Antytrumpizm niemieckich mediów

Zastanawiając się nad realnymi, a nie medialnymi rezultatami helsińskiego szczytu Trump–Putin, warto na niego popatrzeć przez niemieckie okulary. To dla nas, Polaków, szczególnie istotne, Niemcy bowiem przez dwie kadencje prezydenta Obamy odgrywały rolę pośrednika między USA a Unią Europejską.

Ta znakomita dla nich w wymiarze politycznym (i geopolitycznym) rola zakończyła się z hukiem, gdy Amerykanie wybrali na gospodarza Białego Domu Donalda Trumpa. Berlin nie tylko utracił rolę ambasadora UE wobec Stanów Zjednoczonych i odwrotnie, ale również stał się nagle krajem najostrzej krytykowanym przez nowego prezydenta USA. Niemcy, nienawykłe do krytyki i jednocześnie przyzwyczajone, że ich dominująca rola była przez lata powszechnie uznawana i na Starym Kontynencie, i za wielką wodą, zupełnie nie wiedziały, jak zareagować. Miotały się między podgrzewaniem nastrojów nie tylko antytrumpowskich, ale szerzej antyamerykańskich w Europie a próbami naprawienia relacji bilateralnych z Waszyngtonem. Merkel, próbując znaleźć porozumienie z USA, nie tylko odwiedziła Stany Zjednoczone, ale nawet zmieniła ambasadora w USA, zastępując dotychczasowego dyplomatę swoją współpracowniczką z urzędu kanclerskiego.

Wbrew utartym wrażeniom, mimo personalnych ataków prezydenta Trumpa na kanclerz Merkel, zapowiedzią wojny handlowej między Waszyngtonem a m.in. Berlinem i niechętnym Trumpowi i Ameryce wypowiedziom przedstawicieli niemieckiego establishmentu politycznego (z wzajemnością) największy kraj Europy potrafi wciąż zawierać deale z największym mocarstwem świata. Niemal niezauważonym tego przykładem było przyznanie Republice Federalnej na ostatnim szczycie Paktu Północnoatlantyckiego jednego z dwóch nowych dowództw NATO – w Ulm w Badenii-Wirtembergii. Mimo tego wymiernego przejawu pragmatyzmu obu stron euroatlantyckiego sporu administracja Białego Domu bije w wojenne werble, a to oskarżając Berlin o negatywny bilans w stosunkach handlowych USA–RFN, a to o ucieczkę od odpowiedzialności za światowe bezpieczeństwo w związku z nieproporcjonalnie małymi pieniędzmi płaconymi na obronność, a to krytykując nieodpowiedzialną politykę imigracyjną Berlina. Tym bardziej ciekawe były reakcje niemieckich mediów na amerykańsko-rosyjski szczyt w Finlandii. Spotkali się tam bowiem przywódcy dwóch państw, z których jeden ma paradoksalnie zupełnie dobre relacje z Niemcami (Putin), a drugi paradoksalnie złe (Trump).

Korespondentka „Die Welt” w Helsinkach Ileana Grabitz napisała o spalonej ziemi, którą amerykański prezydent pozostawiał po prawie każdym spotkaniu. „Die Welt” podkreślił też, że wstępem do spotkania z Putinem były słowa Trumpa, iż Unia Europejska jest wrogiem USA. Korespondencji z Helsinek dla „Die Welt” Svena Lennartza nadano tytuł „Harmonia między najgorszymi wrogami”. Uznano, że szczyt i występ Trumpa był katastrofą. Jednocześnie centroprawicowy bądź co bądź „Die Welt” podkreślił, że prezydent USA nie uznał aneksji Krymu i nie zawarł porozumienia z Rosją w sprawie Syrii ani nawet nie usankcjonował żadnej strefy wpływów w Rosji – ale i tak zbeształ Donalda Trumpa niczym sztubaka. Ba, więcej, niemiecka gazeta pouczyła amerykańskiego prezydenta, czym jest amerykański patriotyzm… To już miało groteskowy charakter. Cóż, ubrał się diabeł w ornat i ogonem na mszę dzwoni.

Też uważany – może nazbyt pochopnie – za zbliżony do centroprawicy „Frankfurter Allgemeine Zeitung” komentował piórem Klausa-Dietera Frankenbergera: „Niezależnie od Trumpa sprzeczności interesów między Rosją a Ameryką nie rozpłyną się w powietrzu”. To akurat prawda, tyle że gospodarz Białego Domu jest politykiem, który te sprzeczności amerykańsko-rosyjskie pogłębił.

Po Helsinkach wychodząca w Monachium lewicowa i liberalna „Suedeutsche Zeitung” złośliwie zatytułowała komentarz Juliana Hansa „Żniwa Putina”. Wyśmiała prezydenta USA, pisząc, iż spełniły się prognozy, że „przeszkolony agent KGB Putin owinie sobie handlarza nieruchomości Trumpa wokół palca”. Ta sama gazeta sprzyjająca współrządzącej SPD uznała tweeta Donalda Trumpa, w którym określił Unię Europejską jako wroga USA, za prorosyjski. Tę metodę znamy dobrze z polskiego i brukselskiego podwórka. To stosowany od dłuższego czasu moralny szantaż polegający na uznaniu jakiejkolwiek krytyki czy nawet tylko braku zgody z Unią za ex definitione coś proputinowskiego. Autorów owych eurosceptycznych czy ledwie eurorealistycznych uwag określa się natychmiast sługusami czy bardziej elegancko zwolennikami Moskwy. Często czynią to ci politycy i komentatorzy europejscy i polscy, którzy od lat podlizywali się Moskwie lub odgrywali rolę pożytecznych idiotów, np. po tragedii smoleńskiej.

Szczególną sofistykę zaprezentowała ekonomiczna gazeta „Handelsblatt”. Jej korespondent z Helsinek Moritz Koch z jednej strony stwierdził, że od zakończenia zimnej wojny stosunki amerykańsko-rosyjskie nigdy nie były tak złe jak obecnie, a z drugiej jednak uznał – uciekając od stwierdzenia, że rzekomo prorosyjski Trump doprowadził do tak zimnowojennych relacji między Waszyngtonem a Moskwą (a skoro tak to nie jest prorosyjski) – że cieszyć się z tego dialogu między USA a Federacją Rosyjską nie można, bo „okoliczności nie są normalne. Europa straciła zaufanie w amerykańskie przywództwo”. To już zwykłą hipokryzją. Charakterystyczne, że „Handelsblatt” i ich komentator Matthias Brueggmann dokopali nie tylko Trumpowi, ale i nam, Polakom. Napisał on ni mniej, ni więcej: „Nadszedł czas, aby niektórzy na Zachodzie obudzili się, przede wszystkim na coraz bardziej popadającym w autorytaryzm wschodzie Unii Europejskiej”. Zwracam uwagę na tę retorykę coraz bardziej obecną w establishmencie politycznym i medialnym Europy Zachodniej i Ameryki. Jasno pozycjonuje ona wrogów: Trump, Kaczyński, Orbán, czyli prawicowe USA, prawicową Polskę, prawicowe Węgry, gdzie ludzie nie zagłosowali, jak chciały „elity”. To przykład selektywizmu i szczególnej hipokryzji w niemieckich mediach.

Bardzo charakterystyczne, że antytrumpizm niemieckich mediów jest bardzo selektywny. Gazety w RFN praktycznie nie zająknęły się w kontekście spotkania przywódców dwóch państw będących istotnymi rywalami w polityce energetycznej o… Nord Streamie. To dopiero sztuka, aby akurat w tej sprawie doznać politycznie poprawnej na terenie Niemiec cudownej amnezji.

Kolejnym przykładem podwójnych standardów niemieckich mediów był fakt, że w kontekście spotkania Trump–Putin lokatora Kremla opisywano skądinąd słusznie w czarnych barwach, podczas gdy spotykali się z nim ministrowie spraw zagranicznych RFN, socjaldemokraci – Frank-Walter Steinmeier (obecny prezydent ) i Sigmar Gabriel (obecny emeryt) – to wówczas pułkownik Putin był pod szczególną ochroną, a niemieckie media zachowywały daleko idącą powściągliwość w komentarzach wobec polityki zagranicznej i polityki wewnętrznej Federacji Rosyjskiej.

Do katalogu grzechów niemieckich mediów można zaliczyć: hipokryzję, podwójne standardy, uprzedzenia antyamerykańskie i antypolskie, brak obiektywizmu i żenujące złośliwości. Trudno jednak zarzucić im, że nie bronią niemieckich interesów i że dają się wykorzystywać obcym państwom. Pod tym względem niemieckim mediom wiele polskich i polskojęzycznych mogłyby nawet zazdrościć.

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (30.07.2018)

O Ryszard Czarnecki

Polityk Prawa i Sprawiedliwości, historyk, dziennikarz, działacz sportowy, poseł na Sejm I i III kadencji, deputowany do Parlamentu Europejskiego VI, VII i VIII kadencji, były wiceminister kultury, były przewodniczący Komitetu Integracji Europejskiej i minister – członek Rady Ministrów; wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego.
Dodaj do zakładek Link.

Komentarze są wyłączone.