Majdan – trzy lata po…

Między końcem listopada 2013 a drugą połową lutego 2014 byłem na Majdanie sześciokrotnie. Przemawiałem do tłumów, przedstawiany jako „polski deputat jewroparlamenta”. W te bardzo zimne dni ciepło, bo jakże inaczej, przyjmowano wyrazy tej polskiej solidarności z ukraińską wolnością i ukraińskim odrzucaniem rosyjskiego jarzma. Teraz byłem na Majdanie ponownie, akurat w trzecią rocznicę zwycięstwa „Pomarańczowej Rewolucji 2.0”.

Kilka dni przed moim przyjazdem miały miejsce demonstracje, które przerodziły się w zamieszki. Protestowali nacjonaliści, kilku policjantów zostało rannych. Gdy idę ulicami, które pamiętam z walk w lutym AD 2014, jest ciemno, cicho i smutno. 36 miesięcy temu byłem na tej ulicy, przy której znajduje się stadion Dynama Kijów – i wyglądała zupełnie inaczej. Ulica ta, spadająca dość stromo w dół, była jedną z kluczowych w czasie Majdanu, bo na jej szczycie znajdują się budynki Wierchownej Rady czyli ukraińskiego parlamentu i okazały budynek administracji prezydenta. Tam toczyły się najostrzejsze walki wraz z równoległą do niej ulica Instytucką. Na dole znajduje się budynek należący do jednego z ministerstw, gdzie zamknęli się wtedy oblegani przez demonstrantów milicjanci. Byłem wówczas, gdy przyjeżdżał Kliczko, dzisiejszy mer Kijowa i apelował do rozwścieczonych przeciwników Janukowycza, aby nie dokonywać samosądów na owych milicjantach.

Równo przed trzema laty z Adamem Lipińskim wmieszaliśmy się w tłum majdanowców broniących barykady, zza której w odległości może 200 metrów, może mniej, widać było szeregi Berkutu. Jak się okazało później, to była tragiczna noc, bo zginęło na tej barykadzie dwóch jej obrońców. Z Adamem przesuwaliśmy się coraz bliżej i bliżej barykady, obserwując cykliczne wypady Ukraińców „majdanowych” przeciwko Ukraińcom „janukowyczowym”. „Nasi” co kilkanaście minut wybiegali zza swojej barykady i biegli w kierunku Berkutu, czymś tam rzucali i pośpiesznie wracali. Po drugiej stronie prorosyjskie oddziały odpowiadały. Sztuką było porzucać przez jakiś czas, uciec i nie dostać. W pewnym momencie wysunęliśmy się za kolejną grupką zagończyków (choć bardziej pasuje tu określenie „kozaków”) i patrzyliśmy z bliska, tak z bliska, że bardziej nie można, na toczące się walki, co zdaje się nie było do końca zgodne z instrukcjami Jarosława Kaczyńskiego („obserwować, ale nie brać udziału bezpośredniego”, „nie ponosić strat własnych”). „Narodowi” Ukraińcy obrzucili czym trzeba „sowieckich” Ukraińców i zgodnie z prawidłami walk ulicznych rozpierzchali się wracając za bezpieczną barykadę. Nagle okazało się, że między „szykiem Majdanu” a ukraińskim ZOMO czyli Berkutem stoi dwóch osobników: palący papierosa, jak zwykle, Adam Lipiński i rozmawiający przez komórkę, jak zwykle, piszący te słowa. Nad nami przelatywały jakieś przedmioty służące do niszczenia siły żywej wroga, mimo ciemnej nocy było dość jasno, choć dalej przeraźliwie zimno, dobrze poniżej zera. W tym momencie usłyszałem od kolegi z PiS dwa słowa, w tym jedno żołnierskie: „Ryszard, spierdalamy!”. Zalecenie wykonałem równie błyskawicznie, jak jego autor.

A dziś Kijów… Nic nie zostało z tamtej atmosfery.

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej” (01.03.2017)

O Ryszard Czarnecki

Polityk Prawa i Sprawiedliwości, historyk, dziennikarz, działacz sportowy, poseł na Sejm I i III kadencji, deputowany do Parlamentu Europejskiego VI, VII i VIII kadencji, były wiceminister kultury, były przewodniczący Komitetu Integracji Europejskiej i minister – członek Rady Ministrów; wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego.
Dodaj do zakładek Link.

Komentarze są wyłączone.