19 lipca 2004

Wczoraj późnym wieczorem wyruszam autem do Strasburga z Wrocławia. Mijam nocą uśpione Niemcy słuchając “Sonaty Brandenburskiej” J.S. Bacha (akurat). Niemcy nie mieli Marka Pola, to i mają autostrady. Z czego słyną nasi zachodni sąsiedzi w świecie? Z trzech rzeczy: ze świetnej kuchni, z subtelnego poczucia humoru i z niezmiernie życzliwego stosunku do sąsiadów.  Że co złośliwy? Złośliwy jestem? A skąd.

No i jadę przez te wschodnie, a potem zachodnie landy słuchając genialnej muzyki Zbigniewa Preisnera do wielkich filmów Krzysztofa Kieślowskiego. A w przerwach burczy mi zapomniany Włoch, Marino Marini (“Nie płacz kiedy odjadę”).
 A wcześniej, gdy przekraczam granicę polsko-niemiecką błyskawice jak z filmów grozy, pioruny, jak z tych tabliczek na transformatorach pod wysokim napięciem. Tak malownicze i urokliwe, że aż nie realistyczne.

Pierwszy dzień w Strasburgu. Całe miasto skupia się koło, bardzo nowoczesnego i robiącego duże wrażenie gmachu Parlamentu Europejskiego. Dużo szkła, metal, rozmach, przestronność robi na pewno bardziej monumentalne wrażenie, niż budynki PE w Brukseli. Przejrzysty układ korytarzy i gabinetów, powoduje, że trudniej się zgubić, niż w stolicy Belgii.

Znowu, kolejny raz w ciągu tygodnia, proponują mi szefowanie frakcji w PE z udziałem skrajnej prawicy francuskiej, belgijskiej, austriackiej i włoskiej. Po raz kolejny odrzucam, bo nie lubię politycznego zoo. Są rzeczy, o których się nie dyskutuje. I to jest właśnie taka rzecz. A więc: nie i już. Nie, bo nie. Jeśli to towarzystwo – to beze mnie.

Poznaję dzisiaj na technicznym posiedzeniu posłów niezrzeszonych pana Jean Marie Le Pen i jego córę – oboje deputowanych do PE. Była też Alessandra Mussolini – wnuczka Duce Benito. Pierwszy raz rozmawiałem z nią, bodaj 4 lata temu na wiecu organizowanym przez Berlusconiego i Gianfranco Finiego w Rzymie przeciwko pierwszemu w historii Włoch rządowi postkomunistów. Jest starsza o parę lat, trzepoce rzęsami, ale współpracować nie będziemy, choć przecież nie jest jej winą, że jej dziadek, robił, to co robił. W każdym razie na imieninach, to my bywać u siebie nie będziemy.

Cały dzień potworny upał i parno. Oblewają mnie siódme poty. Mordercza pogoda.

Wyjechałem z kraju z bezsilną wściekłością na młodych gnojów, którzy napadli na przystanku autobusowym na mojego 14-letniego Bartka. Siedział sam, czekał na autobus, bo umówił się z kolegami (wybrał spotkanie z nimi a nie zaplanowaną przeze mnie wizytę u dentysty) i już po chwili nie miał komórki. Na szczęście nie bronił się, a więc go nie pobili. Mówi, że mieli może po 17 lat. Chłopak przeżył szok, taki sam jaki parę lat wcześniej był udziałem starszego, Przemka. Gdybym dorwał bydlaków, to bym skurwielom nogi z dupy powyrywał. A tak gotuję się, zaciskając pięści w samochodzie.

Dodaj komentarz