Łotwa przewodzi Unii

logo

Sześciomiesięczną prezydencję w Unii Europejskiej objęła Łotwa, bodaj najbardziej antyrosyjski kraj w UE. To ciekawy czas dla Europy, ale też dla Polski jako że z Rygą mamy tradycyjnie dobre relacje. Tak było przed II wojną światową, tak jest teraz. Można powiedzieć, że ogniwo które nas spaja czyli podobna historia, wspólne opresje to właśnie Rosja.

Polacy w Polskich Inflantach

Ciekawe, że z dwóch krajów bałtyckich mających sporą mniejszość polską Łotwa potrafiła generalnie respektować jej prawa i ułożyć sobie bardzo poprawne relacje z RP, a Litwa ‒ wręcz przeciwnie.

Symbolem świetnej współpracy łotewskich Polaków ze znowu niepodległym, po pół wieku, państwem jest pierwsza prezes Związku Polaków na Łotwie Ita Kozakiewicz, tragicznie zmarła we Włoszech w 1990 roku. Polacy na Łotwie uznali, że niepodległa Łotwa jest także ich szansą i wiedzieli, że dążenia narodowe Łotyszów nie są skierowane przeciwko nim. Polacy na Litwie mieli, niestety, obserwując działania nowego litewskiego państwa, wręcz przeciwne odczucia.

Podobno łotewski komisarz i były premier Valdis Dombrovskis ma polskie korzenie. Wiem, że szereg łotewskich polityków przyznaje się do nich publicznie, łącznie z byłymi szefami służb specjalnych i resortów siłowych. Takie stanowiska powierza się zwykle „pewnym” ludziom, co ma szczególne znaczenie w państwie, którego połowa ludności to mniejszość (?) rosyjska.

Gdy chodzi o Polaków, to niespełna 12,5 tysiąca to „bezpaństwowcy”, bo osiedlili się na Łotwie po drugiej wojnie światowej (to ledwie 3,5 % wszystkich „nieobywateli”). W sumie Polaków jest w tym państwie Polskich Inflant około 50 tysięcy. Odwiedzałem ich parokrotne nie tylko w Rydze, ale tez w owym Dźwińsku (Daugavpils), Rzeczyca (Rezekne) czy w Jakubowie (Jēkabpils). Wszędzie tam istnieją polskie szkoły i dobre relacje z miejscowymi. Ale nie tylko szkoły. Także, właśnie w Dźwińsku, tablice i obeliski upamiętniające bohaterstwo żołnierzy Armii Krajowej, którzy, opierają się o miejscową ludności, prowadzili działalność dywersyjną, wysadzali pociągi. Tak właśnie działali szturmowcy ze słynnego Zagra-Linu. Skądinąd imponująca działalność dywersyjna, prowadzona setki kilometrów poza granicami będącej pod niemieckim butem Warszawy, docierała aż do Berlina, Wrocławia (wtedy Breslau) czy wreszcie Dźwińska.

Ból głowy Rygi

Owa rosyjska mniejszość to stały ból głowy dla Rygi. W dawnym polskim Dźwińsku, czyli Dyneburgu (dzisiaj Daugavpils), gdzie skądinąd bardzo liczna jest mniejszość polska, Rosjanie stanowią większość, a Łotysze muszą ścigać się o drugie miejsce z Polakami. W początkach swojej drugiej niepodległości Łotwa prowadziła specjalną politykę nadawania obywatelstwa mieszkającym tam Rosjanom tak, aby zneutralizować wpływy rosyjskich towarzyszy osiedlanych tam od czasów sowieckich, szczególnie w ostatnich paru dekadach.

Stąd protesty rosyjskiej mniejszości, która w niemal połowie, choć mieszka od dawna na terenie Łotwy, wciąż nie ma obywatelstwa tego kraju. Łotysze też postarali się, aby system edukacji nie był instrumentem rusyfikacji. To z kolei wywoływało i wywołuje protesty miejscowych Rosjan. Pamiętam jeden z nich przed budynkiem Parlamentu Europejskiego w Strasburgu, gdzie nastolatkowe – łotewscy Rosjanie – rozdawali ulotki po angielsku, jakiej to są poddawani dyskryminacji w państwie, w którym legalnie mieszkają. Sprawa ta zresztą powraca w różnych wystąpieniach na forum PE, a także kilkakrotnie pojawiła się w europarlamencie na specjalnej intergrupie poświęconej mniejszościom narodowym na Starym Kontynencie. Ma zresztą kto tę sprawę podnosić, skoro aż troje na ośmiu europosłów z Łotwy to Rosjanie! Pod tym względem sytuacja jest dla Łotyszy gorsza niż ta z lat 2004-2009, gdy na dziewięciu europarlamentarzystów tylko jedna osoba – Tatiana Zdanoka ‒ reprezentowała łotewskich Rosjan. Zresztą jest ona wciąż europosłem. Problem tkwi nie tylko zresztą w łotewskim obywatelstwie, ale też w prawach wyborczych tamtejszych Rosjan. Z 650-tysięcznej mniejszości rosyjskiej tylko 11 na 20 ma obywatelstwo. Pozostali są „bezpaństwowcami” i mają takowe paszporty (po łotewsku: nepilsona pase). Żeby ograniczyć Rosjanom wstęp do łotewskiego parlamentu i samorządów, jeszcze 12 lat temu kandydatów na polityków obowiązywał obowiązkowy egzamin z języka łotewskiego. Ten wymóg zlikwidowano, ale jednocześnie przed sześcioma laty, znacząco rozszerzono – z niespełna 50 do 1200(!) ‒ listę zawodów, które można wykonywać tylko znając łotewski. Wśród nich są też zawody, które takiej biegłej znajomości jako żywo nie wymagają: striptizer, akrobata, ochroniarz, kominiarz, kreślarz.

Cierpliwi Bałtowie, gniewne Południe

Wybory w tym kraju wygrała partia rosyjskiej mniejszości. Ale to partie niepodległościowe utworzyły koalicję rządową. Latvijas Republika ma więc premiera Łotyszkę ‒ Laimdotę Straujumę. Łotewska prezydencja w UE zaczęła się od terrorystycznego trzęsienia ziemi w Paryżu. Trochę to przypomina, choć ma większe natężenie, początek czeskiej prezydencji w Unii, gdy doszło do poważnych perturbacji na Bliskim Wschodzie. Wtedy niespecjalnie aktywni Czesi kiepsko sobie z tym radzili, oddając inicjatywę największym państwom UE. Prezydencja jednego z najmniejszych państw Unii (około 2 milionów obywateli czyli 143 miejsce na świecie pod względem liczby ludności) w sposób oczywisty, z racji wielkości, wpisywać się będzie przede wszystkim w unijne priorytety. Jeśli łotewska premier w Strasburgu, w Parlamencie Europejskim mówi, że priorytetem półrocznego przewodnictwa jej kraju w UE będzie praca na rzecz Europy „konkurencyjnej, cyfrowej i silnej na arenie międzynarodowej”, to widać wyraźnie, że jest to dokładnie to, co dwa tygodnie wcześniej przedstawił szef Komisji Europejskiej Jean Claude Juncker jako zamierzenia prac KE na 2015 rok. Owa „agenda cyfrowa” jest jakby żywcem wyjęta z programu 23 unijnych inicjatyw na rok bieżący. Nic więc dziwnego, ze sam przewodniczący Juncker w Strasburgu nie szczędził Rydze ciepłych słów: „Prezydencja Łotwy jest symbolem europejskiego pojednania. Trzydzieści lat temu nikt nawet nie mógł marzyć o takim rozwoju losów”. Zapewnił też poparcie dla planowanych działań prezydencji czyli de facto… własnego programu.

Generalnie UE chwali Łotwę, także Estonię i Litwę z prostego powodu. Kraje te, w odróżnieniu od państw Europy Południowej, takich jak Włochy Hiszpania, Portugalia, Grecja, Cypr potrafiły zacisnąć pasa w jeszcze większym stopniu niż kraje Południa i i nie wygenerowało to żadnych poważniejszych społecznych buntów, demonstracji i nastrojów antyunijnych. Być może „najbliższa zagranica” czyli Rosja jako alternatywa dla UE jest wystarczającym straszakiem i uśmierza wszelkie wątpliwości natury ekonomicznej. A te akurat okresowo były na Łotwie bardzo duże, co zaowocowało nie tylko wzrostem nastrojów prorosyjskich, ale też szyderczą, lecz podchwyconą w mediach propozycję, aby Łotwa… stała się częścią Szwecji. Jednak to, co dzieje się na Ukrainie pokazuje Łotyszom – i szerzej Bałtom, ale przecież nie tylko im… ‒ że dla politycznej Europy nie ma alternatywy.

W każdym razie braciom Łotyszom na najbliższe półrocze i nie tylko mówimy: Dievs, sveti Latviju! Boże błogosław Litwę!

O Ryszard Czarnecki

Polityk Prawa i Sprawiedliwości, historyk, dziennikarz, działacz sportowy, poseł na Sejm I i III kadencji, deputowany do Parlamentu Europejskiego VI, VII i VIII kadencji, były wiceminister kultury, były przewodniczący Komitetu Integracji Europejskiej i minister – członek Rady Ministrów; wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego.
Dodaj do zakładek Link.

Komentarze są wyłączone.