IRLANDIA CZYLI PRYMUS

Bardzo często wskazuje się nam Irlandię jako swoistego prymusa spośród krajów, które doszlusowały do Wspólnot Europejskich w ciągu ostatnich 30 lat. “Patrzcie Polacy” – mówili szacowni eurobiurokraci – “uczcie się jak umiejętnie wykorzystywać unijne środki”. To prawda, że “zielona wyspa” umiejętnie wykorzystała swoje funkcjonowanie w EWG (a potem UE) począwszy od 1973 roku. Jednak nie zapominajmy, że ten dzielny naród, który przecież dopiero po II wojnie światowej oderwał się od swojego Wielkiego Brata (czyli Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej) wchodził do eurostruktur na zupełnie innych warunkach niż czyni to przeszło 3 dekady później nasz kraj. No właśnie gdzie podobieństwa a gdzie różnice miedzy nami?

Podobieństwa wynikają z historii. I my i oni walczyliśmy o niepodległość, i my i oni jesteśmy narodami katolickimi, i my i oni przywiązani jesteśmy do własnej, choćby i trudnej historii. Wreszcie i my i oni nie jesteśmy narodem abstynentów. I na tym podobieństwa się kończą , bo akces Irlandii i akces Polski do – odpowiednio – EWG i Unii to dwa różne światy.
Republika Irlandii wchodziła do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej 31 lat temu jako pierwsze, biedny państwo, spora jeszcze przed Grecją, Hiszpanią czy Portugalią. Wchodziła (wraz z Wielką Brytania i Danią) do EWG składającej się z 6 państw (Francji, RFN, Włoch, Belgii, Holandii i Luksemburga). Struktury europejskie były jeszcze wtedy niewielkie, za to bogate i szczodre dla biednej wyspy. Nie było wtedy jeszcze w nich rolniczych krajów południa, bo Ateny, Madryt, Lizbona to europejska melodia dopiero następnej dekady. Nie dziwota więc, że irlandzcy rolnicy uzyskali rzeczywiście szeroki dostęp na rynki zbytu Europy Zachodniej. Stąd fenomen wielokrotnego wzrostu eksportu Irlandii w tyk okresie.

Irlandczycy w zasadzie od razu uzyskali możliwość legalnej, nie “na czarno” pracy w EWG. Polacy o tym tylko mogą pomarzyć. Irlandczycy wchodzili do Europy zamożnej i w miarę stabilnej mimo nadciągającego wówczas światowego kryzysu naftowego. Polska wmaszerowuje do Europy kryzysu gospodarczego i wyraźnej dekoniunktury.

Irlandia miała też jeszcze jeden wielki atut, którego poza Maltą nie maja kraje wchodzące do UE w 2004: język angielski jest tam językiem oficjalnym, a to powoduje brak barier komunikacyjnych, przyczyniło się też do większej skuteczności w pozyskiwaniu unijnych dotacji i zagranicznych inwestycji. Gdy chodzi o te ostatnie, to szczególnie istotną rolę odegrała “Irish community” w USA czyli irlandzka emigracja w Ameryce, która nie dość, że lokowała własne oszczędności i inwestycje w Irlandii, to jeszcze jako management wielu amerykańskich firm forsowała lokowanie amerykańskich inwestycji w Europie, właśnie na “Zielonej Wyspie”. Służyły temu najbardziej korzystne w Europie warunki dla inwestorów zewnętrznych. A Polska? Przegrywamy z Węgrami, Czechami a nawet Słowakami, pod względem zachęt dla obcych inwestorów (ale także np. warunków komunikacyjnych). A wbrew propagandowym mitom sprzed Referendum Unijnego – największy napływ inwestycji zagranicznych do Polski jest już za nami, a nie przed nami! Poprzednio w tym miejscu pisałem, że zbyt wysoka cena pracy w Polsce powoduje automatyczne przenoszenie się inwestorów do Azji, gdzie Chińczycy i Hindusi zrobią to samo ale znaczniej taniej.

Nie tylko irlandzcy rolnicy dokonali gospodarczej ekspansji na Europę, także irlandzkie banki. Polskie banki tego nie uczynią, bo prawie w 80% już nie są polskie. Jeszcze dwa elementy: po pierwsze socjotechnika. Irlandczycy dbali, aby nawet najmniejszą unijną dotację maksymalnie nagłośnić, tak aby Bruksela wiedziała jak bardzo jest kochana. A u nas/ Ci sami politycy, którzy rok temu głosowali za wejściem Polski do UE na zasadzie randki w ciemno, nie pytając nawet o warunki, dzisiaj wykrzykują: “Nicea albo śmierć”. Czyli od skrajności w skrajność, od płota do płota.

Druga zaś sprawa dotyczy umiejętnego podkreślenia prze Irlandię własnego zdania w Unii, i to zarówno w kwestiach stricte politycznych (jak demonstracyjne odrzucenie w pierwszym referendum Traktatu z Nicei), ekonomicznych (zazdrosne utrzymywanie własnej, skutecznej polityki podatkowej i budżetowej) i obyczajowe (art. 40 w Konstytucji Republiki, mówiący o ochronie życia ludzkiego od poczęcia, jako sprawie, która nie może być weryfikowana przez ponadnarodowe, unijne instytucje).

Należy podziwiać mądrość Irlandczyków, którzy co roku przeznaczają znaczące środki z budżetu na oświatę, szkolnictwo wyższe, rozwój nowoczesnych technologii. To dlatego ten mały kraj jest jednym z dwóch w Europie obok Finlandii o najwyższym procencie młodzieży studiującej na 10 tys. mieszkańców – i także dlatego, jest gospodarczym “tygrysem Europy”.

To docenianie nauki ma wymiar nie tylko budżetowy, ale także ustrojowy! W Irlandii jako w jedynym państwie w UE w 60-osobowym senacie, aż 6 miejsc – czyli 10% zagwarantowanych jest dla dwóch największych, irlandzkich uniwersytetów. Wreszcie irlandzki spryt. Przed dwoma laty specjalnie zmieniono granice irlandzkich regionów – hrabstw, bo zauważono, że niektóre z tych dawnych, biednych regionów przekraczają już granicę 75% średniej unijnej PKB na głowę mieszkańca. Co oznaczałoby zaprzestanie przyznawania środków z Funduszy Strukturalnych z Brukseli. Chciano po prostu wydusić więcej środków z Unii.

A więc uczmy się od Irlandczyków. Mówię o społeczeństwie, bo obecny rząd niczego się już nie nauczy i niczego nie zrozumie.