O JEDNĄ KONSTYTUCJĘ ZA DUŻO

Zacznijmy od kontrowersyjnego, ale podstawowego pytania: Czy Unia Europejska potrzebuje konstytucji? Odpowiedź jest krótka: Nie!
Przez ponad pół wieku Europejska Wspólnota Węgla i Stali, Europejska Wspólnota Gospodarcza i Unia świetnie radziły sobie bez konstytucji. Kraje członkowski UE rozwijały się gospodarczo, te słabsze ekonomicznie zmniejszały dystans do bogatszych liderów. W tym gospodarczym postępie, a dla wielu państw wręcz skoku, konstytucja nie była nawet kwiatkiem do europejskiego kożucha – bo jej po prostu nie było.
Zresztą jedno z najpotężniejszych państw Unii i nieliczne starające się prowadzić politykę w skali pozaeuropejskiej- Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej funkcjonuje, chwalić Boga, od zarania demokracji czyli od 1215 roku (“magna charta libertatum”) bez konstytucji (choć istnieje w tym kraju… prawo konstytucyjne z jego czterema źródłami: prawem stanowionym, prawem precedensowym, konwenansami konstytucyjnymi i wchodzącymi w skład prawa konstytucyjnego dziełami, traktatami i podręcznikami prawniczymi).

Jak widać konstytucja do europejskiego szczęścia niezbędna nie jest. Ale jeśli już większość lub dobrze zorganizowana, wpływowa mniejszość uparła się żeby była, to warto zadbać aby był to akt prawny jak najmniej kontrowersyjny, jak najbardziej kompromisowy i taki, który nie spełniał by marzeń wszystkich ale też nie denerwowałby (prawie) wszystkich.

Przede wszystkim – “ab ovo” zacznijmy od genezy, nie tyle samej konstytucji, bo myśl ta kiełkowała w niektórych łepetynach od dawna, lecz od – uwaga – trybu jej przyjęcia. Liderzy Konwentu Europejskiego to byli prezydenci i premierzy : przewodniczący – Francji, wiceprzewodniczący Włoch i Belgii. Ci praktycznie emerytowani politycy za wszelka cenę chcieli przejść do historii, a wiedzą już, że żadnym rządzeniem swoimi państwami tego nie uczynią, chcieli więc uchwalenia konstytucji takiej, która będzie aktem wiekopomnym i strzelistym i zapewni jej twórcom dużo większa wzmiankę w encyklopedii niż się przyznaje ex szefom rządów. Do tego dochodzi presja lobby eurokratów i federalistów. Wiedzą oni doskonale, że narody europejskie chcą integracji gospodarczej, ale nie chcą jednego europejskiego super-państwa i wydawania rzeki podatków na eurobiurokrację. A konstytucja nolens volens, jest dużym krokiem w kierunku sfederalizowanej, centralnie sterowanej z Brukseli, politycznej eurobiurokracji. Właśnie dlatego – pamiętając o doświadczeniach z Nicei sprzed 4 lat, gdy przedstawiciele rządów “15” obalili misterne, ale zbyt daleko idące, projekty brukselskich urzędników – teraz postanowili zastosować metodę faktów dokonanych, i najważniejsze i najbardziej kontrowersyjne zapisy projektu Konstytucji Europejskiej przeforsowano “za 5 minut 12”, dosłownie kilkadziesiąt godzin przed zamknięciem Konwentu w czerwcu 2003 r. Doszło do tego, że szereg przedstawicieli poszczególnych państw w Konwencie Europejskim (nie tylko posłów i senatorów, ale także i członków rządów) nie wiedziało tak naprawdę nad czym glosują. I tak oto polska minister Danuta Huebner, zagłosowała za przyjęciem konstytucji w kształcie proponowanym przez prezydenta Valery’ego Giscarda d’Estaing, by potem w imieniu polskiego rządu oprotestowywać kolejne jej zapisy.
Cała sprawa z konstytucją pokazuje brak refleksu ze strony polskich władz, które zamiast pilnować tekstu konstytucji w okresie jego tworzenia, przypomniały sobie o nim w ostatniej chwili, kiedy było już niewiele czasu na dyplomatyczna akcję budowy szerokiego obozu poparcia dla polskiego stanowiska, w rezultacie kraje tworzące Grupę Wyszehradzką kompletnie “rozjechały się” (podobnie jak w przypadku głosowania rok wcześniej na innym już forum odnośnie EXPO 2010 dla Polski).

Polska pozostała – wraz z Hiszpanią – osamotniona. To typowy polski przykład działania po niewczasie, niemal i praktycznie niemalże w pojedynkę na zasadzie “jakoś to będzie”. Polska nie poparła małych krajów w ich postulatach, które Rzeczpospolitej, też krzywdy nie robiły, a potem zdziwiła się, że gra solo. Brak zmobilizowania państw z naszego regionu Europy wokół polskich postulatów, ale także z uwzględnieniem ich “koncertu życzeń” był dowodem słabości polskiej dyplomacji i mocnym przykładem działania politycznego na zasadzie li tylko kontrreakcji (o wyprzedzaniu ruchów partnerów mających inne interesy, jakoś w rządzie RP nie pomyślano).

Konstytucja UE – jeżeli już musi być, powinna być jak najbardziej ogólna, mało precyzyjna, “otwarta”, chodzi o to aby nazbyt uściślające zapisy, po pierwsze nie generowały kontrowersji a po drugie, aby nie przesądzać z góry kierunków rozwoju europejskiej integracji. Jeżeli bowiem eurokraci narzucą swoja wizję europejskiej jedności z silnym centrum w Brukseli, dojść może do negacji i samej konstytucji i nawet instytucji unijnych przez społeczeństwa krajów członkowskich. Odbyć się to może w najprostszy sposób: poprzez referenda w 25 krajach tworzących Unię, odnośnie zaakceptowania (lub odrzucenia) konstytucji.

Referenda te nie są przesądzone, ale istnieje silny ruch w wielu państwach UE zarówno wśród eurorealistów jak, co ciekawe, federalistów, aby do nich doszło. Sam brałem udział tuż przed Bożym Narodzeniem 2003, w konferencji zorganizowanej w Parlamencie Europejskim z udziałem zarówno polityków jak i NGO organizacji pozarządowych (np. TEAM) na ten właśnie temat. Oczywiście spektakularne fiasko brukselskiego szczytu oddaliło kwestie referendum pokonstytucyjnego, ale jest ono nie do uniknięcia, jeśli nie we wszystkich, to w większości krajów Unii.

Szczupłość miejsca nie pozwala mi na zbyt szczegółowy rozbiór na czynniki pierwsze projektu konstytucji. Zatrzymam się więc na trzech sprawach:
1. Duża część społeczeństwa polskiego głosowała w referendum w czerwcu 2003 roku, ponieważ obiecywano nam znaczący udział we władzach wykonawczych Unii i istotny wpływ (także możliwość blokowania niekorzystnych decyzji przyszłej, rozszerzonej Unii) tymczasem konstytucja odchodząc od traktatu z Nicei i zagwarantowanego w nim systemu głosów ważonych, te nadzieje Polaków brutalnie rozwiewa. Ktoś powie, że to tylko fragment wielkiej, europejskiej “ustawy zasadniczej”. Co z tego, że to mały fragment gdy dla mojego kraju tak ważny! Pytanie o kompromis w tej kwestii może być zadane tylko i tylko wtedy, jeśli ma się w zanadrzu inną propozycję, gwarantująca choćby w zmienionej formie, realny wpływ i w sensie kreowania decyzji pozytywnych jak i też blokowania negatywnych dla Rzeczpospolitej. Na razie o kompromisie mowa jest bardziej w mediach niż w gabinetach politycznych. Zresztą o czym tu gadać gdy prezydent Jacques Chirac z wdziękiem słonia w składzie porcelany, jakikolwiek kompromis odrzuca.

2. W społeczeństwie katolickim jakim są Polacy, istotnym motywem głosowania na Tak przed 8 miesiącami były gwarancje udzielane przez różnego rodzaju autorytety, łącznie z Kościołem i tabunem po części wyrachowanych, po części naiwnych polityków, którzy przysięgali, ze sfera moralności (ochrona życia poczętego, eutanazja, śluby homoseksualne) to kwestia wewnętrznych regulacji poszczególnych krajów członkowskich, w tym przyszłości Polski. Tymczasem Karta Praw Podstawowych, która konsumuje projekt konstytucji zawiera dość jednoznaczne podporządkowanie ustawodawstwa krajowego w tym delikatnym, moralno-obyczajowym obszarze, interwencjom i dyrektywom instytucji unijnych. Uzyskują one prawo bezceremonialnego ingerowania w płaszczyźnie, która uchodzić miała za symbol suwerenności poszczególnych członków Unii. To kolejne chcąc nie chcąc referendalne oszustwo. Ma ono jednak poważniejsze konsekwencje, bo w sposób trwały może zniechęcić do Unii znaczącą część społeczeństwa polskiego, dla której moralny, poza ekonomiczny i poza polityczny wymiar ludzkiego życia jest istotnym punktem odniesienia, ale dotyczy to w równym albo w prawie równym stopniu społeczeństwa słowackiego, litewskiego czy słoweńskiego, gdy chodzi o nową Unię oraz irlandzkiego, portugalskiego czy hiszpańskiego oraz greckiego, gdy chodzi o starą Unię. Pewną próbą, post factum naprawiania tego co się wcześniej nie zauważyło jest walka o preambułę w kontekście chrześcijańskiego dziedzictwa Europy. O tyle w tym miejscu dziwi ostatnia wypowiedz Ministra Spraw Zagranicznych Włodzimierza Cimoszewicza, który zauważył, że system ważenia głosów jest jedynym punktem spornym w debacie konstytucyjnej. A przecież jeszcze nie rozstrzygnięto kwestii odwołania, właśnie w preambule, do chrześcijańskich tradycji starego kontynentu.

3. Wojna w Iraku podzieliła Europę w sposób tyle spektakularny, co pokazujący, że wspólna polityka zagraniczna jest papierowym zapisem Traktatów z Maastricht i Amsterdamu. W związku z tym, mówienie o “Ministrze Spraw Zagranicznych UE” jest absurdalne. Trudno się więc dziwić Polsce i Wielkiej Brytanii, że oprotestowały ten zapis będący w gruncie rzeczy “political fiction”. Tym bardziej, że antagonizowanie Europy z USA i to o taki drobiazg jest absolutnie bezproduktywne. Jeżeli już wojować z Ameryką to w sprawie interwencjonizmu w rolnictwie w kontekście negocjacji rundy GATT, czy podbojów kosmicznych. Klękanie przed Konstytucją Europejska, jak i jej twórcami, jest intelektualnie żenujące, podobnie jak odwracanie się plecami do Unii Europejskiej… i zamykanie się na debatę o przyszłości UE.

Eurosceptycy i euroentuzjaści co prawda nie jedno mają imię, lecz pochodzą od tej samej małpy, która nazywa się POLITYCZNY IRRACJONALIZM.