Ryszard Czarnecki dla portalu Na Temat o piłce nożnej i PZPN

Pan w tych wyborach jest kandydatem, czy kandydatem na kandydata?

W teorii kandydatem na kandydata jest każdy, nawet Grzegorz Lato. Ale w praktyce mogę uznać się za kandydata, bo prowadzę kampanię, spotykam się z przedstawicielami okręgowych związków, klubów ekstraklasy i pierwszej ligi oraz z osobami wpływowymi w polskim futbolu. Mam też swój program, jestem więc kandydatem realnym.

Nie każdy nim jest?

Niektórzy bardzo głęboko chowają swój program. To skłania do podejrzeń, że go po prostu nie mają.

Kto na przykład?

„Nomina sunt odiosa”.

Czyli?

Nie należy wymieniać nazwisk.

Na prezesa kandydują Lato, Kręcina i Czarnecki. To oznacza, że PZPN będzie zabetonowany na dobre?

W pierwszym etapie trzeba zdobyć 15 głosów od delegatów. To specyficzne środowisko, nie przepadają za ludźmi z zewnątrz. Dlaczego mieliby wybrać akurat pana?

Nie jestem człowiekiem z zewnątrz. Jestem człowiekiem spoza układu. To musimy rozróżnić. Poza tym jestem związany z piłką – byłem wiceprzewodniczącym Wydziału Zagranicznego PZPN, zasiadałem w Radzie Nadzorczej Śląska Wrocław, ludzie kojarzą mnie z piłką. Dlatego nikt nie może traktować mnie jak outsidera.

A może panu wcale nie chodzi o to, żeby zostać prezesem?

Jak to?

Może po prostu krytykuje pan Grzegorza Latę, wytyka błędy PZPN po to, by zaistnieć. Bo takie rzeczy się świetnie sprzedają w mediach.

Kto był dwukrotnie ministrem konstytucyjnym, wiceministrem, dwukrotnie posłem i dwukrotnie europosłem, ten nie musi walczyć o zaistnienie. Ja zaistniałem na polskiej scenie politycznej ćwierć wieku temu. Kandydowanie traktuję bardzo poważnie. To, o co pan pyta, to czarna propaganda. A roztoczono ją właśnie dlatego, że jestem kandydatem poważnym.

„Mówią o mnie, bo jestem groźnym rywalem”.

Dokładnie. Są przecież kandydaci, których się nie krytykuje, bo oni nie mają żadnych szans. A czemu ja budzę tyle emocji? Dlatego, że w tych wyborach mam szansę.

Pan naprawdę wierzy w to, że prezesa mogą wybierać kibice? Przecież PZPN nie jest finansowany przez podatników.

To był sygnał, że PZPN należy oddać sponsorom polskiej piłki. A takim szczególnym sponsorem, który pozostaje wierny niezależnie od wyników sportowych, jest właśnie kibic. To jest program maksimum. Zmiana ordynacji i wybieranie prezesa przez wszystkich, którzy mają karty kibica. A plan minimum to stworzenie możliwości, aby prezesa i zarząd związku wybierali też delegaci z ogólnopolskiego stowarzyszenia kibiców.

Chce pan też lustrować działaczy.

Przede wszystkim chodzi tu o lustrację majątkową. O to, by każdy, obejmując funkcję w PZPN, ujawnił jakie ma dochody i majątek, ale też, jakie środki finansowe zgromadził w trakcie kadencji. Skoro parlamentarzyści co roku muszą ujawniać swój majątek, czemu nie mogą tego czynić również szefowie PZPN?

To nie jedyna lustracja, prawda?

Jest jeszcze ta druga – lustracja przeszłości. Jeżeli obejmuje ona radnego gminy, to tym bardziej powinny dotyczyć prezesa dużego związku, dysponującego wielką kasą. Przecież jego wpływ na życie społeczne jest dużo większy niż radnego gminy Lesznowola. Jeżeli ktoś przyzna się do współpracy z bezpieką, nie będę tym zachwycony, ale on musi to ujawnić. Jeżeli jednak dopuści się kłamstwa lustracyjnego, dla takiego kogoś nie powinno być miejsca w strukturach PZPN.

Czarnecki w programie „Minęła dwudziesta”:

 
PZPN z nowym obliczem?

Związek nie może być taką samotną wyspą na polskim morzu. Reguły, które obowiązują chociażby polityków, powinni dotyczyć również działaczy. Czy to lustracyjne, czy to majątkowe.

Już widzę, jak zarząd PZPN z entuzjazmem akceptuje te wszystkie pana pomysły.

One służą temu, by PZPN zyskał wreszcie szacunek w mediach i wśród kibiców. Oczywiście oni mogą pójść w zaparte i ponownie wybrać Latę albo innego swojaka. Ale co ich potem czeka? Walec medialny w kolejnych latach i kibice, którzy prawie na każdym meczu śpiewają to, co śpiewają. Wcześniej czy później dojdzie do punktu krytycznego. Ostrzał będzie taki, że związek już dalej nie będzie mógł funkcjonować. Pamiętacie chyba panowie rok 1989, kiedy władze komunistyczne poszły na kompromis. Zgodziły się na wolne wybory do Senatu, na częściowo wolne do Sejmu, na część wolnej prasy. I można powiedzieć, że oddały część władzy, by rewolucja nie wzmogła się bardziej. PZPN staje teraz przed podobnym wyborem. Moje pomysły mają zmienić związek i dać szansę działaczom na samoograniczenie. Inaczej będzie rewolucja.

Ryszard Czarnecki chce być Lechem Wałęsą polskiego futbolu?

(Uśmiech) Bóg zapłać za interesujące porównanie, ale nie czuję się Lechem Wałęsą. Nie będę przeskakiwał przez płot ani przyjeżdżał motorówką do siedziby PZPN.

Trochę nie rozumiem, dlaczego prezes PZPN ma pracować społecznie. Może po Grzegorzu Lacie tego nie widać, ale to stanowisko wiąże się z wieloma obowiązkami.

To taki sygnał dla opinii publicznej, że do związku się nie idzie dla kasy. I druga rzecz – taka sugestia do wszystkich działaczy. Skoro prezes nie będzie zarabiał, to wam też, drodzy panowie, zarabiać tu nie wypada. Prezesem powinien być ktoś, kto już ma wystarczająco dużo pieniędzy. To jest właściwa droga. PZPN nie może być jak cytryna, którą należy wyciskać przez 4, 8, a może i 12 lat.

Pan wyciskać nie będzie?

Nie będę. Jestem temu przeciwny. Jako prezes ze związku nie wezmę ani grosza. Wystarczy mi pensja europarlamentarzysty.

Za Michała Listkiewicza w związku było lepiej?

Nie było dobrze. Grzechem zaniechania Michała była kwestia korupcji. On tego nie widział albo nie chciał widzieć. Ale teraz jest znacznie gorzej. Można powiedzieć, że wtedy działacze do sięgania po pieniądze i przywileje używali łyżeczki, a teraz biorą do ręki chochlę.

We władzach UEFA próżno nas szukać.

Michał Listkiewicz przegrał wybory do Komitetu Wykonawczego UEFA. Ale Grzegorz Lato poniósł w nich wręcz klęskę. Totalną. To w ogóle jest dla mnie niezrozumiałe, że Islandczycy, Cypryjczycy czy Maltańczycy zasiadali lub zasiadają w strukturach europejskiej federacji, a Polaków tam nie ma. Przy całym szacunku dla tych małych, ale dzielnych nacji. Polaka tam nie ma od prawie pół wieku. To dobitnie świadczy o słabości naszej piłki.

Pana koledzy z europarlamentu kojarzą Grzegorza Latę?

Znają go jako piłkarza. Jako prezesa PZPN na szczęście dużo mniej.

Piłkarzem był też Zbigniew Boniek. W rozmowie z Onetem stwierdził pan, że były zawodnik niekoniecznie będzie dobrym prezesem.

Zasugerowałem tam, że były świetny piłkarz to nie jakiś cudowny lek, panaceum na cały ten bajzel. Pozytywnym przykładem jest Michel Platini, on sobie radzi świetnie. Negatywnym – Lato. A Boniek? Powiedział niedawno, że jest prezesem niewybieralnym. On chyba nie wierzy, że może to wygrać. Więc raczej nie wygra. Choć Zbyszka Bońka prywatnie bardzo lubię.

Jak jest z tą pana wiarygodnością? Możemy ufać kandydatowi na prezesa PZPN, który najpierw był w ZChN, potem w Samoobronie, a teraz jest w PiS-ie?

Pan w tej chwili dezawuuje prezydenta Komorowskiego, bo on był w większej ilości partii niż ja. Także proszę o szacunek dla głowy państwa (śmiech). Wiecie, w tych budynkach, które nas otaczają (siedzimy w sejmowej restauracji „Hawełka” – red.) jest wielu, którzy należeli do kilku partii politycznych. W kilku partiach był też premier Donald Tusk. Dla mnie ten argument jest kompletnie niezwiązany z tematem. A moja wiarygodność jest w pełni weryfikowalna, w przeciwieństwie do działaczy PZPN. Tam na władze głosuje kilkuset delegatów na zjazdach, a ja w ostatnich wyborach dostałem prawie trzydzieści tysięcy głosów. Zatem wiarygodność Czarneckiego jest spora.

 

Czarnecki jeszcze u boku Andrzeja Leppera.•fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta
Za zaoszczędzone środki chce pan postawić na szkolenie dzieci i młodzieży. Możemy prosić jakieś konkrety?

Powinniśmy pójść drogą brytyjską. Tam skoncentrowano się na trenerach dzieci i młodzieży. Dzisiaj w Polsce jest tak, że często ci ludzie muszą uciekać z zawodu, żeby jakoś wyżyć, żeby utrzymać rodzinę. Powinniśmy tych ludzi lepiej szkolić i zapewnić im godziwe warunki pracy. Jeżeli teraz pójdziemy tą drogą, za kilkanaście lat zobaczymy, że to się bardzo opłaca.

Na niedawnej konferencji zestawił pan Polskę m. in. z Portugalią, gdzie było Euro 2004. Można było usłyszeć, że do tego kraju po turnieju inwestorzy walili drzwiami i oknami. A przecież stadiony straszyły pustkami.

Duże pieniądze weszły do futbolu we wszystkich krajach w Europie, w których w ostatniej dekadzie organizowano mistrzostwa Europy (Portugalia, Austria, Szwajcaria) lub świata (Niemcy). W Portugalii również, ale stadiony pod Euro 2004 budowano tam na wyrost i w efekcie zburzono jeden z obiektów. A co do Polski, to nie rozumiem, czemu na Narodowym odbywać się ma tak mało meczów. On powinien gościć nie tylko piłkę reprezentacyjną, ale i klubową. Wydaje mi się, że powinny tam się odbywać np. finały Pucharu czy Superpucharu Polski.

Piłka jest dla pana sportem szczególnym?

To jest moja pasja. Choć przyznam szczerze, że bardziej niż mecze tych najbogatszych klubów europejskich interesuje mnie piłka w wydaniu polskim. Z wypiekami na twarzy obejrzę mecz Śląska Wrocław z Legią Warszawa, a takie starcie Manchesteru City z Manchesteru United nie wzbudzi już we mnie takich emocji. Bliższa koszula ciału.

Jakiś mecz zapadł panu szczególnie w pamięć?

Piłkarski?

Obojętnie.

Oj, o tym moglibyśmy rozmawiać godzinami. Mój pierwszy mecz reprezentacji to było starcie z Włochami. 1975 rok, eliminacje mistrzostw Europy, skończyło się 0:0. Potem pierwszy wyjazd, Lipsk, mecz przegrany 1:2 z NRD. Dla nas strzelił Boniek, dla nich dwa razy Joachim Streich po przerwie. Był jeszcze niesamowity mecz ligowy, bodaj w 1978 roku, w deszczu, na stadionie Legii Warszawa. Legia przegrała wtedy z trenowaną przez Antoniego Piechniczka Odrą Opole 3:5. Wyobrażacie to sobie? Gdzie teraz jest Alfred Bolcek i bracia Tycowie, którzy strzelali wtedy gole dla Odry?

I gdzie jest Piechniczek…

Właśnie. Niemniej jego Odra wtedy była mistrzem jesieni, ale tytuł przegrała. Ale ja widziałem jeszcze na żywo inne niezwykłe mecze. Na Old Trafford genialny Real Madryt przegrał kiedyś w Lidze Mistrzów z Manchesterem United 3:4, ale awansował dalej. Z ławki wszedł wtedy Beckham i zdobył genialną bramkę. A na mistrzostwach świata w Korei i Japonii byłem m.in. na meczu Senegal – Urugwaj. To było niesamowite – siedzę sobie za bramką a tam w samej pierwszej połowie Senegal ładuje trzy gole. Potem druga połowa, zryw Urugwaju i oni zdobywają trzy bramki. Ale dalej przechodzi Senegal. Prawie jak w Stambule, gdy był finał Ligi Mistrzów i mieliśmy do przerwy 0:3, potem 3:3, dogrywkę, a na koniec „Dudek dance”.
W jednym z wywiadów przyznał pan, że na stadionach często skanduje okrzyk: „Czy wygrywasz, czy nie, ja i tak kocham cię”. To też jest trochę o panu? Niezależenie od wyniku wyborów zależy panu na wsparciu ze strony ludzi?

Tamten okrzyk jest o reprezentacji, która jest ważniejsza od stołka z PZPN. Ale jest realna szansa, by dla wszystkich tych, którzy chcą zmian w polskiej piłce, już pod koniec października zaświeciło słońce.

Pan takim słońcem jest?

Słońcem to był francuski król Ludwik XIV. A co do wyborów prezesa PZPN, to jak sami wiecie piłka jest sportem nieprzewidywalnym. Nie mogę obiecać, że wygram. Mogę obiecać, że będę walczył.

Rozmawiali:
JAKUB RADOMSKI
TOMASZ ZIELONKA

O Ryszard Czarnecki

Polityk Prawa i Sprawiedliwości, historyk, dziennikarz, działacz sportowy, poseł na Sejm I i III kadencji, deputowany do Parlamentu Europejskiego VI, VII i VIII kadencji, były wiceminister kultury, były przewodniczący Komitetu Integracji Europejskiej i minister – członek Rady Ministrów; wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego.
Dodaj do zakładek Link.

Komentarze są wyłączone.