W Prasie

Co nie udało się bundeswehrze, uda się bundesbankowi

fronda

XXI wiek będzie stał pod znakiem powrotu Niemiec do roli głównego rozgrywającego. Inaczej jednak niż za czasów Hitlera, teraz to odbywa się za kupowaną zgodą Europy – mówi eurodeputowany Ryszard Czarnecki.

Czy wizja polityki zagranicznej, pomysł Lecha Kaczyńskiego na geopolityczne usytuowanie Polski w świecie, są jeszcze aktualne? Czy dynamicznie zmieniająca się rzeczywistość nie sprawiła, że przynajmniej część z jej założeń jest już nie do zrealizowania?

Jeśli chodzi o jej aktualność, to po trzykroć TAK. Tak, jeśli chodzi o zasady, tak jeśli chodzi o uznanie, że w dobie integracji europejskiej, globalizacji, w dobie koniecznej współpracy w UE i NATO czy ONZ, interes państwa narodowego jest drogowskazem rozsądnej polityki. I w takim rozumieniu spuścizna Lecha Kaczyńskiego jest absolutnie aktualna, a nawet konieczna.

Ale sytuacja jest o wiele trudniejsza, niż rok czy dwa lata temu…

Nie ma wątpliwości, że sytuacja jest inna. Ameryka jest inną Ameryką niż jeszcze za czasów większej części prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Na naszych oczach zmienia się układ geopolityczny, spada rola Europy, i to nie tylko w wymiarze demograficznym, ale również politycznym. Nie widać, by Traktat Lizboński wzmocnił Unię Europejską na zewnątrz. Ten dokument nie zagwarantował siły Europie, ale nawet ją osłabił, choćby przez żenujące spory kompetencyjne. Inne są też priorytety Stanów Zjednoczonych, które dogadują się z Rosją ponad naszymi głowami. A Rosja zaczyna coraz mocniej odzyskiwać wpływy już nie tylko w krajach dawnego Związku Sowieckiego, ale również tzw. bliskiej zagranicy czyli w krajach nowej Unii. Amerykanie pozwalają na to w zamian za wstrzymanie poparcia rosyjskiego dla Iranu czy Hamasu. Słowem warunki działania są dużo gorsze, ale z całą pewnością drogowskaz powinien zostać ten sam. Interes państwa narodowego powinien być głównym punktem odniesienia dla Polski, czy dla XXI-wiecznej Europy.

To prawda, ale zmiana warunków gry oznacza, że dla Polski pozostaje mniej miejsca na szachownicy politycznej. Śp. Lech Kaczyński chciał, by Polska była – tak w Europie Środkowej, jak i Wschodniej – swoistym przywódcą. I choć w Europie Środkowej są ku temu warunki, bowiem i na Węgrzech, i na Słowacji, i w Czechach rządzi prawica, to już w Europie Wschodniej wpływy odzyskuje Rosja. A mówię nie tylko o Ukrainie, ale także o państwach nadbałtyckich. Gdzie zatem Polska ma swoją strategię budować, skoro jest coraz bardziej wciśnięta między Niemcy a Rosję?

Trudno się nie zgodzić z taką „fotografią rzeczywistości”. Ale chciałbym zwrócić uwagę na to, że w polityce międzynarodowej są czynniki subiektywne i obiektywne. Obiektywne to choćby wygrana republikanów w Stanach Zjednoczonych. Możemy za to trzymać kciuki, ale nasz wpływ na to jest – powiedzmy sobie szczerze – nieznaczny. Mamy jednak wpływ na to, i to pozostając w sferze obiektywnej, co dzieje się w trzech obszarach. Po pierwsze w grupie wyszehradzkiej; po drugie w relacjach Polski z krajami bałtyckimi; i po trzecie w relacjach Polski i naszego regionu Europy z południowym Kaukazem.

Zacznijmy od grupy wyszehradzkiej, w której – jak już mówiłem – mamy obecnie idealną sytuację, bowiem wszędzie rządzi prawica, która otwarcie mówi, że liczy na wsparcie Polski, bowiem bez nas nie da się budować silnej strategii wobec państw starej Unii.

Grupa Wyszehradzka powinna być dla nas niezwykle ważnym punktem odniesienia, bowiem kraje, które ją tworzą, wyszły z dziecięcej choroby głupiego klientyzmu wobec wielkich potęg. I dotyczy to zarówno Węgier, jak i Czech czy Słowacji, które coraz częściej otwarcie mówią o tym, że trzeba bronić własnego interesu narodowego. Ale niestety nasz rząd nie wykorzystuje tej sytuacji, a nawet szkodzi naszej współpracy. W ostatnich dniach marszałek Sejmu, nie prowokowany, bez najmniejszej potrzeby, zaatakował węgierski rząd za ustawę medialną. I choć jest to przede wszystkim przykład politycznej głupoty, to Węgrzy odbierają to jako dowód na kontynuowanie polskiej polityki wrogości wobec Węgier.

Dlaczego?

Bo lider tej samej ekipy Donald Tusk półtora roku temu, też bez wyraźnej potrzeby, tylko po to, by podlizać się mocarstwom europejskim, niebywale spektakularnie, na oczach ośmiu premierów krajów nowej Unii, upokorzył poprzedniego premiera Węgier, odrzucając jego propozycję, by udzielić jego krajowi i całej nowej Unii dużej pomocy finansowej. Ta propozycja i tak nie miała szans powodzenia, ale… był to przykład tego, że obecna ekipa nie chce, by punktem odniesienia politycznego był interes grupy wyszehradzkiej, a chce, by punktem odniesienia był w pierwszym rzędzie Berlin, a w drugim Paryż. Działanie to zostało uznane, także przez ówczesną opozycję węgierską, za akt wrogości wobec Budapesztu. A dalszym ciągiem tej polityki jest obecna wypowiedź marszałka Schetyny, która skądinąd jest, być może, elementem wewnętrznych rozgrywek w PO i chęci utrudnienia Tuskowi życia.

Może chodzi o to, by prowadzić politykę dogadywania się z wielkimi?

Trzeba oczywiście dogadywać się z Niemcami, ale nie można składać na ołtarzu dobrych stosunków z Berlinem relacji dwustronnych z np. Czechami, Węgrami czy Słowakami. Szczególnie, gdy – jak to miało miejsce ostatnio – Czesi walczą o to, by nie zmieniać Traktatu Lizbońskiego, a my się od nich odcinamy. Koszty zaś tej polityki poniosą polscy podatnicy, którzy na skutek nowelizacji traktatu będą opłacali rozwiązywanie problemów Irlandii, Portugalii i Hiszpanii.

A co z krajami nadbałtyckimi?

Trzeba sobie powiedzieć zupełnie jasno, że na Litwie nastąpiła – z naszej perspektywy – ogromna zmiana. Propolskiego prezydenta Adamkusa zastąpiła zdecydowanie bardziej prorosyjska prezydent Grybauskaite. A to oznacza, że nasza sytuacja jest trudniejsza…

… ale trzeba powiedzieć, że i my sytuacji nie ułatwiamy. Jak rozmawia się z politykami czy dziennikarzami litewskimi, to mają oni wrażenie, że ten rząd zdecydowanie zostawił ich na pastwę Rosji.

Niedopuszczalna jest także sytuacja, gdy jedyną kwestią, w której minister Sikorski broni interesu narodowego, jest sytuacja Polaków na Litwie, podczas gdy w innych sprawach MSZ jest dużo bardziej kosmopolityczny. Takie zachowanie wywołuje wrażenie, że Litwa jest traktowana jako mało ważny kraj, z którym można prowadzić politykę o tym samym natężeniu, co z jakimś krajem położonym na peryferiach Europy, a nie jak z naszym bezpośrednim sąsiadem. A swoją drogą trochę późno szef polskiego MSZ zauważył problemy litewskich Polaków…

Ale Litwa to nie jedyny problem. Rosja odzyskuje też wpływy na Łotwie, gdzie podczas ostatnich wyborów około 25 procent zdobyła partia jednoznacznie prorosyjska. Bardzo charakterystyczny jest przykład Parlamentu Europejskiego. Poprzednio Łotysze mieli dziewięciu europosłów, w tym jedną Rosjankę, teraz mają ośmiu, w tym trzech przedstawicieli mniejszości rosyjskiej – to efekt Traktatu Lizbońskiego. I to najlepiej pokazuje, jak bardzo wahadło przesunęło się w tym kraju w kierunku Rosji.

Ale te właśnie zmiany unaoczniają, że potrzebna jest aktywna polityka w przestrzeni Europy Środkowej i Wschodniej. Taka, jaką proponował Lech Kaczyński. Dla niej nie ma zwyczajnie alternatywy! Podobnie jak nie ma alternatywy dla polityki polskiej na terenie Kaukazu, której ani prezydent Bronisław Komorowski, ani Radosław Sikorski kompletnie nie czują. Skutej jest zaś taki, że Azerbejdżan, który jeszcze całkiem niedawno próbował spoglądać w stronę Zachodu, UE, Stanów Zjednoczonych (choć także Turcji i Iranu) – teraz zaczyna się stroić w piórka kraju niezaangażowanego, spoglądającego również w kierunku Rosji. Dlaczego? Bowiem ma poczucie zdrady przez Zachód, w tym także przez obecną Polskę.

Można odnieść wrażenie, że Polska w ogóle wycofała się z aktywnej polityki międzynarodowej…

… też mam poczucie głębokiego regresu polskiego zaangażowania. Jeszcze kilkanaście miesięcy temu Polska bywała rozgrywającym w polityce. I czasem dokonywało się to nawet ponad nasze realne możliwości, ponad nasze szable. Ale byliśmy wtedy w stanie nosić zbroję o wiele na nas za dużą i walczyć w niej – mówiąc słowami piosenki Kaczmarskiego i Gintrowskiego. Obecny polski rząd i prezydent ubrali nas w zbroję zdecydowanie za ciasną, idąc w kierunku minimalizmu narodowego. I to jest poważny grzech tej władzy.

Rosja odzyskuje wpływy na Zachodzie, ale też trudno nie dostrzec, że systematycznie je traci na Wschodzie. Syberia jest stopniowo kolonizowana przez chińskich robotników. Kobiety, którym brakuje mężczyzn, chętnie się wiążą z Chińczykami. I wszyscy mają świadomość, że sytuacji, w której po jednej stronie granicy jest ponad miliard ludzi, a po drugiej kilkanaście milionów, długo nie da się utrzymać. Pytanie zatem, czy podziwiana przez nas za skuteczność Rosja nie jest trochę kolosem na glinianych nogach?

Z takim opisem rzeczywistości całkowicie się zgadzam. Ale to nas może jedynie martwić. Natura nie znosi bowiem próżni. Rosja zatem przegrywając Syberię czy wpływy na szereg krajów, które wcześniej były od niej zależne w Azji, jednocześnie idzie w kierunku, który jest dla niej łatwiejszy, gdzie znajduje miękkie podbrzusze. I nie ma co ukrywać, że tym kierunkiem jest Europa. Co gorsza przywódcy Rosji dostali na ekspansję w tym kierunku zgodę Baracka Husseina Obamy. Słowem, choć ma Pan rację, że Rosja słabnie na Syberii i w Azji, to trzeba mieć świadomość, że to tym gorzej dla nas.

Rosja ma jednak także problem bardziej wewnętrzny, czyli problem islamu. Dotyczy to głównie Kaukazu, gdzie islam zawsze był nośnikiem aspiracji wolnościowych, a w tej chwili jest czynnikiem, który pozwala na budowanie zgody na pewne działania służb czy budzi poczucie zagrożenia wśród ludności rosyjskiej, ale z drugiej strony zdecydowanie to państwo rozsadza.

Jest to niewątpliwie problem Rosji, podobnie jak całego świata. Ale trzeba zauważyć, że Rosja przegrywając z muzułmanami w sensie kulturowym czy demograficznym, jednocześnie w wymiarze bieżącym potrafi dobrze sprzedać zagrożenie islamskie. To jest przecież główna płaszczyzna porozumienia z Ameryką George’a W. Busha. Dzięki zbudowaniu wrażenia, że walka ludów Kaukazu o niepodległość jest zwyczajnym terroryzmem islamskim, udało się otworzyć drzwi do współpracy z Waszyngtonem. Rosjanie przekonali tamtejszą administrację, że problemy z terroryzmem islamskim są im wspólne. I tak w zasadzie zostało.

Zgoda. Rosja bardzo sprawnie sprzedaje te sprawy piarowo, ale Rosja do tej pory miała do czynienia w swoich granicach z soft-islamem, a wpychając Kaukaz i swoich muzułmanów w przestrzeń terroryzmu ona ich zdecydowanie radykalizuje. Oni teraz otrzymują pomoc od fundamentalistów islamskich, głównie od wahabitów. Efekt może zaś być taki jak w Bośnii, gdzie łagodny islam zamienił się w pełni w radykalną jego wersję.

Rosja to sprawnie rozgrywa tylko w krótkiej perspektywie. W długiej, trudno się nie zgodzić, że islam – i to częściowo wzmocniony działaniami samej Rosji – będzie dla niej jednym z głównych wyzwań w przyszłości (ale to nie może usprawiedliwiać działań Moskwy w sprawie Czeczenii). I trzeba powiedzieć jasno, że Rosja nie ma pomysłu, jak sobie z tym wyzwaniem poradzić. Ale samokrytycznie powiedzmy, że i my w Europie nie mamy takiej wizji. Przecież w Europie elity polityczne Zachodu są coraz bardziej zakładnikami mniejszości muzułmańskiej. Przewodniczącą Partii Konserwatywnej w Wielkiej Brytanii jest muzułmanka, wprawdzie zlaicyzowana, ale jednak. Wśród 25 członków delegacji Torysów w parlamencie europejskim jest trzech muzułmanów. I oni nie tylko są obrońcami mniejszości muzułmańskiej, ale część z nich bardzo nerwowo reaguje, gdy Parlament Europejski zwraca uwagę Pakistanowi. Co to oznacza? Otóż tyle, że oni nie walczą tylko o prawa muzułmanów w swoim kraju, ale także o interesy międzynarodowe państw islamskich. I to zaczyna wpływać na politykę krajów europejskich. We Francji coraz więcej muzułmanów zasiada w rządzie i stopniowo zmienia się też na coraz bardziej sceptyczne nastawienie wobec Izraela. W Holandii ludzie ostrzegający przed islamem są marginalizowani. A burmistrzem Rotterdamu już jest muzułmanin.

Muzułmanie nigdy nie ukrywali, że ich religijnym celem jest poddanie całej ziemi Allahowi, uczynienie z niej Domu Islamu. Dlaczego w Europie, tylko dlatego, że ona się zlaicyzowała, mieliby rezygnować ze swoich planów?

Nie dziwmy się muzułmanom, dziwmy się elitom Zachodu, które są pasywne, chowają głowę w piasek przed problemem islamu, który jest problemem numer jeden na Zachodzie. Sytuacja, w której Zachód się rozbraja, stawiając na permisywizm, stawiając na „róbta, co chceta” w wymiarze paneuropejskim, odbiera szansę młodemu człowiekowi z rodziny arabskiej utożsamienia się z Europą. Z jednej strony ma on bowiem absolutny liberalizm, libertynizm i konsumpcjonizm, a z drugiej odkrywa system wartości jego rodziców czy dziadków. I w tym momencie Europa przestaje być atrakcyjna, bo oferuje jedynie konsumcję.

A może zwyczajnie trzeba przestać mówić już o Europie, a zacząć mówić o Europach? Jak spoglądam na obecność muzułmanów w Europie to mam wrażenie, że trzeba już mówić o swoistym trialogu. Mamy tu rozmowę muzułmanów, postoświeceniową i nihilistyczną Europę i to, co pozostało z Europy chrześcijańskiej. I być może konserwatyści i chrześcijanie powinni sobie powiedzieć absolutnie wprost, że nie toczą wojny na jeden front, ale na dwa. Nie walczymy tylko z islamem, ale i z europejskim nihilizmem.

Ten trójkąt jest niestety trójkątem bermudzkim. Ale oczywiście współpraca z islamem jest niekiedy konieczna. Na konferencjach demograficznych bywa, że życie poczęte jest bronione wspólnie przez chrześcijan, Żydów i muzułmanów. Ale jednak nie sposób zapomnieć, że współczesny islam nie jest obrońcą życia, ale jego wyznawcy życie – zwłaszcza chrześcijanom – odbierają. W tej chwili bycie chrześcijaninem w wielu krajach muzułmańskich może grozić śmiercią, a w krajach europejskich czasem uniemożliwia to karierę, lub naraża na szyderstwa.

Ale czy z tego dylematu jest wyjście? Bo przecież niezależnie od obecnych decyzji islamska mniejszość, która stopniowo może – tylko dzięki ekspansji demograficznej – stawać się większością, już w Europie jest. I trudno sobie wyobrazić deportację tych ludzi, szczególnie, że po takim działaniu powstałaby dziura demograficzna, której nie byłoby czym zapełnić.

Europa płaci ogromną cenę za liberalną, bezrozumną politykę imigracyjną. Jest ona obecnie modyfikowana…

… ale już jest za późno, bo ci ludzie tutaj są…

… lepiej późno, niż później. Z całą pewnością są to działania spóźnione, a ich jedynym celem jest opóźnienie, odsunięcie w czasie – o kadencję, dwie-, trzy- czy cztery-, muzułmańskiego potopu politycznego. We Francji i Wielkiej Brytanii coraz więcej muzułmanów prowadzi dzienniki telewizyjne czy robi kariery medialno-polityczne. Na razie są to ludzie zeuropeizowani i nie negują otwarcie europejskiego systemu wartości. Ale ich dzieci i wnuki mogą go negować, bo nie będą chciały być kwiatkami do kożucha, ale realnie rządzić.

I co wtedy?

Patrzmy na to, co dzieje się w Europie teraz. To jest przykład tego, jak można zmieniać politykę w znaczeniu kulturowym. Białe, protestanckie kulturowo społeczeństwo jest rządzone przez Baracka Obamę. A nadzieją Ameryki są Latynosi. Oni bowiem są nosicielami realnej kultury.

Ale my nie mamy w Europie Latynosów, ale muzułmanów…

Trzeba zatem zacząć prowadzić politykę imigracyjną, która będzie uprzywilejowywać po pierwsze ludzi z dawnego Związku Sowieckiego, którzy są w sensie kulturowym Europejczykami, a po drugie Azjatów, którzy nie mają w sobie płomienia rewolucji i nie chcą zbawiać świata na sposób buddyjski, konfucjański, którzy wprawdzie tworzą getta, przejmują wpływy finansowe, ale jednocześnie nie próbują ingerować w system wartości i korzeni chrześcijańskich.

A co z tymi muzułmanami, którzy już tu są? Jaką politykę prowadzić wobec nich, by doprowadzić do ich asymilacji? Na razie nie ma takiej polityki, która byłaby skuteczna…

Systemy imigracyjne się nie sprawdziły, bo cały czas chowano głowy w piasek. Uznawano, że jeśli dopuścimy wskazanych przez nas muzułmanów do biznesu, mediów, polityki – to aspiracje muzułmańskie zostaną zaspokojone. A tak nie będzie, bowiem do tych sfer dopuszcza się tych, którzy są w miarę strawni dla Europy. Muzułmanie niezadowoleni, odrzucający nihilizm Zachodu są na marginesie i często zaczynają pragnąć zniszczenia naszej cywilizacji. Co zatem trzeba zrobić? Być może konieczny jest system kwotowy, w którym będziemy oddawać realnym, a nie wybranym przez nas muzułmanom, odpowiednią do ich liczebności reprezentację we władzy i życiu państw. Na najbliższych kilkadziesiąt lat da to możliwość zbudowania pokoju społecznego. A na razie to my jesteśmy większością!

A może trzeba choć spróbować dokonać chrystianizacji europejskich muzułmanów. Magdi Allam wprost stwierdza, że jest to jedyna droga skutecznej europeizacji ludności islamskiej…

Bardzo dobra idea, ale wydaje mi się, że niestety bardzo mało skuteczna, bowiem dotyczyć będzie tylko niedużego procentu społeczności muzułmańskiej. A do tego trudno nie dostrzec, że Kościół, że chrześcijanie stracili ostatnio dynamizm. Kto zaś nie idzie naprzód, ten się cofa. Gdyby Kościół był mocniejszy, gdyby chrześcijanie byli odważniejsi, być może muzułmanie nie wchodziliby w nas jak nóż w masło.

Przejdźmy do Stanów Zjednoczonych i Europy. Kilka lat temu rozmawiałem z pewnym politykiem i analitykiem sytuacji międzynarodowej. I on już wtedy podkreślał, że jeśli Stany Zjednoczone wycofają się militarnie z Europy, będzie to oznaczało koniec status quo i możliwość nowych ogromnych konfliktów w ciągu piętnastu-dwudziestu lat. Imperializmy niemiecki i rosyjski muszą go bowiem rozsadzić. Czy stopniowa utrata zainteresowania Europą przez Stany Zjednoczone oznacza, że powinniśmy już zacząć się obawiać krachu systemu, który zapewnia nam pokój?

I tak i nie. Przekroczony został wprawdzie Rubikon, i władzę w Ameryce przejęła ekipa, która Europy nie rozumie, nie czuje, nie chce rozumieć i czuć, która zachowuje się wobec Europy dużo bardziej arogancko niż „kowboj z Teksasu” George W. Bush. To właśnie ta ekipa zdecydowała się na ustępstwa wobec Rosji, i ona przeniosła priorytety polityki amerykańskiej w rejon Azji. To wszystko otwiera drogę do powrotu doktryny izolacji Stanów Zjednoczonych wobec problemów Europy. Ale z drugiej strony mamy do czynienia z tendencjami, które dają nadzieję. Przykładem jest lobby zbrojeniowe, które ostatnio poparło Obamę i teraz wymaga od niego przynajmniej zachowania obecności w Europie. Nie bez znaczenia jest również to, że Ameryka tracąc wpływy w Azji czy Afryce musi być gdzieś obecna. I taką przestrzenią będzie dla niej Europa. Można to nazwać sojuszem słabnących, bo słabnie i Ameryka i Europa. To je do siebie zbliża. Widać zresztą już stopniowe słabnięcie fobii antyamerykańskich na Starym Kontynencie. Wynika to nie tylko z tego, że prezydentem jest Obama, ale również z uświadamiania sobie, że coraz słabsza Europa musi się na kimś opierać.

A czy Europa, w takiej formie, jaką znamy, ma szansę na przetrwanie kataklizmów katastrof finansowych? Czy kryzys nie rozwali strefy Euro? I czy to, co ukształtował Traktat Lizboński, ma przyszłość?

Unia Europejska już jest inna, niż dwa, trzy lata temu. Tamto już nie wróci. Polityka unijna jest renacjonalizowana, staje się coraz bardziej spółką, w której poszczególni akcjonariusze gdy dają, to wymagają. Nie ma już miejsca na charytatywne ustępstwa. A ci, którzy najwięcej wkładają, chcą też mieć najwięcej do powiedzenia. Tak jest z Niemcami, które juz zresztą mają najwieksze wpływy. Podobne powody stoją za wzrostem znaczenia Holandii czy Szwecji, a także osłabienia Hiszpanii czy Portugalii. Kryzys sprawił więc, że UE przestało być tym, czym było. Ona będzie istniała, pytanie jak długo, ale w innym kształcie, który teraz się wyłania. I nie jest to wcale proces tak bardzo negatywny. Wreszcie bowiem zaczyna się mówić otwartym tekstem o interesach i nie jest to przesłaniane, jak wczesniej, takim euro-speakiem. Niemcy pomagają Grecji, ale otwarcie już mówią, że chcą ją opanować gospodarczo. I wszyscy w Europie zaczynają to rozumieć, poza lokatorami polskiego MSZ.

Dla Polski jest to jednak bardzo niebezpieczne, oznacza bowiem powrót do imperialnej, znanej sprzed pierwszej i sprzed drugiej wojny światowej, polityki niemieckiej.

Pewnie, ale to trochę tak, jakby powiedzieć: „źle, że drapieżniki polują”. Pewnie, że źle, ale taka jest ich natura.

Zgoda. Ale ja nie mówię o kwestiach moralnych, tylko diagnozuję polską sytuację. To źle, bo w sytuacji, gdy dokonuje się renacjonalizacja Unii Europejskiej, my mamy rząd, który wciąż zachowuje się, jakby tej renacjonalizacji nie było. Mamy sytuację, w której w czasie kryzysu kolejne gospodarki są przejmowane przez Niemcy, a skutek może być taki, że to, co nie udało się poprzednikom, czyli stworzenie niemieckiej Europy, to może się udać obecnie. Tyle, że innymi środkami.

Mówiąc metaforycznie, to, co nie udało się Bundeswehrze, uda się Bundesbankowi. Ale zamiast narzekać, że złodziej kradnie, starajmy się złodzieja ograniczyć. To oczywiście przenośnia, nie uważam bowiem Niemiec za państwo złodziejskie. Jedno jest jednak pewne. Po latach przegryzania się, udawania, że RFN jest średnim państwem bez ambicji, teraz Niemcy zrzucają okowy i zaczynają otwarcie mówić, że są najważniejszym państwem w Europie. W ramach zaś pewnego gorsetu proceduralnego zaczynają osiągać wszystko, co jest dla nich ważne. Jedyna rzecza, która się jeszcze Berlinowi nie udała, to uzyskanie stałego miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Polityka niemiecka jest, i patrzę na to z podziwem, bardzo dalekowzroczna, mądra i skuteczna. A w efekcie Unia Europejska staje się coraz bardziej niemiecka. XXI wiek będzie pod znakiem powrotu Niemiec do roli głównego rozgrywającego. Inaczej jednak niż za czasów Hitlera, teraz to odbywa się za kupowaną zgodą Europy, i dzięki temu może być o wiele bardziej skuteczne.

Jaką zatem strategię polityczną powinna przyjąć Polska?

Trzeba sobie powiedzieć absolutnie otwarcie, że jesteśmy obecnie w fazie największej dekoniunktury międzynarodowej od dwudziestu lat. Trzeba uświadomić sobie, że – by posłużyć się językiem piłkarskim – do niedawna Polska grała na boisku, gdzie miała przewagę po wyrzuceniu jednego z przeciwników, a do tego sędzia był neutralny. Teraz gramy w dziewiątkę przeciw jedenastce a sędzia sędziuję na korzyść rywali. Ale przecież nie oznacza to, że mamy się na boisku położyć. Powinniśmy robić swoje!

Jak?

Za pomocą bardzo aktywnej polityki regionalnej. Jeśli jeszcze dzisiaj, mimo grzechów zaniedbania rządu Donalda Tuska, Węgry czy Czechy widzą w nas nadzieję na strategicznego partnera, to z tego potencjału trzeba korzystać. Wróćmy więc do współpracy w realnej strukturze, jaką jest Grupa Wyszehradzka, zamiast w Trójkącie Weimarskim, który jest fasadą wykorzystywaną głównie przez Niemcy i Francję. Drugą bardzo ważną sferą jest odnawianie i budowanie współpracy z krajami bałtyckimi. A trzecią budowanie współpracy z krajami dawnego ZSRR, w ramach Partnerstwa Wschodniego, obejmującego Ukrainę, Białoruś, Mołdowę, Gruzję, Armenię i Azerbejdżan.

A co z Unią Europejską?

Musimy zastosować system ruchomych sojuszy. Polska nie może mieć trwałych sojuszników ani wrogów, ma mieć wyłącznie stałe interesy – by strawestować powiedzenie Lorda Palmerstona, czasem niesłusznie przypisywane Churchillowi. Niemcy mogą być naszym partnerem w sprawie polityki wschodniej, z Wielką Brytanią będziemy się spierać o budżet, ale współpracować w sprawie budowania Europy narodów; a z Hiszpanią czy Portugalią będziemy wspólnie walczyć o jak największe fundusze kohezyjne.

A co z – tak ważną dotąd – współpracą ze Stanami Zjednoczonymi?

Mimo wyraźnej dekoniunktury nie należy reagować bezsensowną wrogością. Dla nas konieczna jest współpraca z Waszyngtonem, i to także w wymiarze wojskowym. Dla Polski fundament polityki to „balance of power” w Europie, i dlatego bronię obecności Polaków na misjach wojskowych. Trzeba wiedzieć, że nawet w czasach dekoniunktury można robić swoje i czekać na lepszy moment. A przecież w Stanach demografia działa na naszą korzyść. Demograficznie rozwijają się błyskawicznie te stany, które głosują na republikanów. To się łączy z przyrostem głosów elektorskich w następnych wyborach prezydenckich. I daje możliwość wygrania republikanom. Gdyby zaś jeszcze w obozie republikańskim zwyciężyła tendencja reprezentowana przez Johna McCaina sceptycyzmu wobec Rosji, którą dobitnie zaprezentował on w ostatnich tygodniach, to dawałoby to ogromne szanse na zmianę polityki amerykańskiej wobec Moskwy.

Republikanie też się jednak zmieniają. Wielu z liderów opinii republikańskiej to już są schrystianizowani Hindusi czy Azjaci. A to oznacza, że Europa nie musi być wcale w kręgu ich zainteresowań.

Ale każda władza, i to też jest nasza nadzieja, musi pokazać, że jest inna od poprzedników. Obama jest tak dramatycznie zły w relacjach z Europą, a zwłaszcza z Europą Środkowo-Wschodnią, szczególnie z Polską, że republikanie będą zmuszeni do zmiany tej polityki. A każda zmiana będzie korzystna dla Polski.