Ryszard Czarnecki: polski podatnik finansuje naukę krajom bogatym

ekran_mini

Wywiad Redakcji NowyEkran.pl z Europosłem Ryszardem Czarneckim

Łażący Łazarz: Witam Panie Pośle, bardzo się cieszę, że zgodził się Pan udzielić wywiadu dla Nowego Ekranu. Pierwsze moje pytanie:
– co robi europoseł Czarnecki dla Polski?
Ryszard Czarnecki:Jestem już siódmy rok w Parlamencie Europejskim. Generalnie polskich europosłów dobrze określił artykuł, który ukazał się jakiś czas temu, we wpływowym, prestiżowym tygodniku, wydawanym w Brukseli, w języku angielskim- European Voice, gdzie napisano o polskich europosłach, że są dumni i głośni. Staramy się w Brukseli, Strasburgu jednak być ponad podziałami politycznymi, działać na rzecz tego co jest dla Polski najważniejsze. Taka ciekawostka, tylko dwie nacje w Parlamencie Europejskim, jak sprawdziliśmy- Polacy i Niemcy, mają ściągi do głosowania w sprawach budżetowych.
ŁŁ.: Ściągi?!
R.C.:Tak, ściągi, oczywiście Polacy swoje a Niemcy swoje, czyli oficjalnie przygotowywane wskazówki jak głosować. Przy głosowaniach dotyczących spraw budżetowych- obojętnie z jakich grup politycznych jesteśmy, czy z prawicy czy z lewicy – my Polacy głosujemy tak samo. Co ciekawe, np. o ile Włosi czy Hiszpanie maja dużo większe napięcia we własnym środowisku, dużo bardziej przenoszą emocje polityczne na Parlament Europejski, o tyle Polacy starają się to robić w o wiele mniejszym stopniu i to chyba plus. Co do mnie, byłem trzecim polskim europosłem, po Jerzym Buzku i Janie Olbrychcie który, został wybrany na Eurodeputowanego Roku.
ŁŁ: Kiedy to było?
R.C.: W 2008 roku. Pierwsza faza, czyli samo zgłoszenie to głosy dziennikarzy, organizacji pozarządowych, a dalsza procedura to głosowanie wszystkich europosłów. Tą nagrodę otrzymało dotąd 6 osób z Polski,  w tym tylko ja z Prawa i Sprawiedliwości. O ile w pierwszej kadencji zajmowałem się sprawami stricte politycznymi, czyli działaniem Komisji Spraw Zagranicznych Parlamentu Europejskiego, Komisji Konstytucyjnej, Komisji Rozwoju, o tyle teraz w sposób świadomy sprawami nastawionymi na gospodarkę: jestem koordynatorem i członkiem biura (prezydium)  rady politycznej, członkiem prezydium Komisji Kontroli Budżetowej, która kontroluje realizację budżetu przez Komisję Europejską, jestem również w Komisji Transportu i Turystyki, oraz Komisji Handlu Międzynarodowego, a więc wyraźnie przycisnąłem, mówiąc językiem motoryzacyjnym, pedał gazu ekonomicznego. Oczywiście dalej jestem bardzo mocno zaangażowany w sprawy stricte polityczne w kraju. Mogę pochwalić się w tej kadencji Parlamentu, aż siedmioma raportami, tylko jedna osoba z polskich europosłów, a przypomnijmy jest ich 50, Pani Lidia  Geringer de Oedenberg z Lewicy, ma ich więcej ode mnie. Jestem w pierwszej szóstce jeżeli chodzi o ilość proponowanych rezolucji oraz ilość pytań do Komisji i Rady Unii oraz na trzecim miejscu, jeśli chodzi o ilość wystąpień.
ŁŁ: Który ze wspomnianych raportów uważa Pan za najważniejszy?
R.C.: Z całą pewnością ten, który dotyczył kontroli budżetu Rady Unii. Nie ma co ukrywać, że jest  pewien mecz instytucjonalny między Parlamentem i innymi głównymi organami Unii, a więc Komisją Europejską i Radą – strukturą, która reprezentuje rządy państw narodowych, posiadającej własną administrację. Jej szefem jest były ambasador Francji przy Unii Europejskiej, nota bene spowinowacony z generałem De Gaulle, co świadczy, że nepotyzm nie jedno ma imię.
Mój raport dość krytycznie ocenił fakt, że Rada Unii Europejskiej jest takim państwem w państwie i nie lubi jak europosłowie zaglądają do jej portfela i próbują kontrolować jej wydatki. Pamiętam posiedzenie zamknięte (bez udziału mediów) prezydium naszej komisji i przedstawicieli Rady, gdy w pewnym momencie, wywiązała się finezyjna polemika, w której właśnie francuski sekretarz generalny Rady rzucił w przestrzeń: „wy nam zarzucacie jako Parlament Europejski, wzrost wydatków, przerost biurokracji a przecież sekretariat „prezydenta UE” zatrudnia trzy razy mniej osób niż sekretariat przewodniczącego Parlamentu Europejskiego.” Tu popatrzył na mnie wymownie, bo przecież przewodniczący Parlamentu to Polak, a ja – sprawozdawca – też Polak…
ŁŁ: Czyli oberwał Pan za Buzka?
R.C.: (śmiech) Tak, czyli oberwałem za Buzka… Choć, może to się wydać trochę abstrakcyjne dla polskiego wyborcy i podatnika, a jednak jest rzeczą ważną, aby ta eurobiurokracja w Brukseli, nie obrastała za bardzo w tłuszcz i była jednak kontrolowana. Dzięki temu, autorytet instytucji unijnych będzie większy. Muszą one być bardziej transparentne. Taka była moja intencja. Dzięki temu raportowi, o parę miesięcy przesunięto akceptację budżetu Rady na 2008 rok. To była żółta kartka dla Rady – „Uważajcie, musicie być bardziej przejrzyści finansowo, bo wasza administracja nie została wybrana, a my jesteśmy wybrani, więc musimy was kontrolować”.
ŁŁ: To było jakiś czas temu, kolejne moje pytanie jest o TERAZ, o stan Polski, polskiej gospodarki i jej przyszłych obciążeń związanych z uczestnictwem Polski w UE. Jakie Pan widzi zagrożenia? Co można w tej sprawie zrobić? A co trzeba wypunktować (i kogo), że się nie robi?
 
R.C.:Bardzo dobre pytanie. Mamy do czynienia z bardzo niedobrym dla Polski procesem, który ja bym określił jako renacjonalizacja Unii Europejskiej, a mówiąc ściślej środków unijnych.
Chodzi o to, że w tej chwili największe oraz najbogatsze państwa unii europejskiej – w pierwszej grupie Niemcy, Francja, Wielka Brytania, w drugiej bogaci płatnicy netto, dużo więcej dający do kasy Unii, czyli Holandia, Szwecja – bardzo mocno w ostatnim czasie, ewidentnie w związku z kryzysem, zaczęły kombinować w ten sposób że, skoro nie mogą zmniejszyć swojej składki członkowskiej, chcą jednak jak najwięcej wziąć z Unii z powrotem. Wymyślają, więc pewnego rodzaju instrumenty unijnej pomocy, które byłyby źródłem finansowania także dla nich.
Należy zauważać tę bitwę, która toczy się o wielkie pieniądze. Toczy się na dwóch płaszczyznach. Po pierwsze, państwa te chcą aby była to swoistego rodzaju transakcja dwukierunkowa – dając pieniądze do Brukseli, ale i próbują coraz więcej ich stamtąd odebrać. Z drugiej strony nie chcą zwiększania budżetu Unii Europejskiej, ponieważ wiedzą, że ten większy unijny tort będzie oznaczał większe kawałki dla Polski i innych biednych krajów. Przypomnę, że, wbrew propagandzie sukcesu, jesteśmy jednym z pięciu najbiedniejszych krajów Unii Europejskiej, obok Litwy, Łotwy, Rumunii i Bułgarii. Do niedawna byliśmy wśród czterech, teraz nieznacznie wyprzedziliśmy Litwę. Dlatego, w sytuacji gdy słyszymy takie hasła-zaklęcia, że trzeba więcej pieniędzy przeznaczać na nowoczesne technologie, badania naukowe, oraz innowacje technologiczne i IT, to powinny nam wszystkim zapalić się czerwone lampki. Bo te pieniądze pójdą na kraje bogate.
ŁŁ: Dlaczego?
 
R.C.:Z prostego powodu, ponieważ jest to pretekst, by te właśnie środki dawane przez najbogatsze kraje członkowskie wracały do nich z powrotem. UE będzie dawala środki na już rozwiniętą infrastrukturę naukową i technologiczną, a ona jest w „starej UE”, nie w Polsce.  Powiedzmy sobie szczerze, intencja taktyki starych krajów Unii jest w tym przypadku jednoznaczna…
ŁŁ: …no tak, nie my jesteśmy tuzami w tych zakresach…
 
R.C.: Ten unijny tort nie jest z gumy, on jest określony. Jeżeli Unia zwiększa budżet na nowoczesne technologie, badania naukowe, IT itd. to wówczas w praktyce oznacza to olbrzymie zwiększenie strumienia pieniędzy do Berlina, Paryża, Londynu. Jeżeli bowiem chodzi o ranking uczelni światowych, to przede wszystkim, w pierwszej dziesiątce są uczelnie brytyjskie, a potem państw jak Holandia albo Szwecja. Podam Panu przykład , bardzo charakterystyczny, z minionego roku 2010. Otóż, paradoksem jest, że biedna Polska, biedny polski podatnik, biedny polski naukowiec, więcej dopłacał do kasy unijnej, niż stamtąd brał. Oczywiście generalnie, jako kraj, mieliśmy więcej z unii, niż jako Polska płaciliśmy, ale były takie trzy obszary, gdzie składka Polski, była większa niż z Unii braliśmy. Na przykład, w VII Programie Ramowym Badania Naukowe, państwo Polskie więcej dawało niż z Unii brało, o czym polscy naukowcy zapewne nie wiedzą. Dziś polski podatnik finansuje naukę krajom bogatym. A przypomnę, że jednym z głównych powodów, dla których wstąpiliśmy do Unii Europejskiej, miało być to, że polska nauka miała dostać zastrzyk finansowy i pójść mocno na przód, że będziemy mieć granty, że nowoczesne technologie ruszą, że nadgonimy…
ŁŁ: Figa z makiem, wręcz przeciwnie?!
R.C.:Pod tym względem tak. Ciekawostką jest, że dwa inne obszary, gdzie polski podatnik więcej dopłacał do kasy niż stamtąd brał, to był program nawigacji satelitarnej Galileo, a trzeci to jest budowa dróg transgranicznych. Polski podatnik finansował więc autostrady łączące przykładowo Włochy ze Słowenią, w sytuacji, gdy my mamy zapaść i nędzę pod tym względem. Na tym polega dramat i w związku z tym, proponuję, aby uważać na zaklęcia. Te hasełka w Unii trzeba bardzo uważnie patrzeć na konkrety i potrafić odnaleźć się w szczegółach. Zamiast cieszyć się, że będą pieniądze dla Polski na badania naukowe, trzeba wiedzieć, że my w zeszłym roku więcej dopłacaliśmy niż wzięliśmy i, że beneficjentami są Niemcy, Francja, Holandia, Szwecja i Wielka Brytania. I że to w przyszłości będzie się odbywało kosztem Funduszu Spójności, który z kolei dla nas jest największą rzeką pieniędzy. Trzeba o tym przypominać i powtarzać jak mantrę. Inna sprawa, że wykorzystanie tych pieniędzy podczas kadencji tego rządu jest bardzo słabe. Tymczasem to jest dla nas potencjalna góra finansowa, która stanowczo się zmniejsza, bo więcej środków będzie przerzuconych na badania naukowe i innowacje. Mówię to w momencie, kiedy powoli zbliżamy się do finiszu negocjacji związanych z tzw. nową perspektywą finansową Unii Europejskiej, czyli planem budżetowym na lata 2014 – 2020. To są realne i ewidentne zagrożenia odnośnie zmniejszenia Funduszu Spójności. Proszę zwrócić uwagę, że w pierwszym czytaniu tego budżetu, termin „fundusz spójności” w ogóle się nie pojawiał, dopiero potem po naszej interwencji, przywrócono ten zapis.
ŁŁ: Mówimy o funduszu, z którego finansowane są wielkie inwestycje, np. drogi, oczyszczalnie ścieków itd.
R.C.:Dokładnie. To jest bardzo niedobry sygnał.
No i ta ostatnia sytuacja, w której komisarz Lewandowski został ubezwłasnowolniony przez Barroso, w tym sensie, że podczas pracy nad budżetem to Barroso bierze wszystko bezpośrednio na siebie, pomijając naszego komisarza. Przewidywałem to zresztą wcześniej, kiedy Lewandowski był wybierany. Pamięta Pan „ochy i achy” w Platformie Obywatelskiej, że teraz do polskiego komisarza będą kolejki po większe pieniądze?
ŁŁ: Stał się figurantem?
R.G.:Był od samego początku – trzeba powiedzieć to bardzo wyraźnie – Komisarz ds. Budżetu, jest jednym z mniej ważnych Komisarzy Europejskich. Proszę zwrócić uwagę kto tę tekę miał w zeszłej kadencji. Maleńka Litwa. W Unii nikt się o nią nie bił. Duże państwa wiedzą gdzie są konfitury, oni mądrze poszli w kierunku takich portfolio jak konkurencja, przemysł i przedsiębiorczość, jak kwestie polityki monetarnej- euro, proszę zwrócić uwagę jaki nastąpił podział. Cztery główne teki gospodarcze wzięły Niemcy, Francja, Hiszpania i Włochy, Wielka Brytania wzięła politykę zewnętrzną, oczywiście po to aby polityka zagraniczna nie była zbyt rozdmuchana, ponieważ to właśnie polityka zagraniczna stać winna na straży suwerenności państw narodowych. Lewandowski więc dostał budżet, bo w zasadzie nikt tej teki nie chciał. Komisarz ds. budżetu to taki główny księgowy. To nie jest facet, który jak minister finansów w państwie narodowym kreuje wydatki.
ŁŁ: Nie dzieli i nie rządzi…
R.C.:On tak naprawdę jest tylko wykonawcą ustaleń największych państw.
ŁŁ: Panie Pośle, chciałbym jeszcze wrócić do funduszu spójności. Jak rozumiem w tej chwili jest to fundusz na którym najwięcej korzystamy i dzięki któremu nie jesteśmy jeszcze płatnikiem netto?
 
R.C.:Tak.
 
ŁŁ: W takim razie, jak Pan skomentuje tę sytuację, która nas czeka być może w 2012 roku. Wszak są alternatywne plany i deklaracje (dostaliśmy już ostrzeżenie), że z powodu niedotrzymania warunków ekonomicznych, UE zamierza nam ten strumień pieniędzy z funduszu spójności wstrzymać. Jak wtedy będzie wyglądała opłacalność naszego uczestnictwa w UE? W tym kontekście coraz mniej dziwi, że Platforma Obywatelska zaczyna wycofywać się z obietnic autostrad. Być może oni sobie dobrze zdają sprawę, że za chwilę nie będą mieli z czego finansować budowy autostrad? Czy istnieje zagrożenie, że w 2012 roku będziemy już globalnym płatnikiem netto?
R.C.:Z pewnością nie będziemy. Jeżeli przyjąć stopień zamożności polskiego społeczeństwa – jak już podkreślałem jednego z najbiedniejszych państw UE w tej chwili, obok krajów bałkańskich i nadbałtyckich – to Polska może być płatnikiem netto dopiero ewentualnie w perspektywie finansowej 2021- 2027. I to raczej w jej drugiej części. Natomiast, to co nam grozi, to fakt permanentnego niewykorzystywania środków unijnych. Stwarza się bowiem klimat do tego żeby w następnym budżecie unijnym, przeznaczyc mniej na te kraje, które nie potrafily w latach 2007-2013 wykorzystac pieniędzy z Brukseli. Chodzi więc o groźbę zmniejszenia tortu, który jest dla polskiego konsumenta. Przy czym rząd w tej chwili szachruje danymi wmawiając, że my dostajemy najwięcej z całej „nowej Unii”. Tak, tylko, że jesteśmy krajem blisko 40 milionowym, więc w sposób oczywisty dostajemy więcej niż Estonia, Słowenia czy Czechy i Węgry, ale gdy popatrzymy na statystyki per capita, na głowę mieszkańca – jesteśmy na ostatnim miejscu. To oznacza, że tak naprawdę, sytuacja jest dużo gorsza niż się wydaje. Przy czym, co też warto mocno podkreślić, że w ostatnich latach przedłużono o dwa lata (wcześniej był tylko dodatkowy rok) poza koniec perspektywy finansowej możliwość wykorzystywania do końca środków na różne projekty finansowane wspólnie, przez stronę unijną i stronę narodową.
ŁŁ: Czyli jest szansa żeby nadrobić?
R.C.: Mówiąc krótko, my te pieniądze, które mamy w perspektywie finansowej obecnej – 2007-2013, możemy wykorzystywać do 2015. Praktyka rządu jest taka, że rok w rok nie wykorzystujemy pieniędzy. Rząd Tuska sobie z tym ewidentnie nie radzi i przesuwa wszystko na koniec. Nieszczęściem będzie rok 2015, kiedy okaże się, że tak naprawdę możemy stracić olbrzymie pieniądze, które należały się nam na papierze. A rząd mani nas „Oczywiście wykorzystujemy te pieniądze, ale też mamy jeszcze dużo czasu”.
ŁŁ: W końcu to tylko refinansowanie.
R.C.: Oczywiście, to warto podkreślić. Najpierw musimy założyć pieniądze.
Mówię o tym, ponieważ, jest dużo mitów wokół tej sprawy…
ŁŁ: Czy jednak procedura nadmiernego zadłużenia, którą Unia wprowadziła wobec Polski nie stwarza zagrożenia w bliższej perspektywie, ponieważ przypomina to odbijanie piłeczki między Rostowskim, a komisarzem Unii? Rostowski ciągle nie może przedstawić realnego planu ograniczenia deficytu finansów publicznych. Czy istnieje zagrożenie, że w którymś momencie Unia powie „nie, dosyć tego, nie panujecie nad swoimi finansami publicznymi, więc my wstrzymujemy pomoc np. funduszu spójności.” Czy istnieje takie zagrożenie?
R.C.: UE działa czasem bardzo twardo, ale w białych rękawiczkach.
ŁŁ: W przypadku Stoczni nie zadziałali w białych rękawiczkach…
R.C.:W tym przypadku możemy się oczywiście oburzać na holenderską komisarz Neelie Kroes, która za tym stała, jednak gdyby rząd twardo negocjował z Komisją Europejską w sprawie stoczni, to nic by się takiego nie stało. W tym samym czasie przypomnę, niemiecki rząd, potrafił w podobnej sytuacji doprowadzić, że Bruksela przez palce patrzyła na ewidentne dotowanie stoczni we wschodnich Niemczech. Stworzono zatem pewien standard, że to co uchodzi Niemcom, nie uchodzi Polsce. Nie uchodzi tylko dlatego, że rząd niemiecki twardo o to walczył, a koalicja PO-PSL odpuściła.
ŁŁ: A skąd wiemy, że teraz ujdzie Polsce na sucho kwestia nadmiernego deficytu?
 
R.C.:Bardzo trudny – jeżeli chodzi o kwestie budżetowe – będzie rok najbliższy, szczególnie też 2013, ponieważ będzie to pierwszy rok obowiązywania Pakietu Klimatycznego, gdzie „na dzień dobry „otrzymamy” w plecy minus 2,2% PKB, wzrost bezrobocia o 2%, wzrost energii o 27% . Jest to konsekwencją przyjęcia Pakietu Klimatycznego w tej właśnie wersji. A przypomnę jak premier Tusk cieszył się w 2008 roku, że to był rzekomo wielki sukces jego rządu! On ma taką skłonność do przedstawiania jako sukces czegoś co jest porażką.
ŁŁ: Może nie ma sukcesów, które są sukcesami?!
R.C.Premier Tusk cieszył się z tego, jak ze swojego osobistego sukcesu – swego i swojego rządu. A będzie to coś, co dla Polski będzie gospodarczą tragedią – i to nie odroczoną o lat 10, ale już w 2013 roku. Premier Tusk jest człowiekiem, który się kompletnie na gospodarce nie zna.
ŁŁ: A co to znaczy dokładnie dla polskiego podatnika ?
R.C.:Tu zadziała zasada domina. Przedsiębiorstwa branży budowlanej, branży wapienniczej, papierniczej i innych, które będą bezpośrednio dotknięte wzrostem cen energii elektrycznej wygenerują dodatkowy wzrost bezrobocia i zwiększenie kosztów w innych gałęziach gospodarki.
W Unii jest tak, że decyzje podejmowane np. w roku 2008 przyniosą konsekwencje ekonomiczne po pięciu czy po siedmiu latach. Trzeba to tylko odpowiednio wcześnie przewidzieć.
Jeszcze mogę zrozumieć, że biedna jak mysz kościelna w latach 80’ Hiszpania, zaraz po wejściu do EWG w roku 1986, przez pierwsze 3 lata dopłacała do budżetu unijnego, ponieważ nie miała pieniędzy na wspólne projekty Brukseli i Madrytu – ale to było zaraz po ich akcesie. Polska natomiast, będzie tracić wielkie pieniądze 10 lat po swoim wejściu do Unii. Hiszpanie przez 3 lata byli bezradni, ale nie rozumiem dlaczego polski rząd, być może wtedy już premiera Kaczyńskiego  za sprawą zaniedbań Tuska, ma płacić cenę za uczestnictwo w UE . Proszę zwrócić uwagę na to, ze UE będzie nam wystawiała rachunki, które nas będą słono kosztować. Polski podatnik poniesie te koszty.
ŁŁ: Jeśli już jesteśmy na polskim podwórku i mówi Pan o kwestiach stricte politycznych, czyli o tym, że mamy wybory i będziecie jako PiS, próbowali te wybory wygrać – jak byście podsumowali, właśnie z punktu widzenia europejskiego, działanie rządów PO i co zamierzacie zrobić, żeby to co zostało popsute, zostało szybko naprawione?
R.C.:Jest taka tendencja – którą sam u siebie zauważyłem i widzę ją u Pana Redaktora- zawężenia bazy politycznej rządu PO. Trzeba powiedzieć bardzo wyraźnie, że za ten rząd odpowiada koalicja PO i PSL.
ŁŁ: To prawda.
R.C.:Ja i moi koledzy nie chcieliśmy PSL za bardzo atakować, bo myślimy o nim jako o potencjalnym koalicjancie, ale trzeba powiedzieć bardzo wyraźnie: PSL ponosi absolutnie pełną odpowiedzialność za to co się dzieje w polskiej polityce europejskiej. Ostatnio, gdy z polskimi europosłami spotkał się minister Sikorski i mówił o tym, że polityka rolna i dopłaty dla polskich rolników, które zresztą są absolutnie urągające i nieproporcjonalnie małe w porównaniu z tym co mają Włosi czy Niemcy- nie będą polskimi priorytetami w naszej prezydencji w UE- to europosłowie PSL siedzieli jak mysz pod miotłą.
Gdybyśmy mieli takie dopłaty rolne jak farmerzy włoscy, to zyskalibysmy w ciągu 10 lat 70 miliardów złotych więcej. PSL ponosi więc za to odpowiedzialność. To PSL w tym rządzie milcząc przyzwalało na taki stan rzeczy. Tymczasem polska prezydencja była wielką szansą, żeby takie postulaty przeforsować.
ŁŁ: Wracając do pytania zasadniczego, co najgorszego się wydarzyło i co można poprawić, jeżeli ktoś weźmie się za to z głową?
 
R.C.: Ja nie mówię, że rząd Donalda Tuska ma złą politykę europejską, mówię, że rząd nie ma żadnej polityki europejskiej. To co było w tej kwestii robione przez ostatnie trzy i pół roku, to kompletne bezhołowie. Brak wizji. Najpierw zaczęto od tego, że dobre projekty przygotowane przez PiS zostały wyrzucone do kosza, choćby te regionalne, tylko dlatego, że były proponowane właśnie przez PiS. Jaki był tego efekt? Po pierwsze, opóźnienie przyjęcia środków z UE, bo trzeba było zamiast tego przedstawić inne projekty. Drugi grzech to bardzo słabe wykorzystanie środków unijnych. To oznacza, że prawdopodobnie bardzo dużą część środków unijnych stracimy. Co więcej, to oznacza również, mówiąc fachowo i konkretnie że, gdy będziemy już na finiszu rozliczania tych pieniędzy z UE w 2013/ 2015 to maksymalnie skoncentrujemy się siłą rzeczy na wielkich projektach infrastrukturalnych – będą projekty dotyczące trzech czy czterech autostrad, zamiast projektów służących przykladowo rozwojowi stu miast w Polsce. To z kolei oznacza, że nie będziemy rozwijać się równomiernie. Wreszcie też kwestia tego, że Polska nie ma własnego stanowiska, bo dołącza się do chóru niemiecko- francuskiego. Na przykład poparcie dla „Paktu dla konkurencyjności” – ewidentnie dla nas niekorzystnego, zakładającego np., że polskie przedsiębiorstwa będą miały te same podatki, jak te w innych krajach. Jest to pomysł, który już kiedyś miał ówczesny minister finansów Francji, niejaki Nicolas Sarcozy, minister finansów Niemiec Theo Wiegel, a dzisiaj to  właśnie Sarcozy już z kanclerz Merkel wprowadzają go w życie. To jest duszenie polskiej gospodarki. Polska cały czas śpiewa w chórze niemiecko-francuskim i jednocześnie nie potrafi za ustępstwa na rzecz Niemiec czy Francji zyskać w innych obszarach. Popieramy, na zasadzie randki w ciemno niemiecko-francuskie projekty, które dla nas w wymiarze ekonomicznym są więcej niż kontrowersyjne. Polska obecnie nie ma samodzielnej polityki europejskiej. Porównajmy się z sąsiadami – samodzielną politykę mają Czesi, gdzie premier mówi wyraźnie- „Nie chcemy teraz euro, nie podamy daty kiedy wstąpimy do korytarza walutowego.” Słowacja, gdzie szef parlamentu Richard Sulik, mówi o konieczności powrotu do słowackiej korony, bo widzi, że wprowadzenie euro dla słowackiej gospodarki było złe. Czy też Węgrzy, którzy ewidentnie prowadzą nową politykę gospodarczą. W tym samym czasie, z Grupy Wyszehradzkiej tylko Polska powtarza grzecznie to, co chce Paryż i Berlin. Ten rząd nie ma własnej wizji, własnej suwerennej polityki. Co ciekawe, Budapeszt Praga i Bratysława, za to co robią zyskują szacunek. Jest to dla nich korzystne także w wymiarze ekonomicznym. Niestety rząd Tuska działa mało samodzielnie.
ŁŁ: Jeszcze druga część pytania. Chciałbym się dowiedzieć krótko, co Wy zrobicie jeżeli wyborcy wybiorą PiS, jako partię, która będzie konstruować rząd?
 
R.C.:Z całą pewnością, trzeba powiedzieć bardzo wyraźnie, że przez cztery lata po wygranej PiS, nie będzie mowy o wejściu Polski do strefy euro, ponieważ kryzys będzie trwał z pewnością jeszcze jakiś czas i ten eksperyment byłby wysoce ryzykowny. Po drugie, będziemy bardzo twardo starali się renegocjować kwestie dopłat dla rolników, ponieważ pieniądze te nie są pieniędzmi tylko dla rolników, ale dla Polski i polskiej gospodarki. Rolnik do skarpety tych pieniędzy nie schowa. Jest również kwestia tego co zrobiła Hiszpania, po 6 latach swojej obecności w EWG. Zażądała renegocjacji Traktatu Akcesyjnego i uzyskała co chciała. Chodziło wówczas o powiększenie akwenów połowowych dla rybaków hiszpańskich, co było źle wynegocjowane w latach 80-tych. Tak samo Polska, po 7 latach od wejścia do UE powinna przystąpić do renegocjacji.
J.B.: Ma Pan na myśli pakiet energetyczny?
R.C.:Także. Chociaż nie tylko. Uważam, że musi być renegocjowany, ponieważ jest  dla nas niekorzystny.
ŁŁ: Panie Pośle. Prezes Kaczyński mówił o repolonizacji systemu bankowego w Polsce. Wiem, że Pan na forum Parlamentu Europejskiego również to mówił oraz, że interesują Pana banki i instytucje finansowe, stąd Pana interpelacje. Kryzys zmusza nas do innego spojrzenia na instytucje finansowe. Jak Pan widzi rolę systemu bankowego w UE i w Polsce? Dodatkowo problem własności. Prezes mówi, że jednak kapitał ma narodowość. Czy to potwierdza codzienność?
 
R.C.: Absolutnie tak. Jestem za repolonizacją. Każde państwo dba o swój interes narodowy. Nie tylko duże państwa, ale mała Dania również. Potrafiła ona wprowadzić wyjątki do Traktatu z Maastricht, po to żeby Duńczycy nie bali się tego, że Niemcy wykupią ziemie w Danii.
Kapitał ma narodowość. W czasach kryzysu to widać. Jest rzeczą oczywistą, że polski rząd musi dbać o polskie interesy gospodarcze, stąd hasło o patriotyzmie  gospodarczych, w sensie sprzedaży i promocji polskich towarów. Tak działali Brytyjczycy w czasach kryzysu lat 50-tych. Jest również kwestia własności. W czasach kryzysu, banki, które mają siedziby poza Polską wyprowadzają pieniądze z Polski. Jest to sytuacja nie do przyjęcia. Trzeba to, w granicach prawa oczywiście, zmienić. Tak być po prostu nie może. Trzeba użyć wszelkich instrumentów żeby tak nie było. Ponadto nie chodzi tylko o banki.
ŁŁ: …France Telecom wyprowadził przecież pieniądze z Telekomunikacji Polskiej…
R.C.:Przypomnę, że w latach 90-tych Skoda i Żerań FSO były na tym samym poziomie, tylko, że ówczesny rząd czeski, który zaprosił Volkswagena, zagwarantował, że Volkswagen złoży na kontach czeskich banków kilka miliardów euro, zatrzyma go jako depozyt na poczet kar. Była strategia zwiększania kapitału, tak, że Skoda miała zagwarantowany rozwój, nawet jeśli Niemcy rozmyśliliby się. Tak zagwarantowano rozwój czeskiego przemysłu motoryzacyjnego. Co się stało wszyscy w tej chwili wiemy. Wstydem jest, że rumuńska Dacia prowadzi ofensywę w Europie, a Żerań pada w tym samym czasie. Prywatyzacja? Podmiotom zewnętrznym i zagranicznym? Tak. Tylko kontrolowana. Skoda jest tego koronnym przykładem. Po przejęciu przez Niemców, jest dalej czeska marką jednocześnie dając coraz więcej miejsc pracy. Prywatyzacja ta nie była randką w ciemno, a była planowana etapami z kapitałem, który wchodził stopniowo do fabryk Skody. Tego w Polsce zabrakło. To musimy zmienić.
ŁŁ: Na koniec chciałbym wspomnieć o prezydencji Polski, która jest coraz bliżej. Czy puści Pan bączka Jose Manuelowi Barroso?
R.C.:Cóż, myślę, że ten żart – lapsus z którego się Polacy śmieją, pokazuje pewien chaos. Bo co to oznacza? Że rząd zbija bąki. Proszę zwrócić uwagę, że w ostatnich tygodniach, przedstawiciele tego samego rządu, tej samej koalicji mówili, nie raz w tym samym czasie, o różnych liczbach polskich priorytetów. 3 stycznia przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Sejmu z PO mówił o trzech priorytetach. Następnego dnia wiceminister Spraw Zagranicznych mówił, że nie mamy jeszcze żadnego priorytetu. W zeszłym tygodniu, ambasador Polski przy UE mówił, że mamy 5 priorytetów, chociaż podobno jest 6 priorytetów. A minister Sikorski ogłosił siódmy priorytet – przyspieszenie wejścia Turcji do Unii Europejskiej. To pokazuje kompletne zamieszanie. Potwierdza zupełny brak wizji. Brak skupienia się na konkretnych celach.
ŁŁ: To może czekają aż kanclerz Merkel powie jakie mają mieć cele?
R.C.:Cóż, jest Pan złośliwy, aczkolwiek oddaje Pan istotę rzeczy. Proszę zwrócić uwagę, że mamy prezydencję Węgier. Węgrzy skupili się na jednej rzeczy, bardzo ważnej- Strategii Dunajskiej. Oni wiedzą, że trzeba dzisiaj forsować swoje interesy narodowe i regionalne. Francuzi, którzy mieli prezydencję 3 lata temu, skupili się z kolei na sfinalizowaniu Unii Śródziemnomorskiej. Szwedzi, którzy mieli prezydencję 2 lata temu, podjęli i sfinalizowali strategię Morza Bałtyckiego. Polska, jeszcze w 2009 roku, kiedy ogłaszano wstępne priorytety polskiej prezydencji, była także za Strategią Morza Bałtyckiego, teraz to zniknęło. Można było ją po Szwedach kontynuować. Czy np. starać się powalczyć o Strategię dla Podkarpacia, regionu granicznego nie tylko dla Polski, ale też i dla UE na granicy wschodniej. Czy dla Śląska, Kujaw i Pomorza. Niestety, kompletnie to zlekceważono. Rząd zupełnie o tym nie pomyślał, bo był zajęty własnymi walkami koalicyjnymi i wewnątrz PO. Absolutna porażka.
ŁŁ: Czy to będzie dobra konkluzja jeśli powiem – miejsca pracy, miejsca pracy i jeszcze raz miejsca pracy w Polsce?
R.C.:To jest najlepsze podsumowanie tej rozmowy.
Łażący Łazarz:Dziękujemy bardzo!
Ryszard Czarnecki:Dziękuję.

O Ryszard Czarnecki

Polityk Prawa i Sprawiedliwości, historyk, dziennikarz, działacz sportowy, poseł na Sejm I i III kadencji, deputowany do Parlamentu Europejskiego VI, VII i VIII kadencji, były wiceminister kultury, były przewodniczący Komitetu Integracji Europejskiej i minister – członek Rady Ministrów; wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego.
Dodaj do zakładek Link.

Komentarze są wyłączone.