama, moja babcia (ze strony Ojca), mój dziadek (ze strony Mamy) i moja prababcia (babcia Ojca). 7 września 1944 Niemcy, w ramach „czyszczenia” warszawskiego Śródmieścia zbombardowali kamienicę przy ulicy Wareckiej 9, gdzie mieszkała moja rodzina ze strony Ojca. Skądinąd w tym mieszkaniu zatrzymywali się od pierwszych tygodni wojny członkowie naszej rodziny wypędzeni przez Niemców z Gdyni: Czarneccy i Czaplińscy, z Łodzi: ciocia Wybralik-Wychańska (z domu Opolska), z Poznania ciocia Jechanowska-Orszańska (z domu Opolska). Była to bardzo bliska rodzina. Dalsi krewni, powinowaci i „przyszywani” (a więc po prostu znajomi, którym trzeba było pomóc), z Poznańskiego: Landsberger vel Landsberg i Ostrowscy, z Kujaw: Dunajewscy, z Grudziądza: Anna Balcerkiewicz, z Regencji Katowickiej (jak to wtedy określano): Gawrońscy, Gregorkiewiczowie, z Żywiecczyzny Kościałkowscy (ale nie była to rodzina byłego premiera) również jednostkowe przypadki uciekinierów – „urlopowiczów z lata 1939”, którzy nie zdążyli wrócić do Warszawy czy województw zachodnich przed 17 września 1939. Potem była fala indywidualnych wypędzeń po wyzwoleniu Kresów przez hitlerowski Wehrmacht z bolszewickiej niewoli – ale to już zupełnie inna historia.

Powstanie trwało już miesiąc i tydzień. Z mieszkania na Wareckiej 9 przenieśli się wtedy na chwilę do kwadratu wyznaczonego ulicami: Nowy Świat, ministra Bronisława Pierackiego (podczas okupacji przemianowanej przez Niemców na nazwę sprzed pamiętnego ukraińskiego zamachu i morderstwa w 1934 roku, czyli na Foksal), Smolna i zamkniętego skarpą, gdzie teraz mieści się Akademia Muzyczna im. Fryderyka Chopina – zamieszkując w jednym z domów przy Nowym Świecie (Ojciec nie pamięta już jego numeru). Stamtąd, po akcji ulotkowej Luftwaffe ‒ ulotka była „przepustką” do bezpiecznego opuszczenia Warszawy ‒ Wehrmacht (a nie SS!) wyrzucił babcię Bronisławę Czarnecką i prababcię Reginę Foltman oraz innych mieszkańców, następnie szkopy przepędziły je do Muzeum Narodowego, gdzie był punkt etapowy dla wysiedlonych i spędziły tam noc z 8 na 9 września, następnie Niemcy eskortowały je do wysokości ulicy Bednarskiej i pod górę ulicą Bednarską przez skrzyżowanie z Krakowskim Przedmieściem, Trębacką, Senatorską i Elektoralną do kościoła na Woli. Następnego dnia trafiły na dworzec Warszawa Zachodnia, skąd odjeżdżał pociąg do obozu w Pruszkowie. Mój ośmioletni ojciec czmychnął, by szukać własnego ojca czyli mojego dziadka Henryka Aleksandra Czarneckiego oraz swojego dziadka Henryka Karola Czarneckiego. W rezultacie odwieziony został później, już nie do Pruszkowa, ale pociągiem, który wyjechał z Warszawy z Dworca Zachodniego w stronę Pruszkowa, a dalej w otwartym wagonie, tzw. węglarce, służącej na co dzień do przewożenia węgla, dotarł do miejscowości Końskie. Tam pilnujący ich starsi wiekiem żołnierze niemieccy wypuścili przymusowych pasażerów, aby mogli wreszcie załatwić potrzeby fizjologiczne. Wtedy Ojciec uciekł po raz kolejny. Przespał się w krzakach i trafił najpierw do remizy w Końskich, a następnie do kościoła i plebanii we wsi Dąbrówka, wówczas gmina Skotniki w tymże powiecie koneckim. Świat z perspektywy ośmiolatka wyglądał wtedy zupełnie inaczej niż w oczach dorosłych… Niedawno opowiadał mi o tej swojej epopei, gdy razem jechaliśmy na promocję mojej książki do… właśnie owych Końskich na Kielecczyźnie. Owe wypędzenia Warszawiaków po Powstaniu A. D. 1944, których małym fragmentem był exodus mojej rodziny, zresztą zarówno ze strony Ojca, jak i Mamy (też Pruszków) były efektem zmiany rozkazu Adolfa Hitlera. Początkowo bowiem Berlin wydał rozkaz mordowania wszystkich mieszkańców polskiej stolicy, co władze okupacyjne wykonywały z niemiecką systematycznością (historycy podają przykład, iż tylko jednego dnia na Warszawskiej Woli zabito… 45 tysięcy Polaków – cywilów!). Jednak 10 sierpnia 1944 Hitler zmienił decyzję i odtąd Polacy byli wypędzani, przy czym w dużej części trafiali do obozów koncentracyjnych i niemieckich firm pracujących dla przemysłu III Rzeszy. Prowizoryczne obozy przejściowe powstały w Warszawie w miejscach istniejących także i dzisiaj, tyle że mieszkańcy współczesnej stolicy przeważnie nie mają pojęcia, że miała tam miejsce gehenna rodaków. Warto wspomnieć kościół św. Wojciecha na Woli, teren obecnej Akademii Wychowania Fizycznego (przedwojenny CIWF ‒ Centralny Instytut Wychowania Fizycznego) czy Zieleniak na Ochocie. Stamtąd wszyscy przepędzeni byli dalej do Pruszkowa właśnie. Trafiło tam ponad 100 tysięcy Warszawiaków.

Jednak olbrzymie „rugi niemieckie” dotknęły też Wielkopolski. Do dzisiaj zresztą właśnie w Poznaniu i Gdyni działają najprężniejsze środowiska wywodzące się z ówczesnych wypędzonych, a teraz wykonujące tytaniczną pracę, aby upamiętnić ówczesną polską martyrologię.

***

Exodus naszych rodaków rozpoczął się, decyzją Berlina, tuż po Kampanii Wrześniowej. Pierwsze wysiedlenia dotyczyły – piszę to jako historyk – Pomorza. Szczególnie objęto nimi Pomorze południowe – tam bowiem mieszkało najwięcej Polaków. Spektakularne wysiedlenia miały też miejsce w Gdyni. Jednak w sumie uderzenie w Polaków na Pomorzu w postaci owych przymusowych „migracji” były tam mniejsze niż w Kraju Warty czyli Warthegau. Nie wynikało to z „łaskawości” niemieckich władz Pommern, tylko z przyjętej innej taktyki. O ile bowiem w Wielkopolsce wysiedlenia były, jeśli nie jedynym, to głównym, instrumentem walki z polskim żywiołem, o tyle gauleiter Pomorza Albert Forster stosował bardziej subtelne „metody”: germanizację polskiej ludności poprzez dość masowe (tak, jak na Górnym Śląsku) spisywanie Polaków na „niemiecką listę narodowościową” czyli Volkslistę. „Pruskie rugi” w Wielkopolsce robiono także po to, aby zwolnić miejsce dla Niemców z krajów bałtyckich czy szerzej: Europy Wschodniej. Z jakichś powodów Forster nie przepadał za swoimi rodakami z terenu dzisiejszej Łotwy, Litwy, Estonii, Białorusi i Ukrainy i wolał zniemczać Polaków z Kaszub czy Tczewa.

To, że temat wysiedleń Polaków wciąż jeszcze czeka na solidne naukowe syntezy, świadczy chociażby dość niesamowity fakt, że przez tyle lat nie można było ustalić w miarę dokładnej liczby Polaków poddanych w tamtym czasie niemieckim wysiedleniom. Jeden z szefów SS i policji w Gdańsku Richard Hildebrandt pisał do gauleitera Forstera, że: „począwszy od marca 1940 wysiedlono z Generalnego Gubernatorstwa bądź umieszczono w obozie dla przesiedleńców ponad 120 tysięcy Polaków i Żydów”. Podobną liczbę podaje Włodzimierz Jastrzębski, który pisze, że od początku exodusu do pierwszych miesięcy 1940 roku wysiedlono 121 tysięcy 765 Polaków, z czego nieco ponad 91, 5 tysiąca i nieco ponad 30 tysięcy w ramach przesiedleń wewnętrznych do obozów i prac przymusowych (prawdopodobnie w ramach tej liczby, uwaga, uwzględnieni są Polacy zmuszeni do podpisania Volkslisty!) Nieco większą liczbę wymienia Czesław Łuczak – 124 tysiące, ale już Jan Sziling podaje zdecydowanie najwyższą – 170 tysięcy wypędzonych, z czego ponad połowa została przesiedlona do Polski centralnej. Na miejsce wyrzuconych Polaków przyjechała na Pomorze porównywalna, nieco wyższa lub niższa liczba Niemców: 130 tysięcy, z czego 57 tysięcy Baltendeutschów i szerzej: Niemców z Europy Wschodniej.

***

„Około godziny 22:30 słyszę na ulicy tupot żołnierskich butów. (…) Weszło trzech esesmanów, z gołymi bagnetami na karabinach, podali mi kartę i mówią, że jestem wysiedlana. Mam 15 minut na przygotowanie się do opuszczenia domu. (…) Niemcy popędzali nas nieustannie: schnell, schnell. Mój zegarek leżał na stole. Jeden z Niemców wyciągnął szybko rękę i wsunął go do kieszeni, a drugi skradł leżące na stole nożyczki. Córka wzięła sanki syna, załadowała na nie nasz cały dobytek i wyszliśmy z domu przeprowadzani przez pięciu uzbrojonych Niemów. (…) O 13:00 Niemcy wezwali nas do innej sali i kazali mi się podpisać, że wszystkiego zrzekam się na korzyść Rzeszy i rościć nie będę żadnych pretensji do pozostawionego majątku. (…) zaprowadzono mnie z córką do rewizji. Rewidowały mnie kobiety volksdeutschki, szukając złota. Nic nie miałam”. Oto jedna z wielu poruszających relacji wysiedlonej Polki. Była nią emerytowana nauczycielka z Liceum Ziemi Kujawskiej z Włocławka, Janina Matraś.

Opisany powyżej fragment niemieckich – niczym pruskich – „rugów” miał miejsce w ramach wypędzania Polaków z rejencji ciechanowskiej w okresie luty – maj 1940. W tym właśnie czasie w Działdowie funkcjonował obóz przejściowy dla Polaków wyrzuconych z Ziemi Płockiej, Ziemi Ciechanowskiej, powiatu przasnyskiego i Białostocczyzny. W przypadku mieszkańców Przasnysza i okolic powodem ich przymusowego exodusu była niemiecka decyzja o budowie tamże poligonu wojskowego. W tym celu wysiedlano całe polskie wsie.

Natomiast w samej tylko rejencji ciechanowskiej w czasie wojny wysiedlono 25 tysięcy Polaków. A z obozu przesiedleńczego w maju utworzono „wychowawczy obóz pracy”, który istniał 13 miesięcy.

***

Niemiecka akcja wysiedleńcza rozłożona była na raty. Najbardziej intensywna przypadła na lata 1939-1940. Jej ostateczną kulminacją było to, o czym w mojej rodzinie opowiadano, jak pisałem, gdy byłem małym dzieckiem. Chodzi o wywózkę Polaków z Zamojszczyzny. Rozpoczęła się ona stosunkowo późno, bo w listopadzie 1942 roku. Choć objęła bardzo znaczącą liczbę Polaków – około 110 tysięcy, to po części spaliła na panewce. Niemcy nie byli w stanie jej dokończyć, ponieważ działania okupanta spotkały się z twardą postawą Armii Krajowej i innych oddziałów partyzanckich. Dzięki Powstaniu Zamojskiemu Niemcy uznali, że wysiedlenia Polaków dokończą po zwycięskiej dla nich drugiej wojnie światowej…

„Etniczne oczyszczanie” Zamojszczyzny rozpoczęło się w nocy (to reguła przy wysiedleniach zarówno na Kresach Wschodnich RP z ręki sowieckiej, jak i na ziemiach centralnych i zachodnich z ręki niemieckiej). Polscy mieszkańcy Ziemi Zamojskiej mogli wziąć jedynie bagaż osobisty do 30 kilogramów oraz… 20 złotych. Działania niemieckie były bezwzględne: rozdzielano rodziny, oddzielano kobiety od dzieci. Matki mogły zaopiekować się swoimi dziećmi jedynie wtedy, jeśli nie przekroczyły one pół roku życia!

Wypędzeni Polacy wędrowali do obozów w Zwierzyńcu i Zamościu, gdzie przeprowadzano badania rasowe. Właśnie tam dokonano selekcji polskiej populacji na cztery kategorie. Pierwsza z nich to Wiedereindeutschung czyli Polacy rokujący nadzieję na powrót do rzekomych niemieckich korzeni i współtworzenia „rasy panów”. Musieli to być rasowi Nordycy. Aby mieć pewność, że nimi są, kierowano ich do „specjalistycznego” obozu w Łodzi. Drugą kategorię stanowiła: „tania siła robocza”: osoby zdolne do niewolniczej pracy natychmiast wysyłane były w głąb Rzeszy, ewentualnie na Wschód. Kategoria numer trzy to osoby starsze – powyżej 60 roku życia, oceniane przez Niemców za „niezdolne do pracy” oraz dzieci do 14 roku życia. Polskie dzieciaki przekazywano do Rentendoerfer czyli specjalnych wiosek, które utworzono w czterech powiatach (Siedlce, Mińsk Mazowiecki, Sokołów Podlaski oraz Garwolin). Wreszcie kategoria czwarta, która miała być poddana natychmiastowej eksterminacji. Kierowano ich do Auschwitz-Brikenau oraz na Majdanek. Charakterystyczne, że w skład tej kategorii wchodził aż co piąty z wypędzonych Polaków (dokładnie 21%).

Efektem „rugów zamojskich” była zmiana miejsca zamieszkania prze 51 tysięcy Polaków wyrzuconych w okresie czterech miesięcy: listopad – marzec 1943. Na miejsce Polaków przybyło… cztery razy mniej Niemców. Byli to głównie niemieccy koloniści z Ukrainy i Besarabii. Ciekawe, że genezą polskiego exodusu z Zamojskiego była… odmowa Rzeszy Niemieckiej przyjęcia ich rodaków właśnie ze Wschodu. Zamojszczyzna okazała się opcją rezerwową dla germańskich reemigrantów. Skądinąd przyszły prezydent RFN Horst Koehler urodził się właśnie w rodzinie nowych niemieckich mieszkańców tych ziem (zresztą w miejscowości, gdzie akcja wysiedleńcza się rozpoczęła: w Skierbieszowie). Ciekawe, że Niemcy nawet w tej sytuacji kierowali się rzymską maksymą Divide et impera. Oto, wysiedlając Polaków z powiatu hrubieszowskiego, na ich gospodarstwach w ciągu dwóch miesięcy, od połowy stycznia do marca 1943, osiedlono… 7 tysięcy Ukraińców z powiatu Zamojskiego. Była to tak zwana Ukraineraktion. W ten sposób Berlin chciał stworzyć cordon sanitaire, Ukraińcy mieli być naturalnym wałem ochronnym dla niemieckich kolonii przed atakiem polskiej partyzantki. Zwłaszcza dotyczyło to… Biłgorajszczyzny ze względu na sąsiedztwo Puszczy Solskiej. Było to zresztą dla Niemiec rozwiązanie przejściowe: Ukraińców przesiedlonych z Hrubieszowa na Zamojszczyznę też potem miano ponownie przesiedlić.

***

Trzeba przyznać, że akcję wypędzenia Polaków niemiecka machina wojenna przeprowadzała w sposób sumienny i bardzo dobrze zorganizowany, z charakterystyczną dla tej nacji precyzją i dokładnością. Wypędzenia nie były odruchem zemsty, a jeśli nawet, to i tak miały jakiś swój „wyższy cel”. Robiono miejsce, bądź niemieckim kolonizatorom z głębi Rzeszy, bądź lekceważonym trochę skądinąd – bo uważanym za zbyt mało „niemieckich” – Baltendeutschom czyli Niemcom z krajów bałtyckich. Nawet Niemcy z Łotwy, Litwy i Estonii byli przez niektórych niemieckich przywódców uważani za element zbyt obciążający i małowartościowy, wręcz niepotrzebne obciążenie gospodarki, choćby Pomorza. Jak z tego widać, nawet w obrębie wielkiego narodu niemieckiego byli równi i równiejsi, gorsi czy lepsi.

***

Patrzę na fotografię obrazu Matki Boskiej Wysiedlonej. Matka Boska swoim płaszczem ochrania małych i dużych Polaków, wypędzonych przez państwo niemieckie ze swoich domów. Spoglądam na to zdjęcie, myśląc, że już za chwilę na zegarze polskiej historii wybije 75. rocznica początku tego, co ‒ w kontekście polskich wypędzonych przez III Rzeszę ‒ nazwano Golgotą Zachodu.

Adolf Hitler wymyślił nazwę Gotenhafen. To niemiecka nazwa miasta stworzonego od podstaw przez Polaków – Gdyni. Za tą nową, teutońską już, nazwą poszły zbrodnicze działania. Po Wrześniu 1939 niemieccy okupanci wypędzili z Gdyni 70% (!) jej polskich mieszkańców.

***

Spoglądam na mapę polskich wysiedleń w czasie II wojny światowej nieco niżej od Gdyni, an południe, w kierunku wielkopolski, w której mieszkała część mojej rodziny ze strony Mamy (Skórzewscy i Sokolniccy). W Kaliskiem, na ziemi Marii Dąbrowskiej Niemcy utworzyli obóz w celu germanizacji polskich dzieciaków. Obozy wysiedleńcze były, po jednym, w Poznaniu, w powiecie krotoszyńskim, ostrowskim (od Ostrowa Wielkopolskiego), grodziskim i gnieźnieńskim oraz dwa w obornickim (od Obornik Wielkopolskich). Punkty zborne dla wypędzonych Polaków władze niemieckie utworzyły w powiatach, których stolicami były: Kościan, Gostyń, Jarocin, Kępno, Słupia, Szamotuły, Wągrowiec, Turek, Koło, Konin i znów Kalisz. Teraz po przeszło siedmiu dekadach od tamtych wydarzeń grupa szlachetnych entuzjastów z Poznaniakiem Henrykiem Walendowskim na czele stara się postawić w stolicy Wielkopolski pomnik ku czci wypędzonych Polaków. Sam Walendowski był, jako dziecko, jednym z nich.

Pewnie szybciej powstanie pomnik w Gdyni. Idea jego powstania cieszy się tam przychylnością miejscowych władz samorządowych i części lokalnych mediów. Powstał już nawet projekt pomnika, dla niektórych kontrowersyjny, przedstawiający kobietę z dziećmi i psem. Szereg osób krytykuje ten artystyczny zamysł, twierdząc, że bohaterowie pomnika wyglądają niczym rodzina na niedzielnym spacerze, a wypędzeni ze swoich domostw na spacer, jako żywo, się nie udawali.

To dobrze, że w Trójmieście i wielkopolskiej stolicy tamtejsi obywatele – w pełnym tego słowa znaczeniu (!) – chcą pomników upamiętniających polski, niechciany, exodus.

Jednak nie mniej ważne jest, aby współczesna Polska ten pomnik Wypędzonych Polaków postawiła we własnym sercu i głowie. Winien to być ważny punkt odniesienia dla naszej narodowej polityki historycznej.

Słowa Adama Mickiewicza mówiące też o wypędzonych – i zesłanych – rodakach, tyle że z Kresów Wschodnich Rzeczypospolitej (a zwłaszcza Wileńszczyzny): „Jeśli zapomnę o nich, Ty, Boże na niebie, zapomnij o mnie” odnosić się mogą, powinny, a wręcz muszą, również do Polaków wypędzonych przez Niemców blisko 120 lat po wydarzeniach opisywanych przez autora „Dziadów”.

***

Tak, jak w czasie wielkiej czystki w latach trzydziestych XX wieku w Związku Sowieckim mordowano dziesiątki tysięcy Polaków, w obwodach im. Feliksa Dzierżyńskiego i Juliana Marchlewskiego na dawnych dalekich Kresach Wschodnich RP tylko dlatego, że byli oni Polakami ‒ tak samo, po kilku latach, setki kilometrów na Zachód na ziemiach II Rzeczypospolitej Niemcy wysiedlali Polaków również tylko dlatego, że byli Polakami. Jako historyk mogę stwierdzić, że jedynym kryterium i dla Sowietów i dla Niemców była narodowość, kwestie etniczne, a nie wykształcenie, status majątkowy czy pochodzenie społeczne (klasowe). Odkrywając białe plamy najnowszych dziejów naszej Ojczyzny, tworząc jakże potrzebną polską politykę historyczną, musimy o tym pamiętać. Naszym zadaniem jest upamiętniać ludzi, którzy ginęli bądź tracili majątek swojego życia i byli upokarzani wyłącznie dlatego, że byli częścią Narodu Polskiego.

***

Jest zadaniem historyków, aby dać pogłębioną syntezę polskich wysiedleń w wykonaniu zarówno Rzeszy Niemieckiej, jak i Związku Sowieckiego w okresie drugiej wojny światowej (i po niej, w przypadku ZSRS). Jest rolą artystów, aby tę prawdę historyczną przekłuć na obrazy, powieści, filmy (spójrzmy na to, co robią dzisiaj Niemcy!). Jest rolą polityków, aby Polskich Wypędzonych uczynić ważną częścią polskiej, państwowej, godnej tej nazwy, polityki historycznej. Czas najwyższy.

*poprawiona wersja tekstu, który ukazał się w ostatnim numerze „Arcanów”