„Made in China”

W Chińskiej Republice Ludowej jestem w szczególnym czasie. Trwa wojna ekonomiczna między Pekinem a Waszyngtonem, przy czym nabiera ona konfrontacyjnego charakteru. Bruksela przystępuje do przeglądu inwestycji chińskich w krajach członkowskich Unii Europejskiej. Federacja Rosyjska zbliża się do ChRL, a Chiny Ludowe sprzedają rakiety Białorusi.

Ta ostatnia sprawa jest mało znana. Jednak te chińskie rakiety mogą dosięgnąć (w teorii) Warszawy i stolic trzech krajów bałtyckich (w wypadku Polski – jeśli będą wystrzelone z Brześcia nad Bugiem, ich zasięg to ok. 270 km), ale na pewno nie dolecą do Moskwy.

Światowa potęga numer dwa

Patrząc szerzej, nie przez pryzmat międzynarodowej politycznej bieżączki, można postawić pytanie o to, jak to się stało, że ChRL w ostatnich parudziesięciu latach dokonała tak olbrzymiego skoku na globalnej mapie wpływów. Jeszcze niedawno była częścią Big Five, Wielkiej Piątki, teraz podejmuje rywalizację z USA o światowy prymat. Chińczycy skupili się na gospodarce, na wzroście ekonomicznym. Wychodzą z założenia, że ich inwestycje, ich eksport, ich związki handlowe będą torowały drogę dla politycznego wzrostu wpływów Państwa Środka. I tak się dzieje.

Chiny, kraj o tysiącletnich tradycjach państwowych i cywilizacyjnych, są cierpliwe. Działają stopniowo. Poszerzają strefę wpływów, ale tam, gdzie napotykają silny opór, ustępują.

No właśnie, oto moja prog­noza odnośnie do relacji chińsko-amerykańskich. Komunistyczne elity rządzące największym demograficznie państwem świata zapewne wiedzą, że obecne skrajnie napięte relacje z USA nie wpływają na dłuższą metę korzystnie na pozycję Chin w świecie. Twierdzę, że Pekin może ustąpić w tym prestiżowym pojedynku na dachu świata i niespodziewanie pójdzie na kompromis z Białym Domem. Czy to będzie na przykład zakup amerykańskich boeingów, i to w liczbie kilkudziesięciu czy stukilkudziesięciu sztuk? To tajemnica pilnie strzeżona w zamkniętych gabinetach ponad 22-milionowej stolicy ChRL.

Smog i riksze – azjatycki survival

W Pekinie jest słonecznie, choć mroźno. Po moim przyjeździe okazuje się, że nawet symbol Pekinu – olbrzymi smog – gdzieś się wyniósł, przynajmniej czasowo. Pomiary niespodziewanie wykazały kilkukrotny spadek jego stężenia i w niechlubnej globalnej klasyfikacji zanieczyszczeń aglomeracji miano czerwonej latarni stolica Chin przekazała stolicy Indii. Ale i tak ludzi w specjalnych maseczkach ochronnych widzę tutaj sporo.

Przed budynkami rządowymi (np. siedzibą ministerstwa spraw zagranicznych) czy partyjnymi (siedzibą Komunistycznej Partii Chin) dostrzegam limuzyny dla tutejszych VIP-ów. I ciekawe rozwiązanie – o ile samochody rządowe w Polsce mają tzw. koguty, to tutaj na masce z przodu (a nie na dachu) fabrycznie wmontowane jest specjalne urządzenie z pulsującym czerwonym światłem.

Niebywałe korki, już o piątej nad ranem, nie są żadnym zaskoczeniem. Akurat Pekin może w tym konkurować, podobnie jak w kwestii smogu, z Nowym Delhi. Kilka razy korzystam z ryksz, które są dobrym rozwiązaniem na krótszych dystansach. Rikszarze i rikszarki – z taką też jechałem – są królami pekińskich ulic. Riksza, którą jadę, bezceremonialnie wjeżdża pod prąd, samochody hamują, riksza zmienia kierunek jazdy i pas – wtedy samochody ruszają. I nawet nikt nie trąbi!

Tyle że korzystanie z tych pojazdów w listopadzie nie jest zbyt przyjemne – po paru minutach jazdy można zmarznąć na kość, mnie też to spotkało. Jest jeszcze jeden minus. Gdy władze urządzają łapanki – a operatorzy riksz, zdaje się, niekoniecznie płacą podatki – riksiarz, by ratować skórę przed nadciągającą policją, może bez słowa wyrzucić cię w nieznanym miejscu. I wtedy masz survival, test na przeżycie.

Rosyjska dzielnica, rosyjscy handlarze

Ambasada Rzeczypospolitej Polskiej w Pekinie (naszym ambasadorem jest Wojciech Zajączkowski, w służbie dyplomatycznej RP od lat 90., wczesniej ambasador w Moskwie i Bukareszcie) znajduje się nieopodal dzielnicy rosyjskiej. Rosjanie tam co prawda nie mieszkają, ale masowo przyjeżdżają na handel. Dzisiaj tabunami, ale jeszcze parę lat temu był to prawdziwy „ruski ocean”. Od kiedy sytuacja gospodarcza Federacji Rosyjskiej się pogorszyła, liczba turystów-handlarzy spadła. Ale i tak jest ich zatrzęsienie.

W tej dzielnicy we wszystkich domach towarowych i sklepach powszechnie widzę szyldy po rosyjsku, a naganiacze zapraszają do poszczególnych stoisk w tym języku. Spotykam też kilkoro Polaków. Język rosyjski jest tutaj lingua franca, bo przecież ci, którzy przyjeżdżają tu na przykład z Kaukazu Południowego, też się nim posługują. Dla ułatwienia kontaktów handlowych Chińczycy przyjmują rosyjskie pseudonimy. I tak skośnooki „Grisza” czy miejscowy „Dima” oswajają gości z chińskim rynkiem zbytu lub usług.

Handlarze z Rosji czy republik postsowieckich jeżdżą za towarem od rana do wieczora, a po zmierzchu korzystają z usług licznych salonów piękności, akupunktury, masażu, zlokalizowanych zresztą w hotelach, w których owi przybysze z bywszego ZSRS mieszkają. Chcesz czy nie chcesz, dostajesz do ręki rosyjskojęzyczną reklamę tychże usług. Jest też restauracja Moskwa, chociaż ponoć rosyjscy dyplomaci krzywią się, że prowadzą ją Azerowie – i tak na prawdę służy ona jako pralnia brudnych pieniędzy. Polskiej knajpy tu nie ma, choć po sąsiedzku, w stolicy Mongolii Ułan Bator – jest. Tam jest polska restauracja, ale nie ma polskiej ambasady. W Pekinie odwrotnie.

Chyba nie dla wszystkich dzieciaków w Pekinie starcza żłobków i przedszkoli, bo w supermarketach i sklepach paroletnie (i młodsze) dzieci towarzyszą mamom sprzedawczyniom czy właścicielkom sklepów. Niektórzy mówią, że dokonał się niemały postęp, bo kiedyś pampersy były tu rzadkością i dzieciaki w różnych miejscach kucały za potrzebą.

Nie trzeba być znawcą kobiet ani sztuki makijażu, aby zauważyć, że mieszkanki Pekinu raczej sceptycznie podchodzą do lakieru do paznokci, podkładów, pudrów, kredek i cieni (mam nadzieję, że nie przekręciłem żadnej nazwy). Malują tylko rzęsy i usta.

Obama: początki rywalizacji USA–Chiny

Powyżej przedstawiłem obserwacje kogoś, kto nie skupia się wyłącznie na spot­kaniach z politykami czy urzędnikami. Jednak przyjechałem tu w związku z polityką właśnie. Na spotkaniu z wiceministrem spraw zagranicznych bronimy tezy, że nie jest rzeczą właściwą patrzeć na konflikt USA–Chiny przez pryzmat jedynie prezydentury Donalda Trumpa. A to oznacza, że zmiana lokatora Białego Domu wcale nie musi oznaczać zmiany nastawienia Waszyngtonu do ChRL. Chińczycy kiwają głowami.

Nie dopowiadam, że amerykański polityczno-gospodarczy sceptycyzm wobec Państwa Środka zaczął się wcale nie za Trumpa, tylko już podczas prezydentury Baracka Obamy, zwłaszcza w czasie jego drugiej kadencji. To, że do starcia gigantów, Ameryki i mocarstwa z Azji, dochodzi dopiero w drugiej dekadzie XXI w., jest – o czym się nie mówi – pochodną zamrożenia polityki USA wobec Azji po zamachach terrorystycznych z 11 września 2001 r. Wówczas na mniej więcej dekadę Waszyngton musiał się skupić na Afganistanie i talibach i nie zajmował się ściganiem z Chińczykami. Pekin mimowolnie skorzystał z wojny Stanów Zjednoczonych z islamskimi terrorystami spod znaku Osamy bin Ladena i kupił sobie czas.

Pytam w chińskim ministerstwie spraw zagranicznych o to, co jest w tej chwili największym wyzwaniem dla polityki zagranicznej Pekinu. Otrzymuję odpowiedź tak dyplomatyczną, że nie będę jej tu nawet przytaczał.

Chińskie cztery części świata

Komunistyczne Chiny dzielą świat na cztery części. W pierwszej grupie, najbardziej żywotnej dla strategicznych interesów Pekinu, jest tylko jedno państwo – Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Tak naprawdę chińska polityka wydaje się sfokusowana na ograniczanie wpływów USA na Państwo Środka oraz realne i potencjalne chińskie strefy wpływów.

W drugiej kategorii są najbardziej znaczące państwa europejskie. Nasi rozmówcy wymieniali je niczym mantrę: Niemcy, Francja i Wielka Brytania (mimo brexitu), a także Rosja i Indie. Można zatem powiedzieć, że w tej grupie znaleźli się stali członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ (bez USA) plus Nowe Deli i Berlin.

No właśnie! Niemieckie koncerny (Siemens, Mercedes, Volkswagen) stają na głowie, żeby odnaleźć się na tym największym w skali globu rynku zbytu. Setki tysięcy niemieckich aut kupowanych jest co roku przez Chińczyków. Kanclerz Angela Merkel oraz chiński prezydent Xi Jinping przywiązują szczególną uwagę do relacji Berlin–Pekin.

Polska jest w kategorii trzeciej. Co to oznacza? Dość dobre relacje gospodarcze i polityczne – o ile dla Chińczyków robienie interesów (w różnym tego słowa znaczeniu) nie stoi w kolizji z relacjami z państwami z grup pierwszej i drugiej. Funkcjonuje polsko-chiński komitet międzyrządowy, prezydent Andrzej Duda niedługo po swoim wyborze w jedną z pierwszych wizyt zagranicznych pojechał do Chin, aby w następnym roku przyjąć chińskiego prezydenta w Warszawie. Jednak uzgodniona przez stronę chińską jeszcze z premier Beatą Szydło wizyta szefa MSZ ChRL przekładana jest już trzeci raz. Skądinąd „miej proporcje, Mocium Panie” – inwestycje Chin w Polsce i innych krajach naszego regionu są w sumie mniejsze niż w… Portugalii.

Jest jeszcze czwarta kategoria krajów z punktu widzenia chińskiej polityki zagranicznej – to te, które dla Pekinu nie mają żadnego znaczenia. I takich jest chyba większość.

Rosnące w potęgę Chiny terytorialne stały się magnesem dla setek tysięcy członków wielkiej chińskiej diaspory rozsianej po świecie. Wielu z nich, nawet urodzonych poza ChRL, decyduje się wrócić na stałe do ojczyzny swojej czy przodków. Jedna z liderek partii Zhi Gong, która powstała wśród chińskich emigrantów w San Francisco i stara się działać na rzecz Chińczyków z diaspory, a także tych wracających do macierzy, na moje pytanie o skalę powrotów jej rodaków odpowiada, że tylko w zeszłym roku niemal pół miliona Chińczyków osiedliło się na terytorium Chińskiej Republiki Ludowej, wiążąc swoją przyszłość ze światowym mocarstwem numer dwa.

Skoro najliczniejszy kraj na świecie prowadzi taką politykę otwartych drzwi na rzecz osiedlania się rodaków z zagranicy, to czy nie warto, aby taką właśnie politykę stosowało piąte co do liczebności państwo Unii Europejskiej – czyli Polska?

* tekst ukazał się w tygodniku „Gazeta Polska Codziennie” (26.11.2018)

O Ryszard Czarnecki

Polityk Prawa i Sprawiedliwości, historyk, dziennikarz, działacz sportowy, poseł na Sejm I i III kadencji, deputowany do Parlamentu Europejskiego VI, VII i VIII kadencji, były wiceminister kultury, były przewodniczący Komitetu Integracji Europejskiej i minister – członek Rady Ministrów; wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego.
Dodaj do zakładek Link.

Komentarze są wyłączone.