STRASBURG – STARCIE PIERWSZE

Rola Parlamentu Europejskiego wzrosła na znaczeniu w sposób automatyczny po 1 maja 2004. Nie tylko i nie głównie dlatego, że liczy on więcej deputowanych (z 626 do 732), ale przed wszystkim dlatego, że stał on się reprezentacją nie 15 a już 25 narodów.

Wzrost roli PE przewiduje również Konstytucja Europejska, czy mówiąc precyzyjniej Traktat Międzyrządowy, zwany potocznie Konstytucją UE. Wzrost znaczenia władz wykonawczych UE w sposób dość naturalny będzie również powodował konieczność kontroli tych władz nie tylko przez Europejski Trybunał Obrachunkowy w Luksemburgu (Euro-NIK), ale również Parlament Europejski.

Najprostsza podręcznikowa analiza porównawcza stopnia zaawansowania integracji europejskiej z tą mającą miejsce w Afryce (OJA – Organizacja Jedności Afrykańskiej) w Ameryce Środkowej czy Azji, jednoznacznie pokazuje jak bardzo daleko – na tle innych – zaawansowany jest w tym procesie Stary Kontynent. Miałem okazję przekonać się o tym naocznie zwiedzając siedzibę MERCOSUR-u, czyli odpowiednika UE na kontynencie latynoamerykańskim. Mieści się ona w stolicy Urugwaju – Montevideo. Stanowi ją paropiętrowy budynek, którego część pomieszczeń wynajmowana jest w celach komercyjnych. Stopień realnej integracji ekonomicznej, celnej, nie mówiąc o walutowej jest porównując z Europą daleko z tyłu. Oczywiście: cos za coś. Integracja europejska implikuje systematyczny wzrost eurobiurokracji. Im więcej państw liczy UE, im bardziej jest to system obejmujący coraz większą ilość dziedzin życia ekonomicznego i społecznego – tym więcej urzędników generuje. Albo – albo. Może to irytować (mnie irytuje), ale raczej trudno się temu dziwić. To, co drażni jest, przynajmniej po części, usprawiedliwione.

Podobnie jest z chętnie wyśmiewanymi eurodziwactwami typu: precyzyjne dekretowanie poprzez dyrektywy długości i stopnia zakrzywienia standardowego banana lub też uznanie marchewki za owoc. W tym szaleństwie jest metoda. Skrupulatne mierzenie bananowych parametrów miało wyeliminować i w dużym stopniu wyeliminowało, import bananów z krajów, których związki ekonomiczne (postkolonialne) z czołowymi państwami europejskimi są słabe. Podobnie z ową marchewką: uznanie jej za owoc nie było przejawem szaleństwa skretyniałego eurokraty, lecz wyrazem troski o narodowe interesy ekonomiczne Portugalii, która dzięki temu zyskiwała możliwość większej produkcji i promocji swojego, tradycyjnego, historycznego marchewkowego dżemu. Nie wszystko więc jest eurokratyczne, co się biurokratycznie świeci.

Parlament Europejski zainicjował swoja nową, pięcioletnią kadencję. Pierwsza sesja tradycyjnie we francuskim Strasburgu (jeżeli nie chcemy urazić Francuzów wymawiajmy jego nazwę Strasburg, a nie z niemiecka Sztrazburg) była efektywna, interesująca, a momentami irytująca.

Efektywna, bo wybrano nowego przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Hiszpana, a właściwie Katalończyka Borrella. Wybór nastąpił od razu w pierwszej turze – inaczej niż 5 lat temu. To pierwszy od 10 lat socjalista na tym stanowisku. Ja glosowałem na Geremka, w ramach solidarności narodowej, choć nie wszyscy polscy eurodeputowani tak postąpili. Uznałem, że nie należy przenosić krajowych, nawet uzasadnionych sporów na forum europejskie. Innego zdania byli posłowie LPR-u, PSL-u, cześć lewicy i prawdopodobnie część PO. Wybrano również 14 wiceprzewodniczących PE, w tym dwóch Polaków (Saryusz-Wolski i Onyszkiewicz). Wiceszef PE wiceszefowi jednak nierówny. Zastępcy przewodniczącego Parlamentu mają swoje „numerki” i na tym polega ich hierarchia ważności (nasi mają numery odległe. Zaakceptowano też, po burzliwej, ciekawej debacie, w sposób daleki od jednomyślności kandydaturę Portugalczyka Barroso na Szefa Komisji Europejskiej. Głosowałem na niego uważając, że choć nie jest to na pewno kandydat idealny, to jego wizja godzenia idei Europy Narodów z integracją europejską jest mi osobiście bliska. A ponadto pochodzi z kraju leżącego na obrzeżach Unii – w ten sposób naturalny nasuwa analogię do też geograficznie peryferyjnej Polski. Nie będzie też prawdopodobnie rzecznikiem państw wielkich czy bogatych – jego ojczyzna nie jest ani taka ani taka.

Pierwsza sesja plenarna PE była ciekawa – dla mnie z trzech powodów. Po pierwsze dla tego, że wszystko, co nowe, to ciekawe. PE to olbrzymia wielonarodowa machina, która funkcjonować musi i funkcjonuje na zasadzie konsensusu, choć nie raz wymuszanego siłą (choć niedosłownie-chodzi o siłę poszczególnych grup politycznych oraz ilość „szabel” – potrzebnych do głosowania). Po drugie – to arena nie raz fascynujących popisów oratorskich. Poettering, Schulc (obaj Niemcy), Brytyjczyk Watson, Włoszka Frassoni czy Franco – Niemiec czy Niemiecko-Francuz Cohn-Bendit – to świetni aktorzy Europarlamentu. Po trzecie wreszcie – interesująca jest w PE gra polityczna, która pozwala z jednej strony na podzielenie stanowisk między 2 największe grupy polityczne: socjalistów i chadeków (po obecnym szefie PE Borrellu z lewicy przyjdzie chadek Poettering), z drugiej zaś na wyłanianie parytetowe wiceszefów PE i szefów Komisji, co nie przeszkadza słownym, ostrym harcom i polemikom między poszczególnymi partiami, a także narodowościami. Dzisiejsi sojusznicy w głosowaniu mogą być przez siebie nawzajem niemiłosiernie karceni także w dzisiejszej debacie.

Ta sesja była również irytująca. My w Polsce narzekamy na demokrację, ale przyzwyczailiśmy się do niej i bardzo odczuwamy gdy coś jest z nią nie tak. Obojętnie czy na Białorusi czy w UE. A w Unii mamy deficyt demokracji. Dotyczy to zarówno Komisji Europejskiej uważającej się za pępek świata i mającej w nosie opinie obywateli krajów członkowskich UE. Dotyczy to także, tak teoretycznie demokratycznej instytucji jaką powinien być Parlament Europejski. Oto przykłady. Na 14 wiceszefów PE było… 14 kandydatów poczułem swąd PRL-u. Mimo głosów z sali przewodniczący parlamentu nie dopuścił żeby kandydaci na funkcje zastępców przedstawili się. Następnego dnia ten sam „numer” powtórzył się przy wyborze kwestorów, czyli osób mających kontrolować finanse PE. Tym razem łaskawie zgodzono się, aby kandydaci na to stanowisko (było 6 na 5, ale tylko dlatego, że najstarsza posłanka obecnego Europarlamentu, zbuntowała się przeciwko własnej grupie politycznej – chadekom. Stanęła do wyborów samowolnie, by je zresztą wygrać…). Mogli przynajmniej wstać i ukłonić się. O wyborach na przewodniczących i wiceprzewodniczących komisji w PE zapomnijmy. Tu działa maszynka D’Hondta i funkcje te są przydzielana wg parytetów. Szanuję realny układ sił, jestem z polityce od lat, ale budzi to swoisty niesmak.

Parlament Europejski – ta wielka i coraz ważniejsza instytucja budzi różne reakcje, sprzeczne oceny, a czasem emocje. Nie da się go określić jednym, wartościującym zadaniem. Wiem jedno: jest to fascynujące miejsce, w którym znalazłem się w arcyciekawym czasie największego poszerzenia Unii Europejskiej. Ze wszystkimi tego plusami i minusami. Jednak władzom UE: Komisji Europejskiej oraz Radzie trzeba patrzeć na ręce. Może i powinien to robić PE, który już raz doprowadził do zbiorowej dymisji Komisji. Również władzom Parlamentu należy uważnie patrzeć na ręce, aby instytucja ta nie stała się maszynka do głosowania z jedynie demokratycznym sztafażem. Tak bywało w czasie pierwszej, lipcowej, francuskiej sesji.

O Ryszard Czarnecki

Polityk Prawa i Sprawiedliwości, historyk, dziennikarz, działacz sportowy, poseł na Sejm I i III kadencji, deputowany do Parlamentu Europejskiego VI, VII i VIII kadencji, były wiceminister kultury, były przewodniczący Komitetu Integracji Europejskiej i minister – członek Rady Ministrów; wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego.
Dodaj do zakładek Link.

Komentarze są wyłączone.