BRUKSELA KONTRA POLSCY ROLNICY

Już gołym okiem widać, że Unia Europejska – wbrew zapewnieniom i obietnicom – nie traktuje nas po partnersku. Dla bogatej Unii, w jej obecnym kształcie (15 państw), jesteśmy nowym, biednym kuzynem, traktowanym z góry i nie dopuszczanym na salony. Bruksela w tej chwili nie dba nawet już o pozory, szczególnie widać to na przykładzie rolnictwa i sektora rolno – spożywczego.

Polska będzie jednym z trzech największych producentów rolniczych przyszłej, poszerzonej Unii Europejskiej (obok Francji i Hiszpanii). Nasi zachodni partnerzy wiedzą o tym i od dłuższego czasu traktowali polskich rolników jako poważnego konkurenta dla swoich farmerów. Pierwsze oznaki tego widać było jeszcze w Układzie Stowarzyszeniowym miedzy Rzeczypospolitą Polską a Wspólnotami Europejskimi z 1991 roku (ten mało korzystny dla nas Traktat wynegocjowany był m.in. przez dwóch, obecnych liderów Platformy Obywatelskiej Andrzeja Olechowskiego i Jacka Saryusza-Wolskiego). Ale szczególnie widoczne to jest w Traktacie Akcesyjnym z grudnia 2002 roku (Kopenhaga) a ratyfikowanym w kwietniu 2003 roku (Ateny).

Polska otrzymała generalnie najniższe limity produkcyjne na wyroby rolno – spożywcze. Koronnym, choć jednym z wielu przykładów jest limit produkcji mleka – 240 litrów na głowę mieszkańca rocznie. Taką samą produkcję roczną mieliśmy tuż po zniszczeniach wojennych w 1951 roku! Polska ma najniższe limity w tym obszarze ze wszystkich krajów kandydujących do Unii (w porównaniu z niektórymi aż dwa razy mniej!). Również znacznie bogatsze od nas państwa UE, które mocno dotują swoje rolnictwo, mają te limity zdecydowanie wyższe (w Irlandii sięgać one mogą nawet 1100 litrów na obywatela rocznie). W ostatnich dniach Unia, jednostronnie powołując się na art. 23 nieszczęsnego Traktatu Akcesyjnego (autorstwa polityków SLD i PSL) zdecydowała, że polscy rolnicy nie będą mieli szans na zwiększone dopłaty w takich grupach towarowych jak m.in. masło, mleko w proszku i orzechy, aż po rok 2013. To oczywiście tylko potwierdzenie dyskryminacyjnego dla Polski i innych krajów wchodzących do UE systemu dopłat, który zakłada, że nasi dostaną zaledwie 1 tych dopłat co na Zachodzie. I choć dopłaty te mają stopniowo rosnąć to i tak rosnąć będą one w dużym stopniu… z budżetu państwa polskiego. A to oznacza, że ofiarny, polski podatnik zastąpi Brukselę!

Stratedzy Unii zauważyli olbrzymie, korzystne zmiany w sektorze rolnym w Polsce po 1989 roku. Unowocześnienie gospodarstw rolnych, ich powiększanie oraz większa zdolność konkurencyjna, zdrowsza niż produkowana w UE żywność – to atuty, których przestraszyła się Bruksela. Stąd skuteczne działania ich negocjatorów w celu zarówno zaniżania limitów produkcyjnych w sektorze rolno – spożywczym jak i ustanowienia sytemu dopłat “na otarcie łez” i “resztek z Pańskiego stołu”!!

Szkoda tylko, że obecny rząd Millera stał się w wielu sprawach pasem transmisyjnym żądań UE wobec Polski. To właśnie pod dyktando Unii, Rada Ministrów RP przedstawiła Sejmowi projekt ustawy uderzający w naszych kupców i producentów, którzy zaczęli gromadzić różne towary, aby je korzystnie, po wyższych cenach sprzedać tuż po 1 maja 2004 (przypomnijmy, że dotyczyło to 200 towarów!). Co prawda posłowie ten brukselsko-warszawski pomysł odrzucili, ale w tej sprawie najbardziej bolesna była postawa naszych władz, które robią to, co narzucą unijni biurokraci.

Jeżeli dziś, ktoś mami polskich rolników, że Unia stanie się dla nich rajem, a oni dostaną (jak przed 30 laty Irlandczycy) dostęp do rynków zbytu UE), to jest po prostu oszustem, albo powinien pisać bajeczki dla dzieci. Choć ja osobiście wolałbym, aby moje dzieci takich bajek nie czytały. Pierwsze lata w UE będą dla wszystkich moich rodaków-rolników bardzo ciężkie. Może nawet najcięższe od czasów zakładania kołchozów w Polsce. Wielu (gospodarstwa poniżej 1 ha) nie dostanie żadnych opłat, inni zderza się z jeszcze większy napływem taniej, bardzo mocno dotowanej żywności z Zachodu. Obecny rząd zachowuje się względem rolników jak dziecko we mgle. Nie stał się, a powinien, ambasadorem polskiego rolnictwa, wobec twardych negocjatorów z UE. Pozostawił ich w dużym stopniu samym sobie. Władze w tym zakresie zastosowały hasło Jurka Owsiaka: “róbta co chceta”. Czas, aby do głosu doszli ludzie, którzy o interes polskiego rolnictwa, ale także rzemiosła, małej i średniej przedsiębiorczości związanej ze wsią i mniejszymi miastami, walczyć będą w sposób zdeterminowany, ale też mądry. I to na różnych poziomach – związku zawodowego, izby rolniczej, lokalnego samorządu a wreszcie rządu i sejmu. Póki co Unia robi co chce. I stwarza fakty dokonane, których konsekwencje ekonomiczne odczuwać będziemy jeszcze nawet za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat.