Blog

„Naród ochrzczony” i wojna cywilizacyjna

16 października 2018 roku, w 40. rocznicę wyboru polskiego papieża na pierwszej stronie „New York Times” ukazało się duże zdjęcie paru Kanadyjczyków palących marihuanę − tego dnia „Kraj Klonowego Liścia”, rządzony przez bardzo „postępowego” premiera Justina Trudeau zalegalizował ten narkotyk. Jednak część polskich gazet pamiętała o rozpoczęciu pontyfikatu Jana Pawła II − „księdza, który zmienił świat”. Nie wszystkie. „Gazeta Wyborcza” miała inne priorytety. Tak, jest konsekwentna: kiedyś z fascynacją pisała  o T-shirtach „Nie płakałem po papieżu”.

Amerykański „NYT” swoje, polskie (nie mylić z „polskojęzycznymi”…) gazety -swoje. Cóż, podobno każdy ma to, na co zasłużył.

Tyle tytułem wstępu do kilku refleksji o Kościele w Polsce i jego roli. Nie będę pisał o wymiarze religijnym: łaską jest wiara, jest sprawa intymną, indywidualną. Chodzi mi o wymiar społeczny i historyczny polskiego katolicyzmu i Kościoła. Uważam, że jeżeli ktoś jest niewierzący, a jest polskim patriotą − to nigdy nie podniesie ręki na wiarę i na Kościół Rzymsko-Katolicki. Nie uczyni tego właśnie ze względu na świadomość roli, jaką wiara ma w życiu rodaków. Sto lat temu mówił o tym Roman Dmowski − bynajmniej nie bigot, który wszak wiedział, że wrogowie Polski uderzali w Kościół, bo uważali go za narodową twierdzę i opokę polskości.

Już używałem tego sportowego porównania, aby zilustrować, jakie znaczenia ma dla Polaków nasz Kościół. Otóż wielki trener polskich pięściarzy, wychowawca mistrzów i medalistów olimpijskich, mistrzów czy wicemistrzów Europy, nieodżałowanej pamięci Feliks Stamm (w Warszawie mieszkają do dziś jego wnuczka i prawnuczka) uczył polskich mistrzów ringowego fechtunku: „uderzaj w korpus − a głowa potem sama opadnie”. W kontekście Polski i Kościoła Rzymsko-Katolickiego − nie ma lepszej metafory! Kościół, matka nasza − to właśnie ów korpus. Gdy zostanie wyniszczony, to ta głowa − czyli naród − będzie wręcz zapraszać wroga do nokautu.

I to się właśnie dzieje. Kościół jest atakowany nie tylko, a może nawet nie głównie (?) ze względów religijnych i cywilizacyjnych. W wymiarze społecznym jest on bowiem wspólnotą ludzi wierzących − polskich patriotów (w olbrzymiej większości). Pasuje to świetne określenie Prymasa Tysiąclecia, księdza kardynała Stefana Wyszyńskiego, który mówił o Polsce i Polakach jako „narodzie ochrzczonym”. Ci, którzy chcą osłabić Polskę − będą uderzać w Kościół. To doprawdy „oczywista oczywistość”. Inna sprawa, że jest to − czy może być − element szerszej wojny cywilizacyjnej. Toczonej, rzecz jasna, nie tylko w Polsce i nie tylko w Europie. Choć może akurat na Starym Kontynencie jest owa wojna kulturowo-cywilizacyjna szczególnie spektakularna.

Oczywiście Kościół składa się z grzesznych ludzi, w tym grzesznych księży. Oczywiście sam Kościół, czy też jego część − niewielka, moim zdaniem − daje asumpt do oskarżeń i złych emocji. Od nich jeden krok dzieli od nagonki.

Należy odróżnić utyskiwanie, bywa, że niestety uzasadnione na poszczególnych księży, którzy mijają się z powołaniem lub go wcale nie mają − z  systemowym opluskwianiem Kościoła, sączonym od lat, bezpośrednio czy podprogowo, w mediach liberalno-lewicowych. Odbywa się to – i widać to było choćby w „Gazecie Wyborczej” przy ostatniej kampanii wyborczej samorządowej -także poprzez „pozytywną” promocję kandydatów, często młodych, którzy plotą androny o  rzekomym zawłaszczaniu przez Kościół sfery publicznej. Wszystko to po to, aby wyraźnie mniejszościowe postawy były uznane za, jeśli nie większościowe, to przynajmniej za „normalność”. A ci, którzy je głoszą, mieliby być  w tym ujęciu godnymi wsparcia „trendsetterami”.

Jest pewna analogia: słyszymy mity o polskim nacjonalizmie w sytuacji, gdy w rzeczywistości w życiu publicznym za mało jest patriotyzmu. Słyszymy też mity o nadmiernej ekspansji Kościoła, gdy w rzeczywistości raczej czasem  możemy mówić o jego milczeniu i chowaniu się za „podwójną gardą” (znów pięściarska metafora!)  w różnych  sytuacjach na szczeblu centralnym czy lokalnym.